8+2 i Anton z Ameryki

Kiedy jest nam bardzo źle, na dworze pada deszcz i wszystko wydaje się beznadziejne, lubimy wracać do przygód ośmiorga dzieci z książek Anne-Cath. Vestly. Czytamy o Tacie, Mamie, Babci, dzieciach, Rurku i ciężarówce i robi nam się jakoś lepiej i lżej. Jeśli więc nie znacie tej historii, to czym prędzej poszukajcie tych książek — okazja jest dobra, bo całkiem niedawno Dwie Siostry wydały kolejną część: „8+2 i Anton z Ameryki”.

8+2 i Anton z Ameryki

Dla tych, którzy jeszcze nie wiedzą, co to jest, krótkie streszczenie. Seria opowiada o pewnej rodzinie — nietypowej, bo bardzo licznej. Do rodziny zalicza się ośmioro dzieci, Tato, Mama, ciężarówka, którą Tato zarabia na życie, Babcia… To bardzo otwarta, ciepła rodzina, która otula swoim ciepłem wszystkich samotnych i nieszczęśliwych. W pierwszej części cała ferajna żyje w malutkim mieszkanku w Oslo (ciężarówka nocuje pod domem), a potem dziwnym zrządzeniem losu trafia do domku w lesie. Na blogu o ich przygodach możecie przeczytać tutaj i tutaj.

8+2 i Anton z Ameryki

W tomie „8+2 i Anton z Ameryki” dzieci już na dobre rozgościły się w domku w lesie. Kochają swój dom, swoje podwórko, drogę przez las… Pewnego dnia do ich domu — i to akurat wtedy, gdy rodzice wybrali się na bardzo ważną uroczystość, 25-lecie orkiestry kierowców ciężarówek — zawitał gość, dla którego chatka w lesie była jeszcze cenniejsza. Pamiętacie staruszków, od których Tato kupił domek? W tym tomie po raz kolejny wracamy do nich, bo gość z Ameryki to ich syn, który niechcący przewrócił całe święta rodziny do góry nogami.

8+2 i Anton z Ameryki

Skończyło się jak zwykle dobrze, ale Piotruś z wypiekami na twarzy słuchał o przygodach rodzeństwa, o Morciszku (tradycyjnie wybraliśmy tę formę imienia najmłodszego dziecka), który pokochał prosiaki i chciał nauczyć dom latać, o niespodziance, jaką zostawił rodzinie Anton. Z całej serii bije niesamowite ciepło i życzliwość do świata. Trudno wyobrazić sobie taką Norwegię, ale na pewno chciałby mieć za sąsiadów tę cudowną rodzinę, mimo iż dzieci — jak to dzieci — czasami sprawiają kłopoty. Lubimy także bardzo ilustracje Marianny Oklejak, która jak nikt potrafi oddać zwariowane życie ośmiorga dzieci, a jej obrazek z kierowcami ciężarówek bardzo kojarzy mi się z atletami z Tuwimowskiej „Lokomotywy”. Zajrzyjcie do tych książek konieczne — u nas cała seria świetnie się sprawdza jako wieczorna lektura przed snem, i to przez cały rok, a nie tylko w okolicach świąt. 

Ilustracje pochodzą ze strony wydawnictwa Dwie Siostry.

Anne-Cath Vestly, 8+2 i Anton z Ameryki, il. Marianna Oklejak, Dwie Siostry 2017

Reklamy

Jak to działa? Zwierzęta

Przyznaję, że czytamy chyba same starocia. Chyba… Bo tak naprawdę to wieczorami bawimy się z Piotrkiem wspólnie przy przygodach Lunga (mama czyta, Piotruś przeszkadza, zastanawiając się na głos, jak można złapać krasnala skalnego, czy dużo jest homunkulusów na świecie i czy koboldy naprawdę istnieją), w ciągu dnia Piotruś brnie przez „Doktora Dolittle” (lekturę trzeba przeczytać), a potem płynnie przeskakuje do „Jak to działa? Zwierzęta” Nikoli Kucharskiej (Nasza Księgarnia). Gdyby to była lektura, znałby już ją na pamięć.

Jak to działa. Zwierzęta

Piotruś uwielbia książkową Klarę, która uwielbia zadawać pytania. Pytania Klary wywołują salwy śmiechu — nie dlatego, że Klara zadaje głupie pytania, tylko dlatego, że tych pytań jest tak dużo, to prawdziwy słowotok.

Dziadku? A czemu kot widzi w ciemności lepiej ode mnie? Po co kot mruczy? Czy skorupa żółwia to część żółwia, czy tylko jego domek? Czemu moja ara tak śmiesznie stroszy piórka na twarzy? Ile lat może żyć taka papuga? No i czemu ona tak głośno skrzeczy? 

Jak to działa. Zwierzęta

To tylko mała próbka możliwości Klary — na szczęście dziewczynka ma Dziadka, który cierpliwie i z miłością wszystko jej wyjaśnia. A że nosi przy sobie notatnik, to przy okazji dużo rysuje. I tutaj przechodzimy do tego, co w książce najfajniejsze (tutaj Piotr się ze mną nie zgadza, bo uważa, że najciekawsze i najfajniejsze są komiksy), a jednocześnie chyba najbardziej kontrowersyjne: do przekrojów zwierząt będących jednocześnie informacją, jak działają zwierzęta.

Jak to działa. Zwierzęta

Jak to działa. Zwierzęta

Dziadek Klary wyjaśnia jej szczegółowo na obrazkach, jak działają zwierzęta. Nie są to jednak klasyczne przekroje, jak z podręczników anatomii. Zwierzęta Nikoli Kucharskiej mają pokazane ośrodki tupania, centra czystości i termometr w uszach. Wszystkie informacje są prawdziwe i sprawdzone: jeże przecież naprawdę tupią — choć nie mają aparatu tupiącego w postaci ślicznego trzewiczka jak z Rumcajsa, świnie naprawdę wykrywają trufle — choć nie robią tego za pomocą cudnej maszynki rodem z SF, niedźwiedzie kochają miód — choć nie noszą słoiczka w kieszonce obok żołądka. Po co to wszystko piszę? Nikola Kucharska użyła mnóstwa wspaniałych ikonek i obrazków, by pokazać cechy zwierząt, by opowiedzieć, jak one żyją, co lubią, a czego unikają (wiedzieliście, że psy mają gruczoły potowe tylko na poduszkach łap?). Dzieci nie dowiedzą się jednak z tych przekrojów, gdzie leży wątroba niedźwiedzia, gdzie są jego płuca, a gdzie trzustka. Jeśli takich informacji szukacie, musicie zajrzeć do innej książki.

Jak to działa. Zwierzęta

Przy uważnej lekturze znajdziecie jednak odpowiedzi na wszystkie pytania, które zadawała Dziadkowi Klara i wiele więcej fascynujących informacji. Piotrek często zadawał pytania: „czy naprawdę…” Zawsze odpowiedź brzmiała: tak, naprawdę. Zdarzało się jednak, że zaglądaliśmy do atlasów zwierząt, żeby sprawdzić, czy naprawdę, tak bardzo nieprawdopodobne wydawały się niektóre cechy.

Picturebook Nikoli Kucharskiej podzielony jest na cztery części. Opisano w nich zwierzęta domowe, parkowe, gospodarskie i leśne. Znalazło się miejsce na zabawne przedstawienie zawodów, które może wybrać miłośnik zwierząt (od fryzjera psów po zootechnika) i krótkie opisy inspirujących postaci (od Karola Linneusza po Adama Wajraka). Dla mnie „Jak to działa? Zwierzęta” to świetna lektura rodzinna do wspólnej zabawy i szukania ciekawostek. A że lektura czasami kończy się wspólnym oglądaniem seriali przyrodniczych? Co w tym złego? Życie zwierząt jest przecież takie tajemnicze i interesujące!

PS. Muszę podkreślić — na wyraźne życzenie Piotra — że najfajniejsze są komiksy i dymki związane ze zwierzętami i że w następnej książce powinno być ich więcej, bo jest za mało historyjek do czytania. Tak się rodzi miłość do książek 🙂

 

Zdjęcia pochodzą z bloga Nikoli Kucharskiej.

Nikola Kucharska, Jak to działa? Zwierzęta, Nasza Księgarnia 2017

Atlas miast – nie tylko na wakacje

Wakacje powoli zbliżają się do końca. Jeszcze planujemy kilka wycieczek, ale na horyzoncie pojawiła się już szkoła (moi chłopcy nie są tym zachwyceni). Nie oznacza to wcale, że na półce lądują mapy i atlasy, które towarzyszą nam podczas letnich wypraw. Lubimy podróżować palcem po mapie i w książkach szukać inspiracji do kolejnych wycieczek. Jedna z takich książek zdołała nawet podzielić rodzinę, bo Piotrkowi i mnie się podoba, a Starszemu i Tacie już nie bardzo.

Atlas miast

„Atlas miast” (ilustracje: Martin Haake, tekst: Georgia Cherry, Nasza Księgarnia) leży na stosiku książek podręcznych już od jakiegoś czasu. Przed wakacjami Piotruś szczegółowo oglądał wszystkie strony, planując wakacyjne wyprawy. Założył, że musimy (po prostu MUSIMY) odwiedzić Lizbonę, Ateny, Meksyk i Hongkong i bardzo się zasmucił, gdy okazało się to niewykonalne. Nie ostudziło to jednak jego ochoty do oglądania atlasu i planowania kolejnych podróży.

Atlas miast - Ateny

To może teraz trochę szczegółów. „Atlas miast” to autorski, ilustrowany przewodnik po 30 miastach świata. Każde miasto zostało przedstawione na dwóch sąsiadujących stronach. Na każdej rozkładówce znajdziemy kilka podstawowych informacji — w jakim kraju znajduje się miasto, w jakim języku mówią jego mieszkańcy i ile osób w nim mieszka, kilka zdań opisu i flagę kraju — oraz całą masę rysunkowych ciekawostek i sugestii, co można w danym mieście zrobić. Wskazówki są przeróżne, od zwiedzania ciekawych miejsc (na przykład w Pradze autorzy proponują wycieczkę śladami duchów i legend) po kulinarne (w Czechach zachęcają do spróbowania ciastka o nazwie kolač).

Atlas miast - Lizbona

Co nam się podoba? Wspaniała okładka ze stylizowanymi znaczkami z poszczególnych miast. Grafika, grafika! (tutaj, mówiąc szczerze, Tato Piotrusia kręci nosem, bo jemu się mniej podoba) i bardzo spójna konwencja kolorystyczna każdego miasta. Nawet zastanawiałam się, czy ja też odbierałabym Ateny na pomarańczowo. Ciekawy dobór informacji o każdym mieście i czasami bardzo nietypowe propozycje spędzania czasu. Zadania dla dzieci (typu: znajdź pięć matrioszek) — szkoda tylko, że jest ich tak mało i tak łatwo znaleźć poukrywane przedmioty. Bezpośredni sposób zwracania się do czytelnika — Piotrusia zwroty „znajdź, odwiedź, spróbuj, obejrzyj” zachęcały do dalszych poszukiwań i dopytywania się o przedstawione na ilustracjach zabytki i miejsca.

Atlas miast - Warszawa

Co się nam nie podobało? Dziwny układ miast — Warszawa sąsiaduje z Buenos Aires i Hongkongiem, choć inne miasta europejskie przedstawione są „obok siebie”. W wydaniu oryginalnym Warszawy nie było — w polskim wydaniu plansza warszawska zastąpiła Kapsztad (stąd dziwne miejsce Warszawy w atlasie) i właśnie tego dotyczy moje kolejne zastrzeżenie. W „Atlasie miast” nie ma ani jednego miasta z Afryki, co od razu dostrzegło moje Młodsze, gdy bawiliśmy się w zaznaczanie miast na mapie świata. Trochę szkoda…

Moje najpoważniejsze zastrzeżenie dotyczy jednak czegoś innego. Na każdej planszy widoczna jest postać ubrana w stylizowany ludowy strój, która wita się z czytelnikiem słowem używanym w danym kraju. Mamy tutaj Hello, Hola, Hej, Cześć, Ahoj i mnóstwo innych pozdrowień. Wszystkie są zapisane alfabetem używanym w danym kraju (super!) i tylko przy rosyjskim znajduje się transkrypcja (buuu!). To świetnie, że czytelnik wie, że ПРИВЕТ należy czytać jako „Priwiet”, ale równie fajnie byłoby się dowiedzieć, jak należy wymawiać pozdrowienie w Atenach, Hongkongu czy Mumbaju. Mnie osobiście ułatwiłoby to życie — długo szukałam dla Piotrusia informacji, jak mówi się „cześć” w Indiach i w Japonii.

Mimo tych drobnych zastrzeżeń „Atlas miast” gorąco polecam wszystkim podróżnikom — i tym rzeczywistym, i tym wędrującym tylko palcem po mapie. Świetnie rozbudza ciekawość i pokazuje, że w miastach świata warto pamiętać nie tylko o zabytkach i przeszłości. 

 

Martin Haake (il.), Georgia Cherry (tekst), Atlas miast, Nasza Księgarnia 2017

 

My i nasza historia

Wakacje to dobry moment na czytanie różnych książek, nie tylko lekkich i przyjemnych. Dobrze się dyskutuje i rozmyśla na kocu pod drzewem — szczególnie, gdy przeczytana książka fascynuje, a „My i nasza historia” Yvana Pommaux i Christophe’a Ylla-Somersa (Wydawnictwo Tatarak) wciąga czytelnika od pierwszych stron. To znakomita lektura do wspólnego czytania i oglądania dla całej rodziny — krótkiemu, zwięzłemu tekstowi towarzyszą piękne, intrygujące ilustracje, które można bardzo długo przeglądać. 

My i nasza historia

„My i nasza historia” trochę przypomina „Rzekę czasu” Petera Goesa — również prowadzi przez historię ludzkości od samego początku, gdy gdzieś kiedyś w pomroce dziejów powstało stworzenie chodzące na dwóch nogach.

My i nasza historia

Opowieść płynie, ale nie znajdziecie w niej słynnych i dobrze znanych nazwisk. Przez całą opowieść nie pada żadne imię, bo bohaterem tej książki są po prostu ludzie — zwykli i prości, bogaci i biedni, wymyślający wynalazki i handlujący z różnymi krajami, awanturnicy i domatorzy.

My i nasza historia

Autorzy prowadzą nas przez różne kraje i kontynenty, by pokazać to, co nas łączy i jak doszło do tego, że staliśmy się tak różni. To fascynująca podróż. Yvan Pommaux i Christophe Ylla-Somers podkreślają wspólne ludzkie idee i fascynacje: tak wcześnie zaczęliśmy tworzyć sztukę, tak wielu myślicieli z różnych stron świata głosiło podobne idee. Pokazują także, dlaczego różne kraje i kultury rozwijały się inaczej — trudniej stworzyć wyrafinowaną cywilizację tam, gdzie przeżycie każdego dnia stanowi wyzwanie.

My i nasza historia

Książka nie skupia się tylko na Europie — to jej wielka wartość. Mali i Wyspa Wielkanocna są w tej książce równie ważne, co Celtowie, Chiny i Grecy. Ważny nie jest ślad, jaki poszczególne kultury wycisnęły na historii ludzkości, ale sam fakt, że wszyscy należymy do wielkiej ludzkiej rodziny, która gnana ciekawością i poszukiwaniem dobrego miejsca do życia zaludniła cały świat. Rozwijaliśmy się w różny sposób, ale ciągle łączy nas marzenie o dobrym życiu i chęć znalezienia bezpiecznego miejsca na Ziemi.

My i nasza historia

Dopiero na samym końcu książki znajdujemy krótkie zestawienie słynnych postaci — osób, które tworzyły naszą historię, a nie tylko jej ulegały. Są tam ludzie z różnych kultur i kontynentów, kobiety i mężczyźni, władcy i artyści, naukowcy i myśliciele. Część nazwisk nie była mi znana i uświadomiła, jak mało wiemy o innych i ich historii. Nie wiemy, ale możemy się dowiedzieć, bo ta książka niesamowicie rozbudza ciekawość i zachęca do zadawania pytań, także tych trudnych. 

My i nasza historia

Minusy? Właściwie nie ma — mogłabym się przyczepić jedynie do okładki, która nie zapowiada aż tak ciekawej lektury. Chłopcy zastanawiali się, czy to historia strojów lub obyczajów, ale po przejrzeniu kilku stron całkowicie wsiąkli w tę książkę. A na koniec cytat:

Wszyscy wywodzimy się od homo sapiens, mamy tych samych przodków, którzy wyruszyli z Afryki sto pięćdziesiąt tysięcy lat temu i rozproszyli się po wszystkich kontynentach. Należymy do jednego gatunku, jesteśmy tacy sami mimo różnic kulturowych i etnicznych. Często koncentrujemy się właśnie na tych różnicach. Dlaczego tak się dzieje? Nikt nie umie odpowiedzieć na to pytanie. Spróbujmy jednak zastanowić się, czy w pewnych okolicznościach i pod pewnymi warunkami nie moglibyśmy być po prostu ludźmi.

Miłego zastanawiania się pod lipą!

 

Yvan Pommaux, Christophe Ylla-Somers, My i nasza historia, Wydawnictwo Tatarak 2017 

Hej! W góry, w góry…

Leży cały czas na stole, a ja przeglądam ją przynajmniej raz dziennie i nie dowierzam. Oglądam ją z zachwytem, wącham, kartkuję i patrzę z zazdrością na Tymka. I kombinuję, jakby tu mu ją zwinąć na trochę. Na stałe zabierać nie chcę, bo niech się dziecko kształci, ale ja też bym chciała. Poczytać, pobawić się, porysować. Uwielbiałam ćwiczenia z geografii w podstawówce. Rany, co ja bym dała, żeby mieć taką książkę, gdy miałam naście lat! Piotrusia też urzekła, więc oboje podpatrujemy i kopiujemy ćwiczenia, bo Tymek zazdrośnie strzeże książki.

W góry

Piotr Karski stworzył dzieło imponujące i niesamowite. Wyobraźcie sobie 224 strony do malowania, rysowania, zastanawiania się i główkowania. Temat przewodni to oczywiście góry, ale „W góry” to coś więcej niż jeszcze jedna książka z zadaniami. Wciąga dziecko od razu, a przy okazji przekazuje masę wiedzy, która sama wskakuje do głowy. Ta książka może służyć do zabawy w weekend i pomóc w przygotowaniu do sprawdzaniu z przyrody (przetestowane!). Wiedza, jaką zawarł w niej Piotr Karski, imponuje i wzbudza szacunek. Po prostu chce się przy tej książce siedzieć i się uczyć… tfu… znaczy bawić.

Zadania zabawne, na przykład takie:

W  góry

W góry

sąsiadują z ilustracjami, które wymagają pogłówkowania i pozastanawiania się. W głowie pozostają poziomice, dziewięćsiły, erozja i lód firnowy. Serio, Tymek bawił się tą książką, przygotowując się do sprawdzianu. Znalazło się w niej wszystko: cieki wodne, wyznaczanie kierunków, określania wysokości pagórka i biegu rzeki 🙂 A narzekania, że przyroda jest nudna, zniknęły, jak ręką odjął.

W góry

W góry

W góry

To książka, którą mogą się bawić dzieci w różnym wieku. Tymek sam zaproponował, że niektóre ćwiczenia rozwiąże ołówkiem, żeby potem Piotruś mógł spróbować swoich sił. Znajdą tutaj coś dla siebie wielbiciele sportów, fanki mody (ech, kto by nie chciał zaprojektować parzenicy), przyrodnicy i wszyscy ciekawscy. Nie mówię o czytelnikach oczywistych, czyli wielbicielach gór 🙂 Dzięki tej książce można skoczyć z góry na spadochronie, dowiedzieć się, jak się robi oscypki i szczegółowo zaplanować wyprawę, nawet na chwilę nie ruszając się z krzesła. Mój Starszy po początkowej nieufności (jakieś to dziwne) uznał, że należy do niej podejść metodycznie i rozwiązywać strona po stronie. I nawet nie narzeka, że musi rysować. Fajnie jest patrzeć, jak budzi się jego fascynacja, a ręka sama wyciąga się po mapy i atlasy.

Jest tutaj także jedno zadania, które zauroczyło Piotrusia. Na zacieniowanej ołówkiem kartce, trzeba gumką stworzyć jaskinię.

W góry

Biała kartka kusi, ale cóż — książka należy do Tymka. Co tam przeszkody — Piotruś stworzył już kilka swoich jaskiń, a że fascynacja mitologią nadal trwa, w każdej mieszkają Minyady (bo gdzie mają mieszkać księżniczki zamienione w nietoperze?)

W góry

W góry

Jeśli kochacie góry i macie dzieci, to musicie tę książkę mieć. Szczerze mówiąc, brak dzieci w niczym nie przeszkadza, przecież kształcić się można przez całe życie. A ta książka zapewnia zabawę na wiele długich wieczorów.

Piotr Karski, W góry, Dwie Siostry 2016

Marchewko Niebieska, skradłaś Piotrka dni…

Miało być o czymś innym, ale musi być o marchewce, bo Piotr by mi chyba nie wybaczył. „W poszukiwaniu Niebieskiej Marchewki” to książka, którą ogląda naprzemiennie z „Mitami greckimi dla dzieci” Nikoli Kucharskiej. Obie leżą na parapecie, żeby nie trzeba było ich szukać w czeluściach półek — tak się jakoś dziwnie złożyło, że u nas w domu parapety są opanowane przez stosy książek do lektury na już 😉

W poszukiwaniu niebieskiej marchewki

„W poszukiwaniu Niebieskiej Marchewki” Sébastiena Telleschiego to książka do wyszukiwania. Na dokładnie zamalowanych planszach trzeba znaleźć maleńką Niebieską Marchewkę, przedmiot pożądania całego plemienia szalonych królików. Nie jest to łatwe zadanie — na początku cała nasza rodzina klęczała zgodnie przed planszą, skanując ją dokładnie od prawej strony do lewej i od góry do dołu. Okrzyk „ja już widzę” wywoływał grymas na twarzach pozostałych, a potem (czasami) słychać było błagalne prośby: „daj jakąś wskazówkę”.

W poszukiwaniu niebieskiej marchewki

Wraz z królikami podróżujemy przez wieki. Szaleństwo zaczęło się już w czasach prehistorycznych, gdy zabłąkani myśliwi natrafili na cudowną małą niebieską marchewkę. Co tam królikowce, królikozaury i królikogrysy — małe króliki dostały kompletnego świra i udały się w pogoń za Niebieską Marchewką. Niezbyt one są mądre, uznał Piotruś, po raz kolejny znajdując króliczy obiekt pożądania. Nie widzą tego, czego szukają. Pod tym względem króliki bywają całkiem ludzkie.

W poszukiwaniu niebieskiej marchewki

Królicza wizja starożytnego Egiptu czy Rzymu bywa zaskakująca i zabawna. Ilustracje w tej książce są niesamowicie szczegółowe, zagmatwane, mnóstwo się na nich dzieje, więc zabawa trwa długo, nawet po odkryciu Niebieskiej Marchewki na każdej planszy. Na obrazkach jest tyle zabawnych szczegółów, frapujących rozwiązań i intrygujących zagadek (mamo, jak myślisz, gdzie popłynęłaby woda, gdyby wyciągnąć ten korek? albo mamo, ciekawe, czy na każdym obrazku jest toaleta), że można się im przyglądać i przyglądać. Zresztą na końcu książki znajduje się spis najważniejszych postaci z króliczego stada, więc można zacząć wyszukiwanie od początku i sprawdzać, czy rzeczywiście na każdej planszy jest kucharz Królikopsipsikol Senior, Audrey Królikodietka czy Ramon Królikolos. Piotr zapałał sympatią do Gawa Kirafega, królika pierwotnego zagubionego w czasie. Gaw przestraszył się żarówki, a Piotruś ciągle nie może zrozumieć, jak żarówka mogła się znaleźć w jaskini królików pierwotnych.

W poszukiwaniu niebieskiej marchewki

Moje Młodsze nie ma do tej książki żadnych zastrzeżeń, kocha ją miłością wielką i upewnia się tylko, czy aby nie trzeba jej będzie oddać kiedyś do biblioteki. Ja osobiście wolałabym, żeby opowieść towarzysząca poszukiwaniom królików napisana była trochę lżejszym stylem. To tekst sprawia, że zastanawiam się, dla kogo książka jest przeznaczona: Tymek rzucił na tekst okiem, obejrzał obrazki, znalazł marchewkę — i już. Piotrusia historyjki nie ciągną. Książkę ogląda co chwila, bawi się ilustracjami, a ich studiowanie sprawia mu nieustającą przyjemność. Za to tekst przeczytaliśmy raz i to nie do końca, bo Synek uznał, że do niczego nie jest mu potrzebny. Trochę szkoda. Narracja jednak rzeczywiście się rwie, a na niektórych króliczych nazwach można sobie połamać język. Dla mnie „W poszukiwaniu Niebieskiej Marchewki” to wspaniała książka do zabawy, wyszukiwania i snucia opowieści, choć niekoniecznie do czytania (tak serio mówiąc, pierwsze trzy zalety naprawdę wystarczą). Jeśli Wasze dzieci lubią oglądać szczegółowe obrazki i badać zagmatwane ilustracje, to historia królików powinna im się spodobać.

W poszukiwaniu niebieskiej marchewki

Sébastien Telleschi, W poszukiwaniu Niebieskiej Marchewki, Nasza Księgarnia 2017 

Strach ma, być może, wielkie oczy – czytamy Księgę potworów

Kto? Jak to, kto? Bazyliszek,

potwór groźny i opryszek,

co wzrokiem w kamień zamienia,

w dodatku z zaskoczenia.

Bardzo, bardzo lubię inteligentne wiersze dla dzieci. Takie, od których nie bolą mnie zęby i nie mam ochoty wyć do księżyca. Mogą być różne: poważne, smutne, wesołe — wszystko jedno, ważne, żeby były dobre. Otwarcie więc przyznaję, że uwielbiam poezję Michała Rusinka dla dzieci. Lubię Wierszyki domowe, Jak przekręcać i przeklinać, a teraz dołączyła do nich Księga potworów

Księga potworów

Czytałam ją z Piotrusiem i miałam coraz lepszy humor, a moje dziecko uśmiechało się coraz szerzej. Choć może należałoby powiedzieć, że uśmiechało się od początku, gdy tylko usłyszało o czułkach, przyssawkach, parzydełkach, nibyodnóżkach, nibybutkach i innych odwłoczkach i skrzydełkach strachów. Widziałam, jak z każdym słowem oczy Piotrusia zaczynają mocniej błyszczeć, a na buzi pojawia się coraz szerszy uśmiech. Mamo, czytaj dalej…. — fajnie to słyszeć podczas lektury. Synek kazał potem słuchać Tacie i Starszemu, a to najlepiej świadczy, że się podobało.

Księga potworów

Michał Rusinek stworzył bestiariusz dla dzieci. Stworów jest trochę, przedstawianych według alfabetu, żeby był porządek. Zaczynamy od bazyliszka, kończymy na yeti, a pomiędzy nimi spotykamy smoka i Minotaura, rusałki i utopca, syrenę i chimerę, nibelunga i walkirię (tak, tak), a na końcu rusinki i delatury na dokładkę — potwory raczej kulturalne. Potem możemy zajrzeć do objaśnień, o których za chwilę. Autor bawi się konwencjami i językiem. Na przykład tak:

Gnom

ma naturę złom.

(a poprawnie złą).

Przez istotę tą

(a poprawnie tę)

z przerażenia drżę,

bo choć mała jest,

umie kopnąć fest!

Wiersze nie są długie, ale widać w nich radosną zabawę słowem, rymem, skrótem czy metaforą. Są takie, które opierają się na jednym rytmie, inne płyną szerzej i dają oddech, by za chwileczkę się skończyć (mamo, czemu ten wiersz o krakenie jest taki krótki?). Michał Rusinek nawiązuje do współczesnego świata, bawi się skojarzeniami — miałam wrażenie, że dzieli się z czytelnikiem radością tworzenia i dobrze się przy tym bawi.

Księga potworów

Ilustracje Daniela de Latoura to dodatkowy atut tej książki. Są zabawne, inteligentne, ciekawie współgrają z wierszami. Książka jest pięknie zakomponowana — tekst płynie i przenika się z obrazami, czasami jeden wiersz zakomponowany jest na kilku stronach, co początkującemu czytaczowi Piotrusiowi sprawiło trochę kłopotów, ale jednocześnie bardzo go bawiło — mój Młodszy czytał te wiersze prawie jak komiks, interesowała go zarówno warstwa tekstu, jak i język obrazu.

Uzupełnieniem książki jest alfabetyczny spis potworów wraz z objaśnieniami autorstwa Magdaleny Chorębały i Karoliny Przybysławskiej. 

Księga potworów

Tutaj zawył z radości Starszy, bo objaśnienia są pełne odniesień do współczesności. Mamy tutaj nawiązania m.in. do Tolkiena, Harry’ego Pottera i Warcrafta, a nawet Arielki. Świetny pomysł, który uświadamia dzieciom — po początkowym zachwycie Tymek zauważył to ze zdziwieniem — że starożytne potwory ciągle zaludniają masową wyobraźnię, choć przeskoczyły do gier i filmów.

Książkę przynieśliśmy z biblioteki, ale Piotr po pierwszej lekturze zażądał wycieczki do księgarni. Przecież tak fajną książkę koniecznie trzeba mieć na półce, to oczywiste. Zaczął też zbierać materiał do własnej księgi potworów z ilustracjami, może nie aż tak erudycyjnej, ale niezmiernie oryginalnej. Jako pierwszy powstał dziwak-mucha.

Michał Rusinek, Księga potworów, il. Daniel de Latour, Wyd. Zwierciadło 2016

Dżentelmeni, krynoliny, statki kosmiczne i pająki

Z krynolinami chyba przesadziłam, bo w epoce wiktoriańskiej już się ich raczej nie nosiło, ale cała reszta się zgadza…

Czy wyobrażacie sobie świat, w którym ludzie zaczęli eksplorować kosmos tuż po dokonaniu odkryć przez Izaaka Newtona? Zasiedlali planety, budowali kolonie, podróżowali dalej przez „bezgraniczny eter” i wiedzieli o kosmosie więcej iż my, ale mężczyźni ciągle nosili meloniki, a kobiety długie, niewygodne suknie na halkach? Były to czasy, gdy młode damy musiały posiąść pewne umiejętności (takie jak gra na instrumencie), by móc przebywać w „odpowiednim” towarzystwie, a młodzi mężczyźni powinni w każdej sytuacji pokazać, że są dżentelmenami. Przyznaję, że mnie ta wizja podoba się ogromnie. A można ją znaleźć w przeuroczej książce „Kosmiczny dom Larklight, czyli zemsta białych pająków, czyli do pierścieni Saturna i z powrotem! Porywająca opowieść o śmiałej wyprawie w najdalsze zakątki Kosmosu”. Napisał ją Philip Reeve (choć na karcie tytułowej widnieje informacja, że tylko spisał opowieść głównego bohatera Arta Mumby’ego), a zilustrował David Wyatt. Książkę wydała Nasza Księgarnia w 2007 r.

Philip Reeve, Kosmiczny dom Larklight

Opowieść sprawiła chyba więcej przyjemności mi i mojemu mężowi niż Tymkowi, który jednak przeczytał ją z zainteresowaniem i chętnie poznałby dalsze przygody bohaterów. Dla mnie to była świetna zabawa w odkrywanie alternatywnej wersji historii i alternatywnej wiedzy o tym, jak zbudowany jest kosmos. Na dodatek wiedzy całkiem spójnej i dostosowanej do czasów, w których dzieje się akcja.

Wszystko zaczyna się w połowie XIX wieku na domu-statku Larklight dryfującym gdzieś na pustkowiu w otchłani za Księżycem. Dom wygląda tak:

Philip Reeve, Kosmiczny dom Larklight

W domu mieszka rodzina Mumbych: ojciec zajmujący się badaniem kosmicznych ryb, syn Art i córka Myrtle. Art jest narratorem powieści, choć czasami posiłkuje się pamiętnikiem Myrtle (oczywiście bez jej wiedzy). Oprócz opowieści w książce możemy znaleźć takiem smaczne przypisy:

„Ojciec mówi, że kosmiczne ryby wcale nie są rybami, tylko eterowymi ichtiomorfami. Ale wyglądają zupełnie jak ryby, tyle że niektóre ich płetwy zamieniły się w skrzydła. Ojciec spędził całe lata na ich obserwowaniu, bo uważa, że tylko badając każdy szczegół Stworzenia, możemy naprawdę docenić Nieskończoną Miłość i Mądrość Boga. Ojciec nazywa się Edward Mumby i napisał bardzo przydatną książkę „Niektóre nieopisane ichtiomorfy Eteru Translunarnego”. W skrzydle gościnnym mamy kilkaset egzemplarzy, ułożonych w równy stos, gdyście chcieli ją przeczytać.”

Spokojne, nudnawe i ustabilizowane życie bohaterów nabiera tempa, gdy odwiedza ich niejaki Pan Webster, który okazuje się gigantycznym pająkiem o mrocznych zamiarach…

Nie będę pisać, co było dalej, ale akcja gwałtownie przyspiesza i razem z bohaterami przenosimy się w coraz to inne zakątki kosmosu. Ta lektura pobudza wyobraźnię, tym bardziej, że towarzyszą jej świetne ryciny, jakby żywcem wzięte z XIX-wiecznych powieści.

Philip Reeve, Kosmiczny dom Larklight

Philip Reeve, Kosmiczny dom Larklight

Mnie przypominały stare wydania książek Juliusza Verne’a, a trochę ryciny z przedwojennych, umoralniających książeczek dla dzieci. Więcej ilustracji Davida Wyatta można obejrzeć na jego stronie. A teraz będziemy szukać innych książek Philipa Reeve’a.

Czy znacie już Winnie?

Czarownica Winnie trafiła do naszego domu całkiem przypadkiem. Po prostu w bibliotece pojawił się regał z książkami po angielsku, a wśród nich wiele książek obrazkowych. Winnie od razu przyciągnęła uwagę Tymka, a Piotrek uwielbia przeglądać te książki i domaga się lektury. Zostaliśmy więc przy wersji angielskiej, chociaż niektóre książki o Winnie są już dostępne po polsku – wydało je wydawnictwo Papilon.

A Winnie podbiła nasze serca. Nie tylko chłopców, moje także. Jak nie lubić postrzelonej, roztrzepanej i przesympatycznej czarownicy, która co chwila macha różdżką i wrzeszczy Abrakadabra? A na dodatek zakłada śmieszne rajstopy i ma mnóstwo odjazdowych pomysłów?

Przeczytaliśmy już chyba wszystko, co jest w bibliotece:

Winnie10 Winnie9 Winnie8 Winnie7 Winnie6 Winnie4 Winnie1

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Czytamy je już któryś raz z kolei – to świetna książka dla dzieci, które zaczynają się uczyć angielskiego, bo nagle okazuje się, że słówka znane z lekcji można znaleźć w prawdziwej książce 🙂

Pod tym względem świetna jest pierwsza książka Winnie the Witch. Tymek zaczął czytać: The house was black on the outside and black on the inside. The carpets were black. The chairs were black. The bed was black and it had black sheets and black blankets. Even the bath was black. I nagle usłyszałam  dziki wrzask: mamo, ja to rozumiem, tylko powiedz mi, czy outside to w środku czy na zewnątrz?

Winnie1.1

Winnie1.2

Razem w Winnie w domu żyje czarny kot Wilbur, nieodłączny towarzysz jej eskapad. Wilbur uwielbia latać z Winnie na miotle, choć często bywa także przyczyną kłopotów czarownicy.

Tekst jest prosty i zrozumiały, zabawny i interesujący. Książka jest wspaniale ilustrowana – bardzo lubię humor Korky’ego Paula. Ilustracje są pełne szczegółów i można je oglądać bez końca:

Winnie_lata_znów1

Winnie_lata_znów2

A na dodatek akurat w naszej bibliotece można wypożyczyć książkę razem z płytą CD – można więc posłuchać dobrego angielskiego. Winnie to naprawdę świetny sposób, by pokazać dzieciom, że nauka angielskiego nie musi być nudna i że naprawdę się przydaje.

Wszystkie książki o Winnie w wersji angielskiej można podejrzeć na stronie Winnie the Witch. Można na niej znaleźć gry, kolorowanki i wiele innych informacji o sympatycznej czarownicy.

Crictor, Emil i inni

Przydzwigaliśmy wczoraj z biblioteki Crictora i inne niesamowite stwory Tomiego Ungerera, wydaną przez wydawnictwo Format. Wczoraj tylko obejrzeliśmy, bo dość późno rozpakowaliśmy książki, a dzisiaj czytaliśmy od rana, a potem jeszcze raz, a potem się zbuntowałam, bo kiedyś trzeba było zjeść śniadanie 🙂

Crictor Crictor to pięć krótkich, trochę komiksowych opowiadań dla dzieci. Piotruś słuchał ich zafascynowany, a Tymek też nadstawiał ucha, bo bawił go humor, lekko absurdalny – mój starszy synek uwielbia wszystko, co nonsensowe i absurdalne. Piotrek był za to bardzo podbudowany pozytywną wymową historyjek: dobro zwycięża, zło jest ukarane – a jakie te zwierzęta są dzielne.

Crictor2To książka, której warstwa fabularna jest krótka i zwięzła. Tekstu nie jest wiele, ale jego znakomitym dopełnieniem są ilustracje – na nich dzieje się naprawdę dużo.

Crictor3

Dużą część książki można obejrzeć na stronie wydawnictwa Format tutaj.

Ja czytałam tę książkę trochę nostalgicznie. Przypomniała mi książki, które jako dziecko wyciągałam z półek u babci. Nie pamiętam tytułów, tylko ilustracje właśnie, szkicowane piórkiem, delikatne, ale z mnóstwem szczegółów. Kojarzy mi się także z pierwszą lekturą Doktora Dolittle z ilustracjami Zbigniewa Lengrena i z Różową Panterą 🙂

Wiele ilustracji Tomiego Ungerera można obejrzeć online na stronie Muzeum Ilustracji Tomiego Ungerera w Strasbourgu.