Joachim Lis. Detektyw dyplomowany

Po lekturze przygód Maurycego i Ogryzka Piotruś ma ochotę głównie na książki o detektywach i rabusiach. Lassego i Maję znamy całkiem nieźle, więc padło na historię Joachima Lisa, detektywa dyplomowanego z Modrzejowa.

Joachim Lis

Książkę Ingemara Fjella (bardzo tajemniczy autor, trudno o nim cokolwiek znaleźć w sieci) wznowiło wydawnictwo Dwie Siostry w serii „Mistrzowie ilustracji”. Zilustrowała ją Teresa Wilbik, uczennica Jana Marcina Szancera. Bardzo lubię jej ilustracje, z dzieciństwa pamiętam „Jasia i Małgosię”, „Liść kapusty na pociechę” i Osiołka Gapę — choć dopiero teraz zorientowałam się, że wszystkie te książki ilustrowała właśnie Teresa Wilbik. Ilustracje do „Joachima Lisa. Detektywa dyplomowanego” są świetne: delikatne, czarno-białe. Dla mnie: angielskie i jak ze starego kryminału. Gdy je oglądam, przypominam sobie książki Agaty Christie i Conan Doyle’a — nic na to nie poradzę, po prostu tak mam 🙂

Joachim Lis

Joachim Lis mieszka w Modrzejowie, małym miasteczku zagubionym w lesie, tak małym, że nie ma go na żadnej mapie. Zamieszkują je wyłącznie zwierzęta. Joachim wykształcił się na szewca, tak jak jego ojciec i dziadek. Pewnego dnia uznał jednak, że życie szewca mu nie odpowiada i postanowił coś zmienić. Skończył z celującą oceną Korespondencyjny Kurs dla Detektywów Prywatnych, zmienił warsztat na biuro i oczekiwał na klientów. A traf chciał, że w tym samym czasie z domu kupca Bonifacego Borsuka zniknęło dziesięć słoików malinowych konfitur. Z czasem okazało się, że sprawcą tajemniczych kradzieży (bo na konfiturach się nie skończyło) jest Świszczący X (poczuliście ten dreszcz? — takiego imienia nie może nosić byle rabuś).

Joachim Lis

Historia Joachima wciągnęła Piotrusia bez granic. Nie mógł się doczekać, co będzie dalej i kiedy w końcu Joachim złapie rabusia. Słuchał z wypiekami na twarzy i niepokojem w oczach. W kącie pokoju urządził swoje własne biuro detektywistyczne: są tam kredki, nożyczki, trochę krzywo przyciętych karteczek, herbatniki i butelka wody (na wszelki wypadek). No i oczywiście dwie lupy oraz latarka. Na kartce widnieje szyld: Biuro Piotra. Tam mój synek od kilku dni czeka na klientów gotowych zlecić mu rozwiązanie nietypowej sprawy kryminalnej. Na razie co prawda szukał tylko zagubionych korali mamy oraz próbował rozwikłać zagadkę znikających samochodzików, ale ciągle wierzy, że pojawi się jakaś PRAWDZIWA sprawa. Dobrze, że wzorem Joachima nie kazał sobie sprawić kraciastej peleryny i nie zażądał fajki.

Joachim Lis

 

Zdjęcia pochodzą ze strony wydawnictwa Dwie Siostry

 

Ingemar Fjell, Joachim Lis, Wydawnictwo Dwie Siostry 2008

Reklamy

Zgniłobrody i luneta przeznaczenia

Przeglądając listę laureatów Nagrody Literackiej im. Kornela Makuszyńskiego zauważyłam, że tegorocznych nominowanych znamy z chłopakami całkiem nieźle, ale książki z poprzednich lata to już coś innego. Olśniło mnie, że przecież Bzika i Makówkę (wydawnictwo Nasza Księgarnia) mamy w audiobooku (czytała Joanna Pach), a że właśnie jechaliśmy do Babci zbierać jabłka… Okazja sama się prosiła: słuchaliśmy historii Zgniłobrodego przez całą drogę (długość okazała się idealna na prawie trzygodzinną podróż: zaczęliśmy pod naszym domem, skończyliśmy pod babcinym) i mieliśmy dużo zabawy. A potem Tymek wygłosił listę zastrzeżeń (całkiem sensownych), ale o nich może na końcu.

Zgniłobrody i luneta przeznaczenia

Bohaterami książki Rafała Witka są Gabrysia Bzik (naznaczona przez swoje nazwisko, bo przecież nikt nie podejrzewałby jej o złe zamiary, gdyby nazywała się Grzeczniutka) oraz Nilson Makówka, zafascynowany kodeksami i przepisami. To pierwsza książka o przygodach szalonej pary przyjaciół, jaką przeczytaliśmy/odsłuchaliśmy i mam wrażenie, że nie ostatnia, sądząc po rżących odgłosach, jakie dochodziły z tylnego siedzenia samochodu. Bo i było się z czego śmiać.

Zgniłobrody i luneta przeznaczenia

Przyjaźń Gabrysi i Nilsona zaczęła się na dywaniku u dyrektora szkoły (w gabinecie, w którym nie było żadnego dywanu). Gabrysia trafiła tam za pisanie liścików na lekcji, a Nilson za obronę prawa Gabrysi do prywatności — ten fragment akurat brzmiał bardzo przekonująco i wiarygodnie. Po lekcjach dzieci postanowiły posiedzieć chwilę pod mostem (w domu jest nudno, a rodzice pozwalają wyjść najwyżej do piaskownicy — co mają tam robić trzecioklasiści?), gdzie spotkały bardzo dziwnego, agresywnego i wygłodniałego jegomościa. Wytłumaczenie, że to po prostu bezdomny wariat jakoś Gabrysi nie przekonało, więc rozpoczęła razem z Nilsonem śledztwo, które doprowadziło ich do zaskakującego odkrycia. Pod mostem koczował najprawdziwszy pirat, bukanier, złowrogi kapitan Zgniłobrody (sami się domyślcie, skąd wzięło się to przezwisko) przybywający prosto z XVII wieku. Dzieciaki postanowiły go zresocjalizować — to akurat pomysł Nilsona — nie spodziewając się, ile może to sprawić przedziwnych kłopotów.

Zgniłobrody i luneta przeznaczenia

W książce przygoda goni przygodę, a niektóre pomysły autora wywoływały u moich synów ataki śmiechu. Piotrek chichotał podczas rozmowy Gabrysi z antyterrorystami, Tymek gruchnął śmiechem, gdy słuchał relacji z cudownego konkursu historycznego (no jak, co byście woleli: prelekcję o Powstaniu Warszawskim? Może jakieś inne powstanie? II wojnę światową? Barwną i krwawą opowieść o bukanierach? No to drugie pytanie: co woleliby nauczyciele?).

Książkę Rafała Witka odsłuchaliśmy z przyjemnością i naprawdę umiliła nam podróż. Chłopcy się świetnie bawili, a ja nie zgrzytałam zębami ani się nie nudziłam, a czasami tak bywa, gdy słucham literatury dla dzieci. To fajna, ciekawa i wciągająca lektura, która z humorem pokazuje szkolną rzeczywistość i przykuwa uwagę.

Teraz przyszła pora na kilka „ale”, które zgłosił Tymek: Po pierwsze, dzieci w klasie trzeciej nie dostają świadectw z czerwonym paskiem, bo one są dopiero od czwartej klasy. Po drugie, Gabrysia nie dostałaby takiego świadectwa, bo by miała raczej „nieodpowiednie” z zachowania, po tym jak narozrabiała — i nic by jej nie uratowało. Po trzecie, kiedy ten pirat nauczył się obsługiwać silniki spalinowe, skoro pochodził z siedemnastego wieku i jakim cudem dzieciaki rozumiały jego angielszczyznę? 

No tak, muszę zgodzić się z synem, książka mogłaby być odrobinę mniej naiwna i — odrobinkę lepiej — odpowiadać rzeczywistości, ale co tam. Przygody Bzika i Makówki bardzo nas wciągnęły i nie możemy doczekać się kontynuacji. Chyba znowu padnie na audiobook, żebyśmy mogli słuchać razem.

Zdjęcia pochodzą ze strony wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Rafał Witek, Bzik i Makówka przedstawiają: Zgniłobrody i Luneta Przeznaczenia, Nasza Księgarnia 2014

Szkatułka i ważka – czyli o ratowaniu świata po raz kolejny

Dzisiaj ponownie będzie o książce dla dzieci trochę starszych — Tymek pochłania takie ilości książek, że jego matka za nim nie nadąża. „Szkatułkę i ważkę” z serii „Strażnicy” Teda Sandersa (wydawnictwo Wilga) przeczytaliśmy oboje i bardzo nam się spodobała — tutaj wielkie podziękowania dla Małgosi, która mi o książce opowiedziała i gorąco zachęcała do lektury.

Szkatułka i ważka

Wszystko zaczyna się od zwykłej ciekawości. Pewnego dnia — podczas jazdy tym samym, co zwykle autobusem, choć po zmienionej trasie — Horacy F. Andrews spostrzega szyld, na którym widnieje jego nazwisko. Ma ogromną ochotę to sprawdzić i w ten sposób trafia do Domu Odpowiedzi (House of Answers). Napis na szyldzie jest nader interesujący i tajemniczy:

ŚCINKI MATERIAŁÓW

PAMIĄTKI

SZCZĘŚCIA

NIESZCZĘŚCIA

ARTEFAKTY

ARKANA

OSOBLIWOŚCI

NIEDOLE

TAJEMNICE

I JESZCZE WIELE INNYCH RZECZY

W DOMU ODPOWIEDZI

Przyznaję, ja bym do takiego sklepu weszła, choć pewnie z dużym dystansem. Horacy, wielbiciel nauk ścisłych, wszedł również i choć w Domu Odpowiedzi znalazł więcej pytań niż odpowiedzi (a także jeszcze więcej interesujących kategorii i etykiet), tam właśnie zaczęła się jego fascynująca przygoda.

Chłopiec okazał się Strażnikiem. Na swojego, hmm, partnera wybrał go tajemniczy (w tej książce nie mówi się o magii) przedmiot: Szkatułka Obietnic, Fel’Daera. Chłopiec sam musi odkryć, jakie właściwości ma jego Tan’ji i to, czego sam jest w stanie dzięki niemu osiągnąć. Nauka idzie szybko, a odkrycia porażają. Gdy do chłopca dołącza Chloe, która potrafi przenikać przez ściany, wydarzenia nabierają tempa.

Na świecie działają dwie grupy: Strażnicy, który chronią tajemnicze niezwykłe przedmioty, i Odszczepieńcy, którzy pragną je wszystkie odebrać ludziom. Początki tej walki sięgają daleko w przeszłość, gdy nastąpił rozłam wśród Twórców, istot potrafiących tworzyć przedmioty obdarzone niezwykłą mocą. Okazało się, że moc artefaktów może być wykorzystana także przez ludzi, co wzbudziło sprzeciw części Twórców — to właśnie ich potomkowie zmienili się w Odszczepieńców. Przedmioty mają niezwykłą moc. Fel’Daera, Szkatułka Obietnic, sprawia, że można zajrzeć w przyszłość, ważka Chloe — Alvalaithen, Skrzydło Ziemi — pozwala przenikać przez materię — nie tylko przez ściany, ale właściwie przez wszystko. Trudno się dziwić, że walka o ich posiadanie momentami jest naprawdę brutalna.

Książkę, mimo jej grubości (ponad 500 stron), czyta się błyskawicznie. Tymek wypatrzył, że drugi tom ukazał się już po angielsku, i z niecierpliwością czeka na polski przekład. Trudno mu się dziwić. Akcja jest wartka i szybka, ciągle poznajemy nowych bohaterów i coraz więcej wiemy o obdarzonych czy też obdarzających mocą przedmiotach. Horacy i Chloe są sympatyczni i świetnie się uzupełniają, mają kolegów, rodziny i masę problemów — czasami podobnych do tych, jakie miewają inne dwunastolatki (jak wytłumaczyć mamie późne powroty do domu?). Ted Sanders bardzo ładnie pokazał, jak znika ich nieufność i pojawia się zaufanie. 

W warstwie fabularnej książka oczywiście powiela pewne schematy literatury dla młodszej młodzieży, ale dzieje się w niej tyle i jest to tak fajnie podane, że w niczym nie przeszkadza. Koniec zaś jest taki, że człowiek ma ochotę pobiec do księgarni i natychmiast kupić kolejną część. Ted Sanders stara się znaleźć naukowe podstawy dla wszystkich mocy, jaki obdarzają Strażników artefakty. Nie umiem ocenić, czy te podstawy są wiarygodne, ale dzięki nim książka wydaje się być mocniej osadzona w naszym tu i teraz, a jednocześnie daje nadzieję, że to „tu i teraz” wielokrotnie może nas jeszcze zaskoczyć. 

Dajcie znać, czy Wam się też podobało 🙂

Ted Sanders, Strażnicy. Szkatułka i ważka, Wilga 2016

CLUE, czyli Cecilia, Leo, Une i pies Egon

Bardzo lubimy wymianki książkowe. Nie zawsze udaje nam się na nie dotrzeć, ale spotkania Półek do spółki przyciągają jak magnes. Chłopcy przebierają książki— czasami decyzja, co zanieść tym razem, bywa trudna, ale tak bardzo lubią się wymieniać, że coraz chętniej wyciągają z domowych półek te pozycje, z których już wyrośli lub które znają prawie na pamięć (choć bywają i takie propozycje: mamo, to ty oddaj jakąś swoją, a weźmiemy książkę dla mnie!). Na jednej z wymianek trafiły do nas dwie książki z serii „Clue”, wydanej przez Smak Słowa, i Tymek wsiąkł w nie na parę godzin. 

Zagadka hien cmentarnych

Zagadka dna morskiego

 

 

 

 

 

Tylko na parę godzin, bo książki są stosunkowo krótkie, każda z nich liczy ok. 160 stron. Tymek stwierdził wręcz, że to rozbudowane rozdziały jednej długiej książki i zastanawiał się, czy jest jakieś wydanie zbierające wszystkie przygody młodych bohaterów. Do nas trafiła akurat część trzecia i czwarta, ale można je czytać bez znajomości poprzednich tomów. Nawiązania były jasno wyjaśniane i bardzo szybko odkryliśmy, o co chodzi.

Jørn Lier Horst, autor poczytnych kryminałów dla dorosłych („Jaskiniowiec”, „Psy gończe”), dziecięcych czytelników traktuje z równym szacunkiem: akcja jest wartka i wciągająca, wydarzenia wydają się prawdopodobne. Nie ma tutaj za dużo przemocy, a wszystkie zagadki zdają się prowadzić do wyjaśnienia tej najważniejszej: w jaki sposób zginęła matka głównej bohaterki. Czy był to wypadek na spacerze, czy morderstwo?

Czworo bohaterów, bo psa Egona trzeba traktować na równi z innymi, czyli Cecilia, Leo i Une mieszkają nad Zatoką Okrętów. Cecilia jest córką właściciela pensjonatu Perła, jej mama utopiła się rok wcześniej w niewyjaśnionych okolicznościach. Leo mieszka tutaj od niedawna, jego mama pracuje jako kierowniczka pensjonatu. Une zna zatokę od urodzenia. Jako córka rybaka wie wszystko o tutejszych wodach i świetnie zna tutejszą historię, która bywa skomplikowana. 

Każdy tom nie tylko wyjaśnia jakąś zagadkę kryminalną, ale także przybliża jedną z teorii filozoficznych (w „Zagadce dna morskiego” jest to Arystoteles i zasada złotego środka, w „Zagadce hien cmentarnych” Søren Kierkegaard). Filozofia pojawia się na stronach książki jakby przypadkiem i nienachalnie. Rozmowy bohaterów, którzy zastanawiają się, co zrobić i jak postąpić wydają się całkiem naturalne — Tymek nie miał wrażenia, że właśnie się czegoś uczy. Nie wiem jednak, czy cokolwiek mu z tej wiedzy zostało, bo zdecydowanie bardziej był skupiony na tym, by dowiedzieć się, co właśnie się stało i „kto zawinił”. Zastanawiał się, co on by zrobił i czy nie bałby się prowadzić dochodzenia, tak jak nastoletni bohaterowie. 

Seria „Clue” to dobra lektura dla trochę starszych dzieci, które lubiły przygody Lassego i Mai. Po przeczytaniu książek Horsta Tymek postanowił przeczytać Agatę Christie i przygody Sherlocka Holmesa.

Jørn Lier Horst, Zagadka dna morskiego, Smak Słowa 

Jørn Lier Horst, Zagadka hien cmentarnych, Smak Słowa

Ośmioro dzieci, ciężarówka i wiele więcej

Z Tymkiem czytaliśmy te książki już dawno temu, z Piotrusiem właśnie skończyliśmy i mój synek się zakochał. Przejrzałam mnóstwo internetowych stron w poszukiwaniu dalszych części w wersji anglojęzycznej, ale chyba nie ma — jeśli ktoś wie, gdzie je znaleźć, niech się podzieli tą informacją, uszczęśliwi tym sympatycznego prawie sześciolatka! 

8+2 i ciężarówka
8+2 i domek w lesie

 

 

 

 

 

 

Przygody wielkiej, wesołej i sympatycznej norweskiej rodziny wciągnęły Piotrusia na długo, choć najchętniej zmusiłby mnie do przeczytania jej „na raz”. Słuchał o przygodach Maren Dwanaście, Marcina Dziesięć, Marty Dziewięć, Madsa Osiem, Mony Sześć, Milly Pięć, Miny Cztery i Morciszka Dwa — Piotrek nie zaakceptował faktu, że drugą część tłumaczył ktoś inny, Morciszek miał zostać Morciszkiem, i już! — śmiał się w głos i co chwila komentował. Norweska rzeczywistość sprzed wielu lat wydawała mu się momentami dobrze znana, a chwilami bardzo egzotyczna. Najchętniej popróbowałby takiego życia i pojeździł tak fascynującą ciężarówką. Nieustająco także dopytywał, ile kto ma lat — aż zastanawiałam się, czy nie napisać sobie ściągawki.

W pierwszej części (8+2 i ciężarówka) poznajemy sympatyczną rodzinę mieszkającą w maleńkim mieszkaniu gdzieś w norweskim mieście. Nie jest to znana nam Norwegia — rodzina jest biedna, w domu nie ma łazienki, do dyspozycji mają tylko pokój i kuchnię. Aż trudno uwierzyć, jak bardzo zmieniła się Norwegia. Dzieci w tej książce są fascynujące: samodzielne, zaradne, myślące. Przy lekturze cały czas miałam wrażenie, że są takie, bo pozwolono im na to (i trochę muszą takie być przy tak wielkiej rodzinie). To też znak czasów: dzisiaj dzieci dużo dłużej są mało samodzielne, bo tak bardzo się o nie boimy. Razem z dziećmi, rodzicami i babcią (och, ta babcia!) chodzimy po mieście, oswajamy sąsiadów, wyjeżdżamy na wycieczki. Życie sympatycznej rodzinki wciąga i chcemy się z nimi zaprzyjaźnić na dłużej. 

W drugiej części (8+2 i domek w lesie) rodzina mieszka już gdzie indziej (tajemnica przeprowadzki wyjaśnia się pod koniec pierwszej części). Wokół ich domu jest las, cudowne miejsce na przeżywanie przygód. A na dodatek mieszka z nimi babcia — jedna z najbardziej niesamowitych książkowych babci. Piotrek marzył, by jego Babcia znała się na zabawie w Indian, zakładała pułapki nad drzwiami i udawała ducha na strychu. Nie każda babcia jednak to potrafi, a babci sympatycznej ósemki zdecydowanie na dobre wyszło opuszczenie domu dla staruszków i zamieszkanie w leśnym domku.

Wcale się nie dziwię, że historia wielkiej rodziny stworzona przez Anne-Cath Vestly należy do jednej z najpopularniejszych serii w Norwegii. Sama mam ochotę dowiedzieć się, co było dalej i wcale się nie dziwię Piotrusiowi, że po lekturze miał wielką ochotę na gofry i wycieczki. Jest w tych książkach jakieś ciepło i mądrość, które przypominają historie Astrid Lindgren. Znalazłam w nich także kilka pomysłów wychowawczych, które zamierzam skopiować w realnym życiu — zacznę od biegania wokół dzielnicy, by pozbyć się złości. Zobaczymy, ile kółek nam wystarczy. 

Anne-Cath Vestly, 8+2 i ciężarówka, Dwie Siostry 

Anne-Cath Vestly, 8+2 i domek w lesie, Dwie Siostry 

Na ratunek prawdzie, książkom i ludzkości

Mój starszy syn z niecierpliwością czeka na trzeci tom tej książki. Jakiś czas temu prawie codziennie pytał, czy już został wydany. Teraz nie ma dnia, żeby nie zapytał, czy już mu ją zamówiłam. Nie każda seria wzbudza w nim równe zainteresowanie i entuzjazm, więc ta wydaje się wyjątkowa. A na dodatek w tytule ma książki. 

Podpalacze książek                   Podpalacze książek

 

 

 

 

 

 

 

Trzeba przyznać, że Podpalacze książek Marine Carteron (wydawnictwo Wytwórnia) zaczynają się mocnym akcentem. Na początku ginie ojciec głównych bohaterów, a potem trup ściele się gęsto. Czego tutaj nie ma: spisek, tajne stowarzyszenia, tajemnicza organizacja, która chce rządzić światem i zawłaszczyć prawdę, inkwizycja, templariusze… Podczas lektury miałam skojarzenia z jednej strony z Kodem Leonarda da Vinci Browna i całą masą innych książek prezentujących spiskową teorię dziejów, a z drugiej z Trzema muszkieterami Dumas (ten trop jest akurat bardzo podkreślany przez autorkę). Tymek przeczytał oba tomy jednym tchem i nic mu nie przeszkadzało. 

Bohaterami książki są czternastoletni August i siedmioletnia Cezaryna Mars. August to typowy-nietypowy nastolatek. Jest zapatrzony w siebie, nie potrafi sobie poradzić z własnymi uczuciami, skupia się na wyglądzie i próbuje za wszelką cenę wywrzeć wrażenie na dziewczynach. Nie zna się także na komputerach, nie fascynują go gry komputerowe i ma znikomą liczbę znajomych na Facebooku. Cezaryna jest za to absolutnie wyjątkowa — to genialna autystyczna dziewczynka, komputer w skarpetkach, jak określa ją jej brat. Narracja w książkach prowadzona jest z dwóch punktów widzenia: Augusta i Cezaryny, a fragmenty jej dziennika są naprawdę fascynujące, są jak przepustka do zamkniętego na co dzień świata. Warto tę książkę przeczytać chociażby po to, by poznać jej zapiski.

Śmierć ojca oznacza zawalenie się całego dotychczasowego świata. Brzmi to banalnie, tak zwykle bywa, jednak w przypadku Augusta i Cezaryny to dopiero początek kłopotów. Dzieci muszą zmierzyć się z brakiem jednego z rodziców, odnaleźć w nowym środowisku w związku z przeprowadzką do dziadków, a przede wszystkim odkryć, czym naprawdę zajmuje się ich rodzina. Odpowiedzialność okazuje się ogromna, a August nieustannie popada w kłopoty: zadziera z niewłaściwymi ludźmi, zakochuje w niewłaściwej dziewczynie, buntuje się i awansuje do roli głównego wroga publicznego całej okolicy.

Świat w tych książkach to pole bitwy pomiędzy dwoma siłami, bitwy, która rozpoczęła się wieki temu, ale ciągle trwa. Z jednej strony jest Bractwo, sekretna odnoga zakonu templariuszy, choć dużo starsza niż sam zakon, bo założono je w czasach Aleksandra Wielkiego. Celem Bractwa jest ochrona najważniejszych dla ludzkości tekstów, tak aby zapobiec manipulowania ludźmi. Ich najgroźniejszym wrogiem są Podpalacze, dążący do przejęcia całej wiedzy. Podpalacze nie mają skrupułów i za wszelką cenę dążą do osiągnięcia celu. Gra toczy się więc o przetrwanie książek.

W dzisiejszym świecie pytanie, czy książki przetrwają, wydaje się być bardzo istotne, choć wcale nie chodzi o zagrożenie ze strony tajnych organizacji. W dobie Internetu i manipulowania danymi prawda wydaje się być wartością bardzo cenną i jednocześnie ulotną — dobrze, że Tymek mógł zetknąć się z tymi problemami, na dodatek w sensacyjnej i wciągającej formie. Warto także wspomnieć o oprawie graficznej — okładka jest świetna, ascetyczna, odmienna od typowych okładek dla dzieci. Kolorowe liczby na białym tle przyciągają uwagę, a tajemnicze symbole intrygują. 

 

Marine Carteron, Podpalacze książek. Mój brat strażnik, Wytwórnia, 2015

Marine Carteron, Podpalacze książek. Moja siostra wojowniczka, Wytwórnia, 2015

Wakacje u babci nie muszą być złe

Tymek doskonale wie, że wakacje u babci nie muszą być złe, bo chętnie spędza u niej trochę czasu i w wakacje, i w ferie. Zwykle wraca bardzo zadowolony, objedzony kopytkami, pyzami i pierogami (czyli tym wszystkim, czego mama nie chce gotować), ale po ostatniej lekturze trochę żałował, że jego babcia nie hoduje lilii. No i od razu wiadomo, co czytał 😉

Czarownica piętro niżej

Marcinowi Szczygielskiemu udało się stworzyć świetną i bardzo wciągającą książkę. Tymek czytał ją z wypiekami na twarzy – przy pierwszych kilku stronach trochę marudził, że akcja nie jest aż tak wartka jak w „Zwiadowcach”, ale potem nie mógł się oderwać. Mamo, jutro nie idę do szkoły, jeszcze tylko kilka stron…..
„Czarownica pięto niżej” to historii Mai, której akurat zaczęły się wakacje. I wszytko układa się nie tak: jej siostra urodziła się dużo za wcześnie i ciągle jest w szpitalu, jej mama ciągle płacze, jej tata ciągle pracuje, a ona ciągle siedzi przed telewizorem. A na dodatek pada deszcz. Trudno się więc dziwić, że rodzice szukają pomysłu, co zrobić. Podejmują decyzję, że Maja pojedzie do ciabci, do Szczecina. No przecież kompletna nuda: stara babcia, stara kamienica, czarno-biały telewizor, skrzypiące schody, niepokojące odgłosy na strychu, ukryte tunele, gadające koty, zwariowane wiewiórki, tajemne drzwi… Może wystarczy tej wyliczanki. Wakacje u ciabci naprawdę nie będą nudne.

Ta książka to doskonała historia napisana pięknym językiem. Tymek nie raz zarykiwał się ze śmiechu i przybiegał, by przeczytać mi, co bardziej soczysty fragment. Jego ulubiony to zabawa w serial i wypytywanie o wiek ciabci. A mnie się przypomniało, jak Tymek pytał swoją prababcię, czy pamięta dinozaury 🙂 Wiele jest w tej powieści smaczków, bo Marcin Szczygielski uroczo podsłuchuje żywy język i zwyczaje dzieci.

Książka jest nie tylko ciekawie napisana, ale także świetnie zilustrowana przez Magdę Wosik. Carno-białe ilustracje dobrze podkreślają atmosferę tajemnicy i sekretów. Tymkowi kojarzyły się trochę z komiksem.

Marcin Szczygielski, Czarownica piętro niżej

A po zakończeniu czytania Tymek ogromnie się ucieszył, że jest druga część. I to na dodatek tak smakowicie zatytułowana „Tuczarnia motyli”.

Kuba, Łukasz i lokomotywa

Michael Ende kojarzył mi się do tej pory tylko z dwiema książkami: uwielbianą przeze mnie w dzieciństwie „Momo”, no i oczywiście z „Niekończącą się historią”. Przyznaję jednak, że chyba najpierw obejrzałam film, a książkę przeczytałam dużo, dużo później i niewiele z niej pamiętam. Na pewno jednak do niej wrócę – razem z Tymkiem, szczególnie po zaprzyjaźnieniu się z Kubą Guzikiem
Tym razem jednak nie będzie ani o Momo (próbowaliśmy, ale Tymek jest jeszcze za mały) i nie o „Niekończącej się historii”, tylko o dwóch innych książkach Micheala Ende, bo „Kuba Guzik i maszynista Łukasz” oraz „Kuba Guzik i Dzika Trzynastka” na długo zdominowały nasze wieczory i oboje żałowaliśmy, że już się skończyły. Obie książki wydał Znak (razem z innymi książkami Michela Ende).

    

Stały na półce od jakiegoś czasu, a pewnego dnia zaczęliśmy je czytać tak trochę od niechcenia, żeby w końcu zobaczyć, co to jest i trochę dlatego, że nie mieliśmy pomysłu na inna lekturę… I wciągnęło nas oboje, i to bardzo. Może pierwszy tom troszeczkę mniej: dłużej się zaczyna, akcja jest na początku mniej wartka – przecież trzeba wszystkich przedstawić.Akcja książki zaczyna się na Trochanii, maleńkiej wyspie, na której mieszka tylko czworo mieszkańców: maszynista Łukasz i jego lokomotywa Emma, pani Coo, pan Rękawek. Nie, nie pomyliłam się: Emma jest jak najbardziej legalną mieszkanką wyspy 🙂 No i oczywiście król: Alfons za Kwadrans XII. Pewnego dnia na wyspę przypływa statek pocztowy i dowozi paczkę, zaadresowaną co prawda doTroskanii, ale o takim miejscu nikt nigdy nie słyszał. W ten sposób na Trochanię trafia Kuba Guzik, którego nikt jeszcze tak nie nazywa. A że Trochania jest naprawdę maleńka i nie ma na niej miejsca na dom jeszcze jednego obywatela, Łukasz postanawia odpłynąć z niej lokomotywą (tak, tak, odpłynąć), żeby zrobić miejsce dla swojego najlepszego przyjaciela Kuby, a Kuba postanawia mu towarzyszyć, bo przecież przyjaciela się nie zostawia w potrzebie. I obaj wyruszają w podróż razem z maszynistą Łukaszem – w podróż, z której przywiozą wiele nowych doświadczeń i wielu nowych przyjaciół.

Nie chciałabym opowiadać tutaj historii Guzika. Warto może wspomnieć, że w książce są smoki, piraci – groźna Dzika Trzynastka – księżniczka (i to niejedna), a nawet cesarz. Tymek z zafascynowaniem słuchał opowieści o cudownej Mandalii, o pozornym olbrzymie i podziwiał odwagę maleńkiego Ping Ponga – bardzo już mądrego. Emma co prawda przez całą książkę nie wypowiada ani słowa, ale jest bardzo ważną bohaterką.

Naprawdę gorąco polecam – czekam z niecierpliwością, aż Piotruś podrośnie, bo mój młodszy synek kocha lokomotywy (mamo, tutu, bucha, buch, buch i ma magon…), więc na pewno spodoba mu się ta książka. Na razie jednak pewnie próbowałby wyrwać z niej kartki, więc niech może jeszcze trochę poczeka na półce.

Lasse, Maja i Perry

Lupa, komputer, lornetka, pędzelek, pistolet, notes, telefon, noktowizor, radar, aparat fotograficzny, kamera….. I wiele innych rzeczy. Według mojego syna to wszystko są rekwizyty detektywa. Aaa, zapomniałabym o najważniejszym – potrzebna jest czapka kominiarka i jeszcze chustka na twarz. Przecież detektywa nikt nie powinien zauważyć – musi być zamaskowany od stóp do głów 🙂 Być może po ostatniej lekturze mój synek zażąda prochowca.

Fascynacja kryminałem zaczęła się od Lassego i Mai, dwojga detektywów z powieści wydawanych przez Zakamarki. Razem z nimi rozwiązaliśmy już tajemnicę gazety, szkoły, mumii, złota i pociągu.

     

Lasse i Maja to dwoje dzieci mieszkających w Valleby. Oboje potrafią patrzeć i wyciągać wnioski, więc chętnie pomagają Komisarzowi, który – nie ma co kryć – za bardzo sobie nie radzi. A w miasteczku ciągle się coś dzieje: ktoś kradnie złoto z banku, znikają psy, a porywacz żąda okupu, a w muzeum egipska mumia kradnie obrazy. Biuro Detektywistyczne Lassego i Mai ma pełne ręce roboty.
Tymek ma dużo radości z zabawy w detektywa. Przybiega do mnie i prosi o zadanie – i mama musi wymyślać sprawy do rozwiązania. Czasami podkładamy mu w domu rzeczy do odnalezienia – aby je odnaleźć, musi najpierw odszukać mapę i inne wskazówki. Czasami są to poukrywane w różnych miejscach karteczki ze strzałkami, czasami jakieś przedmioty leżące w nieoczekiwanych miejscach. Bawimy się także tylko w wyobraźni – wymyślamy napady na bank i na sklep, rozmawiamy, szukamy śladów – bardzo lubię słuchać historii wymyślonych przez moje dziecko – rośnie z niego fajny chłopak o bogatej wyobraźni. Ostatnio wymyślaliśmy, o czym mogą śnić przykryte śniegiem zabawki na placu zabaw i skojarzenia mojego syna wprawiły mnie w osłupienie, tak były nieoczywiste dla dorosłego.
Wydawnictwo Zakamarki poleca serię o Lassem i Mai dla dzieci samodzielnie czytających – dla ośmioletniego syna moich przyjaciół książka była jednak za prosta i po prostu się nią znudził. Tekst jest jednak wydrukowany dużą czcionką, co na pewno ułatwia samodzielne czytanie. Nie ma go także jakoś specjalnie dużo – zdarzało nam się przeczytać książkę za jednym zamachem, choć początkujący czytacz raczej tego nie dokona. Dla prawie pięciolatka książka jest idealna – niezbyt skomplikowana intryga, wyraziste postacie, sporo ilustracji. Ilustracje są zresztą kontrowersyjne – moim zdaniem są po prostu dość brzydkie. Tymkowi nie przeszkadzają – stara się nawet czasami sam coś rysować – może właśnie o to chodziło. Ilustracje w książkach nie onieśmielają dziecka, jest ono w stanie narysować podobne, schematyczne postacie. A umieszczenie na początku mapy Valleby to doskonały pomysł. Tymek uwielbia ją oglądać i wytycza trasę Mai i Lassego.

   

Niedawno wyobraźnią Tymka zawładnął inny detektyw: Perry Panther, bohater cyklu wydanego przez Naszą Księgarnię. Perry to kocur, który został prywatnym detektywem, gdy policja wiele razy odrzuciła jego podania o pracę:

Tak, tak, będę najsłynniejszym kocim detektywem wszech czasów. Takim Sherlockiem Holmesem przedmieścia.
Mój wzrok błądzi w ciemności. Tam, w ogródkach i na podwórkach, aż się przecież roi od niewykrytych przestępstw i nierozwiązanych spraw. Wszędzie czają się kanałowe szczury-kryminaliści i impertynenckie psy bojowe, podstępni dozorcy domów i perfidne pinczerki, podli złodzieje rowerów i nielegalni handlarze świnek morskich. I ja te ich nadużycia ukrócę. Za jedyne parę puszek kociego jedzenia pomogę moim zrozpaczonym klientom i zaprowadzę porządek.

No i Perry rozpoczyna działalność: w garażu swojego pana. Ubrany w prochowiec rozwiązuje swoją pierwszą sprawę: odnajduje uprowadzoną kotę Tilly.
Tymkowi pierwszy tom „Detektyw Perry Panther i mysia mafia” (Markus Grolik, Nasza Księgarnia 2007)

    

podobał się bardzo, więc na pewno będzie chciał poznać następne przygody sympatycznego kocura. A sama powieść ma trochę cech czarnego kryminału, oczywiście dostosowanego do dzieci (niedoceniony bohater wyznający szlachetne zasady, niesprzyjające okoliczności prowadzenia śledztwa: deszcz leje, brak pomocy). Chandler to to nie jest, ale świetna lektura dla małoletniego miłośnika detektywów i intryg.