Trochę nostalgii — pamiętacie Skrzeczka?

Cieszę się, gdy moje dzieci grzebią po półkach w bibliotece Dziadków. Na starszych wnuczków trzeba wtedy uważnie zerkać, bo potrafią wyciągnąć coś, co nie nadaje się (jeszcze) dla jedenastolatków. Młodsi skupiają się na książeczkach dla dzieci. Jakimś cudem zwykle wybierają te najbardziej zaczytane, wielokrotnie przeglądane przeze mnie i moje rodzeństwo. Piotruś na tyle upodobał sobie „Skrzeczka. Przygody dziwoptaka” Stephena Pottera (Nasza Księgarnia, 1982), że bardzo pięknie poprosił Babcię, aby mu go pożyczyła „na trochę”. 

Skrzeczek

Skrzeczek to Dziwoptak z wyspy Borneo, który rodzi się raz na sto lat. Potrafi czytać, pisać, mówi w każdym języku i bywa bardzo, ale to bardzo nieznośny. Poznajemy go, gdy mieszka w londyńskim ZOO i straszliwie rozrabia. Zmienia napisy przy klatkach innych zwierząt, straszy zwiedzających (Piotrusia bardzo rozbawiła wygłoszona przez megafon informacja: „Strzeżcie się tych zwierząt, one gryzą” przy klatce z wylęgającymi się kurczakami) i wprowadza w ogrodzie zoologicznym potworny chaos. Aż w końcu postanawia go opuścić…

Skrzeczek

No powiedzmy, że w podjęciu decyzji trochę pomaga mu dyrekcja ZOO, która w końcu odkrywa, kto ograbia wszystkie automaty z batonikami. W ten sposób Skrzeczek staje się wolnym ptakiem, ale szybko go ta wolność nudzi i postanawia zostać zwierzątkiem domowym, co mu się nawet na trochę udaje, choć wymaga sprytu i podstępu. Kiedy wszystko się wydaje, Skrzeczek musi poszukać dla siebie innego miejsca.

Skrzeczek

Jak mówi Piotruś, to fajowa bajka o ptaszku, który jest trochę zły, a trochę dobry i bardzo psoci. Lubi się popisać, potwornie zmyśla, ale dba o swoich przyjaciół. Mój młodszy synek lubi słuchać o ucieczce z ZOO, wyprawie nad morze i walce z dużymi czarno-białymi mewami.

Skrzeczek

Historia Skrzeczka to pięćdziesiąt stron zadrukowanych dość małą czcionką. Tekst podzielony jest na rozdziały, można więc go czytać partiami. To zabawna historia o wybrykach, które czasami przypominają wyskoki dzieci, a jednocześnie pokazuje bez moralizowania, że ważna jest troska o innych, a kłamstwo nie zawsze się opłaca. Piotruś miał nadzieję, że są dalsze przygody Skrzeczka, ale Stephen Potter napisał tylko jedną historię dziwoptaka. Dalsze losy rozrabiaki wymyślamy więc sami.

Podsuwacie czasami dzieciom książki ze swojego dzieciństwa? Może są takie, które zachwyciły je tak samo, jak kiedyś Was?

Stephen Potter, Skrzeczek. Przygody dziwoptaka, il. George Him, Nasza Księgarnia 1982

Reklamy

Kiedy piesek chce dziecko

Zwierzałam się już, że moi synowie chcą zwierzaka? To całkiem standardowe zachowanie u dzieci. Okazuje się jednak, że małe pieski również marzą o ludziątkach. Dowiedzieliśmy się tego z przeuroczej książki Sari Peltoniemi „Groszka. Piesek, który chciał mieć dziewczynkę”.

Groszka

Wygrzebaliśmy swój egzemplarz ze sterty przecenionych książek w jakimś markecie. Wydawnictwo WAB wydało ją w 2011 r., więc trudno znaleźć tę bajkę w standardowej ofercie księgarskiej. A szkoda, bo to zabawna, urocza i pouczająca opowieść. Były chwile, że Piotruś zwijał się ze śmiechu, a Tymek wychylał się ze swojego piętra, pytając z zadziwieniem: dlaczego ja tego nie znam?

Z małym ludziątkiem jest bardzo dużo kłopotu, to powtarzany do znudzenia argument rozsądnych rodziców Groszki. Ich córka, uroczy wielorasowiec z szacownej rodziny, pragnie jednak ludziątka, najlepiej dziewczynki — bo „ktoś kiedyś powiedział, że ludzkie dziewczynki są spokojniejsze i bardziej posłuszne od ludzkich chłopczyków” — tak gorąco, że w końcu rodzice dają się przekonać. Sunia dostaje wymarzony prezent: śliczną ciemnowłosą dziewczynkę.

— Cudowna! — pisnęła Groszka. — Dam jej na imię Burek! — Nie wydaje mi się, żeby to było dobre imię dla dziewczynki — stwierdziła mama. […] — Azor? — zaproponowała nieśmiało Groszka. Dziewczynka pokręciła przecząco głową. Groszce przychodziły na myśl tylko psie imiona, aż wreszcie ją olśniło: — Tajfun! To nie jest imię dla psa, prawda?

Groszka

Dziewczynka zostaje w końcu Dominiką, a Groszka zaczyna odczuwać na własnej skórze radości i trudy wychowania ludziątka. Oj, nie jest łatwo, nie jest. Dziecko trzeba wyprowadzać na spacer co najmniej dwa razy dziennie i nawet wtedy, gdy bardzo chce się skończyć grę na Haustation. Dominika nie chce jeść psiego jedzenia, nie cieszy się z lekko nadgryzionego lizaka znalezionego na poboczu, biega za samochodami i krzyczy, dostaje ataków złości, gdy nie przebywa wystarczająco długo na dworze. Groszka coraz silniej uświadamia sobie, że posiadanie ludziątka to także kłopoty. Pewnego dnia dziewczynka się gubi, a piesek zaczyna rozumieć, że opieka nad innym stworzeniem oznacza przede wszystkim ogromną odpowiedzialność za drugą istotę.

Groszka

Piotruś bardzo przeżywał przygody Groszki. Zastanawiał się, czy tak samo jest, gdy to człowiek ma się pieska. Z napięciem towarzyszył Groszce w poszukiwaniach Dominiki. Rozmyślał, jakie kłopoty może sprawiać mały zwierzak w domu i czy na pewno byłby u nas szczęśliwy. Sari Peltoniemi w lekkiej, bezpretensjonalnej i żartobliwej opowieści poruszyła mnóstwo ważnych tematów, takich jak odpowiedzialność, prawo do wolności i własnych uczuć, przyjaźń, konsekwencja. Na końcu znajduje się także poradnik dla psów „Jak wytresować człowieka”, który warto naprawdę uważnie przeczytać, jeśli ktoś decyduje się na pieska. Jeśli więc zobaczycie „Groszkę” na bibliotecznym regale lub na półce w księgarni, nie wahajcie się ani chwili. Nie będziecie żałować.

 

Sari Peltoniemi, Groszka. Piesek, który chciał mieć dziewczynkę, WAB 2011

Kto (nie) chce pieska?

Moje dzieci chcą. Pieska, kotka, papugę, tukana, tygrysa, chomika, myszoskoczka, meduzę… Na razie mamy rybki, które nie bardzo chcą się integrować. I chłopcy muszą się nimi zadowolić, bo ich matka nie uważa, że puste mieszkanie, którego mieszkańcy pojawiają się dopiero wieczorem, to dobre miejsce dla zwierzaka — rybki jakoś osamotnienie wytrzymują. Zamiast „mania” zwierzaka, czytamy o zwierzakach. Nie wystarcza na długo, marudzenia jest potem jeszcze więcej, ale nie da się obejść wszystkich książek o pieskach i kotkach szerokim łukiem.

Najpierw będzie o Ricie i Cośku, bohaterach książki Rita i Cosiek” Jean-Philippe’a Arrou-Vignoda, autora „Jaśków” (wydawnictwo Znak).

Rita i Cosiek

I teraz będzie wyznanie: Piotrek tę książkę pokochał bardzo, a jego matka trochę mniej. Rysunki podobały mi się ogromnie, fabuła jest prosta i zabawna, ale tekst momentami mi przeszkadzał, zwykle wtedy, gdy zaczynał się rymować. Może to kwestia wieku 🙂 — książka jest przeznaczona dla dzieci małych i mniejszych i im raczej będzie się podobać.

To może do rzeczy. W pewnym domu mieszka Rita. Rita bardzo marudzi, choć ma urodziny i wszystko jej przeszkadza — nawet prezenty.

Rita i Cosiek

Nagle jeden prezent zaczyna uciekać. Okazało się, że w paczce jest malutki piesek. Tak zaczyna się wspaniała przyjaźń między dziewczynką a Cośkiem.

Rita i Cosiek

Piotruś zaśmiewał się do łez, gdy Rita wymyślała imię dla Pieska, gdy prowadzili długie rozmowy lub pojechali na wycieczkę. Podobał mu się prosty tekst i z ogromnym zainteresowaniem śledził kolejne przygody Rity. Nie jest to spokojna dziewczynka. Lubi postawić na swoim i chętnie by rządziła całym światem. Cosiek nie jest jednak potulnym psem i ma swoje zdanie. Ta para bardzo się lubi.

Wielkim atutem książki są ascetyczne ilustracje Oliviera Talleca. Obrazki narysowane są delikatnymi pociągnięciami ołówka, nie epatują szczegółem. Świetnie rozegrany jest kolor: czerwone plamy i plamki przyciągają uwagę i podkreślają akcję. To dobra lektura dla przedszkolaków: tekstu jest mało, a żarty będą czytelne dla każdego dziecka.

Drugą książką o piesku, która wzbudziła entuzjazm mojego synka, był „Przemyt” Beaty Sroki. Tę książkę można niestety znaleźć chyba tylko w bibliotece, a nam spodobała się ogromnie. 

Przemyt

Bohaterem książki jest mały Jaś, który marzy o piesku. Jego mama wymyśla miliony przeszkód, bardzo zabawnie narysowanych przez Bognę Srokę-Muchę. Ona mówi całkiem jak ty — ponuro stwierdził Piotruś i trochę racji w tym, niestety, było. 

Pewnego dnia Jaś przemyca do domu pieska znalezionego przy śmietniku. Piesek, nazwany później Przemytem, jest bardzo sympatyczny i bardzo dobrze czuje się w domu Jaśka. A że nikt o nim nie wie, dochodzi do mnóstwa zabawnych sytuacji. Scenę, w której tatuś odkrywa efekty swojej walki z wielkim wężem, musiałam przeczytać chyba z piętnaście razy, a Piotruś ciągle nie miał dosyć. To zabawna, urocza i ciepła książka o tym, że marzenia czasami się spełniają i o tym, że czasami warto im pomóc.

Piotruś z zaciekawieniem oglądał dowcipne ilustracje Bogny Sroki-Muchy. Do jego ulubionych należy ta z psem zapakowanym w różne pudła i pudełka. Bawiła go także typografia: tekst zapisany jest różnymi czcionkami i moje dziecko z radością próbowało odcyfrować niektóre wyrazy. To świetna i zabawna książka, po którą warto sięgnąć, jeśli będzie leżeć na bibliotecznej półce.

Zdjęcia „Rity i Cośka” pochodzą ze strony wydawnictwa Znak.

 

Jean-Philippe Arrou-Vignod, Rita i Cosiek, Znak 2016

Beata Sroka, Przemyt, Muchomor 2008 

 

Dżok

Mój synek jest zdecydowanym kociarzem. Kocha koty, marzy o chwili, gdy będzie miał własnego, w domach, w których są koty, większość czasu spędza na próbach ich obłaskawienia. Ma także oczywiście swoją własną teorię na temat tego, jak będzie wyglądał JEGO kot. Będzie ze schroniska, będzie miał łaty, będzie nazywał się Mruczek, będzie bardzo lubił być głaskany i będzie zdecydowanie kotem obronnym… Czasami próbuję wyjaśnić Tymkowi, że koty (domowe) nie należą do najbardziej agresywnych zwierząt i lubią chodzić własnymi drogami, ale mój synek ma własną teorię na ten temat: JEGO kot będzie inny. Uwielbia także wszystkie dzikie koty i uważa, że są jego przyjaciółmi. Mam nadzieję, że przy najbliższej wizycie w ZOO nie będzie próbował wleźć do klatki z lwami, żeby to sprawdzić 😉

Na szczęście mimo miłości do kotów, udaje się nam go namówić do lektury książek poświęconych innym zwierzętom. Niedawno przynieśliśmy z biblioteki Dżoka, legendę o psiej wierności Barbary Gawryluk (Literatura). W efekcie Tymek spóźnił się do przedszkola, a ja do pracy, ponieważ rano po prostu musieliśmy skończyć tę książkę 🙂

 

Mamy także drugi punkty wizyty w Krakowie: obejrzeć pomnik Dżoka. Coś mi się zdaje, że na zwiedzanie zabytków za wiele czasu nie zostanie.

Dżok, legenda o psiej wierności to nie jest wesoła opowieść. Nie jest też smutna, raczej melancholijna. Opowiada o psie, który przez rok czekał na swojego pana na przystanku autobusowym…. Ale może po kolei.

Mieszkający samotnie pan Nikodem przywiózł Dżoka ze schroniska. Pies pokochał swojego opiekuna całym swoim sercem i z nikim nie był tak zżyty. Zdobył także życzliwość, przyjaźń i szacunek wszystkich mieszkańców kamienicy, w której mieszkał razem z panem Nikodemem. Pewnego dnia na spacerze pan Nikodem zasłabł, a potem zmarł. A Dżok czekał na swojego pana w tym miejscu, w którym go pan zostawił: na przystanku autobusowym. Nie dał się złapać opiekunom ze schroniska, nie dał się przepędzić. Po prostu czekał. Spotkał na swojej drodze samych życzliwych ludzi, którzy przynosili mu wodę i jedzenie, dbali, by nie było mu zimno. Wielu z nich próbowało się nim zaopiekować, ale pies nikomu nie chciał zaufać.

I tak powstała współczesna krakowska legenda. Legenda, która przypomina, że zwierzęta mają uczucia i sprzeciwia się wszystkim modom na takiego lub innego modnego pieska. Legenda przypominająca, że zwierzęta to nie zabawka, że należy im się szacunek, troska i opieka. Tymek nie ma kota, bo boję się, że jest za mały, że traktowałby go jak zabawkę i mógłby zrobić mu niechcący krzywdę.

Jak w prawdziwej legendzie nie wiadomo, co przeżył Dżok, zanim trafił do pana Nikodema, i co się z nim stało później. Mamo, pewnie Dżok biega po Polsce i może kiedyś do nas trafi… Może…

Książkę zilustrowała Iwona Cała. Bardzo ładne są te ilustracje: pastelowe, rozbudzające wyobraźnię. Tymkowi ogromnie spodobała się ta, na której na Dżoka patrzą dwie ogromne Panie. A ja uświadomiłam sobie, że mój synek widzi świat z bardzo podobnej perspektywy. Ludzie są wielcy i kończą się gdzieś wysoko. Od czasu do czasu Tymek dostaje do swoich rączek aparat i może porobić zdjęcia. Bardzo to lubi, z radością fotografuje i ogląda potem swoje dzieła. Fascynujące jest patrzenie, co wybiera jako obiekty zdjęć i jak wygląda świat widziany jego oczami i z jego wysokości. I daje nam to do myślenia.

Pafnucy

Z Pafnucym spotkaliśmy się przypadkowo – dziwna książka przypominająca kołonotatnik, cała wydrukowana kursywą leżała wśród innych książek na półce u babci Tymka. Nie pamiętałam jej z dzieciństwa – później moja mama przyznała, że dostała książki dla dzieci od znajomych, których wnuki były już na nie za duże. A że za oknem padał deszcz i skończyły się nam pomysły na zabawy, zaczęliśmy czytać. I Pafnucy na dobre rozgościł się w naszym świecie.

Pafnucy to sympatyczny miś, bohater książek dla dzieci Joanny Chmielewskiej. Na początku poznaliśmy go z książki pod tytułem Pafnucy i jego skarb. Tę historię można także znaleźć w książce zatytułowanej po prostu Pafnucy wydanej przez Kobrę.

   

Rozdział Skarb w lesie należy do ulubionych historii Tymka. Ale może po kolei.Pafnucy to dobroduszny, niegroźny i towarzyski niedźwiedź, który mieszka w pewnym lesie. Jego najbliższą przyjaciółką jest wydra Marianna, zamieszkująca małe, ale pełne ryb jeziorko w głębi lasu. Marianna chętnie karmi Pafnucego w zamian za dostarczanie jej nowinek i plotek, jest bowiem bardzo ciekawska. Pafnucy chętnie zjada przygotowane przez nią ryby, tylko czasami ma problem z opowiadaniem (w trakcie jedzenia):Marianna wyłowiła już mnóstwo ryb na kolację i z niecierpliwością czekała na swojego przyjaciela. Słońce zachodziło, kiedy nadbiegł Pafnucy, zasapany i bardzo głodny. (…)
– Ygałem łowy – powiedział. – Ałgo yłe.
– Może jednak najpierw przełknij – poradziła Marianna. – Po pierwsze, możesz się zakrztusić, a po drugie, ja i tak nie rozumiem,co mówisz. Czy to jakiś obcy język?

W powieści przewija się masa innych zwierząt: pies Pucek, lis Remigiusz, konie, borsuki, kuna, wilki… Jedynym w miarę inteligentnym człowiekiem jest w tej bajce leśniczy, choć i on ma wady. Zwierzęta są mądre i gotowe do współpracy, a ludzie są traktowani jak plaga i najgorsze zło, za wszelką cenę należy więc ich unikać i nie wpuszczać do lasu, co prowadzi do wielu zabawnych sytuacji (och, jak ja lubię historię o sprzątaniu lasu!). To nie jest książka przyrodnicza: zwierzęta nie są rzeczywiste, nie zachowują się tak jak w naturze, ale Joanna Chmielewska bardzo konsekwentnie starała się zachować zwierzęcy punkt widzenia, dzięki czemu można się w opowieści przejrzeć jak w krzywym zwierciadle. A ile pytań się pojawia: dlaczego zwierzęta znajdują drogę w lesie, a ludzie się gubią? Dlaczego ludzie śmiecą (hmm, no właśnie, dlaczego)? Czy zwierzęta naprawdę mówią? Dlaczego lis Remigiusz rozumie ludzką mowę, a inne zwierzęta nie? Czy dziki naprawdę lubią pomarańcze? Czy sroka kradnie? I tak dalej, i tak dalej. Niektóre z tych pytań odnoszą się do rzeczywistości bajkowej, ale myślę, że na długo zostanie w Tymku świadomość tego, że nie wolno śmiecić, że ludzka beztroska może oznaczać zagrożenie dla zwierząt.

Historie są wciągające, wartko napisane. Czasami dla Tymka za długie, muszę skracać dialogi i opisy, żeby się nie znudził, bo jest to książka zdecydowanie dla starszych dzieci. Moje dziecko jest zaprawione w bojach i przyzwyczajone do długiego słuchania, ale dla innych trzy- czy nawet czterolatków książka może być za długa i za kwiecista. Każdy rozdział to osobna historia, raczej na kilka wieczorów, a całość liczy sobie 345 stron.

Skarb w lesie jest napisany w konwencji kryminału. Pafnucy dowiaduje się, że na drugim końcu lasu powstało coś dziwnego, przerażającego i śmierdzącego. I musi to natychmiast zobaczyć – domaga się tego wydra Marianna, która chce wiedzieć wszystko. Pafnucy poznaje więc szosę i samochody, a przy okazji widzi, jak dwóch ludzi zakopuje coś w lesie. A że Marianna bardzo pragnie zobaczyć, co ludzie zakopują w lesie, paczka zostaje przyniesiona i rozpakowana w pobliżu leśnego jeziorka.

W środku znajdowały się nadzwyczaj dziwne przedmioty, twarde, świecące, kolorowe. Były małe, było ich dużo i rozsypały się na trawie dokoła zniszczonego opakowania.
Mariannie spodobały się ogromnie i od razu zaczęła się nimi bawić. (…)
No, jestem zadowolona – rzekła z satysfakcją. – Nareszcie zobaczyłam, co ludzie zakopują pod drzewami. Ładne to, chociaż do niczego się nie nadaje.

Okazuje się, że jest to ludzi skarb, i że ludzie zrobią wiele, by go odzyskać. Zamierzają przeszukać cały las. Zwierzęta poznają ludzkie zamiary i ludzki świat dzięki zaprzyjaźnionemu z Pafnucym psu Puckowi i lisowi Remigiuszowi. Żeby powstrzymać ludzi przed zadeptaniem lasu, muszą działać szybko i współpracować. Oj dzieje się, dzieje.

Każdy rozdział skonstruowany jest w podobny sposób: jakieś niezwykłe wydarzenie zakłóca spokój mieszkańców lasu. Muszą oni wymyślić sposób, by zapobiec nieszczęściu, komuś pomóc lub czegoś dokonać. Końcowy efekt powstaje w efekcie współpracy wielu różnych zwierząt, które dla wspólnego dobra porzucają wzajemne animozje, lęki i niechęci. To po prostu książka o współdziałaniu i o tym, że razem można więcej. Ale przede wszystkim to wartka, porywająca, zabawna i wciągająca lektura, która zadowoli dziecko i nie znudzi dorosłego lektora.
W bibliotece odkryłam następną część przygód Pafnucego pt. Las Pafnucego. Z przyjemnością poczytamy z Tymkiem o dalszych losach sympatycznego misia.

Filemon

Tymek ma anginę. Od dłuższego czasu nie może wyjść z domu, ze smutkiem spogląda na zaśnieżony świat i bywa, że nudzi się jak mops. Przeczytaliśmy po kilka razy wszystkie ulubione książki, powędrowałam więc do biblioteki po coś nowego. Do domu przyniosłam m.in. „Filemona i Bonifacego” (Sławomir Grabowski, Marek Nejman, Nasza Księgarnia, 1987).

  

Nie byłam pewna, czy Tymek zechce posłuchać tych opowiadań, czy mu się spodobają, czy nie będzie się nudził. Mój synek co prawda wielbi koty miłością wielką i nieodwzajemnioną (koty wyczuwają chyba jego bezbrzeżną chęć tulenia i przyciskania i uciekają przed nim w najciaśniejsze dziury — wyjątkiem jest Borsuk, przyzwyczajony do dzieci kot naszych przyjaciół), ale nie byłam pewna, czy spokojna opowieść go zainteresuje. Obawy okazały się przesadzone, bo Tymek nie tylko że słucha historii Filemona z chęcią, ale na dodatek śmieje się przy niektórych opowiadaniach do łez.

Mamusiu — zaśmiewał się mój synek — ten Filemon jest taki głupiutki. Szuka gwiazdki w śniegu i zaniósł sopel do domu, przecież on się rozpuści…. Mamo, zobacz, jaki sprytny — przechytrzył koguta.

Tymek nie lubi oglądać filmowych przygód kota Filemona. Nie był to jego ulubiony bohater. Podczas lektury słucha uważnie dwóch, trzech historii, potem wracamy do zabawy. Często jednak inicjuje zabawę w „kotka” albo znienacka pyta o coś, co ma związek z wysłuchaną historią. Dzisiaj nagle zaczął sobie podśpiewywać:

Będę jadł ze smakiem
Pierogi z grzybami!
Hej kolęda, kolęda…

tak jak Bonifacy w opowiadaniu „Gwiazdka”.

Filemon i Bonifacy to dwa koty mieszkające w domu Babci i Dziadka. Filemon jest młody, ciekawski, wszędzie go pełno — wielbi Bonifacego i uważa go za wzór wszelkich kocich cnót. Bonifacy to stary, leniwy kocur. Lubi zapiecek (hmm, spróbujcie wyjaśnić dziecku, co to jest zapiecek), sen i pełną miskę. Nie lubi się wysilać i odpowiadać na milion pytań Filemona. Babcia i Dziadek mieszkają na wsi: po podwórku chodzą różne zwierzęta, za płotem są sady i pola, niedaleko las. Świat wokół domu jest pełen przedziwnych tajemnic, trudno połapać się w nim małemu kotu, który każde słowo rozumie dosłownie. Może właśnie dlatego Tymek zapałał taką sympatią dla Filemona. A ja jestem pełna podziwu dla autorów książki, bo dopiero teraz dostrzegam, jak bardzo ten mały, biały kotek przypomina małe, ciekawskie dziecko.

Mój synek odnosi się do obu kotów z olbrzymią sympatią, choć troszkę bardziej lubi jednak małego i ciekawskiego Filemona. Z uwagą ogląda rysunki Julitty Karwowskiej-Wnuczak, lekko nierzeczywiste, jakby trochę dziecięce, a jednocześnie ludowe. Przypominają mi barwne plamy rzucone na kartkę, które przypadkiem przybrały taki, a nie inny kształt i spoglądają wielkimi, wyrazistymi oczami.
Czytałam przygody kota Filemona w dzieciństwie i według mnie myszy wyglądają właśnie tak, jak na jej ilustracjach (dla wyjaśnienia powiem, że wiem, jak wygląda żywa mysz polna i domowa, i hodowlana — i wcale nie zmienia to faktu, że mysz wygląda właśnie tak, jak na ilustracjach w tej książce). Bonifacy drażni trochę Tymka, co ciągle marudzi — a ja mam nadzieję, że Tymek przestanie marudzić, bo będzie mu wstyd, że zachowuje się właśnie tak, jak Bonifacy.

Dobrze, że Nasza Księgarnia wydała przygody kota Filemona. Może mam prezent dla synka na urodziny?