Kefir w Kairze

Miało być całkiem o czymś innym, ale od dwóch dni Piotrek czyta „Kefir w Kairze”. Czyta sobie, Matce, Ojcu, Bratu, Babci i wszystkim dookoła. Czyta i chichocze. Czyta i się dziwi, i zadaje pytania. Nie się przeoczyć takiej fascynacji i przejść obok bez reakcji… Aaaa, wygląda na to, że rymowanie jest zaraźliwe.

20180617_134410-1

„Kefir w Kairze” Michała Rusinka (Wydawnictwo Znak) trochę oszukuje. Wszyscy ci, którzy w pełni i bez rezerwy uwierzyli w podtytuł „Rymowany przewodnik po miastach świata”, i spodziewali się zabytków, obyczajów i masy informacji geograficznych będą coraz szerzej otwierać oczy i z coraz większym zdumieniem (i mam nadzieję, coraz szerszym uśmiechem) zastanawiać się, o co chodzi. Jest to bowiem przewodnik napisany nie przez turystę, a przez limerystę — nie, nie jestem taka mądra i nie wymyśliłam tego słowa. Jak powiedział Michał Rusinek w wywiadzie turysta zwraca uwagę na miejsca, a limerysta na nazwy. I to właśnie one są tutaj najważniejsze.

Jak już pisałam, u nas zaczęło się od Buki i Bukaresztu:

20180617_134345

Piotrek nie był w stanie przestać się śmiać. A potem zalał nas pytaniami, czy Buka NAPRAWDĘ  przeprowadziła się do Bukaresztu. I było to tylko pierwsze z serii trudnych pytań.

Michał Rusinek bawi się nazwami. Bierze nazwę jakiegoś miasta na świecie i zaczyna zabawę słowami. Skojarzenia ma niezwykłe i czasami niesamowicie absurdalne. Nazwa jest tylko pretekstem — w wierszu mogą pojawić się odwołania do kultury danego kraju albo nie. Nie ma reguły, bo przecież nie o wiedzę geograficzną, a o zabawę językiem, wyobraźnię i grę w skojarzenia tutaj chodzi. I za nic ma autor późniejsze męki rodzica, do którego przychodzi dziecię i pyta: Mamo! A czy w Skopje NAPRAWDĘ  na słupach są napisy „Chłopje! Stój! Nie dotykaj, bo prąd kopje!” Są?! No sprawdź w Internecie!

20180617_134108

W „Kefirze w Kairze” jest 53 utwory o miastach z różnych krańców świata i z każdego kontynentu (a także dwa spisy treści, zwykły i a tergo). Każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Są takie wiersze, przy których chichoczę. Są takie, które powalają mnie na kolana i wyrywają z gardła jęk zazdrości, że ktoś odkrył takie wspaniałe podobieństwa, ale i takie, które nie wywołują u mnie większych emocji. Nic nie szkodzi — doceniam kunszt słowa i zabawę językiem. To naprawdę świetna książka do czytania i śmiania się. I do nauki geografii właściwie też, bo przecież można zaznaczać na mapie te miejsca, o których Michał Rusinek napisał. A potem pozastanawiać się razem, jak tam jest. A jeśli nie uda nam się zwiedzić Limy, to może chociaż powinniśmy wpaść do Limanowej?

Gdy w Limie gęstość zaludnienia

Stała się wprost nie do zniesienia,

To wtedy część ludności Limy

Wywędrowała pewnej zimy

Do kraju całkiem nieznanego,

Polską (lub jakoś tak) zwanego.

Powstała tam osada nowa,

Nazwana przez nich — Lima-Nowa.

20180617_134012

„Kefir w Kairze” zilustrowała siostra autora, Joanna Rusinek. Bardzo zgrany do duet. Każda rozkładówka to jeden wiersz świetnie komponujący się z rysunkiem. Na kartach książki możecie nawet znaleźć jej autora (nie, to nie jest ta mumia z ilustracji poniżej).

20180617_134228

Lubię utwory Michała Rusinka. Wpadają w ucho, zapraszają do zabawy słowami, pobudzają wyobraźnię. I choć nie zawsze trafiają do mnie skojarzenia i humor autora, to rozumiem swojego syna, któremu trudno się od tej książki oderwać. To lektura, która prowokuje do rozmów o języku i skojarzeniach, do tłumaczenia znaczeń słów — nie ma takich dużo.

Michał Rusinek w wywiadzie, który podlinkowałam wyżej, powiedział, że wyjdzie zbiór jego poezji patriotycznej. Bardzo jestem ciekawa, jak poradził sobie z tak trudnym tematem.

Michał Rusinek, Kefir w Kairze, il. Joanna Rusinek, Znak 2018

Reklamy

Leć, Dziadku, leć!

Przeczytałam w końcu „Wielką ucieczkę Dziadka” Davida Walliamsa, długo po moim synku, który połknął ją jednym tchem i gorąco mnie namawiał do lektury. Dobrze, że się dałam skusić. 

Wielka ucieczka dziadka

„Wielka ucieczka Dziadka” to, moim zdaniem, najlepsza, najdelikatniejsza i jak zwykle bardzo wciągająca książka Walliamsa. Akcja pędzi i nawet dorosły czytelnik z wypiekami na twarzy ma ochotę jak najszybciej przekręcać strony, aby dowiedzieć się, co będzie dalej. Na kartach powieści, też jak zwykle u Walliamsa, przewija się mnóstwo charakterystycznych, karykaturalnych postaci: od rodziców głównego bohatera po siostrę Wieprzyk i straszny personel domu spokojnej starości „Zmierzch życia”. Najważniejsze postacie książki zostały za to przez autora potraktowane wyjątkowo łagodnie: są zabawne, czasami śmieszne, ale odmalowano je z dużą czułością.

W „Babci Rabuś” Walliams zajmował się relacją wnuka i Babci, w „Wielkiej ucieczce Dziadka” na głównym planie znajduje się wnuczek, Jack, którego najlepszym przyjacielem jest Dziadek, emerytowany pułkownik lotnictwa, bohater bitwy o Anglię. Dziadek i Jack od zawsze stanowili dobraną parę, opowieści Dziadka sprawiły, że Jack zaczął interesować się lataniem, konstruować modele samolotów i marzyć. Ich relacja jeszcze się pogłębiła, gdy Dziadek zaczął mieć problemy z pamięcią, choć zachował doskonałą sprawność fizyczną — osuwał się w coraz dalszą przeszłość, aż w końcu zaczął uważać, że ciągle trwa wojna. Jack stał  się jedyną osobą, która potrafiła do Dziadka dotrzeć.

Nikt dorosły (może z wyjątkiem sklepikarza Raja) nie dostrzegał wyjątkowości Dziadka — tato Jacka bardzo kochał swojego Ojca, ale miał coraz większe problemy z okazywaniem uczuć i sprzeciwianiem się swojej żonie, sprzedawczyni w dziale z serami. Inni ludzie widzieli tylko problem, i nawet trudno im się za bardzo dziwić, Dziadek potrafi narozrabiać. Zbieg wielu różnych wydarzeń sprawia, że Dziadek trafia do domu dla niechcianych staruchów „Zmierzch życia”. I wbrew zapewnieniom siostry przełożonej Wieprzek, nie jest to dobre miejsce do życia dla staruszków. Dalej przeczytajcie sami 🙂

Przyznaję, że „Wielka ucieczka Dziadka” zaskoczyła mnie delikatnością w przedstawianiu starości i uczuć między Dziadkiem i wnuczkiem. Żeby jednak nie było zaskoczenia: to książka Davida Walliamsa, jest w niej wiele karykaturalnych portretów strasznych osób, wiele groteskowych sytuacji i mnóstwo okazji do mało wybrednych żartów — choć chyba mniej niż w „Szczuroburgerze” czy „Babci Rabuś”. Czytelnik wiele raz się uśmiechnie, będzie miał okazję wybuchnąć śmiechem, ale będą też momenty, gdy ściśnie go serce i w oku pojawi się łza. W tle tej historii czuć smutek i tęsknotę za Dziadkami oraz przekonanie, że nie potrafimy zapewnić seniorom odpowiedniego miejsca w naszym świecie, że powierzamy ich ludziom, którzy nie zasługują na zaufanie, że patrzymy na pozory, a nie chcemy spojrzeć na to, co za nimi się kryje. Dużo znalazłoby się w tej książce tematów do rozmów i do zastanowienia. 

Najważniejsze przesłanie jest jedno: dbajmy o dziadków, zdaje się mówić Walliams, słuchajmy ich i cieszmy się nimi, póki są. A jeśli naprawdę ich kochamy, to oni nigdy nie znikną z naszego życia. Świetna książka!

Dawid Walliams, Wielka ucieczka Dziadka, Mała Kurka 2016

Ktoś ma ochotę na burgera?

Po ostatniej lekturze głęboko się zastanawiam, czy kiedykolwiek odważę się zjeść hamburgera z budki. Całkiem serio! To bardzo dobra książka dla wszystkich, którzy chcą się odzwyczaić od śmieciowego jedzenia. Zadziała na pewno!

Wszytko zaczęło się od tego, że do pokoju wpadł zadowolony, choć mocno zakatarzony Tymek z informacją, że właśnie skończył czytać książkę (coś przecież trzeba robić, gdy siedzi się w domu i choruje), i że koniecznie (ale to koniecznie!) powinnam ją natychmiast przeczytać Piotrkowi. Bo, po pierwsze, jest fajna, po drugie, krótka (czytałem ją ze dwie godziny, wiesz, duże ma litery), po trzecie, śmieszna, a po czwarte, na pewno będzie się mu podobać. Potem wręczył mi „Szczuroburgera” Davida Walliamsa (wydawnictwo Mała Kurka) i pobiegł buszować po półkach w poszukiwaniu następnej książki dobrej na chorobę. 

Szczuroburger

Trzeba przyznać, że „Szczuroburger” napisany jest brawurowo i trudno się mojemu Starszemu dziwić, że przeczytał tę książkę jednym tchem. Historia jest śmieszna, straszna, absurdalna, groteskowa, okrutna, przejaskrawiona — dla sześciolatka może być jednak za mocna i za smutna, więc ciągle się zastanawiam, czy czytać ją Piotrkowi, trochę tak samo jak w przypadku „Matyldy” Roalda Dahla. Zresztą skojarzenia z książką Dahla nasuwają się od razu: podobnie przejaskrawione są postacie dorosłych, podobnie okrutny, ponury i smutny jest świat bohaterki. Dla mnie Walliams to spadkobierca Dahla. Obaj autorzy w podobny sposób patrzą na świat i widzą, że rzeczywistość dziecka nie jest różowa i lukrowana. O ile jednak książki Dahla to ciemne baśnie, książki Walliamsa stanowią odbicie naszego świata: są bardziej brutalne, bardziej ekshibicjonistyczne, bardziej dosłowne. Ich dosadny, bardzo rubaszny humor nie każdemu musi się podobać, ale w pewnym sensie stanowi świadectwo naszych czasów — a dzieciakom podoba się bardzo, bo trafia w potrzebę nazywania rzeczy po imieniu i potrzebę przełamywania tabu (przynajmniej takim dzieciom, które choć raz bawiły się poduszką pierdziuszką).

Zoe, bohaterka książki, mieszka w pochyłym, podupadłym wieżowcu w smętnym mieście. Jej mama zmarła, gdy dziewczynka była mała, a tato, poczciwy i dobry, kompletnie się pogubił po stracie żony, a potem także pracy. Poddał się i spędza całe dnie w barze, uciekając przed sobą, a przede wszystkim przed nową żoną, Sheilą, okrutną, grubą i paskudną pożeraczką krewetkowych prażynek. Dziewczynka ma ciężko nie tylko w domu, ale także w szkole, a w bloku jest szykanowana przez Tinę Trotts, przywódczynię miejscowego gangu dzieciaków.

„Szczuroburger” to nie jest jednak reportaż interwencyjny, to wartko napisana historia o przyjaźni z pewnym milutkim szczurkiem, o bezwzględnym Burcie (oj, to naprawdę przerażająca postać), o miłości i o potrzebie walki o swoje marzenia. Historia trochę zabawna, trochę smutna, trochę przerażająca, ale wciągająca od pierwszej strony i poruszająca wiele poważnych tematów. Można potem porozmawiać o biedzie, o wykluczeniu, o bezrobociu, o uzależnieniu i o depresji — uwierzcie, że dzieci będą miały coś do powiedzenia, a na pewno nie uciekną przed tą książką. Fajna propozycja dla wszystkich, którzy uważają, że książki są nudne i łagodne (hi, hi, to cytat z jednego z kolegów mojego dziecka). Można rozmawiać o poważnych tematach, a podstawą do rozmowy może być całkiem niepoważna książka.

Kochani rodzice, niektórym z Was na pewno ta książka nie będzie się podobać, ale się nie przejmujcie 🙂 Dzieci mogą czytać książki, które Wam się nie podobają — potem z niektórych lektur wyrosną, z innych nie, ale miłość do książek im zostanie. I przekonanie, że książki potrafią przemawiać do nich ich językiem.

 

David Walliams, Szczuroburger, Mała Kurka 2016

Henrietta Rozalinda Aurora

Henrietta Rozalinda Aurora – cóż za cudowne imię dla księżniczki.

Henrietta-Rozalinda-Aurora pozwoliła służącemu nalać sobie filiżankę czekolady, dodała do niej cztery łyżeczki cukru i dwie łyżki bitej śmietany, po czym upiła łyk, czekając, aż napięcie wzrośnie.

Uwielbiam tę książkę. Najchętniej przepisałabym fragment po fragmencie. To jedna z tych książek, które można czytać w każdym wieku. Sprawia równie dużo radości rodzicowi, który ją czyta, jak i dziecku, które jej słucha. Podoba mi się w niej wszystko: język, zabawne ilustracje Vereny Ballhaus, zabawa formą, odwrócenie schematów. Po prostu wszystko….

Henrietta Rozalina Aurora to bohaterka powieści Paula Maara „W głębokim ciemnym lesie…” wydanej przez Naszą Księgarnię.

Nie jest to główna bohaterka powieści, ale bez niej nic by się nie wydarzyło. Opis stosunków na królewskim dworze, rozmowy z królem i królową. Coś cudownego. To po prostu trzeba przeczytać.
Tymek słuchał tej książki i odbierał ją inaczej. Dla niego była to po prostu zabawna i wciągająca historia. Na tyle interesująca, że budził się rano ze słowami: Mamo, może sprawdzimy, co się stało u Henrietty Rozalindy Aurory?
Czyż można nie bawić się świetnie przy książce, w której księżniczka pragnie być porwana przez potwora, a księstwa są malutkie jak łazienkowy dywanik. Poniższy dialog za każdym razem wywołuje w synach ataki śmiechu.
— Ja cie nie moge. — Po czym wskazał jeszcze raz na siebie i wybełkotał: — Zacerowany! Odceruj!
Księżniczka ostatkiem sił powściągała książęcą irytację.
— Sam sobie zaceruj! Nie będę cerować! — powiedziała cierpko. A teraz marsz na skraj lasu…

Powieść Paula Maara to także doskonały wstęp do rozmowy o stereotypach, o różnym postrzeganiu świata i o tym, że nie wszystko jest takie, jakie się wydaje na pierwszy rzut oka. I o tym, że trzeba ponosić konsekwencje swoich decyzji i zachowań.Będziemy czytać tę książkę jeszcze wiele razy. I za każdym razem mój synek będzie odbierał ją inaczej. I uczył się czegoś nowego. A ja jeszcze wiele razy będę miała okazję do dobrej zabawy.