Nauka liczenia to jest to!

Liczymy, dodajemy, odejmujemy, kombinujemy — każdy z chłopaków na swoim poziomie. Tymek to już klasa wyższa, z politowaniem czasami patrzy na Piotrusiowe wysiłki: phi, to przecież najłatwiejsze w świecie. Młodszemu liczenie idzie coraz lepiej, magiczny próg dziesięciu przekroczyliśmy dawno temu i teraz co jakiś czas mój synek próbuje policzyć do miliona… albo do miliarda, albo do biliona lub dowolnej liczby, która jest jeszcze większa. A może by tak do googolplex?

W takim to momencie trafiła do nas książka Tulleta 10 razy 10, wydana przez wydawnictwo Babaryba.

10 x 10

Piotrusiowi książka się spodobała, choć było mu trochę szkoda, że tak mało jest tam do czytania. Oglądał ze śmiechem, jak można się bawić liczeniem, choć jednocześnie co chwila podkreślał, że to książka dla młodszych niż on. Całkowicie się z nim zgadzam. Dzieci, które dopiero zaczynają swoją przygodę z liczeniem, będą miały z tą książką mnóstwo radości. Hervé Tullet bawi się tutaj liczeniem, tak jak w innych swoich książkach bawi się kolorami, cieniami czy konwencją książki. Te trochę starsze mogą się czuć odrobinę zawiedzione, że już wszystko wiedzą, ale przecież można się nią bawić na różne sposoby. 

Co można liczyć? Palce, kolory, kształty, graczy potrzebnych do różnych gier… Otacza nas mnóstwo liczb, wystarczy się tylko rozejrzeć, popatrzeć uważnie i wybrać kategorię. A co by było, gdybyśmy u każdej ręki mieli nie pięć, a dziesięć palców? I co by przypominała taka ręka? Wodorosty (tak jak u Tulleta) czy może rozgwiazdę albo strasznego potwora (to inna wariacja jak z Tulleta)? Opowiedzieliśmy z Piotrusiem kilka bajek z liczbami, narysowaliśmy kilka stworów wielookich, wieloustych i wielouszych. Bawiliśmy się świetnie…

I wtedy przyszedł Tymek. Mój starszy syn popatrzył na książkę o liczeniu z zainteresowaniem. Wziął ją do ręki, przejrzał i przybiegł — bardzo oburzony, że autor wciska Piotrusiowi kit. Tymek bowiem powiedział: sprawdzam i policzył: nogi u krocionoga (mamo, tu wcale nie ma tysiąca nóg, jak jest napisane, tylko najwyżej dwieście) oraz widzów (skoro jest ok. 40 widzów w pionie i ok. 80 widzów w poziomie, to na kartce nie może być dziesięciu tysięcy widzów). Na nic zdały się tłumaczenia, że autor używa metafory, moje starsze dziecko uznało, że książka jest fałszywa i już. Nawet zaproponował, żebyśmy z Piotrusiem czytali tylko do tej kartki o krocionogu. Wniosek: bawcie się Tulletem, ale nie pokazujcie go starszym dzieciom, jeśli akurat są w fazie myślenia racjonalnego i sprawdzania tego, co napisane.

Hervé Tullet, 10 razy 10, Babaryba 2014

Reklamy

Herve Tullet

Czasami bywa tak, że książką, która bardzo, bardzo mi się podoba,  w żaden sposób nie mogę zainteresować moich synów – najczęściej ku mojej rozpaczy. Innym razem lektura podoba się od razu, zdarza się też tak, że moi chłopcy pałają entuzjazmem do książek, na które ja kręcę nosem. No cóż, trzeba po prostu z pokorą uznać, że mamy różne gusta i trzeba to szanować 🙂

Książki Hervego Tulleta okazały się jednak strzałem w dziesiątkę – Piotrek zapałał do nich miłością tak wielką, że aż mnie to zaskoczyło. Od razu może warto powiedzieć, że są to książki raczej dla młodszych dzieci i przedszkolaków – Tymek popatrzył, przeczytał, pokiwał mądrze głową, że ciekawe – i wrócił do swoich lektur. Spokoju jednak nie zaznał, bo młodszy brat, gdy już rodzice po długich chwilach zabawy odmówili współpracy, poszedł go męczyć prośbami o czytanie albo „czytał” mu sam, nie zważając na protesty.

Z biblioteki przynieśliśmy dwie książki Tulleta: „A gdzie tytuł?” i „Naciśnij mnie” wydane przez wydawnictwo Babaryba.

Herve Tullet, Naciśnij mnie

Herve Tullet, A gdzie tytuł

W tych książkach nie ma okienek do otwierania, przycisków do naciskania. Nie trzeba montować w nich baterii ani podłączać do prądu, a są to w pełni interaktywne książki – Piotruś klaskał, śpiewał, trąbił, skakał, a przede wszystkim śmiał się w głos. I nie miał ochoty skończyć zabawy 🙂

„Naciśnij mnie” to kilka kolorowych kropek na kartce – dziecko coś robi, a na następnej stronie widzi efekt tego, co zrobiło. W dobie komputerów, internetu i telewizji moje zafascynowane dziecko machało książką w lewą stronę i z radością zauważało, że kropki na kolejnej stronie przesunęły się w lewo. Czary czy co? Tymek próbował mu tłumaczyć, że przecież to jest tak narysowane…. To wszytko było nieważne, Piotruś świetnie się bawił, oglądając książkę od początku do końca, potem od końca do początku, potem od środka, a potem zaczął wymyślać własne polecenia i wciągać do zabawy całą rodzinę: mamo, a teraz weź książkę i skocz z kanapy i zobaczymy, co się stanie. Dla mnie to naprawdę rewelacyjny pomysł na świetną zabawę i rozbudzenie kreatywności, bo przecież potem można było narysować własne przygody kropek. A tak wygląda zwiastun promocyjny książki:

Druga książka wywołała równy entuzjazm. „A gdzie tytuł?” to spotkanie z bohaterami książki, której autor jeszcze nie skończył. Postacie są dopiero naszkicowane, ale za to zachwycone faktem, że odwiedziło je jakieś dziecko. Piotrusiowi ogromnie podobał się Potworzasty, a potem zaczął tworzyć swoje własne książki: bo przecież on też potrafi tak rysować…

Przez kilka dni w domu co chwila słychać było radosne: Autor, autor, a potem śmiech Piotrka. Oglądał i opowiadał sobie tę książkę sam, a Tymek ukrywał się po kątach, żeby przypadkiem nie musieć jej czytać po raz pięćdziesiąty któryś…

No a teraz czekamy na następne książki Tulleta i mamy nadzieję, że okażą się równie świetne.