Edzio i przyjaciele

Książka o Edziu przywędrowała do nas w bibliotecznej torbie. Od jakiegoś czasu staram się nie ingerować za bardzo w książki wyciągane przez chłopców z półek (no oprócz wyjmowania Starszemu horrorów z ręki i przekonywania Młodszego, że może nie warto wypożyczać tego samego, co właśnie oddaliśmy). Edzia wypatrzył Piotruś — zastanawiałam się, czy książeczka nie jest dla niego za dziecinna, ale skoro może sam wybierać…

Edzio

W domu przeczytaliśmy ją raz, potem drugi raz, a potem jeszcze raz. Piotruś miał ochotę na kolejne i bez końca oglądał ilustracje Marca Boutavanta. Historia spodobała mu się tak bardzo, że nieustająco pytał, czy są następne książki o Edziu.

„Edzio. Przyjęcie w blasku księżyca” to pierwsza książka Astrid Desbordes o przygodach małego wiewiórka wydana przez Wytwórnię. Edzio mieszka w dziupli wielkiego kasztana. Lubi robić pompony i smażyć konfitury, ale jest bardzo samotny, mimo że wokół mieszka wiele innych sympatycznych zwierząt.

Edzio

Wiewiórek jest bardzo nieśmiały i nie potrafi nawiązywać znajomości, nie wie, jak zacząć rozmowę i czy ktokolwiek chciałby się z nim bawić. Wszytko zmienia się pewnego dnia, gdy do jego dziupli wpada puchacz Jerzy, zwabiony pysznym zapachem powideł.

Edzio

Historia Edzia to świetny początek do rozmowy o nieśmiałości, ale także o tym, że każdy jest inny, ale wszyscy mamy podobne potrzeby i pragnienia. Długo zastanawialiśmy się nad dziwnym dla Piotrusia hobby Jerzego. Podziwialiśmy misia, który wydawał wspaniałe przyjęcia. Próbowaliśmy nawet robić pompony, a Piotruś oddawał książkę do biblioteki z wyraźną niechęcią. Przekonał go argument, że inne dzieci też chcą poznać historię Edzia.

Książka jest napisana prostym językiem. Ładne ilustracje i stosunkowo niewiele tekstu sprawiają, że dobrze nadaje się już dla młodszych dzieci. Na pewno wytrzymają lekturę i myślę, że także będą czekać na kolejne historie o Edziu.

Ilustracje pochodzą ze strony wydawnictwa Wytwórnia.

Astrid Desbordes, Edzio. Przyjęcie w blasku księżyca, il. Marc Boutavant, Wytwórnia

Reklamy

Albert, odwaga i czary

Do opowieści o Albercie ciągle z Piotrusiem wracamy. Będę despotyczna i autorytarna: kto jeszcze nie zna Alberta, ten po prostu MUSI go poznać, to lektura absolutnie obowiązkowa dla każdego przedszkolaka. Albert pomaga dzieciom oswoić lęki, pokazuje, że inne dzieci też mają emocje, podobnych rzeczy się boją, a podobne je śmieszą. Te książki wzbudzają zainteresowanie nawet najbardziej odpornych na lekturę przedszkolaków (testowane). To także lektura obowiązkowa dla rodzica, bo Gunilla Bergström jakoś mimochodem i cieplutko obśmiewa wyobrażenia dorosłych o sobie samych i o dzieciach i pozwala nabrać dystansu do moralizowania i wychowywania. Chciałabym tak wnikliwie widzieć problemy moich dzieci, patrzeć na ich kłopoty z taką czułością i zrozumieniem. Historie o Albercie się nie nudzą, pewnie za jakiś czas Piotruś będzie już na nie za duży, ale na razie ciągle ma ochotę do nich wracać. Przetestowaliśmy je na znajomych przedszkolach, które zawsze z uwagą ich słuchały — i te trzyletnie, i te pięcioletnie. Dziesięciolatek zwykle stwierdza, że są fajne, ale krótkie. 

Dzieci boją się różnych rzeczy. Najczęściej są to duchy, potwory i różne dziwadła niewidzialne dla dorosłych. Piotruś też się boi, a my oswajamy jego strachy na różne sposoby i z różnym efektem. Odkrycie, że Albert także boi się różnych rzeczy i że — tak jak Piotruś — wie, że one nie istnieją, ale i tak się boi, bardzo mojego synka pocieszyło.

Kto straszy, Albercie?

„Kto straszy, Albercie” to książka o pięcioletnim Albercie, który czasami zapomina, że potwory, tajemniczy Marsjanie i duchy nie istnieją. Kiedy się o tym zapomina, czas zaczyna inaczej płynąć, meble w domu zaczynają tajemniczo trzeszczeć, a dobrze znane mieszkanie zamienia się w groźną krainę, gdzie jak najszybciej trzeba znaleźć sobie bezpieczną kryjówkę. Tato Alberta uczy go zaklęcia, które sprawia, że duchy przestają być straszne, ale czasami najlepiej po prostu zapalić światło. I wtedy można się już zacząć śmiać.

Kto straszy, Albercie?

Piotruś posłuchał historii o lękach Alberta z ogromną ciekawością. Cieszyło go, że Alberta także atakują różne paskudne stwory (mamo, jego też atakuje Kamerus Obskurus – o nim było tutaj). Wypróbował potem zaklęcie Alberta i zastanawiał się, czy znalazłby w sobie odwagę, by samemu zejść do piwnicy. Jak na pięciolatka Albert jest bardzo, bardzo samodzielny.

Druga książka o Albercie jest przeznaczona dla trochę starszych dzieci. Jest dłuższa, mniej w niej obrazków — to raczej nie jest książka do czytania „na raz” dla mało wprawionego czytacza. Albert jest w niej starszy, chodzi do szkoły, bawi się samodzielnie w parku z kolegami i marzy, by mieć psa. Tatuś Alberta obawia się, że fascynacja jego synka jest chwilowa, a potem sam będzie musiał zająć się czworonogiem. Ostatnio prowadzimy z Piotrusiem bardzo podobne rozmowy, więc książka idealnie trafiła w gusta mojego synka.

Hokus-pokus, Albercie

Albert i jego kolega, Wiktor, spotykają w parku PRAWDZIWEGO czarodzieja. Czarodziej potrafi wyjmować monety z nosów chłopców i robić mnóstwo innych sztuczek — a na dodatek ma psa i Albert może się nim zajmować. Chłopcy zaprzyjaźniają się ze starszym panem i jego muzą, Singoallą (bardzo fajna i sympatyczna muza). Potem wszystko się komplikuje, bo nawet czarodziej miewa czasami kiepskie pomysły, a nie wszystkie marzenia można łatwo spełnić.

Hokus-pokus, Albercie

„Hokus-pokus, Albercie” oglądaliśmy także w kinie. Film wykorzystuje historię opisaną w książce i dość mocno ją rozbudowuje. Dobrze, że najpierw przeczytaliśmy książkę, bo potem Piotruś mógłby być rozczarowany różnicami i szukać w książce filmowych opowieści. Dzięki rozszerzeniu scenariusza film może z powodzeniem oglądać i pięciolatek, i dziesięciolatek, i obaj będą mieli potem nad czym rozmyślać. Świetnie pokazano w nim dziecięcą wiarę w czary i magię, ale także to, że często my, dorośli nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co dzieci zrobią, gdy uwierzą, że mamy nadprzyrodzone moce. Film tak mocno zapadł mi w pamięć, że byłam przekonana, że pewne sceny NA PEWNO są w książce. Nie było ich, ale mogłaby je spokojnie napisać Gunilla Bergström.  W filmie nie ma fajerwerków ani superbohaterów, za to jest mnóstwo sytuacji „z życia wziętych”, znanych na pewno prawie każdemu dziecku. Jeśli zobaczycie „Hokus-Pokus” gdzieś w kinie, koniecznie się wybierzcie, bo warto.

Gunilla Bergström, Hokus-pokus, Albercie, Zakamarki 2015

Gunilla Bergström, Kto straszy, Albercie?, Zakamarki 2014

Zdjęcia pochodzą ze strony wydawnictwa Zakamarki

Pan Tygrys dziczeje

Każdy czasami ma ochotę powariować i poszaleć. Rzucić w kąt konwenanse i zasady dobrego wychowania, tarzać się po trawie, wspinać na drzewa i krzyczeć pełną piersią. Nie każdy jednak potrafi tak zaszaleć, szczególnie gdy jest się bardzo eleganckim dżentelmenem ubranym w szykowny surdut i cylinder. A taki był właśnie Pan Tygrys.

Peter Brown, Pan tygrys dziczeje

Wydana przez Naszą Księgarnię książka „Pan Tygrys dziczeje” to historia tygrysa, któremu do głowy zaczęły przychodzić bardzo szalone pomysły. Pomysły, które nie podobały się żadnemu z jego przyjaciół i nikomu z mieszkańców miasta. No bo czy stateczny i poważny pan chodzi na czworakach? Albo kąpie się w fontannie? I to bez surduta?

Historia Petera Browna to opowieść, bardzo prosta, zabawna i wciągająca, o przełamywaniu konwenansów i szukaniu siebie samego – oczywiście w sposób dopasowany do postrzegania kilkulatków. Bo to opowieść w sam raz dla młodszych dzieci – mało tekstu, ładne informacje i sporo uśmiechu.

Pan tygrys dziczeje

Tymek obejrzał, powiedział, że fajne i wrócił do swoich lektur. Piotrusiowi się podobało, książkę oglądał kilka razy, dopytywał się, czemu zwierzęta zachowują się właśnie tak i czemu ten tygrys szaleje. Każdy ma ochotę poszaleć, prawda? Ważne, żeby nie zdziczeć bez reszty 🙂

Nikt nie lubi rozbójników

Ten tytuł jest nie do końca prawdziwy, bo niektórzy rozbójnicy bywają bardzo sympatyczni, ale akurat rozbójnika Ostrogę trudno polubić. Postać to niemiła: nie dość że rozbójnik (co prawda z zardzewiałym pistoletem), to i leniuch nie lada, który lubi wysługiwać się innymi i przechwalać dziadkiem Madejem.

Rozbójnik Ostroga to jeden z bohaterów książki „Nikt nie lubi rozbójników” Leonida Jachnina – książki wygrzebanej w bibliotece, wydanej w 1988 r. przez wydawnictwo Współpraca (tłumaczenie Natalia Usenko).

Nikt nie lubi rozbójników

To ciekawa, trochę staroświecka historia papierowego miasta i jego mieszkańców. A było tak… Pewnego dnia mistrz Rondo, znany i powszechnie szanowany kapelusznik, wracając z jarmarku, zatrzymał się na leśnej polanie, by trochę odpocząć. Nie umiał jednak próżnować, więc wyciął z pudełek po sprzedanych kapeluszach całe miasteczko i jego mieszkańców. Tak po prostu, żeby ręce miały się czym zająć. Do tego miasteczka skierował później Landrynkę, dziewczynkę z papierka po cukierku, i jej pieska Czekoladkę, które straciły swój dom, bo papierek się zniszczył. Niestety, miasteczko zauważył także leniwy rozbójnik Ostroga, który postanowił tam zostać królem.

Oj dzieje się…. Piotruś słuchał, jak zaczarowany. Denerwował się zamierzeniami Ostrogi. Martwił, czy Landrynce uda się uciec i uwolnić czekoladowego pieska (przy drugiej lekturze bardzo poprosił, żebym ominęła jeden rozdział). Śmiał się, słuchając piosenek i rymowanek błazna Fujarki. Na przykład takiej: Przestań się, dziewczynko, smucić, psinka wnet do ciebie wróci! Nie ucieknie wstrętny zbój! Szykuj, zbóju, się na bój! Złościł się na Ulepka, pomocnika Cukiernika, że niesympatyczny i chce pomagać Ostrodze. Kibicował mistrzowi Rondo, bo nie obyło się jednak bez jego interwencji. I oglądał ilustracje Jewgienija Monina.

Nikt nie lubi rozbójników

 

Książka, jak na przedszkolaka, jest dosyć długa, ale rozdziały są króciutkie, w sam raz na czytanie wieczorem do spania. Piotrek nigdy nie zadowalał się jednym, więc książkę połknęliśmy szybciutko, a Tymek udawał, że nie słucha (bo to bajka dla dzieci ;-)), ale raz na jakiś czas wyrywał mu się komentarz świadczący, że wszystko słyszy.

„Nikt nie lubi rozbójników” to klasyczna bajka dla dzieci: spokojna, nieprzegadana, napisana ładnym językiem, z nienachalnym morałem. Dobro zwycięża, zły rozbójnik się poprawia, słońce świeci i wszyscy są zadowoleni, a Piotruś szczęśliwy, że świat w końcu wygląda tak, jak powinien :-). Dużo się można z niej nauczyć, ale tak jakoś mimochodem, przy okazji i bez nadymania. Można się pośmiać z wad i zachowań różnych postaci.

To jednak nie wszystko. Po lekturze zostają w pamięci trzy czarodziejskie słowa. I wcale nie są to: przepraszam, proszę i dziękuję. Czarodziejskie słowa mistrza Rondo są inne. Zresztą sami posłuchajcie:

„Teraz nareszcie wszystko jest tak, jak trzeba [powiedział mistrz Rondo]. Głowa i ręce będą się nawzajem wspomagać. Co głowa postanowi, to ręce wykonają. Teraz nikt was nie zmusi, abyście robili to, na co nie macie ochoty. Odtąd wszyscy będziecie szczęśliwi. To całkiem proste. Trzeba tylko zapamiętać trzy czarodziejskie słowa: dobroć, wolność i praca”.

Całkiem proste. A najdziwniejsze, że te czarodziejskie słowa chyba ciągle są aktualne.