Eryk i bardzo niezwykła Babcia

Chciałabym Wam dzisiaj opowiedzieć o pięknej i niezwykłej książce. Takiej, która sprawia, że łzy pojawiają się w oczach i ściska w dołku, potem na twarzy pojawia się uśmiech, a po przekręceniu ostatniej strony człowiek siedzi w milczeniu i pielęgnuje to, co narodziło się w nim podczas lektury. Brzmi patetyczne, wiem, ale to jedna z najpiękniejszych książek, jakie czytałam z chłopakami. 

Niezłe ziółko

Niezłe ziółko” Barbary Kosmowskiej to książka, którą trudno zaszufladkować. Można ją odczytywać na różne sposoby. Dla Tymka była to opowieść o Babci — takiej cudownej, mądrej, wymarzonej, wytęsknionej, przy której prawie każda rzeczywista Babcia wypada blado — i o odchodzeniu, żegnaniu się z bliskimi. Piotruś bardziej zwrócił uwagę na zmiany, które zachodzą w Eryku, bohaterze książki — Eryk nauczył się odwagi, mamo. Oj tak, a Babcia mu w tym bardzo pomogła.

Eryk to zwykły ośmiolatek. Wątły i niski okularnik bez specjalnych zdolności. Taki przeciętniak, na którego mało kto zwraca uwagę, a jeśli już, to raczej po to, by dać mu kuksańca. Chłopiec jest bardzo samotny: ma oczywiście mamę i tatę oraz świnkę Balbinę, ale izoluje się od klasy, unika kolegów. Jest nieśmiały, boi się żartów i kpin. Pewnego dnia Eryk dowiaduje się, że w jego domu zamieszka Babcia Malutka, ukochana Babcia, znawczyni ziół, podróżniczka, gawędziarka, cudowna osoba z niesamowitą umiejętnością słuchania, przy której wszystkim (nawet Balbinie) rozwiązują się języki.

Niezłe ziółko

Babcia Malutka jest chora, musi leżeć, ale poświęca swojemu wnukowi masę uwagi. Słucha, doradza, zauważa problemy. Naprawdę można jej pozazdrościć umiejętności wskazywania drogi, motywowania, zarażania pasją. Przygotowuje także Eryka na rozstanie i daje mu siłę, by potrafił żyć sam, odwagę, by umiał podjąć wyzwania. Uczy go wytrwałości i tego, że mistrzostwo nie bierze się z powietrza, ale wymaga ćwiczeń i czasami samozaparcia. 

Barbara Kosmowska w swojej opowieści przeprowadza dziecko przez smutek i żal po rozstaniu, ale uczy także, że wspomnienia i wspólne pasje mogą koić rozpacz. Eryk ma ogromną wyobraźnię, która pomaga mu uporać się z pustką. Autorka pokazuje, że siłę można czerpać ze wspomnień, gdy zabraknie już dorosłego, który dawał wsparcie. Mamo, nie chcę, żeby ona umarła — szepnął mój Starszy — czemu książki muszą kończyć się źle? Ta książka nie kończy się źle, mimo iż Babcia Malutka umiera. Nie ma tutaj wielkiej rozpaczy i wielkiego krzyku. Jest zwykły smutek i ból, ale także rozpoznanie, że siła drzemie w nas samych. I że warto korzystać z wiedzy i doświadczeń, które przekazali nam inni.

Książka jest cudownie zilustrowana przez Emilię Dziubak. Jej ilustracje wydają się pełne światła, są jak przesiąknięte blaskiem. Nawet gdy są ciemne, promieniują i bije z nich ogromna miłość do wnuczka i wielkie ciepło. Cudowne są na tych ilustracjach ziółka, aż chciałoby się wskoczyć na obrazek (chłopcy się posprzeczali, który ładniejszy: jeden wolałby na łąkę, drugi do domku  na drzewie). Zajrzyjcie do „Ładnego ziółka” — ta książka daje dzieciom siłę, nawet jeśli w ich oczach na chwilę pojawią się łzy.

 

Barbara Kosmowska, Ładne ziółko, il. Emilia Dziubak, Wydawnictwo Literatura 2016

Chłopiec z Lampedusy, czyli o ważnych problemach po raz kolejny

Trudno zrozumieć świat, bo zmienia się na naszych oczach. Żyliśmy w błogim przekonaniu, że wszystko, co złe, już za nami, że nasze standardy obowiązują wszędzie. Zapomnieliśmy, że poza Europą jest wielki świat, w którym jedni ludzie ciągle toczą wojny, a inni przed tymi wojnami chcą uciec i szukają bezpieczniejszego miejsca. Możemy udawać, że to nie nasz problem, możemy odwracać głowę, ale trudno obronić się przed obrazami, którymi jesteśmy co chwila bombardowani. Nasze dzieci je widzą, więc trzeba z nimi rozmawiać. Na przykład o uchodźcach. To bolesny i trudny temat. Na szczęście pojawiają się świetne książki, które pomagają nam zacząć. Jedną z nich jest Chłopiec z Lampedusy Rafała Witka.

Chłopiec z Lampedusy

To kolejna książka Wydawnictwa Literatura z serii Wojny dorosłych – historie dzieci. Wychodzą w niej książki ważne, poruszające trudne tematy: dawne i współczesne. Nie epatują krwią i strachem, opowieści są delikatne i z dystansem nakreślają problem, tak żeby go pokazać i skłonić do myślenia, ale nie przestraszyć.

Akcja Chłopca z Lampedusy toczy się właśnie na Lampedusie, gdzie mieszka Andżelika, polska dziewczynka. Rafał Witek zderza w tej książce emigrantów ekonomicznych i uchodźców. Rodzice Andżeliki ciężko pracują, by kiedyś w Polsce wybudować wymarzony domek. Życie dziewczynki nie jest proste: znalazła się w nowym miejscu, rzadko widuje ojca, który pracuje jako kierowca tira i jeździ po całej Europie, jest uboższa od koleżanek. Jej mama całymi dniami pracuje w hotelu. Trudno się żyje w nowym kraju: trzeba znaleźć mieszkanie, dostosować się do wymagań właścicielki domu, nauczyć języka i nowej kultury, ciągle zmagać się z byciem obcym i innym.

Pewnego dnia Andżelika widzi na morzu żółtą łódź, która dziwnie znika. Potem spotyka chudego chłopca, pływającego w ubraniu. Tandżin kradnie jej chleb i dziewczynka postanawia go odnaleźć. W ten sposób w jej życie wkracza świat, którego nie rozumie. Świat, w którym ktoś może być tak głodny, że zmuszony do kradzieży. Okazuje się, że są ludzie pozbawieni wszelkich praw, których można w każdej chwili odesłać do miejsca, gdzie rządzi karabin. Rafał Witek patrzy na wydarzenia oczami dziecka, które nie potrafi zrozumieć:

Co to znaczy „nielegalny imigrant”? — ryknęła na karabiniera. — To nie jest żaden imigrant. To mój kolega. I wszystko ma legalne! Niby co jest w nim nielegalnego? Ręce są nielegalne? Nogi? A może kręcone włosy są nielegalne?

Opowieść Rafała Witka jest wymyślona, ale do jej napisania skłoniły go prawdziwe słowa i prawdziwa historia chłopca wyłowionego z morza, który próbował dostać się w ten sposób do lepszego świata. Książka kończy się happy endem. Znajdują się ludzie, którzy chcą pomóc. Pomagają osoby, po których się tego nie spodziewamy. Świat nie jest taki zły, zdaje się mówić autor, wystarczy trochę dobrej woli i trochę serca. Bardzo chciałabym w to uwierzyć.

Chłopiec z Lampedusy to dobra historia dla ośmio-, dziewięciolatków. Dużo w niej tematów do rozmowy i przemyśleń. Może mogłoby znaleźć się w niej trochę więcej informacji o tym, dlaczego ludzie uciekają, ale pewnie wtedy książka stałaby się mniej spójna. Zresztą to już zadanie czytelnika: niech spróbuje się dowiedzieć, co dzieje się w Erytrei i dlaczego uciekają z niej ludzie, dlaczego są tak zdesperowani, że próbują przepłynąć łupiną ogromne morze. Ważne, żeby zachciało nam się szukać odpowiedzi na te pytania, a potem może zacząć pomagać. 

 

Rafał Witek, Chłopiec z Lampedusy, il. Joanna Rusinek, Wydawnictwo Literatura 2016

Recenzja ukazała się także w portalu Miasto Dzieci

Z wizytą w leśniczówce Klechdy

Jak pamiętacie, Piotrek stał się wielbicielem skrzata Maurycego i szczurka Ogryzka. Kiedy więc dostał następne części, nie mógł się doczekać lektury. Pierwsze podejście nie należało jednak do najbardziej udanych: Mamo, to wcale nie jest o Maurycym, tylko o jakimś leśniczym! To oszustwo! 

O czym szumi las
Dębowa kołyska

No właśnie! W Dolinie Bagiennej Trawy pojawia się nowa postać: leśniczy Piątek i to na nim skupia się uwaga autora. Trzeba przyznać, że Piątek to bardzo sympatyczny bohater, którego spotkanie z mieszkańcami lasu nie było łatwe, ale za to śmieszne. Piotruś dał się przekonać, że warto przeczytać chociaż rozdział, a potem nabrał apetytu na całą książkę. A po skończeniu „O czym szumi las” natychmiast zabraliśmy się za „Dębową kołyskę” — i wcale nam nie przeszkadzało, że pominęliśmy jedną część (teraz muszę ją szybko znaleźć, bo Piotruś koniecznie chce się dowiedzieć, jak Piątek tropił sześcioptaka).

O czym szumi las

Dolina Bagiennej Trawy jest niezwykła. I nie chodzi jedynie o cudowny, stary lat, dziką rzekę i ostoje rzadkich roślin i zwierząt. Las wokół leśniczówki Klechdy to miejsce niezwykłe, bo żyją tutaj stwory z dawnych legend i mówiące zwierzęta, a dzieje się wiele. Fajnie by było choć raz spotkać skrzata, żabona czy wodnika, a nawet (w kontrolowanych okolicznościach) niedźwiedzia brutalnego Leona — szczególnie że w książce Pawła Wakuły większość stworzeń magicznych jest sympatyczna i uczynna. 

O czym szumi las

Piątek mógłby służyć za wzór leśniczego: oddany przyrodzie, mądry, z zapałem i poświęceniem wykonujący swoją pracę, kochający las całym sercem. Na dodatek bardzo kulturalny i szanujący każde stworzenie. To człowiek, który uważa, że najpierw trzeba porozmawiać, wytłumaczyć, spróbować przekonać, a dopiero potem używać siły (jeśli w ogóle). No po prostu ideał. Wcale się nie dziwię, że Lasy Państwowe objęły te książki patronatem — tak pozytywny bohater to skarb.

O czym szumi las

Z obu książek można się sporo dowiedzieć: że nie wolno wrzucać śmieci do lasu, na czym polega zrównoważona gospodarka leśna, że leśniczy musi ciągle być czujny i wypatrywać leśnych szkodników. Piątek walczy z kłusownikiem i niezbyt mądrymi myśliwymi, zwalcza bimbrowników, ale dba także o to, by ludzie przyjeżdżający do lasu mieli gdzie usiąść i mogli rozpalić ognisko. Jednego pomocnika mu strasznie, całym sercem zazdroszczę: do leśniczówki Klechdy wprowadził się domownik, skrzat domowy, którego celem w życiu jest pomoc ludziom: sprząta, gotuje, pucuje, dzieci pilnuje, pierze — a wszystko za miskę owsianki. Próbowaliśmy z Piotrusiem zwabić domownika do nas, ale niestety się nie udało. Może owsianka nie była dość smaczna.

Książki Pawła Wakuły to ciekawa lektura, która może bez moralizatorstwa nauczyć dziecko zachowywać się w lesie i szanować przyrodę. Opowiadania są zabawne, choć czasami ciut przydługie. Autor ma dość specyficzne poczucie humoru, które nie każdemu może odpowiadać. Mnie samej najbardziej przeszkadzała historia walki Piątka w bandą ekologów złożonych z podstarzałych hippisów i doktorów filozofii, którzy chcą bronić las, a robią więcej szkód. No dobra, wiem, że tacy ekolodzy bywają, ale wyśmiewanie się z ekologów jakoś mnie zmroziło, szczególnie dzisiaj, gdy mam sporo wątpliwości, że leśniczy naprawdę dbają tylko o dobro lasu. Bo niestety nie wszyscy są tacy, jak Piątek.

Zajrzyjcie do „O czym szumi las” i „Dębowej kołyski” chociażby po to, by pobudzić wyobraźnię dzieci. Od Piątka można nauczyć się kochać przyrodę (i paru nazw leśnych szkodników), a mieszkańcy Doliny Bagiennej Trawy to postacie z polskich legend i podań. Warto, żeby zamieszkały w dziecięcych głowach, bo słowiański bestiariusz bywa naprawdę imponujący.

Paweł Wakuła, O czym szumi las, Wydawnictwo Literatura 2012

Paweł Wakuła, Dębowa kołyska, Wydawnictwo Literatura 2015

Kim jest Malala?

Mamo, ona żyła naprawdę? To nie jest wymyślone? Tak było? Mamo!!!  Takimi pytaniami zarzucił mnie Tymek pewnego dnia, gdy wróciłam z pracy. Książkę „Która to Malala?” Renaty Piątkowskiej znalazł na biurku — przekładałam książki na półkach i przypadkiem ją tam zostawiłam. Starszy znalazł, zajrzał i przeczytał, a potem długo nie mógł zrozumieć, że to prawdziwa opowieść. Ale mamo, to naprawdę tak jest? Chcieli ją ukarać za coś takiego? Ale to było dawno, prawda?

Która to Malala?

„Która to Malala?” Renaty Piątkowskiej (Wydawnictwo Literatura) została wydana w ramach serii „Wojny dorosłych — historie dzieci”. Początkowo seria opowiadała o losach dzieci podczas II wojny światowej. Najnowsze tytuły pokazują, że wydawnictwo ma ambicję poruszania tematów współczesnych i ważnych, zmuszających do dyskusji i zastanowienia. To bardzo dobra seria, która w pięknej i przystępnej formie przybliża dzieciom problemy naszego świata: wojnę na Ukrainie („Teraz tu jest nasz dom”), los uchodźców („Chłopiec z Lampedusy”, „Hebanowe serce”) czy terroryzm. Warto, żeby dzieci dowiadywały się o problemach własnie z tych książek, zamiast z prasy czy telewizji, gdzie panuje kult newsa i walka o widza.

Która to Malala

„Która to Malala?” to fabularyzowana biografia Malali Yousafzai, pakistańskiej dziewczynki z doliny Swat, która miała odwagę sprzeciwić się talibom. Nie chciała zakrywać twarzy, walczyła o to, by móc się uczyć i swobodnie wypowiadać. Miała w sobie odwagę, by publicznie krytykować talibów i pisać w sieci o tym, co robią w Pakistanie. Tylko tyle i aż tyle — talibowie postanowili się jej pozbyć i dziewczynka została postrzelona w głowę. 

Która to Malala?

Renata Piątkowska w piękny sposób opowiada tę historię. Pokazuje dzieciństwo Malali w Pakistanie, jej rodzinę, wsparcie, jakie dostawała od bliskich (w mojej głowie pojawiały się pytania, czy umiałabym i chciałabym zachęcać dziecko do działań, które mogłyby sprawić, że znajdzie się w niebezpieczeństwie), a także późniejsze losy dziewczynki. Malala Yousafzai wyemigrowała do Wielkiej Brytanii, wyzdrowiała i otrzymała wiele nagród, w tym pokojową Nagrodę Nobla. Opowieść o losach dziewczynki przetykana jest jej rozmowami na czacie z innymi dziećmi, opowieściami starej Babci, wspomnieniami z pakistańskiej szkoły, fragmentami bloga. To niby zwykle życie, które pozwala zrozumieć, że to, co dla nas zwykle i „normalne”, choćby ta uprzykrzona szkoła i konieczność nauki, dla innych ciągle jest marzeniem i wartością, o którą muszą walczyć.

Która to Malala?

Tymek stwierdził, że historia Malali jest naprawdę ciekawa, choć przerażająca, gdy się głębiej o tym pomyśli. I mimo występującej w tej opowieści komputerów, blogów i czatów, długo nie mógł zrozumieć, że to prawdziwa opowieść, która wydarzyła się współcześnie, całkiem niedawno. Mamo, przecież trzeba to zmienić…. Trzeba synku. 

Czytajmy z dziećmi książki o trudnych i ważnych sprawach. Muszą wiedzieć, żeby potrafiły z odwagą wejść w dorosłość, a wtedy może kiedyś znajdą w sobie pomysły i siłę, by zmienić świat. Problemy są w tej książce pokazane delikatnie, nikt nie epatuje nieszczęściem, książka porusza, zaciekawia i skłania do myślenia. Warto ją przeczytać z siedmio-, ośmiolatkiem, młodsze dzieci mogą być  trochę za małe. Zajrzyjcie do książki Renaty Piątkowskiej, bo naprawdę warto. I dla opowieści o Malali, i dla ilustracji Macieja Szymanowicza. 

 

Renata Piątkowska, Która to Malala?, il. Maciej Szymanowicz, Literatura 2016 (wyd. 2)

Tatusiu, popsułeś coś, gdy byłeś mały?

Od kilku dni czytamy jedną książkę. Kupiliśmy ją w teatrze — było tam stoisko z książkami, więc należało je obejrzeć i koniecznie coś nabyć. Moje dzieci przejawiają już te same objawy uzależnienia od książek, co ich matka. Piotrek wybrał książkę, obejrzeliśmy ją kilka razy przed spektaklem i w przerwie, bo wyglądała bardzo smakowicie. Tymek dorwał się do niej w pociągu (nabywaliśmy ogłady kulturalnej osobno, my w teatrze, on w muzeum), a po powrocie do domu po prostu zniknął. Objawił się po jakimś czasie z uśmiechem na gębie i radosnym stwierdzeniem, że książka jest bardzo, ale to bardzo fajna, opowiadania są zabawne i ciekawe i że naprawdę, ale to naprawdę warto ją przeczytać. Tylko krótka. Piotrek reaguje na tę lekturę równie entuzjastycznie — od kliku dni czytamy ją w kółko. A najdziwniejsze jest, że znoszę to świetnie i książka mnie samej także nie znudziła. Lektura idealna?

Poczet psujów polskich

Leitmotivem „Pocztu psujów polskich” Pawła Beręsewicza (Wydawnictwo Literatura) jest znane chyba każdemu rodzicowi zdanie: „Co z tego dzieciaka wyrośnie! Mnie w jego wieku coś takiego nie przyszłoby do głowy!” Autor bardzo przemyślnie  konstruuje opowieść, której bohaterami są Maciek, tato Maćka, dziadek Maćka, pradziadek, prapradziadek. Obaj moi chłopcy z radością powtarzali: kiedy tato taty taty taty mojego taty…. I tak w nieskończoność.

Paweł Beręsewicz, ku rozpaczy moich synów, nie doprowadza swojej opowieści do czasów mamutów, zatrzymuje się na prapraprapradziadku urodzonym w 1833 r. Krótkie opowiadania są zabawnym pretekstem do pokazania, jak bardzo różni się nasze życie od codzienności naszych przodków. W każdej historii znajdujemy co najmniej dwa powody, dlaczego tacie, dziadkowi czy pradziadkowi nie mogło coś przyjść do głowy.

Poczet psujów polskich

Kiedy tata taty taty mojego taty był małym chłopcem, podsmażanie czekoladek na elektrycznym żelazku nie mogło mu przyjść do głowy z dwóch powodów. Przede wszystkim w jego domu słodycze trzymano w spiżarce zamkniętej na klucz, który nosiła na szyi gospodyni Anielka, a ta miała na brodzie włochatą brodawkę i w ogóle była groźna. Gdyby jednak nawet jakimś cudem udało się włamać do czekoladek, to i tak trzeba by je zjeść na zimno, bo nie wynaleziono jeszcze elektrycznych żelazek. […] Ludzie w tamtych czasach nie znali też radia, pedałowali pod górę rowerem bez przerzutki, słuchali muzyki z gramofonu na korbkę, a odkurzacze dopiero rodziły się w głowach wynalazców.

Celowo przytoczyłam tutaj kawałek opowiadania nawiązującego do żelazka, bo historia podgrzewania czekoladek to ulubiony rozdział Piotrusia. Tymek opowiada się raczej za obrażoną hrabiną, a ich matkę ujęła opowieść o wywabianiu niejakiego prąda za pomocą kiełbasy. Zresztą wszystkie historie są zabawne i z przymrużeniem oka pokazują, jak wspaniała może być inwencja dziecka, które niezależnie od czasów zawsze znajdzie coś do popsucia i rozwalenia. A wynalazcy stają na głowie, by zapewnić im kolejne rzeczy do psucia i eksperymentowania.

Poczet psujów polskich

Warto tutaj także wspomnieć ilustracje Nikoli Kucharskiej, które są przezabawne i wspaniale oddają nastrój podróży w przeszłość. Im dalej w głąb czasu, tym mniej kolorowo, tym bardziej jej ilustracje przypominają sepiowe fotografie, lekko pokolorowane. Piotrek ogląda je z lubością, sprawdzając wszystkie szczegóły (czy aby Anielka na pewno ma brodawkę? — ma!). A obrazek, na którym Maciek eksperymentuje z komórką tatusia za pomocą różnych części ciała, bo przecież obiecał trzymać paluszki z dala od jego (znaczy tatusia) zabawek, to po prostu mistrzostwo świata.

No więc, tatusiu, przyznaj się, jak narozrabiałeś w dzieciństwie i że nie zawsze byłeś święty! A potem poopowiadaj dzieciom o dziadkach i pradziadkach, to może być właśnie ten moment, kiedy dziecko pokocha historię i zacznie ją poznawać od historii własnej rodziny.

 

Paweł Beręsewicz, Poczet psujów polskich, Wydawnictwo Literatura 2016

 

12 miesięcy, czyli podróż po roku (i nie tylko) z Marcinem Brykczyńskim

Właściwie to nie będzie post tylko o „12 miesiącach” — ta książka stała się jedynie pretekstem, by powyciągać z półek inne zbiory wierszy Pana Marcina Brykczyńskiego i przeczytać je po raz kolejny. Naprawdę warto je poznać.

Zaczęło się od „12 miesięcy” (Wydawnictwo Literatura), pięknej książki o miesiącach i porach roku z ciepłymi, zaczarowanymi ilustracjami Ewy Poklewskiej-Koziełlo. 

12 miesięcy

Takiego Marcina Brykczyńskiego nie znaliśmy: nostalgicznego, lirycznego, delikatnego, uważnie patrzącego na otaczający świat. Jego wiersze prowadzą czytelnika przez rok, od zimowego, śnieżnego stycznia po ciemny grudzień. 

Zszarzała trawa na łące,

pod stopami szeleszczą liście, 

idzie listopad w szarej jesionce

i uśmiecha się mgliście.

Czytaliśmy te wiersze w listopadzie i zaczęliśmy właśnie od listopada. Najpierw oglądaliśmy je w towarzystwie ilustracji Ewy Poklewskiej-Koziełło, urokliwych, lirycznych, pełnych dzieci i ich zachwytu światem.

12 miesięcy

Potem Piotrek wyciągnął z półki „Jaki to miesiąc” (wydawnictwo Muchomor) — wiersze też pasowały. Obaj moi synowie marzą o śnieżnej zimie, o ślizgawkach i sankach. Chcieliby, żeby luty był właśnie taki:

Robi dzieciom ślizgawkę w parku,

sam ma wielkie łyżwy i buty,

tylko jasnych godzin w zegarze

wciąż mało ma pan luty.

Marcin Brykczyński odwołuje się do otaczającego nas świata, przywołuje zjawiska dobrze znane, które dzieci same mogą bez problemu dostrzec. Jego miesiące są bliskie i przyjazne, w pewien sposób oswojone — tak właśnie jest w styczniu, maju czy październiku, więc co za problem, by te nazwy zapamiętać? Tę „swojskość” podkreślają jeszcze ilustracje. Ewie Poklewskiej-Koziełło udało się w jakiś magiczny sposób uchwycić kwintesencję danego miesiąca, trudno mi już teraz wyobrazić sobie inny październik.

12 miesięcy

Po „12 miesiącach” przyszła pora na coś znacznie bardziej zabawnego, bo wiadomo, że nostalgia i dzieci niekoniecznie idą w parze. Czytaliśmy więc z Piotrusiem dwa zabawne wierszyki: „Trzy psy przyszły” i „Liczydełko” z ilustracjami Iwony Całej. 

Liczydełko

„Liczydełko” to pełen humoru przewodnik po liczbach: od 1 do 10. Krótkie wierszyki nie tylko w zabawny sposób przybliżają małemu czytelnikowi kolejne cyfry, ale także są wspaniałą propozycją do wspólnej zabawy. Można liczyć kury, palce, poduszki, dziury w serze. Wszystko da się policzyć. W każdym wierszyku dany liczebnik jest pogrubiony — my wykorzystywaliśmy tę książeczkę do nauki czytania.

Siedem miłych krasnoludków

mały domek ma w ogródku.

Każdy ma w tym domu łóżko

z ciepłą kołdrą i poduszką.

Siedem kołder, siedem łóżek

i kłopoty równie duże,

bo policzyć jeszcze muszę,

ile w domu jest poduszek?

Trzy psy przyszły

„Trzy psy przyszły” to historia wędrówki trzech piesków, które postanowiły odwiedzić swojego kolegę:

Raz do psa, co siedział w budzie,

trzy psy przyszły na odludzie,

bo powzięły w jednej chwili

myśl, by życie mu umilić.

Refren tego wierszyka-opowieści: „Pierwszy, stary i kulawy, drugi jeszcze dosyć żwawy, a ten trzeci był najmłodszy i jak szczekał, to trzy po trzy” bardzo łatwo wpada w ucho. Wędrówka piesków przedstawiona jest głównie na obrazkach. Daleko mieli do swojego przyjaciela, który w tym samym czasie martwił się, jak może przyjąć swoich gości. To wiersz – pochwała przyjaźni i wierności.

A na końcu czytaliśmy chyba nasz ulubiony zbiór „Czarno na białym i biało na czarnym” (Znak, 2007) z ilustracjami Janusza Stannego. Ech, lubimy opowieść o białym niedźwiedziu, któremu znudziła się biel, o krowie uzależnionej od proszków, o kotkach, które nie mogły się spotkać.

Czarno na białym

Trudno dzisiaj dostać tę książkę, ale zbiorów wierszy Marcina Brykczyńskiego jest na rynku kilka. To ciepła, mądra, zabawna i żartobliwa poezja dla dzieci. Warto pamiętać, że wiersze dla dzieci to nie tylko Tuwim i Brzechwa.

Marcin Brykczyński, 12 miesięcy, Literatura 2016

Marcin Brykczyński, Liczydełko, Literatura 2010 

Marcin Brykczyński, Trzy psy przyszły, Literatura 2010

Opowieść biblijna Zuzanny Orlińskiej

Wszyscy wiedzą, kto to Noe. Wszyscy znają historię potopu, który Pan zesłał na świat, aby ukarać zbuntowanych ludzi. Kiedy dawno temu czytałam z chłopakami tę starotestamentową opowieść, nie potrafiłam odpowiedzieć na pytanie: dlaczego? Czym zasłużyli sobie ludzie na tak straszną karę? Skąd tak wielkie okrucieństwo? Moi synowie zadawali pytania, które obnażały bezradność dorosłego postawionego wobec pytań fundamentalnych.

Podczas lektury książki Zuzanny Orlińskiej powróciły te same pytania oraz pojawiły się inne, równie trudne i ważne. Dlatego trudno mi pisać o tej pięknej książce, która w tym roku zdobyła tyle nagród.

Stary Noe

Twórczość Zuzanny Orlińskiej znamy od dawna. Pamiętam swoje zaskoczenie, a potem zachwyt, gdy przynieśliśmy z biblioteki „Matkę Polka”. Tymkowi bardzo podobali się „Detektywi z klasztornego wzgórza” (ciągle nie mam czasu na recenzję). Po „Starego Noego” sięgnęłam więc z poczuciem, że będę obcować z książką piękną i ważną — ten tytuł został Książką Roku IBBY 2015 oraz całkiem niedawno został wyróżniony Koziołkiem przez Centrum Literatury Dziecięcej. Nie spodziewałam się jednak, że jej lektura wzbudzi aż tyle emocji i wywoła tyle przemyśleń.

Bohaterem książki jest Noe: stary, zmęczony, przerażony tym wszystkim, co się wokół niego dzieje, dobry. Wyjątkowość Noego podkreślają bardzo mocno ilustracje — widać z nich, że troszczy się głównie o innych.

Stary Noe

Stary Noe

Nie jest w stanie wytrzymać pod pokładem, patrzy na niknący świat, aż w końcu jego synowie siłą sprowadzają go do łodzi. Wtedy wydłubuje w mchu uszczelniającym belki maleńką dziurkę, żeby spoglądać na zewnątrz. A w końcu znowu wychodzi na pokład i buntuje się przeciwko zaleceniom Pana — stara się uratować tych, którzy jeszcze przetrwali.

Dla mnie to historia o buncie człowieka wobec Pana, o buncie, który świadczy o człowieczeństwie. To historia zmagań pomiędzy poczuciem obowiązku wobec nakazów i zasad, a silnym poczuciem dobra i potrzebą niesienia pomocy. To także opowieść o wierze w miłość Stwórcy, który pokazuje okrutne oblicze, bo uważa, że tak trzeba, ale jednak kocha. Kwintesencją tej opowieści jest cytat, który pojawia się chyba w każdej recenzcji:

Panie, stworzyłeś mnie człowiekiem, nauczyłeś mnie chodzić, myśleć i czuć jak człowiek. Muszę pozostać człowiekiem do końca. Możesz ukarać mnie śmiercią, ale nie postąpię inaczej, nawet jeśli miałbym przyjąć na pokład słonia czy nosorożca. 

To ważne pytania: co to właściwie znaczy „być człowiekiem”. Co jest ważniejsze: posłuszeństwo czy niezgoda? W czym objawia się nasze człowieczeństwo? Jak zwalczyć swój lęk przed „byciem ukaranym”, gdy wszystko w nas domaga się działania wbrew prawom w imię większego dobra? To niepokojąca opowieść, pobudzająca, zmuszająca do myślenia, taka, która się przyczepia i nie chce odejść. Ważna. Czy podobała się chłopakom? Trudno powiedzieć. Posłuchali i nie uciekli. Pytali: dlaczego Noe nie powiedział innym ludziom? Dlaczego zaczął pomagać tak późno? Dlaczego jego synowie na niego krzyczeli? Dlaczego, dlaczego, dlaczego… Nie wiem, ale możemy pozastanawiać się razem.

Książkę poznaliśmy dzięki uprzejmości Biblioteki Galeria Książki w Oświęcimiu.

Zuzanna Orlińska, Stary Noe, Wydawnictwo Literatura 2015

Maurycy i Ogryzek, czyli co w trawie piszczy

Miałam pisać o zupełnie innej książce. Ale nie mogę, bo Młodszy od kilku dni wieczorami ryczy ze śmiechu (przed snem), a potem słyszę błagalne: mamo, jeszcze jeden rozdział. Oznacza to, że zarywamy noce, mamy problem z porannym wstawaniem i stałam się przykładem rodzicielskiej beztroski. Wszystko przez jedną książkę, która kurzyła się na półce, bo Tymek nigdy nie chciał słuchać o Dolinie Bagiennej Trawy. Nie wiem, czy teraz żałuje, wiem jednak, że „Co w trawie piszczy” Pawła Wakuły (Wydawnictwo Literatura) wskoczyło z tupetem na listę ulubionych książek Piotrusia.

Co w trawie piszczy

Dolina leży gdzieś daleko — ludzie na szczęście zapuszczają się tutaj rzadko i raczej tylko na skraj lasu — więc stała się schronieniem różnych stworów i stworków. Mieszka tutaj wiele żabonów i ropuchów, rusałek, dziwożon, wodników, płanetników, latawic, błędnych ogników, strzyg, jest nawet jeden niedźwiedź brutalny, a oprócz nich wiele innych zwierząt — zwyczajnych, choć gadających. Najważniejsi są jednak oni: Maurycy (skrzat leśny, który bardzo nie lubi jak się na niego mówi „niebożę”, a wręcz nie cierpi, gdy nazywa się go krasnoludkiem) oraz Ogryzek, czyli sympatyczny, łakomy i czasami trochę źle wychowany szczurek.

Historia zaczęła się pewnej czerwcowej nocy, gdy mieszkańcy Doliny Bagiennej Trawy czekali na letni rój meteorów. Każdy musi wtedy wypowiedzieć swoje największe życzenie. Skrzat Maurycy marzył o maszynie do robienia błyskawic, ale trudno życzyć sobie czegoś, co nie wiadomo, jak wygląda, dlatego gdy zobaczył największą, opadającą wolno gwiazdę, która na dodatek zrobiła podwójną pętlę, zażyczył sobie, żeby wydarzyło się coś niezwykłego, a lato było inne niż wszystkie. To była prośba z rodzaju tych szybko się spełniających — gwiazda nie była gwiazdą tylko statkiem kosmicznym, w którym na ziemię przybył kosmita desperacko poszukujący brombuli, paliwa do swojego kosmolotu. Chyba właśnie w tym miejscu Piotruś wybuchnął śmiechem po raz pierwszy.

[…] zielony ludzik przestał machać łapkami i zanurkował we wnętrzu pojazdu. Przez chwilę dobiegały stamtąd odgłosy przerzucania jakichś szpargałów i poirytowane piski, po czym gość znowu pojawił się w drzwiach. Tym razem miał zawieszony na szyi malutki, srebrzysty aparacik z trąbką. — Witam was, ziemianie! — odezwał się metaliczny głos z aparaciku. — Życzę wam spokojnego purdlenia i długich lat owocnej grzymutli!

Po wysłuchaniu całej rozmowy z ufoludkiem mój synek prawie tarzał się ze śmiechu. Zdradzę Wam, że Maurycemu i Ogryzkowi udało się znaleźć brombulę, co oznaczało ogromną zmianę w ich życiu. Zyskali sławę i założyli leśną agencję detektywistyczną. 

Co w trawie piszczy

Przez całe lato zajmowali się rozwiązywaniem spraw trudnych i skomplikowanych. Przez ich biuro (wyposażone zgodnie z zaleceniami miesięcznika „Zbrodnia i Kara”) przewinęło się mnóstwo mniej lub bardziej niezwykłych stworzeń: od wilkołaka Alfreda i niedźwiedzia Leona, bo boboka Grozę. Bobok zresztą należy do ulubionych bohaterów Piotrusia, który przez jakiś czas zamęczał wszystkich pytaniami: a chcielibyście iść na film „Powrót Wielkiej Krwiożerczej Zmutowanej Łasicy skrzyżowanej z Krwiożerczym Nietoperzem”? Jeśli chcecie się dowiedzieć dlaczego, koniecznie musicie przeczytać książkę 🙂

Co w trawie piszczy

Paweł Wakuła stworzył sympatycznych, bezpretensjonalnych bohaterów. Maurycy i Ogryzek to dobrzy przyjaciele, którzy czasami mają siebie dość, czasami palną gafę, ale zwykle świetnie się dogadują. To jedna z fajniejszych par detektywów, którzy po swojemu, wnikliwie, choć czasami przy dużej dozie szczęścia, rozwiązuje najbardziej skomplikowane przypadki. Na pewno nie brakuje im odwagi, chcą pomagać swoim klientom i do każdej sprawy podchodzą bardzo poważnie.

Tekst jest dobrze napisany i spójny — sporo w nim odniesień do naszej rzeczywistości, trochę tropów zrozumiałych dla starszego czytelnika. Rodzic na pewno nie będzie się nudził i męczył, a sądzę, że humor tych opowieści przemówi do każdego. Oprócz przygód, czasami groźnych i zaskakujących, można tutaj znaleźć i tematy do rozmyślania, choć podane w leciutkiej formie:

Pani wybaczy… — wtrącił Maurycy — ale czy to praktyczne mieć dachówki z piernika? Albo rynny z marcepanu? To już nawet nie chodzi o to, że każdy chce taki domek zjeść, ale przecież to nie przetrzyma pierwszego deszczu — rozpuści się!

Jasne, że się rozpuści — zgodziła się Baba Jaga. — A wtedy upiekę nowy. Moja babka tak robiła, moja matka tak robiła, więc ja też muszę. Rozumiesz — tradycja.

Bardzo nam się podobają także ilustracje, które wykonał autor tekstu. Są takie, jakie powinny być: nieprzesadzone, kolorowe, proste. Na szczęście to nie jest konwencja „ślicznych” obrazków. Piotruś bardzo wnikliwie studiuje ilustracje, sprawdzając, czy stworzonka wyglądają tak samo, jak je sobie wyobraził. 

Teraz czekają mnie zakupy, bo gdy synek dowiedział się, że Paweł Wakuła napisał jeszcze kilka książek o Dolinie Bagiennej Trawy, zaczął wrzeszczeć z radości i turlać się po podłodze. Nie pozostaje mi więc chyba nic innego, jak kupić kolejne, i cieszyć się lekturą razem z synkiem. Wydawnictwo poleca tę książkę dzieciom od siódmego roku życia, ale jak widać sześciolatek też dał radę 🙂

Paweł Wakuła, Co w trawie piszczy, Wydawnictwo Literatura 2009

Anatol, Plotek i Ola, czyli co dzieje się w parku

Piotruś poszedł do szkoły i ostatnio czytamy książki łagodne. Pogodne, radosne, życzliwie nastawiające do świata. Trudno się odnaleźć w nowym miejscu, z nową Panią, z nowymi dziećmi, otoczenie wydaje się trochę groźne, a trochę dziwne — potrzebna jest więc lektura, która doda wiary w siebie i oswoi codzienność. I — przyznaję bez bicia — trochę wyciszy mojego synka, który po powrocie ze szkoły nie przestaje skakać, krzyczeć, biegać, szaleć, turlać się, wrzeszczeć, śpiewać… Kiedyś trzeba jednak iść spać. Z pomocą przyszły mi książki z serii Poduszkowce (Wydawnictwo Literatura). Co prawda moje dziecko przy nich nie zasypia, a raczej zasypuje mnie gradem pytań, ale i tak czytać je warto.

Anatol i przyjaciele

Co się dzieje, gdy jakiś pluszak gubi się w parku? Właściciel pluszaka — wiadomo — rozpacza i płacze, ale co dzieje się z zabawką? Zastanawialiście się nad tym? Anatol to pluszowy zając, który kiedyś się zgubił i teraz mieszka w parku, w domku z czerwonym dachem. Przez długi czas mieszkał sam, ale potem dołączył do niego Plotek, zielony pluszowy dinozaur (też się zgubił). Prawdziwe przygody zaczęły się jednak dopiero wtedy, gdy w małym domku zadomowiła się Ola, poszukująca przygód mrówka. Och, jak bardzo Piotruś się śmiał, gdy czytaliśmy o Oli:

Ola jestem — przedstawiła się. — Czyli o mało nie rozdeptałeś Oli — dodała. Wcześniej mieszkałam w mrowisku, ale parę dni temu poczułam, że wzywa mnie przygoda i ruszyłam w świat. Czyli Ola rusza w świat. — Odważna jesteś — mruknął Anatol. […] Ola zdążyła już wdrapać się na stół i wejść do cukierniczki. — Wiem, wiem — mruknęła. — Ola wie. Jakie to smaczne to białe.

Ola przewróciła uporządkowany świat Anatola i Plotka do góry nogami. Ich życie na pewno stało się mniej przewidywalne i bardziej zwariowane, ale chyba także szczęśliwsze i ciekawsze. 

Anatol i przyjaciele

O czym są te historyki? O rzeczach prostych i zwyczajnych: o przyjaźni, o tym, że trzeba się troszczyć o innych i o tym, jak ta troska może wyglądać, o spełnianiu marzeń i o złości, o przepraszaniu i o tym, że czasami słowa mogą zranić. To nie są banale tematy, ale opowiedziane tak, że dotrą do każdego dziecka. Można je czytać przed snem, ale warto o nich rozmawiać. A czasami wystarczy się wspólnie śmiać.

Na stronie Wydawnictwa Literatura widnieje informacja, że nakład jest wyczerpany, ale w sieci można znaleźć dwie historyki o przygodach nietypowej pary przyjaciół. Jedną z nich można znaleźć na stronie Wydawnictwa, drugą na stronie autorki — Beaty Ostrowickiej. Mam nadzieję, że Wam się też spodobają.

 

Beata Ostrowicka, Anatol i przyjaciele, Wydawnictwo Literatura

Wyruszamy w podróż w czasy Bolesława Chrobrego

Ech, mamo, jaka szkoda, że ten Mieszko został królem… Gdyby nie został, pewnie byłoby całkiem inaczej… — tak pewnego dnia wzdychał Tymek. — Bezprym był lepszy i mądrzejszy, na pewno byłby lepszym władcą. „Mówcie mi Bezprym” Grażyny Bąkiewicz (Wydawnictwo Literatura, seria A to historia) to książka, która zrobiła na moim Starszym ogromne wrażenie. Zwykle jest tak, że odkłada jeden tom na półkę i natychmiast bierze następny. Po tej lekturze przez przynajmniej dwa dni nie sięgnął po żadną inną książkę. Rozmawiał o Bezprymie, roztrząsał losy nieszczęśliwego księcia i zastanawiał się, jak inaczej mogłaby wyglądać polska historia.

Mówcie mi Bezprym

Bohaterem i narratorem powieści jest Bezprym, pierworodny syn Bolesława Chrobrego. Na kartach historii nie zapisał się za dobrze: podobno przejął władzę siłą, a jego krótkotrwałe rządy cechowały się okrucieństwem, wspominany jest głównie w kontekście spisków i walk jako szaleniec, dzikus i poganin odwracający się od chrześcijaństwa. Nie wiemy, jak było naprawdę, a historię piszą zwykle wygrani.

Grażyna Bąkiewicz przyjęła inną perspektywę. Jej Bezprym to samotny nastolatek wychowujący się bez matki na dworze ojca, na którym niepodzielnie włada jego macocha Emnilda. Jest trochę dziki i nieokrzesany, ale jednocześnie mądry i przenikliwy, w pełni zaangażowany w sprawy państwa i grodu. Stara się zrozumieć, co się dzieje i walczy o swoją pozycję. Nikt mu tego nie ułatwia: macocha dba głównie o interesy własnych dzieci, niewielu ma odwagę opowiadać mu o matce, która w niejasnych okolicznościach została odesłana na Węgry, ojciec — Bolesław Chrobry — poświęca mu niewiele uwagi. Na dodatek prześladuje go młodszy brat, Mieszko — na kartach powieści przedstawiony jako złośliwy mazgaj i mamisynek, skarżypyta, niedojda i leniuch.

Do tej pory twarz mi płonie.

Mój młodszy brat nazwał mnie Bezprymem. […]

Bezprym to ktoś bez prymatu, bez pierwszeństwa.

A przecież jestem pierworodnym synem księcia Bolesława. Mam czternaście lat i jestem o całe cztery lata starszy od Mieszka Lamberta. To we mnie ojciec widzi swego następcę i chociaż wiem, że żadne głupie słowo tego nie zmieni, dotąd drżę z gniewu.

Bezprym zaczyna rozumieć, że wokół niego toczy się gra, że musi działać, aby inni zaczęli się z nim liczyć i zdobywa od razu sympatię czytelnika. Mieszka nie da się lubić — doskonale rozumiem uczucia mojego syna. Grażyna Bąkiewicz pokazuje nam dojrzewanie starszego księcia, jego zaangażowanie w rozwój grodu, pierwsze kroki w polityce i dyplomacji, pracę włożoną w stworzenie własnej drużyny złożonej z biednych chłopaków, synów służących i pastuchów.

Historia Bezpryma rozgrywa się w czasach, które wydają nam się ciekawe i tajemnicze. Widzimy rozbudowę stolicy państwa Bolesława Chrobrego, przygotowanie do wizyty Ottona, który przybywa z pielgrzymką do grobu przyjaciela, św. Wojciecha. Oczyma Bezpryma obserwujemy subtelną grę różnych wpływów na dworze polskiego władcy i razem z nim towarzyszymy Ottonowi w drodze powrotnej do Włoch. Poznajemy także okrucieństwo tego świata — w wersji Grażyny Bąkiewicz ostatecznie szans na objęcie władzy pozbawiają Bezpryma wrogowie jego ojca, przez których chłopak został wykastrowany.

Długo zastanawiałam się, czy o tym tutaj pisać. Tymek przeżył ten fakt bardzo mocno. Najpierw nie zrozumiał, o co chodzi, potem nie mógł uwierzyć, że dawniej stosowano takie metody zemsty i tortur. Trudno mu było uwierzyć, że tak bardzo okaleczeni chłopcy lub mężczyźni mogli dalej żyć. To mocna scena (nie przerażajcie się, nie ma żadnych opisów, po prostu pada słowo „kastracja” i wiemy, że porywacze chcą chłopaka skrzywdzić), ale średniowiecze to nie są tylko czasy rycerzy, legend i wymierzających sprawiedliwość myszy, to także czasy, gdy rządziła siła, a ludziom nie było łatwo żyć.

Bardzo polubiłam Bezpryma w wersji Grażyny Bąkiewicz. Lubię alternatywne wersje historii, które na dodatek są dobrze osadzone w realiach dawnych czasów. A Tymek chętnie sięgnął po kolejne książki tej autorki i po kolejne pozycje z serii A to historia.

 

  Grażyna Bąkiewicz, Mówcie mi Bezprym, Wydawnictwo Literatura