Polskie władczynie

O królach wiemy sporo. Jan Matejko utrwalił w naszych głowach poważne i chmurne wizerunki mężnych władców. W jego poczcie były chyba tylko cztery królowe. Pamiętamy o Jadwidze Andegaweńskiej, Dobrawie, o Marysieńce Sobieskiej. Czasami przy gotowaniu zupy może wspomnimy Bonę, gdy dziecko zapyta, co to włoszczyzna. A inne królowe? Przecież było ich wiele. Na szczęście przypomina nam je Anna Kaszuba-Dębska w „Poczcie królowych polskich”, wydanej przez Znak.

Anna Kaszuba-Dębska, Poczet królowych polskich

Piotrek po obejrzeniu tej książki zapytał, czy one naprawdę były takie piękne. Na ilustracjach Anny Kaszuby-Dębskiej są piękne, a przede wszystkim pełne życia. Są władcze, ale nie sztywne i królewskie. To nie są posągi. Uśmiechają się, pewnie zadowolone, że w końcu ktoś dopuścił je do głosu. Bo to nie jest opowieść o królowych — każda z nich sama jest narratorską swojej historii. To one opowiadają: o sobie i swoim królewskim losie.

Anna Kaszuba-Dębska, Poczet królowych polskich

Losy polskich władczyń zaczynamy poznawać od najstarszej znanej, choć legendarnej. Rzadko o niej myślimy jako o królowej, ale właśnie ona była pierwsza. Rzepicha, żona Piasta, matka Siemowita. Oddajmy jej głos.

Nie jestem żadną wykształconą kobietą. Można mnie uznać za prostą, może nawet za prostaczkę. Pisma nie znam, czytać nie umiem. Ale nigdy nie brzydziłam się pracą, w pocie czoła uprawiałam rolę. Zawsze twardo stąpałam po ziemi, nie chodziłam z głową w chmurach. Jestem uczciwa, umiem znajdować szczęście także w ubóstwie — tak mnie wychowali rodzice. (s. 8)

Anna Kaszuba-Dębska, Poczet królowych polskich

Wypowiedzi są różne, tak jak różne są królowe. Niektóre bardziej poważne, inne bardziej swawolne, jedne mówią o swoim dzieciństwie, inne opowiadają o swoim życiu i planach. W książce znajdziecie 25 królowych, od Rzepichy po Marię Józefę, żonę Augusta III. Anna Kaszuba-Dębska potrafiła tchnąć życie w tych 25 portretów — dostaliśmy historie dumnych kobiet, które chciały i potrafiły zawalczyć o swoje. Dzięki pierwszoosobowej narracji nie są to klasyczne biografie, ale opowieści, którym można było nadać bardziej subiektywny charakter. Nawet Anna Jagiellonka, uznawana za typową nudziarę i starą panną, potrafi tutaj zaintrygować i pokazać inne oblicze.

Anna Kaszuba-Dębska, Poczet królowych polskich

Anna Kaszuba-Dębska, Poczet królowych polskich

Każde hasło-historia skonstruowane jest podobnie, choć jego treść bywa różna. Tytułem każdego opowiadania imię i przydomek królowej, pod którym mamy daty, kiedy zasiadała na polskim tronie. Dostajemy także dwie ilustracje, a właściwie jedną w dwóch ujęciach — portret i pełną sylwetkę królowej. Anna Kaszuba-Dębska w tło ilustracji wplotła motywy charakterystyczne dla danej postaci: czasami jest to herb, czasami wzory czy symbole kojarzące się z daną osobą, tak jak białe lilie na portrecie Kingi Arpadówny. Nie mogę się na te portrety napatrzeć, tak są pełne życia i odległe od typowego sposobu przedstawiania królowych.

Anna Kaszuba-Dębska, Poczet królowych polskich.

To ważna książka nie tylko dlatego, że przywraca naszej pamięci polskie władczynie, pozwala im wyjść z cienia i stanąć w pełnym świetle. Autorka pokazuje także prawdziwe oblicze bycia królową i sprawowania władzy. Nie są to biografie radosne. Piotrek ze zdumieniem coraz większym odkrywał, że królowa nie jest kimś, kto robi, co chce. Jeśli tak było, szybko przestawała być królową. W świecie władzy „ja” znika, liczy się dobro królestwa i rodu. Rzadko kiedy królowe miały „szczęśliwe” życie w potocznym rozumieniu. Były wydawane za mąż jako dzieci, planowano im życie od kołyski, odbierano im dzieci, były pionkami przestawianymi przez mężczyzn bawiących się w politykę — i często udowadniały, że wcale pionkami nie są i same potrafią sobą i innymi zarządzić.

Anna Kaszuba-Dębska, Poczet królowych polskich

Anna Kaszuba-Dębska, Poczet królowych polskich

Mieliśmy wspaniałe królowe, Anna Kaszuba-Dębska potrafi o nich wspaniale opowiedzieć. Naprawdę warto tych historii posłuchać.

Anna Kaszuba-Dębska, Poczet królowych polskich, Znak 2018

Reklamy

Na bursztynowym szlaku

Znowu będę marudzić… Wszystko przez książkę, która zauroczyła mnie swoją urodą, starannością wydania, bogactwem i odmiennością ilustracji. Piękna szata graficzna i doskonała autorka Grażyna Bąkiewicz — czegóż chcieć więcej? Przynieśliśmy książkę z biblioteki, zaczęliśmy czytać, a ja do tej pory nie mogę się pogodzić z tym, co przeczytałam. Miałam nadzieję na wspólną przygodę z Piotrem na bursztynowym szlaku, a zamiast tego targają mną wątpliwości i przekopuję się przez strony poświęcone historii, by znaleźć odpowiedzi na pytania syna.

Może od początku. „Bursztynowy szlak” Grażyny Bąkiewicz z pięknymi ilustracjami Ewy Beniak-Haremskiej (mnie kojarzą się one z ilustracjami Wiesława Majchrzaka) to jedna z nowych pozycji Wydawnictwa Literatura w serii „A to historia”. Grażyna Bąkiewicz i Beata Ostrowicka przygotowały książki przeznaczone dla młodszych czytelników — wydawnictwo rekomenduje je dla dzieci od piątego roku życia. Znakiem rozpoznawczym nowych pozycji jest wycięte w okładce zwieńczone łukiem okienko.

Bursztynowy szlak

Książki Grażyny Bąkiewicz biorę z półki właściwie w ciemno. Bardzo lubimy jej półkomiksową serię o polskich władcach wydawaną przez Naszą Księgarnię, powieść o Bezprymie wywarła ogromne wrażenie zarówno na mnie, jak i na Tymku. Autorka nauczyła mnie, że jej opowieści są dopracowane, przemyślane i mądre, że pokazują historię żywą, czujących ludzi i konieczność znajdowania odpowiedzi na czasami niełatwe pytania. „Bursztynowy szlak” całkowicie mnie zaskoczył i przyznaję, że kompletnie tej opowieści nie rozumiem.

Historia jest prosta, ładnie napisana i dopasowana do młodszego odbiorcy. Mamy dwóch dziecięcych bohaterów. Lisyniusza, ośmiolatka, którego ojciec, rzymski kupiec, zabiera w niebezpieczną wyprawę po jantar, bogactwo północnego morza. W nadbałtyckiej wiosce po drugiej stronie tej drogi mieszka ośmioletni Farko, syn rybaka. Od początku wiadomo, że chłopcy się spotkają. Niewiele dowiadujemy się o podróży Lisyniusza: była długa, trudna i niebezpieczna. Życie Farko poznajemy trochę lepiej: mieszka z rodzicami w rybackiej wiosce i choruje na morzu, czego nie może zrozumieć nikt z jego otoczenia.  Kiedy kupcy przyjeżdżają do wioski, dochodzi do wymiany towarów: żelazo za skarby bałtyckiej plaży, okruchy pałacu bogini Juraty.

Bursztynowy szlak

Tutaj pojawił się pierwszy zgrzyt. Mamo, a czemu oni wymieniają bursztyn na żelazo? Przecież Pani w muzeum powiedziała… No tak, Piotruś wytrwale kibicował jakiś czas temu rozbijaniu dymarki i uważnie słuchał opowieści o świętokrzyskich metalurgach. Zaczęłam więc szukać, co wymieniali Rzymianie za jantar i ku swojemu zdumieniu żelaza na tej liście nie znalazłam. Pojawiały się na niej tkaniny, ceramika, biżuteria, wyroby z brązu… Jestem jednak w stanie przyjąć żelazo jako pewien symbol bogactwa i rozwoju cywilizacyjnego. Wszyscy nosimy w sobie przekonanie, że żelazo było obiektem pożądania.

Potem pojawił się drugi zgrzyt, znacznie poważniejszy. Otóż ojciec oddaje Rzymianom Farka za garść żelaznych gwoździ, a na dodatek chłopiec dodaje do tej wymiany znaleziony na plaży bursztyn. W tym momencie coś się we mnie zbuntowało. To prawda, rodzice mogli sprzedawać swoje dzieci, ale chyba nigdy nie robiono tego „ot tak” i bez wyższej konieczności. Niewolnictwo i los niewolników był doskonale znany plemionom zamieszkującym tereny dzisiejszej Polski. Naukowcy spierają się, czy Słowianie i ludy zamieszkujące te obszary przed nimi handlowali ludźmi, ale niewolnicy istnieli. Ich los nie był godny pozazdroszczenia i raczej wszyscy mieszkańcy tych terenów byli tego świadomi. Nie wiem, czy jakikolwiek ośmiolatek z czasów przedsłowiańskich mógł marzyć o życiu niewolnika jako sposobie na wyrwanie się z rodzinnej wioski. Pomijam już tutaj zdumienie mojego syna, który nie mógł pojąć, że jakiś rodzić proponuje swoje dziecko za garść gwoździ, ot tak. Rozumiem, inne czasy, inne podejście do dzieci, inny proces dorastania… Można na ten temat długo, ale dla mnie ten wątek jest po prostu w książce niepotrzebny i nie wiem, czemu ma służyć. Podkręceniu akcji?

Nie dowiadujemy się niczego o dalszych losach Farko, jak pisze autorka „to zupełnie inna historia”. Nie mam ochoty na takie wytłumaczenie, bo nie rozumiem, dlaczego sprzedaż dziecka musiała być elementem opowieści o bursztynowym szlaku przeznaczonym dla małych dzieci. Po co? Czy sama opowieść o wędrówce w poszukiwaniu bogactw, o zderzeniu różnych kultur by nie wystarczyła? „Bursztynowy szlak” to prosta historia, zawierająca niewiele informacji, bo przeznaczona dla najmłodszych czytelników, a ten motyw wprowadza w ich głowach niepokój i bałagan. Mamo, to na bursztynowym szlaku handlowano ludźmi? Chyba nie o taki efekt chodziło. A może ktoś odebrał tę książkę inaczej i potrafi pokazać mi sens tej historii?

Grażyna Bąkiewicz, Bursztynowy szlak, il. Ewa Beniak-Haremska, Literatura 2017

My i nasza historia

Wakacje to dobry moment na czytanie różnych książek, nie tylko lekkich i przyjemnych. Dobrze się dyskutuje i rozmyśla na kocu pod drzewem — szczególnie, gdy przeczytana książka fascynuje, a „My i nasza historia” Yvana Pommaux i Christophe’a Ylla-Somersa (Wydawnictwo Tatarak) wciąga czytelnika od pierwszych stron. To znakomita lektura do wspólnego czytania i oglądania dla całej rodziny — krótkiemu, zwięzłemu tekstowi towarzyszą piękne, intrygujące ilustracje, które można bardzo długo przeglądać. 

My i nasza historia

„My i nasza historia” trochę przypomina „Rzekę czasu” Petera Goesa — również prowadzi przez historię ludzkości od samego początku, gdy gdzieś kiedyś w pomroce dziejów powstało stworzenie chodzące na dwóch nogach.

My i nasza historia

Opowieść płynie, ale nie znajdziecie w niej słynnych i dobrze znanych nazwisk. Przez całą opowieść nie pada żadne imię, bo bohaterem tej książki są po prostu ludzie — zwykli i prości, bogaci i biedni, wymyślający wynalazki i handlujący z różnymi krajami, awanturnicy i domatorzy.

My i nasza historia

Autorzy prowadzą nas przez różne kraje i kontynenty, by pokazać to, co nas łączy i jak doszło do tego, że staliśmy się tak różni. To fascynująca podróż. Yvan Pommaux i Christophe Ylla-Somers podkreślają wspólne ludzkie idee i fascynacje: tak wcześnie zaczęliśmy tworzyć sztukę, tak wielu myślicieli z różnych stron świata głosiło podobne idee. Pokazują także, dlaczego różne kraje i kultury rozwijały się inaczej — trudniej stworzyć wyrafinowaną cywilizację tam, gdzie przeżycie każdego dnia stanowi wyzwanie.

My i nasza historia

Książka nie skupia się tylko na Europie — to jej wielka wartość. Mali i Wyspa Wielkanocna są w tej książce równie ważne, co Celtowie, Chiny i Grecy. Ważny nie jest ślad, jaki poszczególne kultury wycisnęły na historii ludzkości, ale sam fakt, że wszyscy należymy do wielkiej ludzkiej rodziny, która gnana ciekawością i poszukiwaniem dobrego miejsca do życia zaludniła cały świat. Rozwijaliśmy się w różny sposób, ale ciągle łączy nas marzenie o dobrym życiu i chęć znalezienia bezpiecznego miejsca na Ziemi.

My i nasza historia

Dopiero na samym końcu książki znajdujemy krótkie zestawienie słynnych postaci — osób, które tworzyły naszą historię, a nie tylko jej ulegały. Są tam ludzie z różnych kultur i kontynentów, kobiety i mężczyźni, władcy i artyści, naukowcy i myśliciele. Część nazwisk nie była mi znana i uświadomiła, jak mało wiemy o innych i ich historii. Nie wiemy, ale możemy się dowiedzieć, bo ta książka niesamowicie rozbudza ciekawość i zachęca do zadawania pytań, także tych trudnych. 

My i nasza historia

Minusy? Właściwie nie ma — mogłabym się przyczepić jedynie do okładki, która nie zapowiada aż tak ciekawej lektury. Chłopcy zastanawiali się, czy to historia strojów lub obyczajów, ale po przejrzeniu kilku stron całkowicie wsiąkli w tę książkę. A na koniec cytat:

Wszyscy wywodzimy się od homo sapiens, mamy tych samych przodków, którzy wyruszyli z Afryki sto pięćdziesiąt tysięcy lat temu i rozproszyli się po wszystkich kontynentach. Należymy do jednego gatunku, jesteśmy tacy sami mimo różnic kulturowych i etnicznych. Często koncentrujemy się właśnie na tych różnicach. Dlaczego tak się dzieje? Nikt nie umie odpowiedzieć na to pytanie. Spróbujmy jednak zastanowić się, czy w pewnych okolicznościach i pod pewnymi warunkami nie moglibyśmy być po prostu ludźmi.

Miłego zastanawiania się pod lipą!

 

Yvan Pommaux, Christophe Ylla-Somers, My i nasza historia, Wydawnictwo Tatarak 2017 

Teatr niewidzialnych dzieci

Książki dla dzieci Marcina Szczygielskiego kupuję w ciemno, z wewnętrznym przekonaniem, że nie może to być kiepska lektura. „Teatr niewidzialnych dzieci” zdobył na dodatek główną nagrodę w konkursie literackim im. Astrid Lindgren — to doskonała rekomendacja. No i ta śliczna okładka Emilii Dziubak.

Teatr niewidzialnych dzieci

Śliczna, a jednocześnie intrygująca i niepokojąca. Tymek dał się złapać na jej lep od razu — natychmiast zajrzał do książki i nie przeraziło go nawet zastrzeżenie, które pojawia się na samym początku:

Tylko od razu zaznaczam, że nie będzie tu żadnych smoków, czarów, magii i innych tym podobnych spraw, więc się nie nastawiajcie, a jeśli lubicie bajki, to sobie darujcie czytanie całkiem, bo to nie jest żadna bajka.

Mój Starszy uznał, że taka okładka zapowiada horror lub soczysty kryminał. Dostał książkę, którą trudno zaszeregować. Książkę niełatwą, bo trzeba naprawdę dobrego pióra, żeby pięknie i mądrze, ale nie ckliwie, pokazać wychowanków domu dziecka, czasy PRL i czasy przełomu, gdy ludzie coraz głośniej zaczęli mówić „nie”. A całą historię napisać w taki sposób, żeby jedenastolatek czytał ją z wypiekami na twarzy i przedłożył nad wszystkie inne lektury ze stosiku, choć kusiły nieziemskimi przygodami i magią właśnie.

Akcja książki Marcina Szczygielskiego toczy się w 1981 r., a jej bohaterem jest dziesięcioletni Michał Szymczyk, wychowanek domu dziecka. To Michał jest narratorem i autorem opowieści, to jego oczami oglądamy PRL-owską szarzyznę i absurdy. Czytałam tę książkę z narastającym zdumieniem, jak dobrze udało się Marcinowi Szczygielskiemu nakreślić czasy mojego dzieciństwa, pokazać wszechobecne kolejki „po wszystko”, spryt ludzi, wartburgi perkoczące na ulicach, załatwianie spraw przy pomocy kilograma schabu, wybrakowane ubrania w sklepach, Pewex i paczki z zagranicy… Peerel w tej książce jest prawdziwy, szary, nudny i ponury. Michał przyjmuje świat, w którym żyje, takim, jakim jest: to uporządkowany, czasami absurdalny świat bidula, w którym trzeba znać swoje miejsce i umieć się odnaleźć, by przetrwać. Świat na zewnątrz rządzi się innymi prawami, coś tam się dzieje, ale kto miałby to wytłumaczyć chłopcu z domu dziecka, którego wychowawcy co chwila się zmieniają?

Marcin Szczygielski bardzo umiejętnie dawkuje napięcie. Pierwsza część książki jest bardziej statyczna i opisowa. Uporządkowane życie bidula wydaje się doskonale pasować do uporządkowanego życia ludzi, toczącego się zgodnie z rytmem: dom, praca, kolejka po coś, co rzucili, dom. Pojawiają się drobne sygnały, dobrze czytelne dla starszego czytelnika: czerwone napisy Solidarność na murach, pobór do ZOMO. Druga część książki, opowiadająca losy Michała po przybyciu do domu „Dębowy Las”, domu dla dzieci po przejściach, jest bardziej dynamiczna. Ten dom jest inny, bardziej przypomina zwykłe domy. Dzieci mają swoje pokoje, a kuchnia jest stale otwarta. Akcja nabiera tempa, gdy do domu trafia Agnieszka o wielu imionach, która postanawia wystawić sztukę. Premiera została wyznaczona na 13 grudnia.

Dlaczego teatr Niewidzialnych Dzieci?

Dlaczego? Jeszcze się pytasz? A kim my jesteśmy, jeśli nie niewidzialnymi dziećmi? My wszyscy, nie tylko stąd, ale z każdego domu dziecka? Och, ludzie się chętnie na nas gapią z bezpiecznej odległości, ale choć się gapią, to i tak nas nie wiedzą! Natomiast gdy podchodzą bliżej, odwracają oczy i już o nas zapominają. Jakby nas nie było! Nie powiesz mi, że nie zauważyłeś.. Tak jest, było i będzie, nie czarujmy się. A skoro tak, to zmusimy ich, żeby nas widzieli! Bo kiedy jesteś w teatrze, to chcesz czy nie chcesz, musisz patrzeć na scenę i na tych, którzy na niej stoją!

Nie chcę streszczać tej książki — zajrzyjcie do niej sami. Dorosła historia splata się tutaj z dziecięcymi losami, historia kraju i historia domu przenikają się i uzupełniają. Powstaje obraz świata, który powinniśmy pamiętać właśnie w szarych barwach, bez koloru i upiększeń, jakie wprowadza nostalgia. To ważna książka nie tylko o historii, ale o próbie zrozumienia i szukaniu miejsca, o potrzebie rozmowy i magii teatru. Jest w tej powieści miejsce na uśmiech i groteskę, na satyrę i przymrużenie oka. Tymek bardzo mnie zachęcał do lektury, choć jednocześnie powiedział, że to bardzo smutna książka, mimo iż kończy się „chyba dobrze”. Może więc zacytuję Joannę Olech: Nie ma tu łatwego happy endu, ale jest furtka i ścieżka — ku lepszemu.

A na zakończenie obejrzyjcie zapowiedź książki, bardzo ciekawą i dużo bardziej nostalgiczną niż sama powieść.

 

Marcin Szczygielski, Teatr niewidzialnych dzieci, Instytut Wydawniczy Latarnik 2016

Popłynąć rzeką czasu

Są takie książki dla dzieci, do których trzeba dorosnąć. Są takie, z których nigdy się nie wyrasta. Są też takie, które urzekają wszystkich. Dla mnie taką książką jest właśnie „Rzeka czasu” Petera Goesa. Piotruś dostał ją na urodziny i myślę, że będzie wracał do niej jeszcze wielokrotnie. Początki nie były obiecujące: zajrzał i pobiegł do innych prezentów. A ona leżała i kusiła, kusiła. Widziałam, jak przyciąga: zajrzały do niej wszystkie dzieci i chyba wszyscy dorośli Piotrusiowi goście. Niektórzy dorośli nawet od razu ją zamówili dla swoich dzieci, tak bardzo spodobała im się rzeka wydarzeń, w której mogli się zanurzyć.

Rzeka czasu

Najpierw, bardzo dawno temu (choć nie aż tak dawno: 13,7 miliarda lat temu nie brzmi imponująco przy googolach i googolpleksach — Piotrusia, tak jak kiedyś Tymka, fascynują wielkie liczby, tak wielkie, że niewyobrażalne) zdarzyło się wielkie bum, które naukowcy nazywają Wielkim Wybuchem. Od niego zaczęło się wszystko, ale musiało minąć jeszcze bardzo dużo czasu, by na Ziemi pojawiło się życie, którego ślady możemy odszukać. Tutaj zaczyna się właściwa rzeka czasu. Wskakujecie z nami do łodzi?

Rzeka czasu

Rzeka płynęła na początku szerokim, wolnym strumieniem. Podczas żeglugi mijamy dinozaury, wielkie stwory, które na długi czas zdominowały planetę. Gdyby nie wyginęły, być może nie byłoby ludzi. 

Rzeka czasu

Gady zniknęły z powierzchni ziemi, wielkie wymieranie przetrwały mniejsze gatunki, a potem pojawili się ludzie. Rzeka powoli zaczyna przyspieszać. Migają nam przed oczami wielkie lasy, wielkie zwierzęta i mali ludzie z kamiennymi narzędziami kryjący się po jaskiniach. Trochę jeszcze niepodobni do nas, ale stopniowo coraz mocniej ujarzmiający przyrodę. Budują pierwsze osady, oswajają zwierzęta, uprawiają ziemię, wynajdują narzędzia…

Rzeka czasu

Z biegiem lat akcja przyspiesza, a z naszej łódki widać coraz więcej. Chłopcy z ogromnym zainteresowaniem oglądali kolejne plansze. Dwóch prawie jedenastolatków, Tymek i Olek, przybiegało z rewelacjami: tutaj jest Egipt! Widziałaś wieżę Babel? A wiedziałaś, ciociu, że Celtowie walczyli nago, a Attyla udusił się własną krwią?

Podpisy pod planszami nie są zbytnio rozbudowane. Ot, kilka, może kilkanaście zdań, by zrozumieć, gdzie akurat dopłynęliśmy. Za przykład niech nam posłużą wyprawy krzyżowe, które chłopaki długo kontemplowali.

Rzeka czasu

Gdy muzułmanie zajmowali coraz większe obszary Bizancjum, cesarz Aleksy I Komnen poprosił papieża Urbana II o pomoc. W 1095 roku papież wysłuchał jego prośby i wezwał do zbrojnej pielgrzymki (czyli krucjaty albo wyprawy krzyżowej) do Ziemi Świętej. W 1096 roku do Jerozolimy wyruszyły dwie wyprawy. Najpierw tak zwana wyprawa ludowa, złożona głównie z cywilów, która jednak została rozbita po drodze, a potem znacznie lepiej zorganizowana wyprawa rycerska. Po ciężkiej wędrówce wojska chrześcijańskie rozpoczęły oblężenie Jerozolimy, która poddała się 15 lipca 1099 roku. Jej zdobycie zakończyło się rzezią mieszkańców. Na opanowanych obszarach Palestyny i Syrii krzyżowcy założyli cztery chrześcijańskie państwa. W ich obronie wyruszyło jeszcze kilka krucjat. Ostatnia z nich odbyła się w latach 1271-1272. Okres wypraw krzyżowych zakończył się w 1291 roku, gdy muzułmanie zdobyli Akkę — ostatni bastion chrześcijański na tym terenie.

Tyle teorii — pozostają jeszcze podpisy na planszy. To właśnie one przykuły uwagę chłopaków i trudno im się dziwić. Można się z nich dowiedzieć, jak nazywały się wikińskie łodzie, jakie zwierzęta tresowano w starożytnych Chinach i w co wierzyli Inkowie. Rzeka czasu przepływa przez wszystkie kontynenty i wszystkie epoki. Tymek śledził polskie ślady i kilka znalazł — tajne Polskie Państwo Podziemne i znak Polski Walczącej, a potem logo Solidarności w latach osiemdziesiątych. Nie wiem, czy to zamysł autora książki, czy ingerencja wydawcy Dwóch Sióstr, ale te polskie ślady są bardzo inspirujące.

Rzeka czasu

Im bliżej współczesności, tym bardziej rzeka wiruje i zakręca, tym więcej mielizn i rozlewisk. Ostatnia plansza dotyczy lat po 2010 roku. Zostaje po jej obejrzeniu wiele pytań, na które już sami musimy odpowiedzieć.

Książka Petera Goesa to świetna lektura. To książka do czytania i oglądania — Piotrek ją ogląda, a Tymek czyta do poduszki. Plansze są przydymione, na każdej dominują właściwie dwa kolory: czerń i kolor tła, dzięki czemu każda barwna plama jest doskonale widoczna.

A jeśli ktoś ma jeszcze wątpliwości, czy warto mieć tę książkę, niech ją kupi dla walorów edukacyjnych. Może dziecko nie zdobędzie wielkiej wiedzy historycznej, ale przynajmniej odkryje, że jedne wydarzenia następują po drugich, dowie się, kiedy odkryto druk, a kiedy świat ogarnęła gorączka odkrywania nowych ziem. No i oczywiście będzie wiedzieć, że Attyla, Bicz Boży, wódz Hunów, którzy w IV wieku spustoszyli Europę, udusił się własną krwią — gwarantuję, że tę informację każdy chłopak zapamięta na pewno.

Peter Goes, Rzeka czasu. Podróż przez historię świata, Dwie Siostry 2016

Tatusiu, popsułeś coś, gdy byłeś mały?

Od kilku dni czytamy jedną książkę. Kupiliśmy ją w teatrze — było tam stoisko z książkami, więc należało je obejrzeć i koniecznie coś nabyć. Moje dzieci przejawiają już te same objawy uzależnienia od książek, co ich matka. Piotrek wybrał książkę, obejrzeliśmy ją kilka razy przed spektaklem i w przerwie, bo wyglądała bardzo smakowicie. Tymek dorwał się do niej w pociągu (nabywaliśmy ogłady kulturalnej osobno, my w teatrze, on w muzeum), a po powrocie do domu po prostu zniknął. Objawił się po jakimś czasie z uśmiechem na gębie i radosnym stwierdzeniem, że książka jest bardzo, ale to bardzo fajna, opowiadania są zabawne i ciekawe i że naprawdę, ale to naprawdę warto ją przeczytać. Tylko krótka. Piotrek reaguje na tę lekturę równie entuzjastycznie — od kliku dni czytamy ją w kółko. A najdziwniejsze jest, że znoszę to świetnie i książka mnie samej także nie znudziła. Lektura idealna?

Poczet psujów polskich

Leitmotivem „Pocztu psujów polskich” Pawła Beręsewicza (Wydawnictwo Literatura) jest znane chyba każdemu rodzicowi zdanie: „Co z tego dzieciaka wyrośnie! Mnie w jego wieku coś takiego nie przyszłoby do głowy!” Autor bardzo przemyślnie  konstruuje opowieść, której bohaterami są Maciek, tato Maćka, dziadek Maćka, pradziadek, prapradziadek. Obaj moi chłopcy z radością powtarzali: kiedy tato taty taty taty mojego taty…. I tak w nieskończoność.

Paweł Beręsewicz, ku rozpaczy moich synów, nie doprowadza swojej opowieści do czasów mamutów, zatrzymuje się na prapraprapradziadku urodzonym w 1833 r. Krótkie opowiadania są zabawnym pretekstem do pokazania, jak bardzo różni się nasze życie od codzienności naszych przodków. W każdej historii znajdujemy co najmniej dwa powody, dlaczego tacie, dziadkowi czy pradziadkowi nie mogło coś przyjść do głowy.

Poczet psujów polskich

Kiedy tata taty taty mojego taty był małym chłopcem, podsmażanie czekoladek na elektrycznym żelazku nie mogło mu przyjść do głowy z dwóch powodów. Przede wszystkim w jego domu słodycze trzymano w spiżarce zamkniętej na klucz, który nosiła na szyi gospodyni Anielka, a ta miała na brodzie włochatą brodawkę i w ogóle była groźna. Gdyby jednak nawet jakimś cudem udało się włamać do czekoladek, to i tak trzeba by je zjeść na zimno, bo nie wynaleziono jeszcze elektrycznych żelazek. […] Ludzie w tamtych czasach nie znali też radia, pedałowali pod górę rowerem bez przerzutki, słuchali muzyki z gramofonu na korbkę, a odkurzacze dopiero rodziły się w głowach wynalazców.

Celowo przytoczyłam tutaj kawałek opowiadania nawiązującego do żelazka, bo historia podgrzewania czekoladek to ulubiony rozdział Piotrusia. Tymek opowiada się raczej za obrażoną hrabiną, a ich matkę ujęła opowieść o wywabianiu niejakiego prąda za pomocą kiełbasy. Zresztą wszystkie historie są zabawne i z przymrużeniem oka pokazują, jak wspaniała może być inwencja dziecka, które niezależnie od czasów zawsze znajdzie coś do popsucia i rozwalenia. A wynalazcy stają na głowie, by zapewnić im kolejne rzeczy do psucia i eksperymentowania.

Poczet psujów polskich

Warto tutaj także wspomnieć ilustracje Nikoli Kucharskiej, które są przezabawne i wspaniale oddają nastrój podróży w przeszłość. Im dalej w głąb czasu, tym mniej kolorowo, tym bardziej jej ilustracje przypominają sepiowe fotografie, lekko pokolorowane. Piotrek ogląda je z lubością, sprawdzając wszystkie szczegóły (czy aby Anielka na pewno ma brodawkę? — ma!). A obrazek, na którym Maciek eksperymentuje z komórką tatusia za pomocą różnych części ciała, bo przecież obiecał trzymać paluszki z dala od jego (znaczy tatusia) zabawek, to po prostu mistrzostwo świata.

No więc, tatusiu, przyznaj się, jak narozrabiałeś w dzieciństwie i że nie zawsze byłeś święty! A potem poopowiadaj dzieciom o dziadkach i pradziadkach, to może być właśnie ten moment, kiedy dziecko pokocha historię i zacznie ją poznawać od historii własnej rodziny.

 

Paweł Beręsewicz, Poczet psujów polskich, Wydawnictwo Literatura 2016

 

Magia rycerzy i historia Polski

Po wczorajszych bojach z siecią w końcu udało mi się skończyć wpis. Od wczoraj jednak nic się nie zmieniło. Piotrek paraduje w hełmie i z mieczem, a stos wyciągniętych z półek książek wcale się nie zmniejszył — wszystkie są bardzo potrzebne.

Jagiellada sprawiła, że chłopcy mają ochotę na opowieści o historii Polski. Piotruś najchętniej podpisałby unię z Litwą albo zaprzyjaźnił z jakimś Krzyżakiem, chyba czeka nas wycieczka do zbrojowni. Tymek nie może się doczekać następnych warsztatów i próbuje zgadnąć, co będziemy na nich robić (pewnie będą Turcy…). Zaczął czytać „Ogniem i mieczem” (trochę nie ta epoka), bo akurat nie miałam pod ręką niczego o Jagiellonach. Spróbuję podsunąć mu „Polskę Jagiellonów” Pawła Jasienicy, bo nie przychodzi mi  do głowy żaden inny tytuł.

Piotr uznał, że musi sobie przypomnieć, co robili rycerze. Wyciągnął z półek chyba wszystkie książki o rycerzach, jakie mamy w domu, chodzi w hełmie, broń zmienia w zależności od humoru (po wycieczkach po Gniewie, Malborku i innych zamczyskach i rycerskich zjazdach mamy w domu wiele różnorakiej drewnianej broni siecznej) i — według Tymka — próbował mu (znaczy Tymkowi) obciąć ucho. Wyobraźcie sobie, jak to się skończyło. O obcinaniu ucha na warsztatach nic nie było, ale o bitwie z Krzyżakami już tak, więc zaczęliśmy od „Grunwaldu”. Już o nim kiedyś pisałam tutaj.

Grunwald

Cały czas uważam, że to jedna z lepszych książek historycznych dla dzieci. Przy okazji opowieści o wyprawie rodziny Gościmskich szlakiem wojen z Krzyżakami Mariannie Gal udało się przemycić mnóstwo informacji. Są w tej książce fragmenty o architekturze romańskiej i gotyckiej, o polskich zabytkach z tego okresu, o uzbrojeniu rycerzy i sztuce wojennej. Można je pominąć, jeśli czyta się tę historię z młodszym dzieckiem, albo szczegółowo studiować.

Grunwald

Grunwald

Hmm, ale przecież rycerze mieszkali w zamkach. Dobrym przykładem na to, co to jest zamek i jak mogło wyglądać życie jego mieszkańców jest książka-rozkładanka „Życie na zamku”.

Życie na zamku

Informacji jest w niej malusieńko, ale zabawa przednia.

Życie na zamku

Można obejrzeć, jak wygląda zamkowa kuchnia:

Życie na zamku

a nawet lochy…

Życie na zamku

Wiele elementów można otworzyć i zajrzeć do średniowiecznej szafy z bronią lub do spiżarni. Do książki dodano kilka figurek mieszkańców zamku, inne wycięliśmy z kartonu, czasami w zamku mieszkają plastikowi rycerze, przetrwał już niejedno oblężenie. Tym razem Piotrusiowi brakowało jednak informacji, do czego to wszytko służyło, wyciągnął więc starą książkę, którą odziedziczył po synach naszych przyjaciół.

Rycerz

Mam wrażenie, że ilustracje w książkach historycznych dla dzieci tworzone są według dwóch schematów: ma być albo ślicznie, albo śmiesznie. Tutaj wybrano tę drugą opcję: postacie są przerysowane i momentami naprawdę dowcipne. Chyba wolę jednak taką konwencję niż cukierkowatego księcia z bajki. Na każdej stronie są tutaj otwierane okienka, dzięki którym można zajrzeć do wnętrza zamku i dowiedzieć się, co robią jego mieszkańcy, w jaki sposób przygotowywano się do oblężenia i jak ćwiczyli młodzi rycerze (nie na starszym bracie).

Rycerz

To jednak nie wystarczyło i mój synek zażądał lektury jednej ze swoich ulubionych książek o rycerzach, wydanej w serii „Świat w obrazkach”. Na pewno znacie, bo można je znaleźć w każdym supermarkecie.

Rycerze

Nie przepadam za takimi ilustracjami, ale cała seria w przystępny dla malucha sposób podaje naprawdę dużo informacji. Trzeba założyć pewien filtr, bo historia przedstawiona jest z perspektywy mieszkańca Europy Zachodniej, ale bywa to fajny początek dyskusji o różnych historiach i o różnych spojrzeniach na to samo wydarzenie. Może poszukam dla Tymka litewskiego spojrzenia na czasy Jagiełły 🙂

Czeka nas jeszcze sporo zabawy z historią, bo warsztaty potrwają cały rok. Mam nadzieję, że zapał chłopców nie minie, a mi uda się znaleźć w tym czasie książki, dzięki którym będą z przyjemnością poznawać minione epoki. W najbliższym czasie pojawi się w domu Bezprym. Może podpowiecie, czego jeszcze warto poszukać? 

Różne

Historia wierszem pisana

To może zacznijmy tak:

Tam, gdzie dzisiaj są pola, 

wioski ludne i miasta,

przed wiekami dawnymi

bór ogromny wyrastał.

Stare dęby szumiały

dziki zwierz mieszkał w lasach.

Posłuchajcie powieści 

O pradawnych tych czasach.

To początek opowieści o Lechu, Czechu i Rusie pióra Czesława Janczarskiego. Czytałam z Piotrusiem wiersze o początkach państwa, o najdawniejszej historii i była to bardzo ciekawa przygoda. Nie macie wrażenia, że kilkadziesiąt lat temu pisano więcej książek wierszem?

Janczarski, Lech, Czech i Rus

Tę i dwie inne książki Wydawnictwa Łódzkiego znalazłam na półce Dziadków i Piotruś od razu się w nich zakochał. Chyba będziemy musieli je od Dziadków na trochę pożyczyć, bo mój synek codziennie chce słuchać o początkach polskiego państwa. Wszystkie trzy zostały zilustrowane przez Jana Zielińskiego. Styl jego ilustracji, wyrazisty i mocny, bardzo dobrze podkreśla opowiadaną historię. Sprawił także, że wszystkie trzy książki wydają się pochodzić z jednej serii, choć – przynajmniej według katalogu Bibliotieki Narodowej – stanowiły odrębne pozycje.

Historii Lecha, Czecha i Rusa opowiadać nie muszę, bo wszyscy ją znają. Może więc zamiast niej kilka ilustracji Jana Zielińskiego.

Janczarski, Lech, Czech i Rus

Janczarski, Lech, Czech i Rus

Janczarski, Lech, Czech i Rus

Janczarski, Lech, Czech i Rus

To najkrótsza z trzech bajek – pisana regularnym siedmiozgłoskowcem. Ma w sobie rytm, który łatwo wyczuć przy głośnym czytaniu, wpada w ucho i sprawia, że ma się ochotę na więcej.

Od Lecha, Czecha i Rusa przeszliśmy do „Starej Kuźni” Igora Sikiryckiego. Wydaje się, że mało kto o nim pamięta, a szkoda, bo jego wiersze bardzo przemawiają do wyobraźni i skrzą się humorem („Orzeszek” wywołał napad głupawki u Piotrusia i jego braci).

Sikirycki, Stara kuźnia

We wsi Stare Karczmiska, 

Niedaleko od Puław, 

Stoi kuźnia, a w kuźni

Mieszka kowal Mikuła.

Ponad dachem dwa dęby

Rozpostarły konary.

Dęby jeszcze zielone,

Chociaż każdy z nich stary.

Kiedy słońce ich korę

Złoci blaskiem porannym,

Drzewa szumią na wietrze

Jak ogromne fontanny.

I wydaje się wtedy, 

Że szumiące listowie

O historii tej ziemi 

Rozpoczyna opowieść.

Historia jednej kuźni to pretekst do opowieści o czasach najdawniejszych, gdy ludzie nie znali jeszcze żelaza. Pierwsze mieczy i noże wykonane z tego kruszcu przybywały wraz z kupcami z dalekich stron i kosztowały majątek. Z czasem jednak pojawił się także nowy rzemieślnik, kuźnik, który potrafił i wytapiać rudę, i wykuwać z niej tak potrzebne narzędzia.

Sikirycki, Stara Kuźnia

W „Starej Kuźni” Igor Sikirycki opowiedział historię człowieka, który po latach wraca w rodzinne strony i musi zapracować na nowe imię. Stracił stare miano, uciekając potajemnie z kupcami przed wielu, wielu laty. Długo dyskutowaliśmy z Piotrusiem o znaczeniu imion i nazwisk. Ciekawa była ta rozmowa, bo szukaliśmy rodowodów naszych imion, a nie było to proste, a potem wymyślaliśmy historie, jak nasi przodkowie zdobyli właśnie takie, a nie inne nazwisko.

Na koniec zostawiłam sobie opowieść najsmaczniejszą, legendę o królu Popielu Anny Świrszczyńskiej.

Świrszczyńska, Jak myszy Popiela zjadły

Hen, przed wiekami, przed dawnymi,

szumiały puszcze w polskiej ziemi.

W tych puszczach wielkich, pięknych, dzikich

żyły niedźwiedzie, łosie, żbiki.

Wśród lasów białe świecą wioski,

gdzie kmiecie orzą łan ojcowski.

Stoi tam sławny gród Kruszwica,

jezioro Gopło wzrok zachwyca.

W Kruszwicy włada przez lat wiele

książę, co zowią go Popielem.

Ma Popiel bogactw w bród,

pije co dzień złoty miód,

ma zbrojnych sług orszaki,

myśliwskie psy i rumaki,

bursztynu pełne komory,

skór drogich i srebra wory.

Skrzy się ten wiersz i mieni, zmienia się metrum wraz ze zmianą bohatera, widać kunszt Anny Świrszczyńskiej. Po lekturze mam wrażenie, że cały utwór rozpisano na trzy głosy: inaczej brzmią opisy, w innym rytmie opowiada się o Popielu, jeszcze trochę inaczej o biednych mieszkańcach okolicznych wiosek. A Piotrusiowi wierszowana legenda spodobała się ogromnie. Musiałam mu wyjaśnić znaczenie kilku wyrazów (komora, gęśle, warzyć), ale słuchał z przejęciem. Długo także zastanawiał się, czy to możliwe, aby myszy kogoś zagryzły.

Świrszczyńska, Jak myszy Popiela zjadły

Warto było grzebać na półce u Dziadków. Szkoda, że Czesław Janczarski został sprowadzony tylko do bycia autorem Misia Uszatka i Wojtka strażaka. Szkoda, że gdzieś przepadły wiersze Sikiryckiego. I na pewno będę szukać innych legend w wersji Anny Świrszczyńskiej, bo napisała ich przynajmniej kilka. Ciągle mi się zdaje, że czytam z chłopcami za mało wierszy, że poezja została gdzieś zepchnięta na drugi plan przez akcję i atrakcję. Te bajki pokazują, że wiersz może wciągać i kusić, migotać i mienić się, a pięcioletnie dziecko nie jest za małe, by za nim podążyć.

Czesław Janczarski, „O Lechu, Czechu i Rusie”, Wydawnictwo Łódzkie, 1983

Igor Sikirycki, „Stara kuźnia”, Wydawnictwo Łódzkie, 1982

Anna Świrszczyńska, „Jak myszy Popiela zjadły”, Wydawnictwo Łódzkie, 1983

 

Historia i dzieci

Tymek od zawsze interesuje się tym, co było kiedyś. Lubi oglądać książki historyczne, słuchać opowieści o tym, jak żyli dawnej ludzie. Zbroje, miecze, karabiny ciągle go fascynują, a ja zastanawiałam się, jak opowiadać o historii całkiem niedawnej, by nie popaść w patos i pokazać mu, że prawdziwa wojna i walka to nie to samo, co bieganie z pistoletem po parku. Chciałabym, aby zabawa w żołnierzy i oglądanie rekonstrukcji walk i bitew, których dzisiaj tak wiele, wiązało się z refleksją i zadumą. Bardzo pomaga mi w tym seria „Wojny dorosłych – historie dzieci publikowana przez wydawnictwo Literatura.

„Asiunię” Joanny Papuzińskiej czytaliśmy wszyscy razem.

Joanna Papuzińska, Asiunia

Napisała ja Joanna Papuzińska na podstawie własnych wojennych doświadczeń – to historia małej Asi, której świat nagle drastycznie się zmienia. Kiedy Asia miała pięć lat, nagle zniknęła jej mama i cały dom. Dziewczynka mieszkała u różnych pań, w różnych mieszkaniach, nie wiedziała, co dzieje się z jej rodzeństwem. Po jakimś czasie wszystkimi dziećmi zajęła się Babcia, która zamieszkała ze wszystkimi w starym domu:

„Mały drewniany domek, dobry akurat na letnisko, nie nadawał się na zimę. Miał tylko jedną malutką kuchenkę, na której można było rozpalić ogień – oczywiście, jeśli było czym. Latem chodziliśmy do lasu po patyki i po szyszki. Ale zimą te małe podpałki starczały tylko na chwilkę, wesołe płomyki zaraz gasły i znów przewiewał zimy wiatr. Chłopcy ściągali z sąsiedztwa połamane deski, sztachety z płotów, ale i tak wciąż było za mało. I coraz bardziej nie było co jeść.”

Joanna Papuzińska, Asiunia

Dla dorosłego historia małej Asi jest przejmująca i straszna. Z punktu widzenia dziecka pokazano w niej wszystko, co najgorsze w wojnie: głód, lęk, zimno, ciągłe, niezrozumiałe zagrożenie. Przyjazny, oswojony, dobry świat w jednej chwili zmienił się w horror – coraz starszej Asi trudno to zrozumieć. Jest w tej książce scena, gdy starsi bracia Asi płaczą, bo spóźnili się na Powstanie, nie zdążyli przejść przez Wisłę. Babcia jest z tego zadowolona – Tymek utożsamiał się z chłopcami, a ja całą sobą rozumiałam Babcię. Nieraz podczas lektury ściskało mnie w gardle i musiałam ukrywać łzy. Z punktu widzenia dorosłego to przerażająca książka. A potem rozmawialiśmy, rozmawialiśmy i zaglądaliśmy do innych książek… Piotrek z uwagą oglądał ilustracje Macieja Szymanowicza, które dla mnie doskonale komponują się z tekstem.

Historia Asiuni kończy się prawie dobrze: jej rodzina przeżyła, dziewczynka trafiła do domu dziecka, gdzie odnalazł ja Tatuś. Pozostaje jednak wiele pytań: co się stało z Mamą Asiuni, która nie wróciła z wojny? Dlaczego jej bracia musieli tak ciężko pracować? Dlaczego ukrywała się przed żołnierzami? Czemu niektórzy ludzie okradali dzieci? To trudne pytania i nie ma na nie łatwych odpowiedzi. Możemy o nich z dziećmi rozmawiać lub poczekać, aż dzieci same je zadadzą. Piotrusia przerażało po lekturze tej książki to, że mama mogła tak po prostu zniknąć i Asiunia musiała iść do obcych ludzi. Tymka bardziej ciekawiło samo życie: nie mieli co jeść? Kora naprawdę jest jadalna? Przecież to było niedobre! Niedługo rocznica wybuchu II wojny światowej – pewnie wrócę z chłopcami do historii Asiuni, by na nowo pokazać im smutne i straszne oblicze wojny.

Historia Asiuni ma swoją kontynuację. Joanna Papuzińska napisała także dalsze części: „Mój tato szczęściarz” i „Krasnale i olbrzymy”.

Fajna ferajna – czyli dzieci w Powstaniu

Tymek od zawsze interesuje się historią. Pyta, jak było dawniej, co pamiętam, co pamięta babcia i dziadek, a co było jeszcze wcześniej. Już minął czas, gdy zdawało mu się, że babcia żyła w czasach dinozaurów, ale ciągle ciekawi go, jak było dawniej. I o ile historia dawna nie stwarza wielkiego problemu, o tyle historia najnowsza jest już trudniejsza. Historia najnowsza, czyli czasy II wojny światowej i cała historia powojenna. Ciągle zastanawiam się, jak o niej opowiadać, żeby nie przerazić, a jednocześnie nie sprawić, że wojna wyda się czymś fascynującym. To nie jest proste, ale rozmawiać trzeba.

Na szczęście jest teraz wiele książek, które takie rozmowy ułatwiają albo mogą pomóc je rozpocząć. Jedną z nich niedawno Tymek skończył czytać, a zaczął jeszcze w bibliotece. Potem nie mógł odłożyć, więc w czasie drogi powrotnej do domu musiałam na siłę odrywać syna od książki i tłumaczyć mu, że chodzenie i czytanie niekoniecznie idą w parze.

Monika Kowaleczko-Szumowska, Fajna ferajna

„Fajna ferajna” Moniki Kowaleczko-Szumowskiej, wydana przez wydawnictwo Bis, to prawdziwe historie dzieci, które uczestniczyły w Powstaniu Warszawskim i to powstanie przeżyły. Książka została napisana na podstawie relacji zachowanych w Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego. Na jej kartach spotykamy odważne dzieci, które musiały sprawdzić się w trudnych czasach. Jest tam odwaga i strach, brawura i przerażenie, mieszanka przeróżnych emocji.

Fajna ferajna

Historie są napisane prostym językiem, ale dorosłego od razu chwytają za serce. Dzieci czytają je inaczej i zadają potem mnóstwo pytań: dlaczego dzieci musiały walczyć, dlaczego chodziły kanałami, czy to było dobre. Opisywane są rzeczy straszne, ale jednocześnie dające nadzieję: dzieci przetrwały, w historiach pojawiają się informacje o ich dorosłym życiu, o tym, co robiły dalej.

Świetnym uzupełnieniem książki są ilustracje Elżbiety Chojnej: utrzymane w czarno-biało-szarej tonacji, z czerwonymi akcentami. Robią ogromne wrażenie i świetnie podkreślają wagę tych opowieści, ale nie przytłaczają.

Fajna ferajna

To ważna książka, bo pokazuje ważne wzorce, że dziecko może być odpowiedzialne, rozsądne, mądre, a jednocześnie pozostawać dzieckiem. Oczywiście nie chciałabym, by moje dzieci musiały się kiedykolwiek sprawdzać w tak ekstremalnych sytuacjach, ale jednocześnie rodzic może uświadomić sobie, że można od dzieci więcej wymagać. I nie chodzi tutaj o lekcje czy dodatkowe zajęcia, ale o odpowiedzialność za decyzje i szacunek dla innych, świadomość, że z innymi trzeba się liczyć. Wojna nie wydaje się po takiej lekturze jedynie czasem „fajnej przygody”, kiedy można pobiegać i sobie postrzelać, ale czasem trudnym i przerażającym, kiedy trzeba działać w trudnych warunkach i podejmować decyzje, o których później chciałoby się zapomnieć. Czasem, w którym nagle znikają bliscy ludzie i trzeba sobie samemu radzić w świecie, a wszystko, co do tej pory było bliskie i znane, nagle staje się obce.

Wywiad z autorką, p. Moniką Kowaleczko-Szumowską, można przeczytać tutaj.