Do gwiazd

Dzisiaj o książce — nominowanej w plebiscycie Lokomotywa w kategorii „Od A do Z” — która wywołuje mój niekontrolowanych zachwyt. Mogę oglądać ją bardzo długo, z ogromnym podziwem dla pracy autora, ilustratora, tłumacza i wszystkich osób zaangażowanych w tej projekt. Dzięki tej książce możemy spojrzeć w gwiazdy i podziwiać piękno wszechświata.

„Planetarium. Muzeum Kosmosu” zostało namalowane przez Chrisa Wormella (a raczej powinnam chyba napisać „wyryte”, bo artysta korzysta z drzewo- i linorytu), a napisane przez Ramana Prinję. Tę niesamowicie piękną i przemyślaną książkę wprowadzającą dziecko (dorosłego też) w tajemnice kosmosu wydało Wydawnictwo Dwie Siostry.

Planetarium. Muzeum Kosmosu

Zachwyca mnie w niej wszystko: czcionka, układ tekstu na stronie, kompozycja artykułów, wybór zagadnień. Tekst w każdym rozdziale jest napisany tak, że chce się go czytać. Zresztą sami zobaczcie:

„Wszechświat jest niewyobrażalnie rozległy i zawiera absolutnie wszystko, od maciupkich atomów po olbrzymie galaktyki. Mimo że jest to niewiarygodna ilość materii, wszechświat jest tak ogromny, że w większości całkowicie pusty. Rozmyślanie nad rozmiarem wszechświata to przytłaczające zadanie. Można zacząć od wyobrażenia sobie, gdzie się w nich znajdujemy, za pomocą naszego „kosmicznego adresu”, w którym zamiast numeru domu, ulicy, miasta i państwa znajdują się nazwy coraz większych kosmicznych struktur.”

Tłumacz, Jeremi K. Ochab, wspaniale dobrał słowa. Przy czytaniu nie czuje się, że tekst powstał w obcym języku, informacje są przejrzyste i zrozumiałe. Nie jesteśmy przytłoczeni nadmiarem obcych słów i trudnych terminów. Wychodzimy z tego muzeum z przeświadczeniem, że dowiedzieliśmy się więcej.

Planetarium. Muzeum kosmosu

Tekst jest naprawdę przyjazny – ale nie jest banalny. Planetarium zaprasza do kolejnych sal Muzeum Kosmosu. To przemyślana wędrówka. Zaczyna się w sali historycznej, gdzie czytelnik dowiaduje się, co to jest światło i w jaki sposób ludzie kiedyś oglądali niebo. To, co nad głową, fascynuje nas przecież od wieków. W tej sali możemy porównać dawne i współczesne sposoby obserwacji. A potem, wyposażenie w niezbędną wiedzę, ruszyć dalej.

Planetarium. Muzeum Kosmosu

Wędrówkę po kosmosie zaczniemy w w Układzie Słoneczny, by poznać to, co najbliżej Ziemi, a potem będziemy spoglądać dalej i dalej — popatrzymy na Słońce, na chwilę zerkniemy na gwiazdozbiory, by bliżej przyjrzeć się gwiazdom, galaktykom, aż w końcu całemu wszechświatowi. Przy wyjściu poznamy się bliżej z kuratorami tego wspaniałego muzeum (czyli dowiemy się więcej o autorach) oraz dowiemy się, gdzie możemy znaleźć więcej informacji i ciekawostek. Bardzo się ta wiedza przydaje, gdy po obejrzeniu tej przepięknej książki dziecko pyta, czy możemy teraz popatrzeć na kosmos przez teleskop Hubble’a.

Planetarium. Muzeum Kosmosu
Planetarium. Muzeum Kosmosu

U nas książka leży ciągle pod ręką — przeglądamy, kartkujemy, oglądamy, czytamy. Gorąco polecam odwiedziny w tym muzeum.

 

Chris Wormell (ilustracje), Raman Prinja (tekst), Planetarium. Muzeum Kosmosu, tł. Jeremi K. Ochab, Wydawnictwo Dwie Siostry 2019.

Porozmawiajmy o seksie — z nastolatkami (ale trudne!)

Rozmawiacie z dziećmi o dojrzewaniu i zmianach w ciele? Często nie jest łatwo nam rodzicom odpowiedzieć na pytanie, skąd się biorą dzieci, choć chyba nikt już nie opowiada bajek o kapuście i bocianie? Strefa cielesności, pytania o ciało i fizyczne zbliżenie między kobietą i mężczyzną ciągle jednak wywołuje wstyd. Nie wiemy, jak i kiedy zacząć o tym mówić, żeby dzieci nie przestraszyć. Czasami brakuje nam słów — język podpowiada albo terminy medyczne, albo takie, których raczej dzieci nie chcemy uczyć. Z wiekiem wcale nie jest łatwiej — zresztą jeśli nie rozmawiało się z młodszymi dziećmi, starsze mogą zaskoczyć wiedzą, zdobytą od kolegów i z internetu. O ile w ogóle będą chciały rozmawiać.

Trochę przynudzam, ale chcę pokazać wam książkę, która podpowiada, jak „o tym wszystkim” rozmawiać — i to właśnie z nastolatkami. Każdy z rodziców musi sam we własnym zakresie zastanowić się, czy i kiedy dać tę książkę nastolatkowi (warto przy okazji szczerze zastanowić się, na ile swobodnie dziecko buszuje po sieci i czy na pewno wiemy, co tam zobaczyło — uwierzcie, odkrycia bywają szokujące dla rodziców), ale warto do tej pozycji zajrzeć, podpatrzeć, jak Chusita Fashion Fever o seksie opowiada i być może znaleźć tam coś dla siebie (jeśli nie dla dziecka). Dziewięciolatkowi bym jej jeszcze nie pokazała, ale 13-, 14-latek mógłby być dobrym odbiorcą, o ile wszedł w okres dojrzewania i „te sprawy” zaczęły go interesować.

Chusita Fashion Fever

Znajdziecie tutaj mnóstwo informacji, ale bez oceniania — autorka pisze bardzo obiektywnie, nie moralizuje — po prostu mówi, jak jest. Podstawowe założenie tej książki jest takie: seks jest dobry i fajny, a ludzie uprawiają go w różny sposób. Często wiąże się z zakochaniem i miłością, ale nie wszyscy tak do niego podchodzą. Niektórzy czekają z tym do ślubu, inni kochają się wyłącznie wtedy, gdy są zakochani, jeszcze inni traktują go jak zabawę. Według autorki — każda z tych postaw jest ok pod warunkiem, że nie zmusza nikogo do przekraczania własnych granic, że wynika z autentycznej potrzeby i wiąże się z szacunkiem dla samego siebie i partnera/partnerki.

Chusita Fashion Fever, To nie jest książka o seksie

„To nie jest książka o seksie” (Wydawnictw RM), wbrew tytułowi, jest bardzo o seksie, choć nie tylko. Wasze dzieci (i wy też) znajdziecie tutaj informacje co, jak, w jaki sposób. Wszystko pięknie uporządkowane i po kolei. Zaczynając od tego, jak zbudowana jest kobieta, a jak mężczyzna i jak „te miejsca” się nazywają (lub jak mogą być nazywane) przez preferencje seksualne i etapy znajomości po stosunek seksualny (waginalny, oralny i analny). Zresztą, sami możecie zerknąć na spis treści.

Chusita Fashion Fever, To nie jest książka o seksie

To, co mnie w tej książce ujęło najbardziej, to bardzo obiektywny i pełen szacunku dla odbiorcy sposób narracji. Oczywiście są tutaj poruszone kwestie techniczne, ale — dla mnie — są one drugorzędne i mniej istotne. Najważniejsze jest to, że autorka bardzo mocno akcentuje kwestie szacunku dla siebie i partnera/partnerki, czasu i odpowiedzialności za siebie i za drugiego człowieka. Akcentuje, że nie trzeba się spieszyć, choć warto swoje ciało poznawać (znajdziecie tutaj zachętę do masturbacji, co pewnie część rodziców może odstraszyć), że trzeba się wsłuchać w siebie i swoje potrzeby i działać zgodnie z tym, co się czuje. Bardzo mocno podkreśla także, że jesteśmy jako ludzie różni, że mamy prawo różnie wyglądać, różnie się zachowywać i lubić różne rzeczy — a to, że inni coś robią, nie oznacza, że my też musimy. Mamy wręcz obowiązek powiedzieć nie, gdy coś nam nie odpowiada — bo to w końcu nasze ciało. Chusita Fashion Fever kilka razy także zaznacza, że rzeczywistość bardzo różni się od filmów porno, zakładając, że czytelnicy już mieli okazję się z nimi zetknąć (co może graniczyć z pewnością w przypadku wielu polskich dzieci — dane statystyczne są szokujące).

dsc_1861

Autorka szanuje swojego czytelnika — zakłada, że trzeba mu wytłumaczyć i pokazać, co i jak, a następnie zostawić mu decyzję. Nie jest to łatwe, szczególnie dla rodzica, ale mam wrażenie, że wiara w dojrzałość dziecka i zaufanie są najlepszym sposobem na kształtowanie odpowiedzialności za samego siebie. Chusita Fashion Fever akcentuje także zagrożenia, które pojawiły się niedawno. Wspomniane są tutaj znajomości przez internet, wysyłanie nagich zdjęć, kradzież danych. Mówi także o zagrożeniach starych jak świat, o ciąży, o chorobach przenoszonych drogą płciową i jak się przed nimi uchronić. Przed oczami czytelnika maluje się obraz świata erotyki i seksu. To współczesny świat — znajdziecie tutaj rozdział o hetero i homo, ale także o tych, którzy nie potrafią się utożsamić z żadną płcią. Zaszokowani? Taka jest nasza współczesność. Przemilczając ją, nie sprawimy, że zniknie.

Całość jest napisana bardzo lekkim, niemedycznym i niedosadnym językiem. Tłumacz, Vic Kostrzewski, sprawił, że tekst polski nie krępuje, nie zawstydza, czyta się lekko i podsuwa pomysł, jakich słów używać podczas rozmowy z dziećmi. Tylko tyle i aż tyle, bo dla mnie ogromnym zaskoczeniem było to, że można mówić o seksie tak spokojnym, wyważonym i zwyczajnym językiem. Do tego zabawne, komiksowe ilustracje, które nie zawstydzają i nie epatują nagością. „To nie jest książka o seksie” będzie leżała na półce w pokoju nastolatka — jemu zostawiam decyzję, czy po nią sięgnie. Zdecydowanie wolę, żeby dowiedział się wszystkiego, co chce wiedzieć, z tej książki niż z sieci.

Chusita Fashion Fever, To nie jest książka o seksie, il. Maria Liovet, tł. Vic Kostrzewski, Wydawnictwo RM 2019

Hodowla

„Hodowla” Katarzyny Ryrych (Adamada) to zdecydowanie najmocniejsza książka dla młodzieży, jaką przeczytałam w zeszłym roku, i bardzo ważny głos w dyskusji o polskiej szkole i polskim społeczeństwie. Dla starszych nastolatków, tak na poziomie ogólniaka. Koniecznie do rozmawiania i dyskutowania.

Katarzyna Ryrych, Hodowla

To nie jest łatwa książka nie tylko ze względu na tematykę, ale także sposób skonstruowania historii. Fabuła nie jest linearna, wiele jest tutaj dygresji i retrospekcji – młodszy czytelnik może się pogubić i zniechęcić. Narracja prowadzona jest z punktu widzenia dorosłego. Taki zabieg w książce dla młodzieży może zaskakiwać, ale sprawił, że historia nabrała wagi, zyskała drugie i trzecie dno i przestała być tylko opowieścią o grupie nastolatków w okresie dojrzewania. Dorosły punkty widzenia wyostrza problemy, podkreśla konsekwencje działań i skutki zachowań, które nie byłyby widoczne dla młodszego narratora.

Do miasteczka wraca na chwilę i właściwie przypadkowo dwudziestokilkulatek, który kiedyś tu mieszkał i chodził do liceum. Snuje się trochę bez celu po ulicach i zaułkach, przypominając sobie czas ogólniaka — czas intensywnego dojrzewania, zachwytów, pierwszych miłości, przyjaźni pełnych emocji, poznawania siebie i odkrywania świata. To bolesne i pełne wstydu wspomnienia, z których wyłania się obraz szkoły służącej do hodowania dzieci przez wychowawczynię (Królową Matkę) na wzorowych uczniów i odpowiednich — zgodnych z jej wyobrażeniami — przyszłych przykładnych obywateli miasteczka. W tym modelu nie ma miejsca na inność, bunt, swobodę myśli. Żeby osiągnąć sukces, trzeba się dostosować, zapomnieć o samodzielnym myśleniu i wyrażaniu opinii. Kara za niesubordynację może być straszna.

To także książka o władzy. Człowieka nad człowiekiem. Nauczyciela nad uczniem. Rodzica nad dzieckiem. Grupy nad jednostką. Poczucie władzy daje siłę, a chęć jej posiadania skłania do zmian. Być zyskać władzę, łatwo zapominamy o innych i o tym, co jeszcze przed chwilą było ważne.

Z książki Katarzyny Ryrych wyłania się ponury obraz szkoły, jako miejsca, gdzie przycina się skrzydła. Podporządkuj się, by osiągnąć sukces. Ukrywaj się, znaj swoje miejsce, wpasuj się w ramy. Inni zostaną usunięci, zniszczeni, wymazani z pamięci — nie ma i nie będzie dla nich miejsca. Ciężko się patrzy na taki obraz Ta książka zadaje pytanie rodzicom o ich dzieci. Zmusza do przyjrzenia się wyznawanemu systemowi wartości. Skłania do dyskusji o tym jaki powinien być dobry nauczyciel. Pyta o odpowiedzialność rodziny, o tolerancję, inność i odwagę. To mocne pytania. Odpowiedzi nie znajdziecie w „Hodowli”, będziecie musieli ją znaleźć sami.

Katarzyna Ryrych, Hodowla, Adamada 2019 r.

Lustrzanna

Wszystkim zaglądającym na mojego bloga życzę wspaniałego Nowego Roku — wspaniałej zabawy w Sylwestra i wielu dobrych dni w Nowym Roku. Dobrych ludzi wokół, dobrych lektur do przeczytania i zdrowia na co dzień — i nie przesadzajcie z noworocznymi postanowieniami 🙂

A na zakończenie roku kolejna recenzja pierwszego tomu nowej serii. Tym razem dla trochę starszych. Wydawnictwo Entliczek zaklasyfikowało „Zimowe zaręczyny” do kategorii 14+ . Ta lektura bardzo wciąga i świetnie nadaje się na długie zimowe wieczory. Pierwszy tom liczy prawie 500 stron, więc lektura może zająć trochę czasu.

Christelle Dabos, Zimowe zaręczyny, seria Lustrzanna

„Zimowe zaręczyny” Christelle Dabos to steampunkowe fantasy dziejące się po rozpadzie starej ziemi. Momentami wyobrażałam sobie obrazy jak z „Kosmicznego domu Larklight” Philipa Reeve’a. Ludzie żyją na dziwnych powietrznych wyspach — arkach, którymi opiekują się bóstwa będące założycielami całej rodziny. Wszyscy na wyspach są spokrewnieni, a kontakty między osiedlami nie są częste. Wielkimi sterowcami podróżują głównie towary, a nie ludzie. Na jednej z arek, Animie, mieszka Ofelia, niepozorna archiwistka zakochana w historii przedmiotów. Jest czytającą — każdy przedmiot, którego dotnie gołą ręką opowiada jej swoją historię. To nie jedyna wyjątkowa cecha Ofelii — potrafi także przechodzić przez lustra. Historia zaczyna się w momencie, gdy dziewczyna zostaje zaręczona z Thornem z odległej arki zwanej Biegunem.

Pierwszy tom to wyprawa Ofelii na Biegun i odkrywanie skomplikowanych zależności rządzących tą arką. Życie toczy się tam inaczej — to wyspa zwalczających się klanów, intryg, spisków i plotek. Nie jest łatwo zobaczyć prawdziwe oblicze tej arki. Prawdziwe oblicze wyspy jest ukryte przez wszechobecne miraże, która kształtują przestrzeń i mamią zmysły. Życie arystokracji na arce trochę przypomina mi opowieści o Wersalu przed rewolucją — barwne, rozpasane, nieobyczajne, pozornie beztroskie, w rzeczywistości podszyte strachem i lękiem o pozycję na dworze. Nie znajdziecie tutaj nieprzyzwoitych opisów, ale pewne wtrącenia mogą działać na wyobraźnię (stąd także taka a nie inna kategoria wiekowa).

Zaglądała przez uchylone drzwi do kolejnych pomieszczeń, przyklejała nos do wszystkich okien. Po wielkim biesiadnym stole kroczyły wypuszczone na wolność pawie. W sali teatralnej, wśród oklasków publiczności, dwóch mężczyzn oddawało się udawanemu pojedynkowi, deklamując przy tym poezję. W ogrodzie młodzi arystokraci ścigali się automobilami między klombami kwiatów. W gęstych oparach palarni wielu szlachetnie urodzonych straciło peruki, a kilku innych wręcz przeciwnie — nie miało na sobie prawie nic więcej. W bibliotece starsze panie czytały na głos libertyńskie utwory. (s. 277)

„Zimowe zaręczyny” to oryginalna historia odwołująca się do podstawowych ludzkich emocji: zazdrości, miłości, walki o władzę. Fantastycznie ogląda się „dorastanie” Ofelii, która musi odnaleźć się w nowej, bardzo skomplikowanej rzeczywistości. Musi zrozumieć, jak działa arka, by przeżyć, a jednocześnie zawalczyć o pozostanie sobą. Bardzo kibicuję bohaterce w tej walce — o wolność, samodzielność i prawo samostanowienia. Na Biegunie wcale nie jest to oczywiste. Rysująca się intryga jest wielopoziomowa i skomplikowana, trudno przewidzieć, co może się zdarzyć dalej, kto okaże się przyjacielem, a kto wrogiem. Każdy próbuje wykorzystać dziewczynę do własnych celów, a najbardziej przyjacielskie osoby mogą mieć najbardziej zbrodnicze zamiary. Zaufanie jest na Biegunie towarem zdecydowanie deficytowym. Każda decyzja Ofelii może mieć różne konsekwencje, czasami zaskakujące dla kogoś, kto nie wie, jak działa arka.

Książka jest napisana bardzo plastycznie i wspaniale przetłumaczona. Podczas lektury ma się ochotę zobaczyć niektóre obrazy: arki otoczone chmurami, pokoje odizolowane przestrzennie, pałace unoszące się w chmurach, wielkie lodowe pola i zimowe lasy zamieszkałe przez ogromne, zmutowane zwierzęta — wyobraźnia Christelle Dabos zdaje się nie mieć granic. Nie mogę się doczekać, kiedy po polsku ukaże się kolejny tom.

Christelle Dabos, Zimowe zaręczyny, tł. Paweł Łapiński, wyd. Entliczek 2019 r.

Sophie Foster i Zaginione Miasta

Może macie ochotę na przyjemną i lekką lekturę, akurat na wolne dni i ferie?

Według wydawnictwa, Sophie Foster (Shannon Messenger „Zaginione miasta. Strażniczka”, IUVI) to koleżanka Harry’ego Pottera i Percy’ego Jacksona. Podobieństwa narzucają się od razu, choć tutaj mamy dziewczęcą bohaterkę. Autorka książki wykorzystuje ten sam motyw niezrozumianego dziecka, które w pewnym momencie trafia do innego (magicznego) świata, zaczarowanej szkoły (Foxfire) i okazuje się wyjątkowe. W podobny sposób skonstruowane są zresztą przygody Morrigan Crow i wiele innych książek — to nie schemat decyduje o ich oryginalności i świeżości, ale sposób, w jaki autor sobie z nim poradził. U Messenger akcja jest wartka, przygoda goni tajemnicę, co chwila coś się wali i pali. Czytelnik nie może się nudzić, ale — jak dla mnie — inspiracja przygodami małoletniego czarodzieja jest wyraźna. Ciekawa jestem, jak autorka poprowadziła dalej tę historię, bo w pierwszym tomie trochę zabrakło mi tego „nowego” świata.

Shannon Messenger, Zaginione miasta. Strażniczka

Kim jest Sophie? Na pierwszy rzut oka to zwyczajna dwunastolatka. Chodzi do szkoły, czasami psoci, ma rodzinę (mamę, tatę i młodszą siostrę). Sophie jest jednak genialna — jej fotograficzna pamięć sprawia, że nie ma żadnych problemów z nauką i przeskoczyła kilka klas. Ma także sekret — słyszy myśli innych ludzi: kolegów, nauczycieli, rodziców. Niemilknący hałas, w jakim żyje, przyprawia ją o ból głowy i powoduje, że dziewczynka jest raczej wycofana i smutna. Niełatwo o otwartość, gdy doskonale wiesz, że ktoś kłamie lub tak naprawdę nie ma ochoty słuchać. Trudno powiedzieć komuś o problemie, gdy wiadomo, że raczej nikt w niego nie uwierzy, a w najlepszym przypadku wylądujesz w szpitalu i będą cię poddawać setkom badań.

Pewnego dnia Sophie spotyka w muzeum kogoś podobnego do siebie — chłopca, który tak jak ona słyszy myśli innych. To spotkanie wywraca cały jej świat do góry nogami — dziewczynka dowiaduje się, że nie jest człowiekiem tylko elfem, trafia do mitycznych Zaginionych Miast (Atlantyda też się pojawia, zresztą śledzenie, które mity i powieści wykorzystała autorka dało mi dużo frajdy) zamieszkałych przez różne rozumne rasy nieludzi, musi zmierzyć się z nową szkołą, a przede wszystkim dowiedzieć, kim jest i dlaczego tak wiele się wokół dzieje.

Podobieństwa do innych serii są wyraźne, ale podczas lektury nie miałam wrażenia, że czytam przygody Harrego przepisane na dziewczynkę. Sophie jest dość wiarygodna emocjonalnie — i to chyba jest największa zaleta tej książki. Bohaterka wychowana przez ludzi zachowuje pamięć o ludzkich emocjach i ludzkie odruchy, gdy wkracza do nowego świata. Jest w stanie zrozumieć tęsknotę i żałobę — stan właściwie nieistniejący w świecie, w którym każdy może żyć tysiące lat. Bardzo ładnie jest tutaj opisana próba nawiązania relacji między dzieckiem i dorosłymi — niełatwych relacji, dzięki którym powstaje rodzina. Właściwie jednak Sophie ma więcej problemów z dostosowaniem się do elfiej nauki niż elfich zachowań czy zwyczajów, które są bardzo podobne do zachowań ludzkich dzieci.

Nowy świat jest piękny, wspaniały, cudowny i idealny, ale jednocześnie pojawiają się na tym obrazie drobniutkie pęknięcia — rysy, które świadczą, że pod spodem kłębi się ciemność. Autorka wyraźnie przygotowuje sobie grunt pod kolejne tomy, które pewnie wywrócą porządek elfów do góry nogami. Naprawdę jestem ciekawa, co wymyśliła i chętnie sięgnę po kolejny tom. „Zaginione miasta. Strażniczka” to zamknięta historia, która zostawia oczywiście mnóstwo pytań, ale jednocześnie stanowi całość — bardzo to doceniam, bo bywają w seriach części urwane prawie w połowie zdania. Ten tom to otwarcie — początek życia Sophie w nowym świecie i początek drogi ku rozwiązywaniu tajemnic. Historia dziewczynki ma szansę zdobyć sobie wiernych fanów obu płci — to dobra lektura dla lubiących przygody dzieci, które chcą jak najwięcej czasu spędzić ze swoimi bohaterami.

 

PS. Zdjęcie okładki pochodzi z witryny wydawnictwa IUVI.

 

Shannon Messenger Zaginione Miasta. Strażniczka, tł. Monika Nowak, IUVI 2019

Twórczynie marzeń i budowniczowie wyobraźni

Dzisiaj nie będzie o książce dla dzieci, ale za to o książce, która przywołuje wspomnienia i porusza do głębi. „Ilustratorki i lustratorzy. Motylki z okładki i smoki bez wąsów” Barbary Gawryluk (wydawnictwo Marginesy) to książka o artystach, dzięki którym moje dzieciństwo (i dzieciństwo wielu dzisiejszych rodziców) obfitowało w świetne książki. To oni sprawiali, że z zapartym tchem wertowaliśmy lektury. To ich rysunki przerysowywaliśmy przez kalkę. Po stworzonych przez nich krainach wędrowaliśmy w wyobraźni — i często było to nasze pierwsze zetknięcie ze sztuką przez duże S.

Barbara Gawryluk, Ilustratorki i lustratorzy. Motyle z okładki i smoki bez wąsów

Możemy narzekać, że nasze książki nie były takie piękne jak te dzisiejsze. Bo papier nie ten, bo kolory raczej burawe, bo okładka potrafiła odpaść od książki… To wszystko prawda, ale któż z nas nie pamięta serii „Poczytaj mi mamo”, „Misia Uszatka”, książeczek z wiewiórką, „Gapiszona” czy wróbelka Elemelka? Każda książka była inna — to dzięki nim często odkrywaliśmy, że można rysować „inaczej”, że można łączyć wycinankę i rysunek, że można naklejać i wydzierać. Pamiętacie twórców ilustracji? Jeśli nie, to macie doskonałą okazję, by ich sobie przypomnieć. By dowiedzieć się, komu możecie być wdzięczni za swoje dziecięce wzruszenia i zachwyty, za wspaniałe okładki i cudowne ilustracje.

Barbara Gawryluk, Ilustratorki i ilustratorzy. Motylki z okładki i smoki bez wąsów

Ale „Ilustratorki i ilustratorzy” oferuje coś więcej niż tylko odświeżenie wspomnień z dzieciństwa. Barbara Gawryluk napisała wspaniałą opowieść o ludziach, którzy tworzyli dla dzieci. Z niektórymi zdążyła jeszcze porozmawiać osobiście, o innych wypytywała ich bliskich i znajomych. Powstały pełne życia portrety ludzi, którzy czasami nie doceniali swojej twórczości dla dzieci, ale zawsze traktowali ją poważnie — ten szacunek do pracy i do dziecka jako odbiorcy sprawił, że mieliśmy tak świetne ilustracje.

Barbara Gawryluk, Ilustratorki i ilustratorzy. Motylki z okładki i smoki bez wąsów

Portrety są różne — czasami są to rozmowy ze spełnionymi artystami, czasami wspomnienia pełne smutku, bo dziedzictwo przepadło, bo niewiele osób pamięta. Ciągle brakuje nam świadomości, że polska ilustracja dla dzieci to coś, czym możemy się chwalić, z czego możemy być dumni. Barbarze Gawryluk należy się ogromne podziękowanie za przywracanie pamięci o ludziach, którzy ukształtowali wrażliwość całych pokoleń. Po lekturze pozostaje niedosyt – chciałoby się więcej. Więcej wszystkiego: ilustracji, nazwisk, szczegółów.

Barbara Gawryluk, Ilustratorki i ilustratorzy. Motylki na okładki i smoki bez wąsów

Wiele ze wspomnianych przez Barbarę Gawryluk książek pamiętam z dzieciństwa, wiele mam na półkach, bo czytałam je synom. Ze wzruszeniem czytałam o ludziach, którzy je współtworzyli, bo praca ilustratora to nie tylko „namalowanie obrazka”. Ilustracje mogą dopełniać książkę, wyznaczać szlaki wyobraźni, podsuwać tropy interpretacyjne, zaciekawiać, bawić, wzruszać, przyciągać. Każdy twórców opisanych przez Barbarę Gawryluk zasługuje na osobną książę, na własną biografię, ale od czegoś trzeba przecież zacząć. Zacznijcie od książki Barbary Gawryluk – jeśli będzie bestsellerem może wydawnictwo skusi się na kolejne części? Tak wielu nazwisk przecież tutaj brakuje….

 

Barbara Gawryluk, Ilustratorki i ilustratorzy. Motylki z okładki i smoki bez wąsów, Margines 2019

Morrigan – a może jednak Morysia?

Co jakiś czas zaglądamy z Piotrkiem na strony wydawnictwa Media Rodzina. Szukamy informacji, przeglądamy zapowiedzi. I choć wiem z Goodreads, że premiera kolejnej części planowana jest dopiero na luty przyszłego roku, cały czas mamy nadzieję, że może w Polsce ukaże się szybciej (a najpóźniej w tym samym czasie). Może wydawnictwo ma jakieś chody, czarodziejską różdżkę i już dostało tę książkę… Tak, tak, z wielką niecierpliwością czekamy na trzeci tom przygód Morrigan Crow autorstwa Jessiki Townsend.

Jessica Townsend. Seria Morrigan Crow

Miałam o każdym tomie pisać osobno, bo pierwszy przeczytaliśmy już jakiś czas temu. Drugi zresztą też. Nie wyszło, więc dostaniecie dwa w pigułce. Obie książki przeczytaliśmy z Piotrkiem bardzo szybko. Na potrzeby recenzji wróciłam do tej historii i spodobała mi się nawet bardziej, a to nieczęste przy kolejnej lekturze. To świetna opowieść z magią w tle. Fani Harrego Pottera na pewno zauważą sporo nawiązań do swojej ulubionej lektury, ale nie jest to wtórna książka. Autorka bawi się konwencją, żongluje motywami i schematami, ale całość jest świeża, zabawna, czasami niepokojąca i bardzo ciekawa.

Książka zaczyna się mocno i dość przerażająco. Spotykamy Morrigan w przededniu jej jedenastych urodzin. Właśnie zaczyna się ostatni rok jej życia – dziewczynka urodziła się w nocy przesilenia, czyli należy do przeklętych dzieci. Takie dzieci podobno przynoszą pecha, odpowiadają za wszystkie wypadki i jednym spojrzeniem mogą sprowadzić na miasto huragan. Wszyscy się ich boją, nikt ich nie lubi. Morrigan nauczyła się z tym żyć. Bo jaki miała wybór? Od maleńkości wiedziała, że przeraża innych i że będzie żyła tylko 12 lat. Tym razem jednak Era niespodziewanie kończy się rok wcześniej, a w życiu dziewczynki pojawia się rudowłosy, ekscentryczny i nieprzewidywalny Jupiter North, czasami pieszczotliwie przez przyjaciół zwany Jowiszkiem. Jak możecie się domyśleć Morrigan nie umiera, tylko razem z Jupiterem trafia do Nevermoor, gdzie zostaje jego kandydatką do Towarzystwa Wunderowego – tajemniczej organizacji dbającej o świat (tak mówiąc w skrócie).

Jessica Townsend, seria Morrigan Crow

W historii Morrigan znajdziecie dużo znanych elementów: tragiczne dzieciństwo, odepchnięcie, strasznego wroga, przed którym drży cała społeczność, przyjaźń, przygody, czary, szkołę magii. Nie jest to jednak drugi Harry Potter (ani inna książka o magicznym dziecku) przepisany na dziewczyńską wersję. Jessica Townsend stworzyła ciekawą, przejmującą historię o dziecku, które musi odkryć siebie i swoje talenty, nauczyć się ufać światu, zrozumieć, co to przyjaźń – a przy okazji pewnie uratować świat, ale tego jeszcze nie wiemy na pewno.

Autorka wykreowała bardzo spójny świat, w którym wydarzenia logicznie ze sobą wynikają. Wraz z postępem lektury wyjaśniają się jedne zagadki, a pojawiają następne. Historia jest linearna: w pierwszym tomie Morrigan walczy o przyjęcie do Towarzystwa Wunderowego (nie jest to łatwe), w drugim możemy towarzyszyć jej podczas pierwszego okresu nauki. W obu książkach pojawia się jednak wiele dodatkowych wątków i wcale nie jest łatwo przewidzieć, w którą stronę autorka poprowadzi historię. Między innymi dlatego tak bardzo czekamy na kolejną część. Z prawdziwą przyjemnością czytałam opisy kolejnych prób, a potem zmagania Morrigan ze szkołą – ta historia ma sens, wszystko się tutaj klei, rozumiem, z czego wynikają zachowania bohaterów, nawet jeśli ich nie pochwalam.

Postacie są wyraziste i ciekawe. Nie tylko Morrigan i Jupiter – postacie drugoplanowe budzą zaciekawienie i sympatię (lub niechęć) i są wprowadzane po coś. Niektóre posuwają akcję do przodu, inne pozwoliły pokazać różnorodność i bogactwo opisywanego świata, bo Nevermore to naprawdę czarodziejskie miasto. Zarówno ja, jak i Piotrek bardzo chętnie byśmy tam zajrzeli. Mnie najbardziej urzekła parasolejka, czyli kolejka parasolowa. Trzeba mieć odwagę, by z niej korzystać, ale zawsze zazdrościłam Mary Poppins. Piotr chciałby zobaczyć magnifikota (choć raczej nie należałoby go głaskać) i zwiedzić zwodnicze zaułki – jakże by było fajnie nagle stać do góry nogami. Bardzo chciałby także zobaczyć halloweenową paradę, a szczególnie cmentarz makabryjski (ja bym chyba nie chciała). A przecież poza tym miastem roztacza się cała kraina i mamy nadzieję, że autorka „Nevermore” będzie miała ochotę ją nam pokazać.

To kiedy w końcu będzie kolejny tom?

Jessica Townsend, Nevermoore. Przypadki Morrigan Crow, il. Jim Madsen, tł. M. Hesko-Kołodzińska, P. Budkiewicz, Media Rodzina 2018

Jessica Townsend, Wundermistrz. Powołanie Morrigan Crow, il. Jim Madsen, tł. M. Hesko-Kołodzińska, P. Budkiewicz, Media Rodzina 2019

Kiedy marzenia się spełniają

„My dwie, my trzy, my cztery” Sarah Crossan (Dwie Siostry) to jedna z ciekawszych książek dla starszych dzieci czy młodszej młodzieży, jakie przeczytałam w tym roku. Porusza, skłania do myślenia i zadawania pytań. Spodobała się trzynastolatce, i dziewięciolatce — choć wcale nie jest to książka tylko dla dziewczyn.

Sarah Crossan, My dwie, my trzy, my cztery

Wszyscy mamy jakieś marzenia, małe i duże. Marzymy, zastanawiając się, jak pięknie by było, gdyby się spełniły. Czasami jednak rzeczywistość nas zaskakuje, a niektóre życzenia bywają niebezpieczne. Tak uważa babcia trzynastoletniej Apple. Ciągle powtarza: „uważaj, czego sobie życzysz”. Trudno jednak nie marzyć o powrocie mamy, która wyszła z domu przed jedenastu laty. Każde dziecko by o tym marzyło. I nagle mama wraca.

Nie jest łatwo pisać o tej książce i nie napisać „o czym to jest”. Aż świerzbią palce, ale nie chcę zdradzać wam więcej. Wszystkie informacje przedstawione powyżej i tak znajdziecie na okładce. Warto zajrzeć do tej książki, żeby poznać historię Apple, ale znajdziecie w tej opowieści coś więcej niż tylko historię wzajemnego (i to po raz pierwszy właściwie, bo Apple znała raczej wymyśloną matkę) poznawania się matki i córki. Oczywiście jest to opowieść o dorastaniu i dojrzewaniu — nie tylko dziecka. Opowieść o tym, czy jest miłość i jak różnie może się przejawiać. Znajdziecie w niej sporo o przyjaźni i wybaczaniu, ale także o strachu i poznawaniu samego siebie, dochodzeniu do tego, co ważne, a co mało istotne. Historia Apple wzrusza, czasami bawi, czasami przeraża. Zachęca do rozmów i rozmyślań.

To także książka o sile poezji. Dużo w niej wierszy. Życie Apple może nie wygląda typowo, ale trafiła na najlepszego nauczyciela, jakiego tylko mogła sobie wymarzyć. Bardzo bym chciała, by moi synowie napotkali choć jednego takiego na swojej drodze. Mądrego, czującego, potrafiącego zarazić pasją, nie bojącego się czytać z trzynastolatkami „trudnych” tekstów, ufającego w intelekt i wrażliwość dzieci. Poezja okazuje się tutaj kluczem do samego siebie, tunelem prowadzącym do tego, co ukryte i schowane. Przeczytajcie „My dwie, my trzy, my cztery” i czytajcie z dziećmi poezję.

Sarah Crossan My dwie, my trzy, my cztery, tł. Małgorzata Glasenapp, Wydawnictwo Dwie Siostry 2018

Gotujemy…

Znaczy się: Piotrek gotuje. Wrócił któregoś dnia ze szkoły i od drzwi zapytał, czy kupię mu książkę. Kucharską! Bo on teraz musi zrobić taki napój bananowy z podręcznika do polskiego. Ale to przepis z takiej książki i on chciałby ją mieć, bo w podręczniku są tylko dwa. A on pomyślał, że fajnie by było zacząć się uczyć gotować. Bo trochę już umie, a chciałby więcej.

Przyznam, że chwilę zajęło mi zorientowanie się w tym wszystkim. W końcu zniecierpliwione dziecię wyjęło z plecaka podręcznik, otworzyło na właściwej stronie i pokazało palcem tytuł. I wszystko stało się jasne. W podręczniku są fragmenty książek i Piotrka zafascynowały przepisy z książki „Dzieci gotują” Agnieszki Górskiej. Nie mogłam nie kupić.

Agnieszka Górska, Dzieci gotują

Dziecko nie mogło się doczekać przesyłki. A kiedy książka w końcu doszła, Piotrek najpierw przestudiował spis treści, potem zadzwonił do taty z prośbą o zrobienie zakupów (było już późnawo i sam nie mógł iść do sklepu), a potem przygotował cukierki. Śmietankowo-kawowe i bardzo pyszne. Co prawda miały być ślimaczki, a wyszły bardziej, hmm, ciasteczka (możecie je zobaczyć na zdjęciu), ale smak wynagradzał wszystko. Teraz dziecko planuje zrobienie domku Baby Jagi, a ja zastanawiam się, czy kiedyś zajrzy do innej części niż „Ciastka i łakotki”.

Agnieszka Górska, Dzieci gotują

Agnieszka Górska napisała kilka książek z przepisami dla dzieci. Do naszego domu trafiła „Wielka księga przepisów”, w której zebrano receptury publikowane także we wcześniejszych wydaniach. Ilustracje narysowała Marianna Oklejak, a książkę wydało Wydawnictwo Demart. Bardzo się przyjemnie tę książkę wertuje. Przepisy są czytelne, kolorowe i bardzo smakowite. Aż chce się wszystkie wypróbować.

To prawdziwa, pełna książka kucharska. Znajdziecie w niej dania na zimno i na ciepło, potrawy słodkie i słone, proste i bardziej pracochłonne. Mały kucharz może się z niej także dowiedzieć, jakie przyrządy będą mu potrzebne, jak nakrywać do stołu i co oznaczają miary w przepisach. To wiedza przydatna w końcu nie tylko w kuchni.

Agnieszka Górska, Dzieci gotują

Bardzo spodobał mi się pomysł umieszczenia w książce przepisów z różnych stron świata. Co prawda większość znamy, bo chyba nie ma dziecka, które nie lubi pizzy lub spaghetti, ale własnoręcznie przygotowane leczo na pewno smakuje lepiej niż to mamine, a przy okazji można się czegoś ciekawego dowiedzieć.

W książce znajdziecie także krótkie historyki do poczytania, których akcja kręci się wokół kuchni i jedzenia. Jak widać, każdy może znaleźć w niej coś dla siebie – a my na dodatek bardzo lubimy kreskę Marianny Oklejak. Oglądamy, czytamy, gotujemy – a potem zajadamy, czasami przy tym czytając, choć wiemy, że to niezdrowo i że tak nie wolno.

Agnieszka Górska, Dzieci gotują, il. Marianna Oklejak, wyd. Demart

Pate, goooool!

Piotrek nie lubi piłki nożnej. W żadnej postaci. Nie lubi grać (ani na boisku, ani na konsoli), nie lubi oglądać (nawet jak grają inni). Nie zna słynnych piłkarzy ani klubów. Książki o piłce nożnej i piłkarzach też go za bardzo nie kręcą, no chyba że chodzi o przygody Jędrka albo Pate. No właśnie! Pate sprzeda mu wszytko.

Timo Parvela, Pate gra w piłkę

Do drugiej części przygód Patego przymierzaliśmy się już od dawna. Piotrek domagał się jej od chwili, gdy dowiedział się, że jest (o pierwszej pisałam tutaj). Tylko jakoś ciągle było nam nie po drodze — a to nie było w księgarni, a to zapomniałam zamówić. W końcu znaleźliśmy ją na księgarnianej półce i od tamtej pory Młodszy przeczytał ją już kilka razy. Nie może się doczekać kolejnych części („Pate szuka skarbów” i „Pate łowi ryby”), których zapowiedzi już pojawiły się na stronie wydawnictwa.

O ile „Pate pisze bloga” była dla mnie festiwalem gagów i niesamowitych zdarzeń, to „Pate gra w piłkę”, choć też niesamowicie zabawna, jest poważniejsza. Timo Parvela pokazał w niej zmagania dziecka ze światem — dziecka, które na własną rękę próbuje rozwiązać naprawdę poważny problem. U źródła są oczywiście dorośli — Pate bardzo lubi grać w piłkę, dobrze mu idzie, więc jest przekonany, że trener wybierze go do składu na turniej. Jakieś jest jego zdziwienie, gdy okazuje się, że odpada, a do drużyny dostają się bliźniaki Riku i Raku. Zapewne w pewien sposób przyczynił się do tego fakt, że ich tato kupił stroje dla całego zespołu. Wiele dzieci załamałoby się na tym etapie, ale nie Pate. Pate bierze sprawy we własne ręce i postanawia założyć własną drużynę. Naprawdę warto przeczytać, jak to robi.

Timo Parvela, Pate gra w piłkę

Timo Parvela, Pate gra w piłkę

Kilka razy zatrzymałam się przy lekturze tej krótkiej książki, bo Timo Parvela świetnie uchwycił relację dorosły – dziecko. Przekonanie dorosłego, że wie. Niechęć do słuchania dziecka. Wyciąganie wniosków na podstawie pierwszego wrażenia. Odpowiadanie na zadane przez siebie pytanie, zanim dziecko zdąży odpowiedzieć. To warstwa dostrzegana przez dorosłego. Piotrek skupił się na akcji. Śmiał się i przyspieszał lekturę, żeby dowiedzieć się, co będzie dalej. Pate ma niesamowite pomysły, a Timo Parvela wymyślił tę historię brawurowo. Byłam pełna podziwu, jak dobrze wyważył wszystkie elementy, by historia nie wydawała się za bardzo naciągana.

To zabawna i mądra książka o dążeniu do spełnienia marzeń i o tym, że przy okazji mogą spełnić się inne marzenia i rozwiązać problemy. Trzeba tylko mieć pomysł, no i odrobinę szczęścia. Rewelacyjnie się tę książkę czyta — doskonała lektura na wakacje i nie tylko.

Timo Parvela, Pate gra w piłkę, tł. Iwona Kiuru, Widnokrąg 2018