Morrigan – a może jednak Morysia?

Co jakiś czas zaglądamy z Piotrkiem na strony wydawnictwa Media Rodzina. Szukamy informacji, przeglądamy zapowiedzi. I choć wiem z Goodreads, że premiera kolejnej części planowana jest dopiero na luty przyszłego roku, cały czas mamy nadzieję, że może w Polsce ukaże się szybciej (a najpóźniej w tym samym czasie). Może wydawnictwo ma jakieś chody, czarodziejską różdżkę i już dostało tę książkę… Tak, tak, z wielką niecierpliwością czekamy na trzeci tom przygód Morrigan Crow autorstwa Jessiki Townsend.

Jessica Townsend. Seria Morrigan Crow

Miałam o każdym tomie pisać osobno, bo pierwszy przeczytaliśmy już jakiś czas temu. Drugi zresztą też. Nie wyszło, więc dostaniecie dwa w pigułce. Obie książki przeczytaliśmy z Piotrkiem bardzo szybko. Na potrzeby recenzji wróciłam do tej historii i spodobała mi się nawet bardziej, a to nieczęste przy kolejnej lekturze. To świetna opowieść z magią w tle. Fani Harrego Pottera na pewno zauważą sporo nawiązań do swojej ulubionej lektury, ale nie jest to wtórna książka. Autorka bawi się konwencją, żongluje motywami i schematami, ale całość jest świeża, zabawna, czasami niepokojąca i bardzo ciekawa.

Książka zaczyna się mocno i dość przerażająco. Spotykamy Morrigan w przededniu jej jedenastych urodzin. Właśnie zaczyna się ostatni rok jej życia – dziewczynka urodziła się w nocy przesilenia, czyli należy do przeklętych dzieci. Takie dzieci podobno przynoszą pecha, odpowiadają za wszystkie wypadki i jednym spojrzeniem mogą sprowadzić na miasto huragan. Wszyscy się ich boją, nikt ich nie lubi. Morrigan nauczyła się z tym żyć. Bo jaki miała wybór? Od maleńkości wiedziała, że przeraża innych i że będzie żyła tylko 12 lat. Tym razem jednak Era niespodziewanie kończy się rok wcześniej, a w życiu dziewczynki pojawia się rudowłosy, ekscentryczny i nieprzewidywalny Jupiter North, czasami pieszczotliwie przez przyjaciół zwany Jowiszkiem. Jak możecie się domyśleć Morrigan nie umiera, tylko razem z Jupiterem trafia do Nevermoor, gdzie zostaje jego kandydatką do Towarzystwa Wunderowego – tajemniczej organizacji dbającej o świat (tak mówiąc w skrócie).

Jessica Townsend, seria Morrigan Crow

W historii Morrigan znajdziecie dużo znanych elementów: tragiczne dzieciństwo, odepchnięcie, strasznego wroga, przed którym drży cała społeczność, przyjaźń, przygody, czary, szkołę magii. Nie jest to jednak drugi Harry Potter (ani inna książka o magicznym dziecku) przepisany na dziewczyńską wersję. Jessica Townsend stworzyła ciekawą, przejmującą historię o dziecku, które musi odkryć siebie i swoje talenty, nauczyć się ufać światu, zrozumieć, co to przyjaźń – a przy okazji pewnie uratować świat, ale tego jeszcze nie wiemy na pewno.

Autorka wykreowała bardzo spójny świat, w którym wydarzenia logicznie ze sobą wynikają. Wraz z postępem lektury wyjaśniają się jedne zagadki, a pojawiają następne. Historia jest linearna: w pierwszym tomie Morrigan walczy o przyjęcie do Towarzystwa Wunderowego (nie jest to łatwe), w drugim możemy towarzyszyć jej podczas pierwszego okresu nauki. W obu książkach pojawia się jednak wiele dodatkowych wątków i wcale nie jest łatwo przewidzieć, w którą stronę autorka poprowadzi historię. Między innymi dlatego tak bardzo czekamy na kolejną część. Z prawdziwą przyjemnością czytałam opisy kolejnych prób, a potem zmagania Morrigan ze szkołą – ta historia ma sens, wszystko się tutaj klei, rozumiem, z czego wynikają zachowania bohaterów, nawet jeśli ich nie pochwalam.

Postacie są wyraziste i ciekawe. Nie tylko Morrigan i Jupiter – postacie drugoplanowe budzą zaciekawienie i sympatię (lub niechęć) i są wprowadzane po coś. Niektóre posuwają akcję do przodu, inne pozwoliły pokazać różnorodność i bogactwo opisywanego świata, bo Nevermore to naprawdę czarodziejskie miasto. Zarówno ja, jak i Piotrek bardzo chętnie byśmy tam zajrzeli. Mnie najbardziej urzekła parasolejka, czyli kolejka parasolowa. Trzeba mieć odwagę, by z niej korzystać, ale zawsze zazdrościłam Mary Poppins. Piotr chciałby zobaczyć magnifikota (choć raczej nie należałoby go głaskać) i zwiedzić zwodnicze zaułki – jakże by było fajnie nagle stać do góry nogami. Bardzo chciałby także zobaczyć halloweenową paradę, a szczególnie cmentarz makabryjski (ja bym chyba nie chciała). A przecież poza tym miastem roztacza się cała kraina i mamy nadzieję, że autorka „Nevermore” będzie miała ochotę ją nam pokazać.

To kiedy w końcu będzie kolejny tom?

Jessica Townsend, Nevermoore. Przypadki Morrigan Crow, il. Jim Madsen, tł. M. Hesko-Kołodzińska, P. Budkiewicz, Media Rodzina 2018

Jessica Townsend, Wundermistrz. Powołanie Morrigan Crow, il. Jim Madsen, tł. M. Hesko-Kołodzińska, P. Budkiewicz, Media Rodzina 2019

Reklamy

Kiedy marzenia się spełniają

„My dwie, my trzy, my cztery” Sarah Crossan (Dwie Siostry) to jedna z ciekawszych książek dla starszych dzieci czy młodszej młodzieży, jakie przeczytałam w tym roku. Porusza, skłania do myślenia i zadawania pytań. Spodobała się trzynastolatce, i dziewięciolatce — choć wcale nie jest to książka tylko dla dziewczyn.

Sarah Crossan, My dwie, my trzy, my cztery

Wszyscy mamy jakieś marzenia, małe i duże. Marzymy, zastanawiając się, jak pięknie by było, gdyby się spełniły. Czasami jednak rzeczywistość nas zaskakuje, a niektóre życzenia bywają niebezpieczne. Tak uważa babcia trzynastoletniej Apple. Ciągle powtarza: „uważaj, czego sobie życzysz”. Trudno jednak nie marzyć o powrocie mamy, która wyszła z domu przed jedenastu laty. Każde dziecko by o tym marzyło. I nagle mama wraca.

Nie jest łatwo pisać o tej książce i nie napisać „o czym to jest”. Aż świerzbią palce, ale nie chcę zdradzać wam więcej. Wszystkie informacje przedstawione powyżej i tak znajdziecie na okładce. Warto zajrzeć do tej książki, żeby poznać historię Apple, ale znajdziecie w tej opowieści coś więcej niż tylko historię wzajemnego (i to po raz pierwszy właściwie, bo Apple znała raczej wymyśloną matkę) poznawania się matki i córki. Oczywiście jest to opowieść o dorastaniu i dojrzewaniu — nie tylko dziecka. Opowieść o tym, czy jest miłość i jak różnie może się przejawiać. Znajdziecie w niej sporo o przyjaźni i wybaczaniu, ale także o strachu i poznawaniu samego siebie, dochodzeniu do tego, co ważne, a co mało istotne. Historia Apple wzrusza, czasami bawi, czasami przeraża. Zachęca do rozmów i rozmyślań.

To także książka o sile poezji. Dużo w niej wierszy. Życie Apple może nie wygląda typowo, ale trafiła na najlepszego nauczyciela, jakiego tylko mogła sobie wymarzyć. Bardzo bym chciała, by moi synowie napotkali choć jednego takiego na swojej drodze. Mądrego, czującego, potrafiącego zarazić pasją, nie bojącego się czytać z trzynastolatkami „trudnych” tekstów, ufającego w intelekt i wrażliwość dzieci. Poezja okazuje się tutaj kluczem do samego siebie, tunelem prowadzącym do tego, co ukryte i schowane. Przeczytajcie „My dwie, my trzy, my cztery” i czytajcie z dziećmi poezję.

Sarah Crossan My dwie, my trzy, my cztery, tł. Małgorzata Glasenapp, Wydawnictwo Dwie Siostry 2018

Pate, goooool!

Piotrek nie lubi piłki nożnej. W żadnej postaci. Nie lubi grać (ani na boisku, ani na konsoli), nie lubi oglądać (nawet jak grają inni). Nie zna słynnych piłkarzy ani klubów. Książki o piłce nożnej i piłkarzach też go za bardzo nie kręcą, no chyba że chodzi o przygody Jędrka albo Pate. No właśnie! Pate sprzeda mu wszytko.

Timo Parvela, Pate gra w piłkę

Do drugiej części przygód Patego przymierzaliśmy się już od dawna. Piotrek domagał się jej od chwili, gdy dowiedział się, że jest (o pierwszej pisałam tutaj). Tylko jakoś ciągle było nam nie po drodze — a to nie było w księgarni, a to zapomniałam zamówić. W końcu znaleźliśmy ją na księgarnianej półce i od tamtej pory Młodszy przeczytał ją już kilka razy. Nie może się doczekać kolejnych części („Pate szuka skarbów” i „Pate łowi ryby”), których zapowiedzi już pojawiły się na stronie wydawnictwa.

O ile „Pate pisze bloga” była dla mnie festiwalem gagów i niesamowitych zdarzeń, to „Pate gra w piłkę”, choć też niesamowicie zabawna, jest poważniejsza. Timo Parvela pokazał w niej zmagania dziecka ze światem — dziecka, które na własną rękę próbuje rozwiązać naprawdę poważny problem. U źródła są oczywiście dorośli — Pate bardzo lubi grać w piłkę, dobrze mu idzie, więc jest przekonany, że trener wybierze go do składu na turniej. Jakieś jest jego zdziwienie, gdy okazuje się, że odpada, a do drużyny dostają się bliźniaki Riku i Raku. Zapewne w pewien sposób przyczynił się do tego fakt, że ich tato kupił stroje dla całego zespołu. Wiele dzieci załamałoby się na tym etapie, ale nie Pate. Pate bierze sprawy we własne ręce i postanawia założyć własną drużynę. Naprawdę warto przeczytać, jak to robi.

Timo Parvela, Pate gra w piłkę

Timo Parvela, Pate gra w piłkę

Kilka razy zatrzymałam się przy lekturze tej krótkiej książki, bo Timo Parvela świetnie uchwycił relację dorosły – dziecko. Przekonanie dorosłego, że wie. Niechęć do słuchania dziecka. Wyciąganie wniosków na podstawie pierwszego wrażenia. Odpowiadanie na zadane przez siebie pytanie, zanim dziecko zdąży odpowiedzieć. To warstwa dostrzegana przez dorosłego. Piotrek skupił się na akcji. Śmiał się i przyspieszał lekturę, żeby dowiedzieć się, co będzie dalej. Pate ma niesamowite pomysły, a Timo Parvela wymyślił tę historię brawurowo. Byłam pełna podziwu, jak dobrze wyważył wszystkie elementy, by historia nie wydawała się za bardzo naciągana.

To zabawna i mądra książka o dążeniu do spełnienia marzeń i o tym, że przy okazji mogą spełnić się inne marzenia i rozwiązać problemy. Trzeba tylko mieć pomysł, no i odrobinę szczęścia. Rewelacyjnie się tę książkę czyta — doskonała lektura na wakacje i nie tylko.

Timo Parvela, Pate gra w piłkę, tł. Iwona Kiuru, Widnokrąg 2018

Lubicie słodycze?

Wyobrażacie sobie świat bez cukierków? Świat, w którym nagle wszystkie słodycze zostały zakazane, bo wielbiciel warzyw wprowadził prohibicję (wiem, trudne słowo) i zakazuje spożycia ciasteczek, batonów, żelków, gum, landrynek, czekolad i wszystkiego, co pociągająco słodkie i kaloryczne? Być może niektórzy dorośli nawet by nie zauważyli zmiany (hmm?). Dla dzieci byłaby to katastrofa. Efekty takiej zmiany mogłyby jednak zaskoczyć największych entuzjastów jarskiej diety, bo prohibicja chyba nigdy w historii nie doprowadziła do rozwiązania problemu. Witajcie w świecie Nelle Faulkner, nastoletniej detektyw i bohaterki „Słodyczy” Laviego Tidhara (Zysk, 2019).

 Lavie Tidhar, Słodycze

Nelle jest detektywem. Ma prawdziwe biuro w szopie w ogrodzie, uporządkowane archiwum i przestrzega procedur. Przyjmuje każdą sprawę, a jej motto to „Rób, co należy, bez względu na koszta”. Nelle żyje zgodnie z tym, co głosi jej motto: jest bezkompromisowa, prawa, dążąca za wszelką cenę do prawdy i ogromnie wyczulona na niesprawiedliwość społeczną.

Z historii wiadomo, że tam, gdzie wprowadzano prohibicję, pojawiali się przemytnicy. Każdy zakaz ma w sobie coś, co zachęca do jego łamania, a zabronione produkty nagle stają się bardzo cenne i pożądane, więc można na nich sporo zarobić. Tak samo stało się w miasteczku Nelle — powstały rywalizujące ze sobą grupy walczące o strefy wpływów. Niektórzy dorośli, jak się zresztą okazało w trakcie lektury, też mieli ochotę uszczknąć coś dla siebie i wykorzystać łatwą okazję do zbicia majątku. Nelle, która przyjęła zlecenie od jednego z przywódców gangów, znalazła się w samym centrum wydarzeń.

Lavie Tidhar, Słodycze

Akcja pędzi, Nelle uparcie i wbrew niebezpieczeństwom dąży do rozwiązania zagadki, która okazuje się bardzo skomplikowana. Dziewczynka odkrywa mroczne powiązania i sekrety dorosłych, który dla zysku nie zawahają się przed niczym. Młoda detektyw będzie musiała się naprawdę postarać, aby wyjść z tej przygody cało.

Lavie Tidhar, Słodycze

„Słodycze” Laviego Tidhara to nie tylko kryminał. Podczas lektury miałam wrażenie, że autor stara się wykorzystać schemat powieści detektywistycznej, by opowiedzieć dzieciom coś ważnego o świecie. Jak przystało na kryminał noir, bardzo czarnym świecie. Mamy tutaj i prohibicję, i przemyt, i machlojki dorosłych, i przekupionych polityków, i łamanie prawa, i skorumpowanych policjantów, i bezradność wymiaru sprawiedliwości… Naprawdę jest tego dużo. Momentami za dużo. W czasie lektury pojawia się mnóstwo wątków,  czasami ledwo zarysowanych, takie pęknięcia na twarzy świata. I jest ich coraz więcej, i więcej. To, co widzimy, okazuje się jedynie przykrywką, fasadą, makietą. Rzeczywistość Nelle nie jest prosta, a uporanie się z nią wymaga więcej wiedzy niż ma dziecko. Pod podszewką kryje się dość przerażający świat przestępczych powiązań, obłudy i obojętności. Przy lekturze nastawcie się więc na pytania, jak skonstruowany jest świat.

Lavie Tidhar, Słodycze

„Słodycze” nie oferują prostego happy endu. Rozwiązanie zagadki nie przynosi katharsis, bo „źli” bohaterowie nie ponoszą tak naprawdę klęski. Wygląda na to, że odnajdują się w książkowym/naszym świecie lepiej niż bezkompromisowe osoby dążące do sprawiedliwości. Jedna z postaci mówi na końcu, że właśnie tak jest w życiu, że czasami złym udaje się ujść wolno. Ale nawet jeśli się udaje, to nie musimy się z tym godzić i uznawać, że tak powinno być. Być może w buncie Nelle przeciwko prawom rządzącym światu kryje się nadzieja, że prawa te stopniowo będą się zmieniać. Trochę szkoda, że temu buntowi nie kibicują dorośli. Smutna jest ich bezradność i zgoda na to, co się dzieje, niechęć do zadawania pytań i bierne akceptowanie zmian. Czasami wynika to z troski, czasami z obojętności — dość niechętnie przeglądałam się w tym lustrze. W „Słodyczach” dzieci mają odwagę nazywać rzeczy po imieniu i szukać rozwiązań. Dorośli używają omówień, kręcą lub milczą. Mimo słodkiej tematyki to momentami bardzo gorzka książka.

Lavie Tidhar, Słodycze

Ilustracje Marka Beecha wyraźnie nawiązują do twórczości Tony’ego Rossa i Quentina Blake’a. Jest ich w książce całkiem sporo. Mojemu synowi szczególnie spodobała się mapa i krótka charakterystyka postaci na końcu. Dzięki niej można szybko (nawet przed lekturą) sprawdzić, z kim się będzie miało do czynienia podczas czytania.

Lavie Tidhar, Słodycze, il. Mark Beech, tł. A. Sylwanowicz, Zysk 2019

Lekkie życie Barnaby’ego Brocketa

To nie jest nowa książka. Wydawnictwo Dwie Siostry ma ją w swojej ofercie już od kilku lat, ale my trafiliśmy na nią dopiero teraz. Czyta się ją świetnie, ale wcale nie jest to lekka lektura. I od razu może uprzedzę wszystkich, którzy szukają książek wyłącznie z idealnymi rodzicami i rodzinami — tutaj ich nie znajdziecie. Będziecie musieli za to zmierzyć się z pytaniami, co to jest normalność, jacy powinni być rodzice, czy mogą być źli i dokąd może nas zaprowadzić akceptacja (a czasami jej brak). Gotowi?

John Boyne, Lekkie życie Barnaby'ego Brocketa

Barnaby urodził się niezwykły, niesamowity i lekki — jedyny na świecie człowiek, na którego nie działa grawitacja. Właśnie tak, Barnaby nie był w stanie pozostać na ziemi, natychmiast unosił się w powietrzu. Cecha, o której marzyłoby wielu, choć wcale nie jest tak fajna, jak mogłoby się wydawać. Chłopiec miał jednak pecha — urodził się w najnudniejszej rodzinie na świecie. Nie tylko zwykłej i przeciętnej, ale szczycącej się swoją zwykłością i przeciętnością, a wręcz aspirującej do bycia najbardziej nudną, uporządkowaną, zwykłą i absolutnie unikającą jakiejkolwiek ekstrawagancji i zwracania na siebie uwagi rodzinie na świecie. Latający chłopak i rodzice owładnięci obsesją niezwracania na siebie uwagi… To nie mogło skończyć się dobrze.

John Boyne, Lekkie życie Barnaby'ego Brocketa

John Boyne napisał książkę o zwykłości, normalności i obsesji — czyta się ją bardzo dobrze i szybko, ale po drodze trzeba zmierzyć się z wieloma trudnymi pytaniami. To książka dla dzieci, niełatwa dla rodzica, wytrącająca z równowagi, zmuszająca do czujności i popatrzenia na relacje. Barnaby w pewnym momencie wyrusza w drogę — spotyka na swojej trasie wielu ludzi. Wydaje się, że przyciąga podobnych „odmieńców”, jak on sam — ludzi tragicznie dotkniętych przez los, nierozumianych przez innych, w tym swoje własne rodziny, niespełniających cudzych oczekiwań, pogubionych, rozczarowanych, złych na siebie i innych. Wielokrotnie podczas lektury musiałam zastanawiać się, co to jest norma, a co to jest odmienność. A nawet co to jest człowieczeństwo. Boyne pokazuje, że kult „normalności” może być groźny i niebezpieczny — tym bardziej, że każdy tę normalność rozumie trochę inaczej. Dobitnie też pokazał, że na drodze do „normalności” łatwo zrobić rzeczy niemoralne i łatwo znaleźć sposoby dojścia do celu. Może pomóc w tym chociażby szkoła. Słowa dyrektorki tej instytucji bardzo długo brzmiały mi w uszach.

Podróż Barnaby’ego to z jednej strony droga, która prowadzi do samoakceptacji, z drugiej — pochwała więzi rodzinnych i znaczenia rodziny w życiu. W przypadku tego chłopca brzmi to co najmniej dziwnie, bo jego rodzice… No cóż, sami przeczytajcie. Rodzinie Barnaby’ego blisko do rodziców Matyldy Roalda Dahla — choć oni sami na pewno by się z tym nie zgodzili. Sporo w tej książce groteski i absurdu rodem z Dahla. Zraniony przez rodzinę chłopiec, który uczy innych, czym jest rodzina — Boyne pokazuje rozpaczliwą próbę realizacji marzenia, które nie może się spełnić. Dzieci marzą o wspaniałej rodzinie, ale dorastając rozumieją, że żyć w zgodzie ze sobą mogą także bez rodziny. Nie jest to optymistyczny wniosek dla rodziców, ale w  końcu wychowujemy dzieci, by wyfrunęły i żyły w zgodzie z sobą, nieprawdaż?

Chwilami bardzo mnie ta książka irytowała, ale nie mogłam przestać jej czytać. Boyne wybija czytelnika z rytmu, zachęca do rozmyślań, skłania do myślenia. I nie przestaje przypominać, że dzieci są najważniejsze, że trzeba pozwolić im żyć i rosnąć po swojemu, bo dziecko też człowiek. Niby oczywiste, ale chyba ciągle nie dla wszystkich.

John Boyne, Lekkie życie Barnaby’ego Brocketa, il. Olivier Jeffers, tł. Tina Oziewicz, Dwie Siostry 2013

Atlas mitów

Jak wiele mitologii znacie? A wasze dzieci? Na pewno grecką, bo ciągle uczą się o niej w szkole. Może nordycką? Znajdą ją w wielu książkach fantasy. Pewnie kojarzą egipskich bogów z głowami zwierząt. Być może wiedzą coś o hinduskiej. A przecież mitologii jest tak dużo, jak ludów. Pamiętamy historie, na których opierały się wielkie cywilizacje, ale mitologia nie jest wyłącznie ich domeną. Swoje historie o bogach, bohaterach i stworzeniu świata mieli Aztekowie i ludy Polinezji, Słowianie i plemiona z głębi Afryki, pewnie wszystkie ludy świata. Thiago de Moraes zaprasza na wędrówkę po niektórych z nich.

Thiago de Moraes, Atlas mitów

„Atlas mitów” (Nasza Księgarnia) to ogromna i ciekawie zilustrowana podróż przez mitologie. Napisana i narysowana z myślą o dzieciach, ale przeczytałam ją z dużym zainteresowaniem. Autor prowadzi nas przez różne kontynenty i ludy, od starożytnych Greków po afrykański lud Jorubów czy pochodzących z Amazonii Janomamów. Jak napisał wydawca w przedmowie do wydania brytyjskiego:

„Atlas mitów” to przystępne wprowadzenie do dwunastu spośród najbardziej fascynujących kultur na naszej planecie. Niektóre z opisywanych wierzeń stanowią dziś już tylko część historii, natomiast inne są nadal święte dla wielu ludzi na całym świecie. My jednak nie próbowaliśmy objaśniać współczesnych praktyk religijnych, ponieważ nie jest to tematem naszej książki. Najważniejsze są tutaj opowieści przekazywane przez wieki z pokolenia na pokolenie, pomagające w zrozumieniu ludzkiej egzystencji i otaczającego świata. (s. 2)

Thiago de Moraes dodał, że inspiracją do stworzenia tej książki były jego dzieci. Czytał im książki, które sam lubił w dzieciństwie, a przy okazji wyobrażał sobie te wszystkie wspaniałe, cudowne i niesamowite krainy. Teraz my możemy cieszyć się nimi razem z naszymi dziećmi.

Thiago de Moraes, Atlas mitów

Każda część dotycząca jednej mitologii jest tak samo skonstruowana. Najpierw dostajemy ogólny opis wierzeń. Nie znajdziecie tutaj suchych informacji i poważnych faktów. Thiago de Moraes potrafi popatrzeć na mity z przymrużeniem oka i z humorem krótko podsumować najważniejsze fakty. Piotrek przeczytał mi ze śmiechem cały tekst wprowadzający do mitologii azteckiej, który zaczyna się tak:

Ogień, powodzie, jaguary i kilku bardzo głodnych bogów. Nie uwierzycie, na ile okropnych sposobów może dojść do końca świata. (s. 31)

Powstrzymalibyście się przed lekturą dalszej części? Ja i moje dziecko byliśmy ogromnie ciekawi, co było dalej i o co chodzi.

Thiago de Moraes, Atlas mitów

Każde wprowadzenie kończy się króciutką notką „Gdzie?”, która wskazuje, gdzie zawędrowaliśmy. Warto wiedzieć, czy akurat jesteśmy w Europie, w Indiach czy może w amazońskiej dżungli. Na początku książki dostajemy szczegółowe instrukcje, co zawiera każda część i jak poruszać się po książce.

Thiago de Moraes, Atlas mitów

Po ogólnej planszy czas na mapę. Thiago de Moraes zaszalał: cała kosmogonia na jednej planszy. Rewelacyjna. Do długiego studiowania i wnikliwego obserwowania. I rozpaczliwego poszukiwania, gdzie jest ten numerek, bo — jak dla mnie — kolejność tych numerów jest znana tylko autorowi. Ale zabawa przy tym przednia, a i informacji całkiem sporo.

Thiago de Moraes

Thiago de Moraes, Atlas mitów

Następną część stanowią opowieści charakterystyczne dla danej mitologii oraz plansza z artefaktami i postaciami. Coś dla smaku i pobudzenia apetytu na więcej.

Thiago de Moraes, Atlas mitów

Thiago de Moraes, Atlas mitów

„Atlas mitów” nie stanowi wyczerpującego kompendium mitów i kultury danego obszaru. Historie zostawiają niedosyt i zachęcają do dalszych badań i lektur. Piotr po lekturze atlasu wyciągnął z półek inne mitologie i szuka w nich informacji o mumiach, trzęsieniach ziemi, bogach i potopach. Pewne mity i historie zdają się być uniwersalne i powtarzać niezależnie od kultury. Niektóre są całkiem odmienne i stanowią świadectwo innych warunków życia i zaskakującego dla nas spojrzenia na świat.

Książka Thiago de Moraesa uczy nas pokory. Pokazuje, jak mało wiemy i jak wiele fascynujących historii zostało jeszcze do odkrycia. Niezależnie od tego, w co wierzymy, możemy cieszyć się bogactwem ludzkiej wyobraźni i podziwiać sposoby, w jakie ludzie tłumaczyli sobie świat — od fiordów Norwegii po polinezyjskie wyspy. Warto wyruszyć w tę podróż.

No i znajdziecie w tym atlasie świat Słowian. Co prawda przytoczone opowieści wywodzą się bardziej z kultury rosyjskiej niż polskiej, ale dobrze, że się tutaj znalazły. Pewnie znawcy słowiańskiej mitologii mieliby dużo do powiedzenia, ale ja się ogromnie cieszę, że moje dziecko mogło przeczytać nie tylko o Odynie i Zeusie, ale także o Świętowicie, Mokoszy i Marzannie. To tylko jedna z wersji tej historii, ale przecież od czegoś trzeba zacząć.

Thiago de Moraes, Atlas mitów

Thiago de Moraes, Atlas mitów, tł. Anna Nowak, Nasza Księgarnia 2018

Drzewo życzeń

Tak się jakoś złożyło, że początek roku upłynął pod znakiem gadających drzew. Pierwsza opowiadała mirabelka — o przyjaźni, wojnie i pamięci. Drugi zabrał głos stary dąb czerwony — i też mówił o przyjaźni, akceptacji i pamięci. Trzeba słuchać drzew, bo są mądre i widziały znacznie więcej niż my.

Katherine Applegate, Drzewo życzeń

„Drzewo życzeń” Katherine Applegate to opowieść starego dębu — ma już 216 słojów, czyli dwieście szesnaście lat. Z punktu widzenia człowieka bardzo dużo, z punktu widzenia dębu może mieć przed sobą jeszcze wiele lat życia — dęby czerwone mogą rosnąć nawet 500 lat. Ten dąb jest wyjątkowy — nie tylko zapewnia schronienie wielu zwierzętom, które zgodnie bytują wśród jego konarów, ale także jak na drzewo jest bardzo rozmowny, choć z zasady nie odzywa się do ludzi (tak zresztą nakazują prawa przyrody). Ludzie z miasteczka traktują go jak drzewo życzeń — zawsze 1 maja przytwierdzają do jego gałęzi karteczki z życzeniami i marzeniami, mając nadzieję, że pomoże im spełnić pragnienia. Tym razem jednak drzewo ma własne życzenie, a Dzień Życzeń może być jego ostatnim dniem jego życia.

Katherine Appelgate, Drzewo życzeń

Katherinne Applegate napisała piękną opowieść o przyjaźni i obcości, o niechęci i strachu wynikającym z niewiedzy i o tym, jak wspomnienia pomagają przezwyciężać trudności. Do miasteczka sprowadzają się nowi mieszkańcy. I choć dąb pamięta ludzi mówiących różnymi językami, przybysze otoczeni są niechęcią i wrogością. Drzewo nie rozumie, co się dzieje — powiedzcie sami, czy chusta na głowie może być przyczyna aż takiej niechęci? Ponieważ jednak polubiło małą Samar, która każdej nocy przychodzi posiedzieć pod dębem, postanawia jej pomóc. Dziewczynka przypomina mu także kogoś innego, kto dawno temu miał podobne problemy.

Historia opowiedziana przez dąb uczy, że warto pamiętać i uczyć się na cudzych doświadczeniach, by nie popełniać tych samych błędów i zobaczyć, co w życiu naprawdę ważne. To książka, która porusza lęki współczesnego świata i pokazuje strach przed obcością i innością — taki sam od wieków, gdy już zapominamy, że sami kiedyś byliśmy obcy i inni.
Katherine Applegate, Drzewo życzeń

To także bardzo ekologiczna historia. Wcale nie chodzi jedynie o ochronę drzew czy dbałość o przyrodę, ale o spojrzenie na naturę jako całość, o szacunek wobec innego bytu. Rośliny i zwierzęta w powieści Applegate są bardziej ludzkie niż człowiek: współpracują, szanują się, potrafią przestrzegać praw i stanąć w obronie tego, co kochają.

Katherine Applegate, Drzewo życzeń

„Drzewo życzeń” to bardzo piękna książka. Porusza emocje i skłania do zastanowienia. Pokazuje także bardzo dobitnie, że warto uczyć się otwartości od dzieci, bo one jeszcze nie wiedzą, że „trzeba” się bać i „należy” postępować w określony sposób. To może cytat na koniec.

Niektóre rzeczy się zmieniły. Inne — nie. Ale jestem optymistą i mam nadzieję na przyszłość.

Rodzice Samar porzucili myśl o przeprowadzce, przynajmniej na razie.

Stephen i Samar się zaprzyjaźnili. Czasem odrabiają lekcje na trawniku przy moim pniu.

Ich rodzice nadal ze sobą nie rozmawiają.

Nie wiem, czy kiedyś zaczną. (s. 171)

Po lekturze tej książki mam ochotę posiedzieć pod drzewem i uważniej słuchać moich dzieci. Dopóki jeszcze mają w sobie otwartość, której mogę się od nich uczyć. Warto przeczytać tę książkę razem z dzieckiem i warto o niej później rozmawiać.

 

PS. Nie podoba mi się jedynie okładka. Po prostu drzewo na okładce nie przypomina dębu tylko wierzbę, a liście-wstążki z życzeniami bardzo to wrażenie pogłębiają. Wolałabym jednak, żeby na okładce był dąb.

 

Katherine Applegate, Drzewo życzeń, tł. Małgorzata Glasenapp, il. Sara Olszewska, Wydawnictwo Dwie Siostry 2018

Mirabelka

„Mirabelka” Cezarego Harasimowicza to ostatnia książka, jaką przeczytałam w 2018 r., jeszcze przed sesją gier planszowych z synami, którą uczciliśmy Sylwestra. Szukałam książki o Historii i o Zagładzie, a znalazłam lekturę opowiadającą o trudnych czasach i splątanych polskich losach. Ta książka uczy, jak patrzeć z nadzieją w przyszłość, jak z przeszłości wyłania się to, co jest dzisiaj i jak my dzisiaj możemy i musimy zadbać o pamięć o tym, co było.

Cezary Harasimowicz, Mirabelka

Uprzedzam, wstęp będzie nieco przydługi. Sięgnęłam po „Mirabelkę”, poszukując książek, które pokażą całkiem niedawną historię, tak aby poruszyć, ale nie przerazić. Podczas jednej z rozmów z moim inteligentnym i oczytanym Starszym zrozumiałam, że moje dziecko nie wie niczego o czasach, które dla mnie są ciągle bliskie. To znaczy zna fakty, daty i nazwiska, ale jednocześnie niczego nie rozumie. W ferworze dyskusji nagle palnął, że przecież pobyt w obozie koncentracyjnym, to była taka przygoda, może trochę straszna. Potem nie mógł zrozumieć mojego oburzenia, zgorszenia, złości, a ja zastanawiałam się, czy mogę dać dwunastolatkowi Borowskiego i Hannę Krall do czytania.

Dla mojego pokolenia, wychowanego w czasach późnego komunizmu (tak, tak, pamiętam te czasy), wiedza o tym, czym były obozy koncentracyjne i obozy pracy, jak wyglądała okupacja zdaje się czymś naturalnym. Ciągle jeszcze dowiadujemy się oczywiście, że pewne fakty z naszej historii powinny być interpretowane inaczej, ale wojny doświadczaliśmy nie tylko na podstawie książek. Była obecna w słowach, a czasami w milczeniu Dziadków, w rodzinnych historiach, we łzach ciotek, które zapalały świeczki przy grobie nieznanego żołnierza. Pamiętam obrzydzenie, z jakim moja babcia patrzyła, jak zajadamy się rzepą wyszabrowaną z cudzego ogrodu. Potem, z trudem dobierając słowa, opowiedziała nam o obozie. Dla mojego dziecka to tylko historia, jedna z wielu opowieści o jakiejś babci i jakimś dziadku, których nigdy nie poznał. Z powszechnego obiegu zniknęła literatura obozowa — trudną ją znaleźć na bibliotecznych półkach. Historia w szkole — ech, każdy wie. Dzieci nie widzą grozy, bólu i lęku — za to świetnie bawią się na rekonstrukcjach bitew. Przecież to przygoda… Ściska mnie lęk, że wygładzając przeszłość i chroniąc nasze dzieci przed opowieściami pełnymi bólu, brudu i płaczu wychowujemy pokolenie, które nie rozumie.

Stąd wzięła się w moim domu „Mirabelka” — mądra i przejmująca książka o polskiej historii z przepięknymi, nastrojowymi ilustracjami Marty Kurczewskiej. Na jej rysunki można się patrzeć bardzo, bardzo długo.

Cezary Harasimowicz, Mirabelka

Narratorem jest drzewo — zwykła mirabelka, jedna z wielu pokoleń mirabelek rosnących na warszawskim Muranowie. Kto nie zna mirabelek? Słodkich, żółtych jak słońce śliwek, które opadają na ziemię pod ciężarem soku? Bardzo lubimy kompot z mirabelek. Sąsiedzi mirabelki z książki też lubią kompot, dlatego pod drzewo przychodzi Dorka w czerwonym płaszczyku, córka pracownika banku, której mama czytuje poezję, Chaim, syn praczki i kupca handlującego śledziami na Krecelaku, bracia Alfusowie, właściciele małej fabryczki produkującej stroje karnawałowe, Izaak, który tak pięknie gra na skrzypcach, że aż zmieniają się od tego ludzkie serca. Ten Muranów sprzed II wojny światowej to inne miasto, pełne obcych dla nas dzisiaj imion i zwyczajów. Tylko marzenia ludzkie są takie same: o miłości, szczęściu, rodzinie. Mirabelka zna tutaj wszystkich. Dzieci potrafią ją usłyszeć i z nią rozmawiać. Na dorosłych także się stara wpłynąć i czasami jej się udaje.

Cezary Harasimowicz, Mirabelka

Młode, radosne drzewko rosnące i dorastające tuż obok swojej mamy jest świadkiem świąt, wesel, ukrytych pocałunków i cicho szeptanych obietnic. Jasna przyszłość zaczyna się jednak chmurzyć, pojawiają się niepokojące głosy, plotki, smutne nowiny. Przynoszą ją mirabelce ludzie i drzewa, bo przecież drzewa też potrafią ze sobą rozmawiać (a kasztany to znani plotkarze). Nadchodzi wojna, a wraz z nią zagłada całego znanego mirabelce świata — tutaj, gdzie rośnie, powstaje getto.

Cezary Harasimowicz, Mirabelka

Oczami kolejnych pokoleń mirabelek oglądamy wojnę, powstanie w getcie, odbudowę stolicy. Cezary Harasimowicz prowadzi tę historię aż do naszych czasów. Widzimy Marzec 68 roku, potem stan wojenny i coraz bardziej kolorowy świat, w którym — jak się okazało — niekoniecznie jest miejsce na mirabelki. Na szczęście ta historia ma happy end, i to zarówno w książce, jak i w życiu.

„Mirabelka” opisuje historię prawdziwego miejsca i prawdziwego drzewa, choć nie wszystkie występujące w niej postacie żyły naprawdę. Cezary Harsimowicz dorzucił do opowieści kilka postaci-symboli. Spotykamy na jej kartach Irenę Sendlerową i Mordechaja Anielewicza — pasują tutaj doskonale. W efekcie powstała niezwykle poetycka, wzruszająca i wciągająca opowieść o kolejnych pokoleniach warszawiaków, którzy wracali do swojego miejsca za życia i po śmierci. Opowieść pełna smaków, zapachów i muzyki, w której duchy opiekują się żywymi, ale same pragną być zapamiętane.

Cezary Harasimowicz, Mirabelka

Ciągle myślę o tej książce. O pamięci drzew. O podziemnych miastach, po których chodzimy nieświadomi, że pod stopami ukrywa się wielowiekowa historia zmieciona z powierzchni ziemi, o nieczułości jednych, którzy wycinają drzewo-symbol, bo ważniejsze jest wykorzystanie każdego skrawka terenu, i pasji drugich, którzy o przywrócenie tego symbolu walczą. Mirabelka wróciła na Muranów — blisko miejsca, gdzie rosła pierwotnie. I nie jakaś tam zwykła mirabelka, ale praprawnuczka tej, która od lat obdarzała w tym miejscu ludzi swoimi owocami. Dobrze jest pamiętać i walczyć o to, by to, co ważne, nie zostało zapomniane.

Napijcie się kompotu z mirabelek. A jak nie macie, to poczekajcie do lata i poszukajcie żółtych śliwek. Przy okazji rozejrzyjcie się — może gdzieś koło was też kryje się tajemnica? Może dobre duchy przeszłości ciągle się wami opiekują, mając nadzieję, że ktoś przypomni ich historię?

 

Cezary Harasimowicz, Mirabelka, il. Marta Kurczewska, Zielona Sowa 2018

Polskie władczynie

O królach wiemy sporo. Jan Matejko utrwalił w naszych głowach poważne i chmurne wizerunki mężnych władców. W jego poczcie były chyba tylko cztery królowe. Pamiętamy o Jadwidze Andegaweńskiej, Dobrawie, o Marysieńce Sobieskiej. Czasami przy gotowaniu zupy może wspomnimy Bonę, gdy dziecko zapyta, co to włoszczyzna. A inne królowe? Przecież było ich wiele. Na szczęście przypomina nam je Anna Kaszuba-Dębska w „Poczcie królowych polskich”, wydanej przez Znak.

Anna Kaszuba-Dębska, Poczet królowych polskich

Piotrek po obejrzeniu tej książki zapytał, czy one naprawdę były takie piękne. Na ilustracjach Anny Kaszuby-Dębskiej są piękne, a przede wszystkim pełne życia. Są władcze, ale nie sztywne i królewskie. To nie są posągi. Uśmiechają się, pewnie zadowolone, że w końcu ktoś dopuścił je do głosu. Bo to nie jest opowieść o królowych — każda z nich sama jest narratorską swojej historii. To one opowiadają: o sobie i swoim królewskim losie.

Anna Kaszuba-Dębska, Poczet królowych polskich

Losy polskich władczyń zaczynamy poznawać od najstarszej znanej, choć legendarnej. Rzadko o niej myślimy jako o królowej, ale właśnie ona była pierwsza. Rzepicha, żona Piasta, matka Siemowita. Oddajmy jej głos.

Nie jestem żadną wykształconą kobietą. Można mnie uznać za prostą, może nawet za prostaczkę. Pisma nie znam, czytać nie umiem. Ale nigdy nie brzydziłam się pracą, w pocie czoła uprawiałam rolę. Zawsze twardo stąpałam po ziemi, nie chodziłam z głową w chmurach. Jestem uczciwa, umiem znajdować szczęście także w ubóstwie — tak mnie wychowali rodzice. (s. 8)

Anna Kaszuba-Dębska, Poczet królowych polskich

Wypowiedzi są różne, tak jak różne są królowe. Niektóre bardziej poważne, inne bardziej swawolne, jedne mówią o swoim dzieciństwie, inne opowiadają o swoim życiu i planach. W książce znajdziecie 25 królowych, od Rzepichy po Marię Józefę, żonę Augusta III. Anna Kaszuba-Dębska potrafiła tchnąć życie w tych 25 portretów — dostaliśmy historie dumnych kobiet, które chciały i potrafiły zawalczyć o swoje. Dzięki pierwszoosobowej narracji nie są to klasyczne biografie, ale opowieści, którym można było nadać bardziej subiektywny charakter. Nawet Anna Jagiellonka, uznawana za typową nudziarę i starą panną, potrafi tutaj zaintrygować i pokazać inne oblicze.

Anna Kaszuba-Dębska, Poczet królowych polskich

Anna Kaszuba-Dębska, Poczet królowych polskich

Każde hasło-historia skonstruowane jest podobnie, choć jego treść bywa różna. Tytułem każdego opowiadania imię i przydomek królowej, pod którym mamy daty, kiedy zasiadała na polskim tronie. Dostajemy także dwie ilustracje, a właściwie jedną w dwóch ujęciach — portret i pełną sylwetkę królowej. Anna Kaszuba-Dębska w tło ilustracji wplotła motywy charakterystyczne dla danej postaci: czasami jest to herb, czasami wzory czy symbole kojarzące się z daną osobą, tak jak białe lilie na portrecie Kingi Arpadówny. Nie mogę się na te portrety napatrzeć, tak są pełne życia i odległe od typowego sposobu przedstawiania królowych.

Anna Kaszuba-Dębska, Poczet królowych polskich.

To ważna książka nie tylko dlatego, że przywraca naszej pamięci polskie władczynie, pozwala im wyjść z cienia i stanąć w pełnym świetle. Autorka pokazuje także prawdziwe oblicze bycia królową i sprawowania władzy. Nie są to biografie radosne. Piotrek ze zdumieniem coraz większym odkrywał, że królowa nie jest kimś, kto robi, co chce. Jeśli tak było, szybko przestawała być królową. W świecie władzy „ja” znika, liczy się dobro królestwa i rodu. Rzadko kiedy królowe miały „szczęśliwe” życie w potocznym rozumieniu. Były wydawane za mąż jako dzieci, planowano im życie od kołyski, odbierano im dzieci, były pionkami przestawianymi przez mężczyzn bawiących się w politykę — i często udowadniały, że wcale pionkami nie są i same potrafią sobą i innymi zarządzić.

Anna Kaszuba-Dębska, Poczet królowych polskich

Anna Kaszuba-Dębska, Poczet królowych polskich

Mieliśmy wspaniałe królowe, Anna Kaszuba-Dębska potrafi o nich wspaniale opowiedzieć. Naprawdę warto tych historii posłuchać.

Anna Kaszuba-Dębska, Poczet królowych polskich, Znak 2018

Czytamy komiks! — Trupie gadki

To będzie chyba jedna z najszybszych recenzji na blogu. Książka przywędrowała do nas przed kilkoma dniami. Piotrek znalazł ją pod choinką i przeczytał właściwie od razu. Zaczął tuż po Wigilii i ciężko go było zapędzić do spania. Skończył czytać pierwszego dnia świąt i natychmiast zaczął czytać jeszcze raz, a potem kolejny. Teraz książka leży na stoliku, a on podczytuje co ciekawsze historie, zadając przy okazji mnóstwo pytań o słynnych ludzi, o których istnieniu czasami nigdy wcześniej nie słyszałam. Wstyd po prostu.

Adam Murphy, Trupie gadki

Hmm, właściwie można powiedzieć, że to wywiady z zombie, tylko takimi słynniejszymi. „Trupie gadki” mają konwencję talk show w wersji rysunkowej. Mamy gospodarza programu, w tej roli alter ego autora, czyli niejaki Adam Murphy. Historia ludzkości pełna jest ciekawych i intrygujących postaci, więc Adam postanowił zadać im pytanie, co sprawiało, że potrafili tyle zdziałać. Co z tego, że te osoby nie żyją? Przecież można je wszystkie odkopać! Zaczynamy!

Adam Murphy, Trupie gadki

Piotrek studiował mapę wykopalisk naprawdę dokładnie. Sprawdzał, kto kiedy żył, bawił się w wypatrywanie szczegółów. Jak sam mi powiedział, ta książka to nie tylko komiks, ale także łamigłówka, i to niesamowicie ciekawa. Zresztą określenia: fajne, ciekawe, interesujące, śmieszne, pojawiały się co chwila, gdy poprosiłam synka, by mi opowiedział, o czym TA KSIĄŻKA jest i dlaczego warto ją przeczytać. W skrócie mówiąc: o historii, tylko napisana tak, że czytelnik ciągle się uśmiecha, wcale się nie nudzi i ma ochotę dowiedzieć się więcej. Lista gości programu Adama Murphy’ego może onieśmielać, ale okazuje się, że to bardzo sympatyczne postacie, choć rozmowa z niektórymi może być dla prowadzącego groźna. Nie każdy wywiad kończy się happy endem.

Adam Murphy, Trupie gadki

Zasada  jest prosta: jedna postać, jedna strona komiksu. Dla niektórych postaci rysownik jest bardziej łaskawy i poświęca im dwie strony. Absolutnym wyjątkiem jest sześć żon Henryka VIII — tak się rozgadały, że zajęły aż cztery strony. Część postaci (w tym Maria Skłodowska-Curie, jedyna Polka w tym zestawieniu) zostały uhonorowane całostronicową ilustracją zawierającą ciekawostkę z ich życia. Jedna czy dwie strony to niewiele, by przedstawić swoje życie, więc bohaterowie wywiadów muszą się streszczać. W krótkiej formie udało się jednak zawrzeć naprawdę sporo informacji — a Piotrek wcale nie narzekał na małe literki.
Adam Murphy, Trupie gadki

Wiem, że konwencja wywiadów z zombie nie każdego może przekonywać, ale warto do tego komiksu zajrzeć i docenić nie tylko zamysł autora, ale także pracę tłumacza. Paweł Brzosko pięknie ogrywa zwroty i skojarzenia związane ze śmiercią, zombie i truposzami — nabierają one nowego sensu, przykuwają uwagę i bawią. Moje dzieci długo komentowały podtytuł „Historia nie tylko dla sztywniaków” i doszukiwały się kolejnych znaczeń. To komiks, który rozbudza ciekawość. Nawet jeśli osiągnięcia części bohaterów tej książki uciekną z głowy Piotrka, to będzie pamiętał przynajmniej pewne nazwiska i najważniejsze związane z nimi wydarzenia. To i tak sporo. A przy okazji utwierdzi się w przekonaniu, że historia jest niesamowicie ciekawa i świetnie można się przy niej bawić, choćby wyszukując zombiaki na plaży.

Adam Murphy, Trupie gadki

Dla zainteresowanych: Planeta komiksów ma w planach kolejne sezony.

Adam Murphy, Trupie gadki. Sezon 1, tł. Paweł Brzosko, Planeta Komiksów 2016