Gotujemy…

Znaczy się: Piotrek gotuje. Wrócił któregoś dnia ze szkoły i od drzwi zapytał, czy kupię mu książkę. Kucharską! Bo on teraz musi zrobić taki napój bananowy z podręcznika do polskiego. Ale to przepis z takiej książki i on chciałby ją mieć, bo w podręczniku są tylko dwa. A on pomyślał, że fajnie by było zacząć się uczyć gotować. Bo trochę już umie, a chciałby więcej.

Przyznam, że chwilę zajęło mi zorientowanie się w tym wszystkim. W końcu zniecierpliwione dziecię wyjęło z plecaka podręcznik, otworzyło na właściwej stronie i pokazało palcem tytuł. I wszystko stało się jasne. W podręczniku są fragmenty książek i Piotrka zafascynowały przepisy z książki „Dzieci gotują” Agnieszki Górskiej. Nie mogłam nie kupić.

Agnieszka Górska, Dzieci gotują

Dziecko nie mogło się doczekać przesyłki. A kiedy książka w końcu doszła, Piotrek najpierw przestudiował spis treści, potem zadzwonił do taty z prośbą o zrobienie zakupów (było już późnawo i sam nie mógł iść do sklepu), a potem przygotował cukierki. Śmietankowo-kawowe i bardzo pyszne. Co prawda miały być ślimaczki, a wyszły bardziej, hmm, ciasteczka (możecie je zobaczyć na zdjęciu), ale smak wynagradzał wszystko. Teraz dziecko planuje zrobienie domku Baby Jagi, a ja zastanawiam się, czy kiedyś zajrzy do innej części niż „Ciastka i łakotki”.

Agnieszka Górska, Dzieci gotują

Agnieszka Górska napisała kilka książek z przepisami dla dzieci. Do naszego domu trafiła „Wielka księga przepisów”, w której zebrano receptury publikowane także we wcześniejszych wydaniach. Ilustracje narysowała Marianna Oklejak, a książkę wydało Wydawnictwo Demart. Bardzo się przyjemnie tę książkę wertuje. Przepisy są czytelne, kolorowe i bardzo smakowite. Aż chce się wszystkie wypróbować.

To prawdziwa, pełna książka kucharska. Znajdziecie w niej dania na zimno i na ciepło, potrawy słodkie i słone, proste i bardziej pracochłonne. Mały kucharz może się z niej także dowiedzieć, jakie przyrządy będą mu potrzebne, jak nakrywać do stołu i co oznaczają miary w przepisach. To wiedza przydatna w końcu nie tylko w kuchni.

Agnieszka Górska, Dzieci gotują

Bardzo spodobał mi się pomysł umieszczenia w książce przepisów z różnych stron świata. Co prawda większość znamy, bo chyba nie ma dziecka, które nie lubi pizzy lub spaghetti, ale własnoręcznie przygotowane leczo na pewno smakuje lepiej niż to mamine, a przy okazji można się czegoś ciekawego dowiedzieć.

W książce znajdziecie także krótkie historyki do poczytania, których akcja kręci się wokół kuchni i jedzenia. Jak widać, każdy może znaleźć w niej coś dla siebie – a my na dodatek bardzo lubimy kreskę Marianny Oklejak. Oglądamy, czytamy, gotujemy – a potem zajadamy, czasami przy tym czytając, choć wiemy, że to niezdrowo i że tak nie wolno.

Agnieszka Górska, Dzieci gotują, il. Marianna Oklejak, wyd. Demart

Reklamy

Jestem miasto. Warszawa

Dzisiaj będzie o pożytkach z grzebania w koszach z książkami w supermarketach. Wiem, wiem — książki najlepiej kupować w małych księgarniach. Takie rozwiązanie ma jednak kilka wad: nie zawsze taka księgarnia jest blisko domu, bywają bardzo złe małe księgarnie, a ceny oferowanych w nich książek czasami zbijają z nóg. Uwielbiam klimatyczne księgarnie, ale większość książek kupuję przez Internet. W koszach grzebię namiętnie, bo w stertach kolorowej bylejakości można znaleźć tam prawdziwe skarby sprzed kilku lat i to za cenę, o której w chwili wydania mogłabym tylko pomarzyć. Nie samymi nowościami żyje człowiek (a dziecku zwykle jest wszystko jedno, aby było ciekawe), a w koszach zdarza mi się trafiać na zachwycające książki, o których nic a nic nie wiedziałem (wiem, wstyd). O jednej z nich chciałabym opowiedzieć, bo zachwyca i mnie, i moje Młodsze (a Tymek też do niej zerknął).

Jestem miasto. Warszawa

„Jestem miasto. Warszawa” to dzieło Marianny Oklejak, której ilustracje bardzo, bardzo lubimy (no gdzie jest kolejna część ciężarówki?). Według informacji z bloga Pani Marianny, książka powstała w 2012 r. i została wydana przez Czułego Barbarzyńcę. Mignęła mi wtedy przez chwilę, bo została wyróżniona przez polską sekcję IBBY. Mignęła i przepadła, a teraz kusiła z supermarketowego kosza. Trafiło do nas wydanie sygnowane przez Wydawnictwo Wilga.

„Jestem miasto. Warszawa” to wspaniały picture book poświęcony Warszawie, a narysowany z wielką miłością. Piotruś z zachwytem i radością ogląda karty, studiuje, czyta nieliczne napisy, których autorką jest Aleksandra Szkoda, a jego uwielbienie dla tej książki cały czas rośnie. A więc zaczynajmy opowieść….

Dawno, dawno temu, w praczasach była sobie knieja. 

Jestem miasto. Warszawa

W lasach mieszkali radośni ludzie, wesołe zwierzęta i całe tłumy magicznych stworzeń. Wyobraźcie sobie, z jaką radością mój Synek wyszukiwał na tej pradawnej ilustracji Warsa i Sawę, wodnika, diabełka z wierzby (u nas jest to Rokita i już!) oraz wiele innych postaci, które Piotrusiowi kojarzą się z baśniami i legendami. Historia dzieje się na naszych oczach, a stare przeplata się z nowym.

Jestem miasto. Warszawa

Na kolejnej karcie przeskakujemy kilka wieków. Jesteśmy w czasach wolnych elekcji. Sobieski buduje dla Marysieńki Marie Mont, na polach Woli szlachta wybiera króla, a Szwedzi walczą pod Białołęką z okrzykiem „Ikea” na ustach. Warszawa wydaje się taka malutka, a Góra Gnojowa taka duża. (Musiałam koniecznie sprawdzić, kto wpadł na pomysł wyrzucania śmieci tuż obok królewskiego zamku, bo Piotrusia ta góra zafascynowała).

Jestem miasto. Warszawa

Groch z kapustą? Może troszeczkę. Marianna Oklejak miesza lata (te sąsiadujące ze sobą) i co chwila zmienia skalę. Jej Warszawa rośnie i maleje, w zależności od potrzeb rysowniczki, ale — wiecie co? — w niczym to nie przeszkadza. To po prostu książka do wędrowania, najlepiej co jakiś czas w towarzystwie dorosłego, który wyjaśni, wytłumaczy, podpowie i razem się pośmieje. Ilustracje można oglądać z góry, z dołu, z boku… Za każdym razem odkrywa się coś ciekawego, interesującego, innego.

Marianna Oklejak prowadzi nas przez lata ważne dla Warszawy. Razem z nią wędrujemy po Warszawie przez czasy burzliwe…

Jestem miasto. Warszawa

…podziwiamy odrodzoną w dwudziestoleciu międzywojennym…

Jestem miasto. Warszawa

…czujemy ścisk w sercu, gdy widzimy, jak walczy…

Jestem miasto. Warszawa

Mamo, to chyba jedyny obrazek, na którym nie ma żadnego żartu, stwierdził Piotruś, który bardzo dokładnie studiował ilustrację poświęconą Powstaniu…

Potem jest już łatwiej. Towarzyszymy stolicy przy odbudowie, przechodzimy przez szary stan wojenny i wkraczamy do miasta, które znamy…. Ruchliwego, światowego, pełnego życia. Książka Marianny Oklejak jest pełna czaru i dowcipu. Śledziliśmy losy polskiego diabła Rokity, tropiliśmy niedźwiedzia, szukaliśmy łosi. Na pełnych szczegółów ilustracjach kryje się mnóstwo żarcików, zabawnych historyjek i anegdot. Mnóstwo tutaj humoru, który rozbawi dorosłego, „czytającego” te ilustracje trochę inaczej, czasami bardziej nostalgicznie niż dziecko.

Jestem miasto. Warszawa

Jeśli zobaczycie książkę Marianny Oklejak na półce w supermarkecie, zabierzcie ją stamtąd bez zwłoki i wrzućcie do swojego koszyka. I sięgnijcie po nią na półce w księgarni, jeśli gdzieś się jakimś cudem ostała. Nie da się z niej nauczyć topografii Warszawy (ale od tego są mapy), za to dowiecie się, dlaczego to miasto tak bardzo wrosło w polską historię. To książka do wspólnego oglądania dla wielu pokoleń i doskonały pretekst, by do Warszawy się wybrać, chociażby po to, by sprawdzić, jak dzisiaj wygląda Góra Gnojowa.

Marianna Oklejak, Jestem miasto. Warszawa, tekst Aleksandra Szkoda, Wydawnictwo Wilga

Polski folklor dla dużych i małych

„Cuda Wianki. Polski folklor dla dużych i małych” Marianny Oklejak przydźwigałam z biblioteki. Mamy taką wspaniałą bibliotekę, w której Panie Bibliotekarki dbają, by na półkach szybko pojawiały się nowości i nagradzane książki. „Cuda Wianki” po prostu leżały na półce i kusiły, żeby je obejrzeć.

Marianna Oklejak, Cuda Wianki

Oglądałam je już kilka razy, za pierwszym razem w pośpiechu, potem spokojniej, zachwycając się kolorem, kompozycją, doborem motywów. To piękna, bardzo przemyślana książka, po którą dziecko raczej samo nie sięgnie…

Żeby wszystko było jasne: zakochałam się w tej książce. Jest cudowna. Nie mogę się od niej oderwać, ale chłopców muszę do niej zaganiać i zachęcać. Za każdym razem, gdy ją przeglądam, myślę sobie, jak ważny w tym przypadku jest rodzic, który podsunie ją dziecku, zachęci do zajrzenia do środka. Nasze dzieci lepiej znają zwyczaje afrykańskie czy indiańskie niż dawne polskie. A teraz można powiedzieć: popatrz, to Polska właśnie. Taka kolorowa, różnorodna, rozśpiewana, zakręcona i fajna. Taka była – a może ciągle jest? Mam wrażenie, że ta książka – chyba nawet w większym stopniu niż inne książki autorskie – wymaga aktywnej współpracy dorosłego z dzieckiem, rozmowy, wspólnego oglądania, badania, pytania, zachwycania się. Ciągam swoich synów po muzeach i skansenach, ale u Marianny Oklejak folklor po prostu żyje i tętni energią, nie jest nudny, jest intrygujący i przyciągający jak magnez.

Chłopcy podeszli z rezerwą, popatrzyli, powiedzieli, że raczej ładne i że obejrzą. Koronki, stroiki i inne buciki ich nie zainteresowały (przecież chłopcy nie interesują się modą – taki archaiczny pogląd prezentują jeszcze moi synowie). Na początku zafascynowały ich przebierańcy. Z narastającym zdumieniem i zadziwieniem oglądali kolędników. I słychać było żal, że prawdziwych kolędników już nie ma, że czasami widać diabła i anioła, a oni by chcieli zobaczyć turonia i gwiazdę kolędniczą, i śmierć.

Marianna Oklejak, Cuda Wianki

Oglądaliśmy tę książkę z Babcią – dała się namówić i opowiedziała, jak życie na podlaskiej wsi wyglądało tuż po wojnie, a chłopcy słuchali. Niektóre zwyczaje znają w wersji okrojonej: Dziadkowie ciągle urządzają im wojny na pisanki w wielkanocny poranek (sami muszą te pisanki pomalować), w Niedzielę Palmową budzę ich palemką, tak jak mnie budziła prababcia, którą ledwo pamiętam (ale palma bije, nie zabije pamiętam), ale większość brzmi dla nich jak piękna bajka z dawnych lat.

Potem śledziliśmy historię ukrytą na ilustracjach i wycinankach. Podpowiedziałam im tylko, że opowieści są dwie: jedna wesoła, a druga smutna, zamotane ze sobą i się przenikające. I zaczęło się poszukiwanie: mamo, to zagadka. Pewnie, że zagadka: pełna koloru, czarująca wzorami, różnorodnością, radością życia i poszukiwaniem piękna. Jak bardzo ludzie musieli być spragnieni piękna i koloru, jak bardzo musieli być wyczuleni na harmonię barw i kształtów, że udało im się tak pięknie wszystko dobrać, tak cudownie zgrać.

Teraz czekam, aż przyjdzie paczka z naszą własną książką. Niech wycinankowy konik poskacze po naszej półce. Tymek stwierdził, że kolory i wzory w tej książce są piękniejsze niż na ubraniach w skansenie. I właśnie tak ma być. Wielkie podziękowania należą się wydawnictwu Egmont za to, że wydało książkę, która przerabia folklor na baśń i pokazuje, jak pięknie można się nim cieszyć do dziś.

Marianna Oklejak, Cuda Wianki

Marianna Oklejak, Cuda Wianki, Wydawnictwo Egmont, 2015