Instytut szyfrów, czyli udana szkolna nagroda

Chyba zdarzyło się to po raz pierwszy. Książkę czytamy w trójkę: ja, Tymek i Tato Tymka. Ja mam najlepiej, bo już przeczytałam. Rzutem na taśmę, gdy tylko Tymek ją dostał (Starszy uznał, że najpierw trzeba grzecznie dokończyć poprzednią lekturę, a że właśnie razem z owcami rozwiązywał pewną zagadkę kryminalną, więc wcale mu się nie dziwiłam). A teraz trwają podchody: kto pierwszy dorwie i przeczyta — no i komu mam kibicować? Tato trochę narzeka, że fabuła ciekawa, ale za prosta (w końcu to SF dla dzieci). A Tymek zadał już znane dramatyczne pytanie: mamo, a kiedy będzie drugi tom? Co Pan na to, Panie Peers? Choć raczej powinno być to pytanie do Wydawnictwa, bo ze strony Bobbiego Peersa wynika, że kolejny tom już jest gotowy.

Instytut szyfrów

„William Wenton. Instytut szyfrów” Bobbiego Peersa, wydany przez Wydawnictwo Znak w czerwcu tego roku, to fascynująca, a jednocześnie tajemnicza lektura. Akcja książki zaczyna się w Norwegii, gdzie wraz z rodzicami żyje William Olsen. Olsen to fałszywe nazwisko, rodzina chłopca w pośpiechu przeniosła się z Anglii do Norwegii po tajemniczym zniknięciu dziadka. Chłopiec nie tylko otoczony jest sekretami — nie wie, co się wydarzyło, nie wie, przed czym i dlaczego się ukrywają — ale także w ten sam sposób postrzega świat. Wszystko wokoło w jego oczach tworzy szyfr czekający na rozwiązanie, a właśnie szyfry z jakiegoś powodu są dla niego największym zagrożeniem. Rodzice starają się go chronić, ale nie jest łatwo chronić niesamowicie inteligentne dziecko zafascynowane zagadkami. Kiedy więc do Norwegii przybywa wystawa prezentująca Niemożliwość, szyfr nie do rozwiązania, akcja zaczyna gwałtownie przyspieszać, a czytelnik wraz z Williamem odkrywa Instytut Szyfrów.

Bobbie Pieers napisał ciekawą książkę, która mocno oddziałuje na wyobraźnię. Powiedziałabym, że to niezła powieść sensacyjna z elementami sf dla nastolatków. Akcja jest wartka, ciągle się coś dzieje, nowe okoliczności wpływają na naszą wiedzę o świecie, czytelnik chce wiedzieć, co będzie dalej i przewiduje rozwiązania, a potem okazuje się, że autor wprowadził go w maliny, a prawda jest całkiem inna i zaskakująca. Niewiele tutaj opisów, co sprawia, że wyobraźnia może pracować pełną parą — z książki raczej nie dowiemy się, jak dokładnie wygląda William, Instytut Szyfrów czy inne mniej lub bardziej tajemnicze postacie czy przedmioty pojawiające się na stronach powieści. Mam żal do Wydawnictwa Znak za okładkę, która od razu narzuca pewien wzorzec bohatera — chłopiec z okładki wygląda zwyczajnie, ale sprawia, że trudno potem nałożyć Williamowi inne rysy. Dużo bardziej podobają mi się okładki wydań skandynawskich czy niemieckich, które intrygują i są tajemnicze. To samo dotyczy tytułu — Instytut szyfrów daje nadzieję, że kody i zagadki będą pełniły w tej książce dominującą funkcję, a wcale tak nie jest.

Minusów jest więcej. Książka jest momentami bardzo naiwna, szczególnie niektóre opisy technologii wydają się ozdobnikiem i wodotryskiem bez żadnego wypływu na fabułę. Coś z czegoś powstaje, ale nie wiadomo dlaczego i jak — warstwa SF jest po prostu szlaczkiem i ozdóbką, a nie rzeczywistym SF. Fajnie się niektóre fragmenty czyta, ale nie do końca wiadomo, po co autor umieścił je w książce. Co jeszcze? Warto zwrócić uwagę na filmowość tej książki — na pewno ma na to wpływ doświadczenie autora, ale książka wydaje się pisana pod kątem przyszłej adaptacji — są w niej rzeczy, które na pewno będą dobrze wyglądać na filmie, choć z punktu widzenia fabuły nie mają większego sensu albo są dość oczywiste. Postacie są jednowymiarowe, a William absolutnie genialny, choć naprawdę trudno uwierzyć, że nikt, przez tyle lat, nie zauważył jego inności. Książka stanowi zamkniętą całość, ale pozostawia mnóstwo bardzo podstawowych pytań. Mam nadzieję, że następna część będzie równie ciekawa, ale bardziej spójna i mniej chaotyczna.

„William Wenton. Instytut szyfrów” trafił do rąk Tymka jako nagroda szkolna za cały rok nauki. Książki dostały wszystkie dzieci i udało się przekonać Wychowawczynię, że nie muszą to być słowniki, encyklopedie, atlasy ani Niziurski, Makuszyński czy Ożogowska. Do rąk dzieci trafiły cztery tytuły: „Instytut szyfrów”, „Ewolucja według Calpurnii Tate”, „Hej Jędrek! Masz cykora?” oraz „Ale historia! Jadwiga kontra Jagiełło”. I wiecie co: dzieci były przynajmniej zaintrygowane. Właściwie nie znalazło się dziecko, które nie zerknęłoby do książki, a klasa Tymka nie składa się z samych moli książkowych. Takie właśnie powinny być nagrody za naukę: intrygujące, zachęcające do zajrzenia, z okładką, która skłania do tego, by sprawdzić, co jest w środku. W końcu powinna to być lektura na wakacje, a chyba nikt nie miałby wtedy ochotę czytać słownika czy atlasu.

 

Bobbie Peers, William Wenton. Instytut szyfrów, Wydawnictwo Znak, 2017

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Instytut szyfrów, czyli udana szkolna nagroda

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s