Jestem miasto. Warszawa

Dzisiaj będzie o pożytkach z grzebania w koszach z książkami w supermarketach. Wiem, wiem — książki najlepiej kupować w małych księgarniach. Takie rozwiązanie ma jednak kilka wad: nie zawsze taka księgarnia jest blisko domu, bywają bardzo złe małe księgarnie, a ceny oferowanych w nich książek czasami zbijają z nóg. Uwielbiam klimatyczne księgarnie, ale większość książek kupuję przez Internet. W koszach grzebię namiętnie, bo w stertach kolorowej bylejakości można znaleźć tam prawdziwe skarby sprzed kilku lat i to za cenę, o której w chwili wydania mogłabym tylko pomarzyć. Nie samymi nowościami żyje człowiek (a dziecku zwykle jest wszystko jedno, aby było ciekawe), a w koszach zdarza mi się trafiać na zachwycające książki, o których nic a nic nie wiedziałem (wiem, wstyd). O jednej z nich chciałabym opowiedzieć, bo zachwyca i mnie, i moje Młodsze (a Tymek też do niej zerknął).

Jestem miasto. Warszawa

„Jestem miasto. Warszawa” to dzieło Marianny Oklejak, której ilustracje bardzo, bardzo lubimy (no gdzie jest kolejna część ciężarówki?). Według informacji z bloga Pani Marianny, książka powstała w 2012 r. i została wydana przez Czułego Barbarzyńcę. Mignęła mi wtedy przez chwilę, bo została wyróżniona przez polską sekcję IBBY. Mignęła i przepadła, a teraz kusiła z supermarketowego kosza. Trafiło do nas wydanie sygnowane przez Wydawnictwo Wilga.

„Jestem miasto. Warszawa” to wspaniały picture book poświęcony Warszawie, a narysowany z wielką miłością. Piotruś z zachwytem i radością ogląda karty, studiuje, czyta nieliczne napisy, których autorką jest Aleksandra Szkoda, a jego uwielbienie dla tej książki cały czas rośnie. A więc zaczynajmy opowieść….

Dawno, dawno temu, w praczasach była sobie knieja. 

Jestem miasto. Warszawa

W lasach mieszkali radośni ludzie, wesołe zwierzęta i całe tłumy magicznych stworzeń. Wyobraźcie sobie, z jaką radością mój Synek wyszukiwał na tej pradawnej ilustracji Warsa i Sawę, wodnika, diabełka z wierzby (u nas jest to Rokita i już!) oraz wiele innych postaci, które Piotrusiowi kojarzą się z baśniami i legendami. Historia dzieje się na naszych oczach, a stare przeplata się z nowym.

Jestem miasto. Warszawa

Na kolejnej karcie przeskakujemy kilka wieków. Jesteśmy w czasach wolnych elekcji. Sobieski buduje dla Marysieńki Marie Mont, na polach Woli szlachta wybiera króla, a Szwedzi walczą pod Białołęką z okrzykiem „Ikea” na ustach. Warszawa wydaje się taka malutka, a Góra Gnojowa taka duża. (Musiałam koniecznie sprawdzić, kto wpadł na pomysł wyrzucania śmieci tuż obok królewskiego zamku, bo Piotrusia ta góra zafascynowała).

Jestem miasto. Warszawa

Groch z kapustą? Może troszeczkę. Marianna Oklejak miesza lata (te sąsiadujące ze sobą) i co chwila zmienia skalę. Jej Warszawa rośnie i maleje, w zależności od potrzeb rysowniczki, ale — wiecie co? — w niczym to nie przeszkadza. To po prostu książka do wędrowania, najlepiej co jakiś czas w towarzystwie dorosłego, który wyjaśni, wytłumaczy, podpowie i razem się pośmieje. Ilustracje można oglądać z góry, z dołu, z boku… Za każdym razem odkrywa się coś ciekawego, interesującego, innego.

Marianna Oklejak prowadzi nas przez lata ważne dla Warszawy. Razem z nią wędrujemy po Warszawie przez czasy burzliwe…

Jestem miasto. Warszawa

…podziwiamy odrodzoną w dwudziestoleciu międzywojennym…

Jestem miasto. Warszawa

…czujemy ścisk w sercu, gdy widzimy, jak walczy…

Jestem miasto. Warszawa

Mamo, to chyba jedyny obrazek, na którym nie ma żadnego żartu, stwierdził Piotruś, który bardzo dokładnie studiował ilustrację poświęconą Powstaniu…

Potem jest już łatwiej. Towarzyszymy stolicy przy odbudowie, przechodzimy przez szary stan wojenny i wkraczamy do miasta, które znamy…. Ruchliwego, światowego, pełnego życia. Książka Marianny Oklejak jest pełna czaru i dowcipu. Śledziliśmy losy polskiego diabła Rokity, tropiliśmy niedźwiedzia, szukaliśmy łosi. Na pełnych szczegółów ilustracjach kryje się mnóstwo żarcików, zabawnych historyjek i anegdot. Mnóstwo tutaj humoru, który rozbawi dorosłego, „czytającego” te ilustracje trochę inaczej, czasami bardziej nostalgicznie niż dziecko.

Jestem miasto. Warszawa

Jeśli zobaczycie książkę Marianny Oklejak na półce w supermarkecie, zabierzcie ją stamtąd bez zwłoki i wrzućcie do swojego koszyka. I sięgnijcie po nią na półce w księgarni, jeśli gdzieś się jakimś cudem ostała. Nie da się z niej nauczyć topografii Warszawy (ale od tego są mapy), za to dowiecie się, dlaczego to miasto tak bardzo wrosło w polską historię. To książka do wspólnego oglądania dla wielu pokoleń i doskonały pretekst, by do Warszawy się wybrać, chociażby po to, by sprawdzić, jak dzisiaj wygląda Góra Gnojowa.

Marianna Oklejak, Jestem miasto. Warszawa, tekst Aleksandra Szkoda, Wydawnictwo Wilga

Reklamy

Zamczysko strachulców

Jestem dumna i blada. Moje Młodsze wybrało książkę na targach, zakupiliśmy, a potem przeczytało ją w pociągu. Samo! Bez namawiania! W domu Piotr przeczytał ją drugi raz. I trzeci, na głos, żebyśmy wiedzieli, dlaczego to jest fajne! Następnego dnia przydarzyła się wyprawa do sklepu, w którym Piotr dojrzał DRUGĄ CZĘŚĆ! Wynegocjował z matką zakup, a potem musiałam go trzymać za kołnierz. Uznał bowiem, że czytanie da się pogodzić  z chodzeniem, a on musi, po prostu musi, dowiedzieć się, co robiły strachulce. W kategorii „książki na początek”, „książki zachęcające do samodzielnego czytania” i „książki dla Młodego” „Zamczysko strachulców” niepodzielnie rządzi w naszym domu!

Zamczysko strachulców. Grom z jasnego nieba

Zamczysko strachulców. Do ataku

Daleko, daleko, za górami, za lasami jest szkoła, w której strachulce uczą się, jak być prawdziwymi straszydłami. Wykłada tutaj Lady Krakra, Pan Węgiel i Igor, a szkołą rządzi groźna dyrektorka, Pani Śmierćnagła. I co, już rozumiecie, czemu Piotrusiowi się podoba? Bohaterami „Zamczyska strachulców” są po prostu strachulce, małe potworki, z których mają wyrosnąć duże potwory. Jest tutaj Wilkołak, urocza syrenka, mała mumia, Diabolo i kościotrupek o wdzięcznym imieniu Klik-Klak. Sama słodycz.

W zamczysku strachulców

Strachulce są urocze, ale także paskudne, obrzydliwe, glutowate i pełne wydzielin. A jak Lady Krakra zaczyna wrzeszczeć, to budzą się umarlaki na pobliskim cmentarzu. W „Zamczysku strachulców” zebrano wszystko, co dzieci kochają najbardziej, a ich rodzice sporo mniej, ale w formie delikatnej i strawnej nawet dla dorosłych. Różnica pomiędzy strachulcami a dziećmi polega głównie na tym, że są chwalone za każdy przykład wielkiej niegrzeczności.

W zamczysku strachulców

Książka łączy klasyczną bajkę z komiksem i — obok tematyki — chyba właśnie to przesądziło o sukcesie. Piotruś najpierw uważnie przestudiował portrety na wklejce, a potem przeszedł do dymków. Ich lektura okazała się na tyle interesująca, że zachęciła go do czytania pełnego tekstu. 

W zamczysku strachulców

Strachulce krzyczą, walczą z krobami, straszą ludzi, robią sobie psikusy i razem z nami wędrują — do szkoły, do Babci, do kolegów. Piotr uważa, że ta książka jest świetna (tak samo jak mitologia! — a to naprawdę wielki komplement). Drogie Wydawnictwo Adamada, czy planujecie wydanie kolejnych części? 🙂 

 

Zdjęcia pochodzą ze strony Wydawnictwa Adamada.

Mr Tan, Zamczysko strachulców. Do ataku, il. Camille Roy, Wydawnictwo Adamada 2016

Mr Tan, Zamczysko strachulców. Grom z jasnego nieba, il. Camille Roy, Wydawnictwo Adamada 2016

Wesołych Świąt!

Miało być jeszcze wiele wpisów, ale utonęliśmy w powodzi pierników, ciasteczek, zabawek choinkowych i wszystkich tych rzeczy, które koniecznie trzeba zrobić przed Świętami.

Pietka

Wpisy będą więc po Świętach, a teraz życzymy:

Wesołych Świąt Bożego Narodzenia! Świąt wspaniałych i mądrych, uśmiechów czułych, bliskości i miłości, spokoju i rozmów, które cieszą. Bawcie się, radujcie i czytajcie wspólnie i niech ta wspólnota da Wam siłę, by mądrze decydować i wybierać. No i oczywiście życzę Wam i Waszym Dzieciom wspaniałych książkowych prezentów.

Do zobaczenia po Świętach 🙂

Choinka

Wesołych Świąt!

Leży jajko święcone
malowane farbami –
kto też dzisiaj tym jajkiem
będzie dzielił się z nami?

A więc ojciec i matka –
oni pierwsi najpewniej,
potem bracia i siostry,
i sąsiedzi i krewni,

Potem – nie wiem kto dalej,
a odgadnąć to sztuka
może jakiś gość z drogi
do drzwi chaty zapuka.

Może dziadziuś zgrzybiały,
co się modli w kościele?
To się także tym jajkiem
z biednym dziadkiem podzielę.

Życzymy Wam spokojnych, radosnych i dobrych spotkań z Bliskimi,

Spacerów wiosennych, słonecznych i ciepłych

i czasu na książki, które niosą radość i nadzieję.

Kwiecień

PS. Wiersz: Maria Konopnicka „Dzielenie się święconym jajkiem”

Ilustracja: „Jaki to miesiąc”, Marcin Strzembosz, Muchomor 2002

Obietnica

Wakacje minęły jakoś bardzo szybko, na karku czuć oddech października, a ja dopiero teraz zaczynam próbować nadrabiać braki. Na razie udało mi się jakoś pogodzić pracę i opiekę nad synami, choć powrót do pracy okazał się dość trudny i bolesny. Jakoś nie bardzo chciało mi się wracać.
Teraz chciałabym znaleźć czas na czytanie (własne i z synkami), pisanie na blogu, oddychanie 😉 i jeszcze wygospodarować czas dla siebie. Marzenia ściętej głowy 🙂 Mam nadzieję, że chociaż pisać uda mi się częściej.

Piotruś i Piotr

Mój nowy synek zrobił nam niespodziankę – miał się pojawić na Wigilię, a urodził się w Andrzejki. Wiedział, co robi… Zwykle nie pamięta się aż tak dobrze momentu narodzin kolejnych dzieci (przynajmniej tak twierdzą moi wielodzietni przyjaciele), my jednak zapamiętamy ten dzień na zawsze. Pierwszy atak zimy, zawieja i korek na Alejach Jerozolimskich o północy. Bałam się, że nie zdążymy do szpitala 🙂
Piotruś już jest z nami, a dla mnie zaczął się na nowo czas pieluch, płaczów i bolącego brzuszka. No i dbania, by starszy brat nie poczuł się urażony, odtrącony, niekochany – nie myślałam, że momentami będzie to aż tak trudne. Zapomniałam także, jak trudno o cierpliwość po nieprzespanej nocy 🙂 Trzeba także torpedować różne pytania w stylu: no powiedz, jak kochasz braciszka. Odpowiedź mogłaby być bowiem niedyplomatyczna, bo moim starszym synkiem targają bardzo sprzeczne emocje. Ten nowy brat i się podoba, i przeszkadza, czyli jak sądzę – wszystko w normie.

Żeby trochę uspokoić emocje, czytamy na nowo Narnię – przecież to właśnie po Piotrze Pevensie Piotruś odziedziczył imię, tak bardzo Wielki Król Piotr zafascynował mojego starszego synka. Poprzednim razem przeczytaliśmy z Tymkiem tylko dwa tomy. Przy Podróży „Wędrowca do świtu” znudził się i nie doczytaliśmy tej części do końca. Siedzimy sobie więc razem, Tymianek i Pietruszka, moi dwaj cudowni synkowie o roślinnych przydomkach, jeden ssie (a może i słucha), drugi słucha i na chwilę przenosimy się do krainy, gdzie posiadanie młodszego brata nie jest problemem. Hmm, napisałam to, a potem się zastanowiłam. W pierwszej części posiadanie młodszego brata jest jednak problemem, bo Edmund do najłatwiejszych osób nie należy. Siedzimy i czytamy, a ja porównuję książkę z filmem i oczywiście książka wygrywa. Bo, moim zdaniem, książka jest dla dzieci, a film… Powiedzmy, że dla starszych dzieci.

                

Nie wiem, czy tym razem przeczytamy wszystkie części. Na razie czytamy o podróży na pokładzie Wędrowca i Tymek czasami zachłystuje się od śmiechu, słuchając rozważań Eustachego, a czasami drży z napięcia. Mamo, nic im się nie stanie, prawda? – pyta z niepokojem. Mój synek bez problemów słucha długich opisów, śmieje się we właściwych miejscach i zadaje mądre pytania. A ja odpoczywam przy tej lekturze. Może tym razem uda nam się przeczytać wszystkie części. I na pewno będziemy do tej lektury wiele razy wracać.

Wydawnictwa

Pojawiło się nowe wydawnictwo dla dzieci Bajka. Warto zajrzeć na jego strony, bo publikowane przez niego książki zapowiadają się bardzo ciekawie.

W serii „Bajki dla maluszka” opublikowało wiersze Małgorzaty Strzałkowskiej, którą bardzo lubię i cenię. Bardzo zainteresował mnie także „Potwór Dyzio i Kraina Zabawy”.

 

Tymek lubi się przecież bać. Ciekawe, czy środek będzie równie interesujący, jak okładka.

Zamiast wstępu

Ktoś mnie ostatnio spytał, dlaczego zaczęłam pisać tego bloga.

Powodów jest kilka. Zawsze lubiłam czytać, od maleńkości właściwie. Z czułością wspominam moje pierwsze lektury. Książki do tej pory są dla mnie najlepszym towarzyszem.

Gdy urodziłam dziecko, przeraziłam się tym, co znalazłam w księgarniach. Na półkach często leżała tandeta, okrojone bajki w wersji minutowej. A ja chciałam synkowi pokazywać piękno słowa, chciałam, żeby obraz i tekst się uzupełniały, żeby znał różne ilustracje, żeby nie był zdominowany przez jeden kanon piękna… Długo można by pisać.

Potem postanowiłam, że chcę zapamiętać reakcje i wrażenia Tymka. To, w jaki sposób reaguje na książki, jak książki wpływają na jego zachowanie i słownictwo. To są rzeczy ulotne, dużo już mi umknęło, więc pomyślałam, że zacznę pisać, aby zapamiętać.

To ma być blog o czytaniu razem z synkiem. Będę starała się pisać o książkach, które zrobiły wrażenie na nas obojgu. I o książkach, do których Tymek niechętnie zagląda — mimo iż ja uważam, że są wartościowe. A może i o takich, o których ja najwyższego zdania nie mam, ale mój synek jest nimi zachwycony.

To ma być blog o czytaniu z dzieckiem. I może trochę o uczeniu się otwartości na lekturę od dziecka.
Dla mnie będzie to też odskocznia od pracy, którą lubię, ale którą często jestem po prostu zmęczona.