Bystrzak

Dzisiaj będzie o książce zdecydowanie dla nastolatków. W moim odczuciu nawet tych odrobinę starszych — dwunastolatkowi nie za bardzo przypadła do gustu. Uznał, że jest dziwna i chyba czuł się chwilami odrobinę niezręcznie — w książce jest sporo erotyzmu i odkrywania seksualności. Najwięcej jest w niej jednak o odmienności — i to takiej, o której najczęściej nie mamy ochoty myśleć.

Marie-Aude Murail, Bystrzak

„Bystrzak” Marie-Aude Murail (Dwie Siostry) to historia siedemnastoletniego Klébera, który przyjeżdża do Paryża do szkoły. Towarzyszy mu starszy brat, Barnabé — starszy tylko wiekowo, bo umysłowo zatrzymał się na poziomie trzyletniego dziecka. Ich mama zmarła, ojciec postanowił się ponownie ożenić i w jego nowym życiu zabrakło miejsca dla Bystrzaka, bo tak wszyscy nazywają Barnabé — czyli po prostu gu-pka, jak sam o sobie mówi. Nowa partnerka ojca boi się go wręcz panicznie — a gdy zachodzi w ciążę, jej strach jeszcze się nasila (znamy to, prawda?). Bystrzakowi towarzyszy przytulanka-królik, Pan Kickicek: przyjaciel, towarzysz zabaw, sprawca wszelkich szkód, a czasami psotny duszek namawiający do złego.

Bystrzak jest inny. Patrzy na świat oczami dziecka i dużo dostrzega, więcej niż byśmy chcieli. Czasami mówi prawdę prosto z mostu, czasami ujawnia sekrety, czasami wszystko psuje, szukając — jak dziecko — prostego wyjaśnienia tajemnic (no przecież ktoś musi siedzieć w zegarku, skoro chodzi i tyka, to oczywiste). Kléberowi nie jest łatwo, ale nie mógł patrzeć, jak brat marnieje i gaśnie w ośrodku dla osób upośledzonych. Choć Malicorix bardziej przypomina hotel niż szpital, Bystrzak wspomina pobyt tam jak piekło. W Paryżu bracia trafiają do mieszkania studenckiego, więc opowieść o upośledzeniu i inności osadzona jest na tle życia młodych ludzi. Mieszkanie wynajmuje Aria i Emmanuel, para studentów medycyny, brat Arii Enzo i jego przyjaciel Corentin: czasami się uczą, czasami imprezują, czasami przeklinają (Bystrzak zawsze reaguje tak samo: Ojej, jakie brzydkie słowo), flirtują, zakochują się, uprawiają seks. Wrzucenie w ten miarę uporządkowany tryb życia Bystrzaka trochę pokomplikuje sytuację i zmieni układ sił.

Przy lekturze książki Marie-Aude Murail świetnie się bawiłam i często wybuchałam śmiechem. Potem zastanawiałam się, czy wypada — bo przecież nauczono mnie (nas), że z inności i upośledzenia śmiać się nie należy. Zderzenie Bystrzaka z codziennym życiem niesie jednak ze sobą ogromne pokłady komizmu, a jednocześnie pokazuje, jak odbieramy osoby upośledzone i czego się czasami boimy. Oraz że czasami to my-normalni jesteśmy niedołężni, upośledzeni i ograniczeni — w okazywaniu uczuć i emocji, odczytywaniu prawdziwych intencji, dostrzeganiu prawdy. Często się boimy, często udajemy, a zderzenie z innością potrafi zedrzeć z nas maski i zmusić do pokazania prawdziwego oblicza.

Bardzo jasnym punktem tej książki jest tło, na którym rozgrywa się historia braci. Fascynacja Klébera koleżankami, pierwsze nieśmiałe doświadczenia seksualne, damsko-męskie gierki nasto- i dwudziestolatków. Próby odnalezienia się w dorosłym świecie, z jednej strony poszukiwanie niezależności i własnej drogi, z drugiej finansowa zależność od rodziców.

Czy to książka doskonała? Moim zdaniem nie. Jest trochę za gładka i za oczywista. Role są tutaj od razu rozpisane — te postacie są złe, te dobre. Bystrzak, chociaż momentami irytuje Klébera i współmieszkańców, jest uroczy, zabawny i mimo wszystko dość niekłopotliwy. Kléber nie musi martwić się o pieniądze, bo ma spadek po matce. Wiadomo, że prawie wszyscy współlokatorzy Bystrzaka zaakceptują i polubią, a nawet łatwo przewidzieć, kto będzie miał z tym problem. Dość oczywiste jest, że dzięki niemu ich życie stanie się pełniejsze i prawdziwsze. Mnie dorosłą ten idealizm i łatwość pokonywania trudności trochę drażnił — ale ta książka nie jest przeznaczona dla mnie, tylko dla młodzieży. Mam wrażenie, że mówi w prosty i, hmm, młody sposób o sprawach ważnych, a często przemilczanych. „Bystrzak” wskazuje kierunkowskaz i pokazuje, jak powinno być i co się dzieje, gdy jest tak, jak być powinno. Idealizm? I owszem, ale w bardzo przyjemnym wykonaniu.

Mimo tych zastrzeżeń, to naprawdę dobra lektura — zabawna, przyciągająca uwagę, zachęcająca do rozmyślań i zadawania pytań. Uczy akceptacji i tolerancji. Wskazuje, co w życiu ważne. Pokazuje fałsz ukryty pod uśmiechem i nieczułość skrywaną przez profesjonalizm. Warto do „Bystrzaka” zajrzeć i warto podsunąć go nastolatkom (uwaga, jak już pisałam, w książce znajdziecie brzydkie wyrazy — mam zresztą wrażenie, że swobodny i lekki język tłumaczenia to duży atut „Bystrzaka”, który może zachęcić młodzież do lektury).

 

Marie-Aude Murail, Bystrzak, tł. Bożena Sęk, Dwie Siostry 2018

Reklamy

Drzewo życzeń

Tak się jakoś złożyło, że początek roku upłynął pod znakiem gadających drzew. Pierwsza opowiadała mirabelka — o przyjaźni, wojnie i pamięci. Drugi zabrał głos stary dąb czerwony — i też mówił o przyjaźni, akceptacji i pamięci. Trzeba słuchać drzew, bo są mądre i widziały znacznie więcej niż my.

Katherine Applegate, Drzewo życzeń

„Drzewo życzeń” Katherine Applegate to opowieść starego dębu — ma już 216 słojów, czyli dwieście szesnaście lat. Z punktu widzenia człowieka bardzo dużo, z punktu widzenia dębu może mieć przed sobą jeszcze wiele lat życia — dęby czerwone mogą rosnąć nawet 500 lat. Ten dąb jest wyjątkowy — nie tylko zapewnia schronienie wielu zwierzętom, które zgodnie bytują wśród jego konarów, ale także jak na drzewo jest bardzo rozmowny, choć z zasady nie odzywa się do ludzi (tak zresztą nakazują prawa przyrody). Ludzie z miasteczka traktują go jak drzewo życzeń — zawsze 1 maja przytwierdzają do jego gałęzi karteczki z życzeniami i marzeniami, mając nadzieję, że pomoże im spełnić pragnienia. Tym razem jednak drzewo ma własne życzenie, a Dzień Życzeń może być jego ostatnim dniem jego życia.

Katherine Appelgate, Drzewo życzeń

Katherinne Applegate napisała piękną opowieść o przyjaźni i obcości, o niechęci i strachu wynikającym z niewiedzy i o tym, jak wspomnienia pomagają przezwyciężać trudności. Do miasteczka sprowadzają się nowi mieszkańcy. I choć dąb pamięta ludzi mówiących różnymi językami, przybysze otoczeni są niechęcią i wrogością. Drzewo nie rozumie, co się dzieje — powiedzcie sami, czy chusta na głowie może być przyczyna aż takiej niechęci? Ponieważ jednak polubiło małą Samar, która każdej nocy przychodzi posiedzieć pod dębem, postanawia jej pomóc. Dziewczynka przypomina mu także kogoś innego, kto dawno temu miał podobne problemy.

Historia opowiedziana przez dąb uczy, że warto pamiętać i uczyć się na cudzych doświadczeniach, by nie popełniać tych samych błędów i zobaczyć, co w życiu naprawdę ważne. To książka, która porusza lęki współczesnego świata i pokazuje strach przed obcością i innością — taki sam od wieków, gdy już zapominamy, że sami kiedyś byliśmy obcy i inni.
Katherine Applegate, Drzewo życzeń

To także bardzo ekologiczna historia. Wcale nie chodzi jedynie o ochronę drzew czy dbałość o przyrodę, ale o spojrzenie na naturę jako całość, o szacunek wobec innego bytu. Rośliny i zwierzęta w powieści Applegate są bardziej ludzkie niż człowiek: współpracują, szanują się, potrafią przestrzegać praw i stanąć w obronie tego, co kochają.

Katherine Applegate, Drzewo życzeń

„Drzewo życzeń” to bardzo piękna książka. Porusza emocje i skłania do zastanowienia. Pokazuje także bardzo dobitnie, że warto uczyć się otwartości od dzieci, bo one jeszcze nie wiedzą, że „trzeba” się bać i „należy” postępować w określony sposób. To może cytat na koniec.

Niektóre rzeczy się zmieniły. Inne — nie. Ale jestem optymistą i mam nadzieję na przyszłość.

Rodzice Samar porzucili myśl o przeprowadzce, przynajmniej na razie.

Stephen i Samar się zaprzyjaźnili. Czasem odrabiają lekcje na trawniku przy moim pniu.

Ich rodzice nadal ze sobą nie rozmawiają.

Nie wiem, czy kiedyś zaczną. (s. 171)

Po lekturze tej książki mam ochotę posiedzieć pod drzewem i uważniej słuchać moich dzieci. Dopóki jeszcze mają w sobie otwartość, której mogę się od nich uczyć. Warto przeczytać tę książkę razem z dzieckiem i warto o niej później rozmawiać.

 

PS. Nie podoba mi się jedynie okładka. Po prostu drzewo na okładce nie przypomina dębu tylko wierzbę, a liście-wstążki z życzeniami bardzo to wrażenie pogłębiają. Wolałabym jednak, żeby na okładce był dąb.

 

Katherine Applegate, Drzewo życzeń, tł. Małgorzata Glasenapp, il. Sara Olszewska, Wydawnictwo Dwie Siostry 2018

Pasztety, do boju!

Nie wiem, jak Clémentine Beauvais to zrobiła. Jakim cudem w stosunkowo niewielkiej, zabawnej i świetnie napisanej książce udało się jej upchnąć tak wiele. Znajdziecie tutaj problemy z hejtem, bunt przeciwko rodzicom, brak akceptacji, rozbite rodziny, pierwszą miesiączkę. Do kompletu można jeszcze dorzucić poszukiwanie prawdy, kalectwo i imigrantów. Brzmi to bardzo poważnie, ale zapewniam, że książkę czyta się świetnie i trudno się od niej oderwać.

Clémentine Beauvais, Pasztety do boju

Mireille, Astrid i Hakima właściwie są na siebie skazane. W nieformalnym konkursie na najbrzydszą dziewczynę w szkole, organizowanym — jakże by inaczej — na fejsie, zdobyły tytuł Złotego, Srebrnego i Brązowego Paszteta. Konkurs paskudny — to już zresztą trzecia edycja — ale dorośli rozkładają bezradnie ręce, przecież nie mają wpływu na to, co robią dzieci w internecie. Mireille zdobyła ten tytuł już kolejny raz — to ona jest narratorką tej historii — zdążyła więc zbudować grubszy pancerz i chowa pod nim emocje i ból. Staje się swoistą mentorką dla koleżanek, które nie potrafią ukrywać rozpaczy i smutku. Co można zrobić z tak zdobytą, hmm, popularnością?

Mireille jest inteligentna i wygadana, a na dodatek złośliwa — nawet jej prześladowcy boją się jej języka i ciętych ripost. Nie ma ochoty zmieniać się po to, by dostosować się do obowiązujących kanonów. Chce być sobą. Emocje ukrywa bardzo głęboko i stara się, by nikt nie dostrzegł jej bólu. Astrid jest starsza, ale nigdy jeszcze nie spotkała się z taką nienawiścią i pogardą (nie da się tego inaczej nazwać). Nie potrafi sobie poradzić. Hakima jest najmłodsza z nich. To zagubiona, nieśmiała dwunastolatka, która nie rozumie, dlaczego dzieje się coś tak złego. Tytuł Paszteta działa jak stygmat — nikt nie chce się zadawać z najbrzydszymi dziewczynami w szkole, bo może się jeszcze zarazi? Clémentine Beauvais świetnie pokazała schemat wykluczenia i mechanizmy obronne oraz obnażyła bezradność społeczeństwa, które nie wie, jak sobie poradzić z nienawiścią w sieci. Nigdy wcześniej wykluczenie nie następowało na taką skalę i nie stawało się tak powszechne.

Pod wypływem impulsu dziewczyny postanawiają wyruszyć w podróż rowerami. Trasa liczy 500 km i prowadzi do Paryża, gdzie chcą dojechać na francuskie święto niepodległości. Towarzyszy im Kader, brat Hakimy, który stracił nogi w którejś z współczesnych wojen. Wpadają na pomysł, by wykorzystać to, z czego — chcąc, nie chcąc — stały się sławne. W czasie podróży będą sprzedawać paszteciki. Warto dowiedzieć się, co chcą osiągnąć i udowodnić swoją wyprawą i czy uda im się osiągnąć ten cel.

Przeczytałam tę książkę jednym tchem. Oburzałam się, współczułam bohaterkom, cierpła mi skóra, uśmiechałam się przy czytaniu odzywek Mireille i odnajdywałam w niej swojego początkującego nastolatka (jego odzywki raczej mnie drażnią). „Pasztety, do boju” to powieść drogi i bildungsroman — mamy tutaj wyprawę do Paryża, dojrzewanie i bardziej świadome patrzenie na świat. Dziewczyny i Kader zmieniają się, ale wcale nie oznacza to zaakceptowania typowego kanonu piękna. Clémentine Beauvais nie serwuje nam, na szczęście, fizycznej przemiany dziewcząt pod wpływem wysiłku fizycznego. Wyprawa nie ma na celu przemiany fizycznej, ale dodaje im pewności siebie, spaja przyjaźń, a przede wszystkim wyraźnie pokazuje różnicę między siecią a realnym życiem. W realu dziewczyny spotykają się z sympatią, w sieci — z hejtem. W realu mają witają ich przyjaźni, życzliwi, pomocni ludzie, kibicujący ich wyprawie, w sieci — krążą spiskowe teorie, a internetowe trolle używają sobie, ile wlezie. Zdecydowanie wygrywa prawdziwy świat.

Podróż do Paryża pozwala dziewczynom poznać siebie lepiej, dostrzec swoje mocne strony. Udowadniają, że są samodzielne i odpowiedzialne. Clémentine Beauvais napisała swoją powieść mocnym językiem, który doskonale udało się przełożyć Bożenie Sęk. Jej tłumaczenie jest współczesne i świeże, ale nie epatuje zbytnio „młodzieżowym” językiem, który błyskawicznie się starzeje. W żadnym momencie nie czuć, że to tłumaczenie.

„Pasztety, do boju” to ważny głos w dyskusji o akceptacji i dorastaniu, o uzależnieniu nastolatków od internetu i wpływie sieci na prawdziwe życie. To dobrze, że powstają książki, które wyłamują się ze schematu obowiązującego piękna, poruszają trudne tematy i robią to w tak cudownie lekki i zabawny sposób, a jednocześnie nie można przestać o nich myśleć po skończeniu lektury. To książka, którą powinny przeczytać wszystkie nastolatki, a już na pewno każda nastoletnia dziewczyna.

I wiecie co? To niesamowicie francuska książka — pełna słońca, pachnących owoców i smakowitych dań. Chwilami ciekła mi ślinka.

 

Clémentine Beauvais, Pasztety, do boju, tł. Bożena Sęk, Dwie Siostry 2017

 

Benji Davis

Bycie chorym rodzicem trochę starszych dzieci ma swoje zalety. Dzieci idą do szkoły! Można pobyć przez chwilę w samotności. Poleżeć, poczytać, odpocząć od hałasu i przejrzeć książki, które Młodszy pracowicie ułożył w stosik na krawędzi stołu w dużym  pokoju. To taki stosik najbardziej podręczny, książki do przeglądania i czytania w wolnej chwili, do zaglądania na moment i zanurzania się na długo. Znalazłam tam „Afrykę Kazika” Łukasza Wierzbickiego, komiks o Królu Lwie, „Strrrraszną historię” Terry’ego Deary, ilustrowany atlas zwierząt i dwie książki Benjiego Daviesa (Wydawnictwo Znak). Przeglądając je, zastanawiałam się, czego szuka w nich mój młodszy syn i dlaczego zaintrygowały go na tyle, że położył je właśnie w tym miejscu.

Benji Davies to mistrz nastroju i tematów niełatwych. Obie jego książki: „Mój wieloryb” i „Cudowna wyspa dziadka” opowiadają o sytuacjach trudnych i niełatwych emocjach — słowem i obrazem. Może nawet bardziej obrazem, bo tekstu nie ma w nich dużo. Pozwalają oswoić zdarzenia i emocje, z którymi nawet dorosłym bywa trudno: rozstanie, śmierć, samotność, tęsknota, poczucie straty. Pomagają w mądry sposób przygotować się na życie, w którym przecież spotykają nas także te gorsze chwile.

Benji Davies, Mój wieloryb

Jak się okazało, można je czytać na wiele różnych sposób. Dla mnie „Mój wieloryb” to opowieść o tęsknocie. Okazało się, że dla Piotrka to historia o przyjaźni i odpowiedzialności — za innych.

Bohater książki, mały Noi, mieszka z tatą nad brzegiem morza. Tato codziennie rano wyrusza na połów, wraca dopiero wieczorem. Noi czeka. Pewnego dnia znajduje małego wieloryba, którego sztorm wyrzucił na brzeg. Zabiera go ze sobą do domu.

Benji Davies, Mój wieloryb

Benji Davies, Mój wieloryb

Piotrek od razu zauważył, że Noi nie karmi wieloryba odpowiednio. Przecież wieloryby nie jedzą ryb — taki komentarz usłyszałam przy pierwszej lekturze. Bardzo przeżywał jednak rozstanie chłopca z nowym przyjacielem. Noi znał wieloryba bardzo krótko, ale zrobił wszystko, by mu pomóc. Wieloryb stał się jego sposobem na samotność i czekanie. Wiedział jednak,  że musi pozwolić mu odejść, bo miejsce wieloryba nie jest w wannie, nawet najwygodniejszej.

Benji Davies, Mój wieloryb

Benji Davies, Mój wieloryb

Dla mnie opowieść Benjiego Daviesa była historią o czekaniu — ciągle na coś czekamy. Na koniec lekcji czy pracy, na powrót ze szkoły, na mamę/tatę/babcię, która odbierze ze świetlicy. Noi czeka na tatę. Ale jego historia to także historia odpowiedzialności za kogoś innego. Opowieść o tym, że czasami w imię przyjaźni czy poczucia, że tak należy, robimy coś, co nie sprawia nam przyjemności, że rezygnujemy z własnych chęci i pragnień, by pomóc komuś innemu.  Bardzo lubię ilustrację, na której Noi i jego tato w żółtych kurtkach patrzą na znikający ogon wieloryba. Świadomość, że postąpiło się „jak trzeba”, może odrobinę wynagrodzić stratę.

Druga książka Daviesa na stosiku to „Cudowna wyspa dziadka”. W „Moim wielorybie” dominują szarości, żółcie i błękity — w końcu to opowieść raczej północna. „Cudowna wyspa dziadka” porywa kolorem i przenosi nas w tropiki.

Benji Davies, Cudowna wyspa dziadka

Ta bajecznie kolorowa książka opowiada o śmierci, o rozstaniu ostatecznym, a jednocześnie zostawia mnóstwo nadziei i daje pociechę. Jej bohaterem jest Syd. Jego dziadek mieszka w domku na tyłach ogrodu — chłopiec zawsze był tam mile widzianym gościem. Dziadek Syda to typ przyjaciela, najbliższej osoby, powiernika. Pewnego dnia Syd nigdzie nie może znaleźć dziadka. W końcu staruszek odnajduje się na strychu, gdzie chłopiec jeszcze nigdy nie był. Odkrywa tam drzwi prowadzące na okręt, który potrafi płynąć wśród stromych dachów i morskich fal. Razem z dziadkiem Syd płynie w fantastyczny rejs, odkrywa cudowną wyspę i zaprzyjaźnia się z jej mieszkańcami. Ale kiedy nastaje czas powrotu, dziadek postanawia zostać na wyspie — tutaj nie potrzebuje laski i otaczają go przyjaciele.

Benji Davies, Cudowna wyspa dziadka
Benji Davies, Cudowna wyspa dziadka

Powrót bez dziadka był dłuższy, a świat stał się mniej kolorowy, co widać na ilustracjach. Syd nigdy już nie mógł odnaleźć żelaznych drzwi, ale wiedział, że jego dziadkowi jest bardzo dobrze na cudownej wyspie. Czy ta książka na pewno odpowiada o śmierci? Dla mnie tak. Delikatnie pokazuje rozstanie, na które nie mamy wpływu. Możemy jednak wierzyć, że gdzieś tam daleko jest miejsce, w którym naszym bliskim jest dobrze. A kto wie, może ich tam kiedyś spotkamy?

Czy takie książki są dzieciom potrzebne? Nie mam wątpliwości, że tak. Szczególnie takie, jak książki Daviesa, które można oglądać i czytać na kilka sposobów. Przemawiają do dziecka obrazem, zachęcają do opowiedzenia własnej historii i przemyślenia smutków. I oferują wiele wariantów opowieści. Można je tylko oglądać, można czytać (i zajmie to tylko chwilę), można marzyć o własnym wielorybie. Mam nadzieję, że dzięki takim lekturom trochę łatwiej potem zmierzyć się z życiem.

 

Benji Davies, Mój wieloryb, tł. Małgorzata Pietrzyk, Znak 2018

Benji Davies, Cudowna wyspa dziadka, tł. Małgorzata Pietrzyk, Znak 2018

Dom nie z tej ziemi

To nie jest łatwa książka. Zdecydowanie warto przy jej czytaniu towarzyszyć dziecku. I nie bać się pytań, które pewnie się pojawią, czemu się dzieje tak, jak w historii Marysi i czy naprawdę tak bywa.

Małgorzata Strękowska-Zaremba, Dom nie z tej ziemi

Małgorzata Strękowska-Zaręba napisała mądrą, ważną i piękną książkę dla dzieci. Nie będę Wam opowiadać, o czym jest ta historia, bo może ktoś jej jeszcze nie zna — tak jak my do niedawna. Warto dochodzić do rozwiązania samodzielnie i samemu rozsupłać węzeł jawy, snu i zmyślenia, by dojść do prawdy. Nie warto wcześniej szukać streszczeń i objaśnień — dajcie opowieści szansę i pozwólcie się zaskoczyć.

Małgorzata Strękowska-Zaremba, Dom nie z tej ziemi

„Dom nie z tej ziemi” to książka wymagająca skupienia i uwagi. Warto ją czytać powoli. Małgorzata Strękowska-Zaręba przeplata to, co rzeczywiste z tym, co wyobrażone, a granica jest bardzo płynna. Często nie wiadomo, gdzie przebiega i czy to, o czym przed chwilą czytaliśmy wydarzyło się naprawdę, czy tylko się wydawało. Czy krasnale ogrodowe mogą mrugać? Czy dom może nie rzucać cienia? Ciągle nasuwa mi się pod palce termin „realizm magiczny”, bo rzeczywistość w tej książce jest przesycona magią, zabobonem, wiarą w cuda i sekrety. Tak chyba czasami łatwiej wytłumaczyć sobie coś, czego nie potrafimy wyjaśnić. Tak często patrzą na świat dzieci.

Małgorzata Strękowska-Zaremba, Dom nie z tej ziemi

Bohaterów jest dwoje — Marysia o kręconych włosach i Damian, zwany Pająkiem. Tajemnicza Marysia jest szefową, to ona powoli wprowadza Daniela w sekrety domu, na który nigdy nie pada deszcz. Wesoły Daniel na początku traktuje spotkanie z dziewczynką jak zabawę, a potem odkrywa, że wszystko dzieje się na poważnie. Małgorzacie Strękowskiej-Zarembie udało się napisać książkę nie tylko o różnych domach, ale także o przyjaźni, zaufaniu i dorastaniu. Naprawdę warto zachęcić dziecko do jej lektury, mimo że nie jest to książka łatwa. Dla mnie ta opowieść to także świetne wprowadzenie do późniejszych, bardziej dorosłych historii i świetny pretekst do pokazanie dziecku, że pisać można bardzo różnie.

Małgorzata Strękowska-Zaremba, Dom nie z tej ziemi

Jeszcze słowo o ilustracjach Daniela de Latour. Cała książka utrzymana jest w stonowanej szaro-żółtej kolorystyce. Ilustracje są bardzo oszczędne, przyciągają wzrok i podkreślają atmosferę tajemnicy. Świetnie dopełniają tekst, ale nie przyćmiewają go i nie odrywają uwagi od historii. Książka wydaje się ascetyczna i przemyślana. A od dziewczynki na okładce po prostu trudno oderwać wzrok. Zresztą sami sprawdźcie.

 

Małgorzata Strękowska-Zaremba, Dom nie z tej ziemi, il. Daniel de Latour, Nasza Księgarnia 2017

Pax, czyli pokój

Wróciliśmy z wyjazdu do Dziadków. Ulepiliśmy kilka bałwanów i jedną lamę, zbudowaliśmy pół igloo, podziwialiśmy bażanty, karmiliśmy sikorki. Piotr nurkował w śniegu, przekopywał się przez zaspy i co kilka kroków produkował na podwórku „orzełki”.

Przeczytaliśmy też kilka książek. Jedną z nich Tymek połknął pewnego poranka, a potem zapytał się, czy też byłam wzruszona. Musiałam przeczytać.

Sara Pennypacker, Pax

Na pewno zetknęliście się z tym tytułem. „Pax” Sary Pennypacker (Wydawnictwo IUVI) pojawiał się w różnych zestawieniach, zdobył kilka wyróżnień. Czasami porównywany jest do „Małego Księcia” (no przecież chłopiec i lis, więc jak nie porównywać?), choć nie sądzę, by miało to większy sens. To mądra książka, która spokojnie obroni się sama.

„Paxa” można czytać na wielu poziomach. Jest to powieść drogi, opowieść o przyjaźni i o odkrywaniu siebie, historia o odpowiedzialności, traktat o wojnie… Pewnie takich „dużych” tematów znalazłoby się jeszcze kilka. Wszystko zostało  opakowane w prostą i ujmującą historię Petera, chłopca po przejściach, i Paxa, lisa wychowanego przez Petera.

Początek tej opowieści jest naprawdę mocny. Scena rozstania chłopca i lisa działa na emocje i myślę, że dla młodszych dzieci może być bardzo trudna. Gdzieś pod skórą zaczynamy czuć niepokój, że coś jest nie tak, że jesteśmy postawieni przed pytaniami, na które chyba wolelibyśmy nie odpowiadać, że musimy „zobaczyć”, choć wolelibyśmy odwrócić wzrok. Pewien niepokój zostaje z nami do ostatniej strony, a autorka nie serwuje nam prostego happy endu.

Sara Pennypacker, Pax

Narracja prowadzona jest z dwóch punktów widzenia: w niektórych rozdziałach widzimy świat oczami Paxa, uczącego się na nowo, jak być dzikim i jak przetrwać. W tych fragmentach widać fascynację Sary Pennypacker światem dzikich zwierząt i jej wiedzę o lisach. „Pax” to nie jest książka przyrodnicza, ale Sara Pennypacker ma chyba podobną wrażliwość na naturę, co Peter Wohlleben. Jej zwierzęta czują, porozumiewają się, współczują, cierpią — są jednak zwierzętami, a nie tylko odbiciem ludzkich cech. Inne rozdziały opowiadają historię Petera. Chłopiec ciągle nie uporał się z poczuciem winy za coś, czego nie zrobił, i ucieka przed emocjami, szczególnie mocno boi się złości. Tęskni, cierpi, wstydzi się. Jego wędrówka „do Paxa” będzie także wędrówką ku dorosłości i dojrzałości. Pomoże mu w tym Vola, okaleczona dziwaczka mieszkająca na odludziu. A on pomoże jej.

Ech, pewnie wszystko, co piszę brzmi dziwacznie, ale bardzo staram się nie zdradzić Wam całej historii. Sama warstwa fabularna jest dość prosta, ale dużo dzieje się pomiędzy. Są w tej powieści fragmenty, które wbijają w krzesło. Vola cierpi na zespół stresu pourazowego, została okaleczona w czasie poprzedniej wojny. Opis tego, jak wracała do życia, jest naprawdę przejmujący. Chwilami miałam wrażenie, że wszystkiego jest w tej książce „za dużo”, ale jednocześnie właśnie zderzenie ludzi (i zwierząt) po przejściach sprawiło, że po lekturze „Paxa” ma się ochotę pomilczeć, a potem porozmawiać. Mocno zarysowane postacie Petera i Voli oraz Paxa zapadają w pamięć. Poboczni bohaterowie są tylko naszkicowani kilkoma kreskami, widzimy ich zachowania i nawyki, a lisy są dużo bardziej wyraziste niż ludzie.

Sara Pennypacker, Pax

 

Zastanawiałam się z Tymkiem, czy „Pax” nadawałby się na lekturę szkolną. Ech, ile tutaj tematów. Choćby taka odpowiedzialność — która odpowiedzialność jest ważniejsza? Za ojczyznę? Za dziecko? Za bezbronną istotę, która nam zaufała i którą wyrwaliśmy z jej środowiska? To może drugie pytanie. Jaka jest cena wojny? I dlaczego tak niechętnie o niej mówimy? Czy wojna to choroba? Można rozmawiać i rozmawiać. Tymek uznał, że książka może i by się nadawała, ale jest smutna. A nikt nie chce smutnych książek. Chyba boimy się smutku. U Sary Pennypacker ten smutek niesie jednak nadzieję. Bo na szczęście czasami jabłko pada bardzo daleko od jabłoni.

„Pax” został zilustrowany przez Jona Klassena (pamiętacie „Gdzie jest moja czapeczka?). Obrazki przykuwają wzrok i naprawdę szkoda, że nie ma ich więcej.

 

Sara Pennypacker, Pax, il. Jon Klassen, tł. Dorota Dziewońska, IUVI 2016

Zapraszamy do Raju

Wiem, wiem, powinno być podsumowanie roku 🙂 Ale nie będzie, choć ten rok był obfity w lektury. Mam za to dla Was propozycję lekturową na Nowy Rok — i wcale nie chodzi o książkę, która przed chwilą pojawiła się w księgarniach.

Też macie wrażenie, że ulegliśmy kultowi nowości i gonimy za świeżynkami? Książki znikają z księgarskich półek i z naszej pamięci, jedna goni drugą, a każda jest cudowna, fantastyczna, godna podziwu, wspaniała i po prostu trzeba ją mieć? Nawet nie przeczytać, ale mieć. Bardzo się cieszę, że wychodzi tyle ciekawych książek dla dzieci, ale mam kilka „ale”. Po pierwsze, nie da się tego wszystkiego przeczytać, a nawet czasami obejrzeć i dotknąć. Po drugie, w natłoku „tych najlepszych, które każdy musi mieć” giną czasami książki naprawdę ważne i wartościowe, które warto przeczytać, a może i o nich potem pomyśleć. Po trzecie, coraz rzadziej sięgamy do książek już przeczytanych, bo stos „nowych” zatrważająco szybko rośnie. I chyba zaczyna nam brakować czasu na przemyślenie tych wszystkich nowych lektur. Przyznaję, że nie wiem, jak sobie z tym poradzić. Może nie trzeba sobie radzić? Może to po prostu znak naszych czasów, że coraz bardziej przyspieszamy, nawet w lekturach? Nie wiem, ale życzę Wam i sobie w Nowym Roku dobrych, niespiesznych i mądrych lektur, takich, które zostaną z Nami na długo.

A teraz obiecana książka, a raczej dwie. Zapraszamy na osiedle Raj.

Przygody w Raju

Zakamarki zaczęły wydawać przygody Zlatka i Bezy w 2014 r. Wyszło pięć części, dwie pierwsze trafiły do Piotrusia w Mikołajowym worku.  Ich autorką jest Moni Nilsson, która stworzyła także postać Tsatsikiego — na pewno go znacie. „Przygody w Raju” są przeznaczone dla młodszych czytelników, dużo tutaj obrazków, mało tekstu, ale za jest to tekst, na który warto zwrócić uwagę.

Przygody w Raju. Najlepsi przyjaciele

Nie wiem, jak Moni Nilsson to robi, ale jej prosty tekst jest prosty, a jednocześnie pełny, mądry, bogaty…. Możecie sobie wpisać różne przymiotniki. Moni Nilsson opowiada o świecie z perspektywy dzieci, ale nie jest to tylko świat dzieci. To współczesny świat z mnóstwem odcieni. Posłuchajcie tylko:

Piłka leży tuż przy nodze Zlatka. Wszyscy gapią się na niego. Ella i Aya zatrzymują swoje rowery. Hassan i Hasse przerywają grę. Śruba przestaje kląć i szukać w koszu puszek. Fatima wychyla się z balkonu. Tatuażysta wychodzi ze swojego studia. Jego tatuaże lśnią w słońcu . Zapada cisza.
W kilku krótkich zdaniach Moni Nilsson potrafiła pokazać świat osiedla Raj: różnorodny i różnokulturowy. Zlatan nie ma tutaj prostego życia — nie lubi i nie potrafi grać w piłkę, a to prawdziwe przekleństwo dla chłopca, którego ojciec i bracia kochają futbol. Świadectwem tej miłości są chociażby imiona: Diego, Ronaldo i Zlatan. Na szczęście na osiedle wprowadza się Beza. Ona i Zlatko zaczynają stanowić nierozłączną parę.

Przygody w Raju. Anioły, ciastka i wypadające zęby

Te cieniutkie, bogato ilustrowane przez Elin Lindell książeczki opowiadają o codziennym życiu: o przyjaźni, rodzinie, akceptacji, wrażliwości, rodzeństwie. Czasami są to sprawy bardzo ważne, czasami błahe. Widać tutaj dziecięcą wyobraźnię i wiarę w magię — cudowna jest opowieść o kupowaniu ciastek. Codzienność siedmiolatka to odkrywanie swoich uczuć, uczenie się, że inni też czują, dowiadywanie się, jak należy postępować, ale także przekraczanie granic czy delikatne mijanie się z prawdą (nie mylić z oszukiwaniem). Piotruś i moja bratanica połknęli te książeczki od razu i natychmiast zapragnęli dalszych części. Szwedzka rzeczywistość Zlatka i Bezy okazała się bardzo bliska polskiej: u nas też można spotkać ludzi grzebiących w śmietniku, na osiedlach grasują chuligani, a miła pani Ela w osiedlowym sklepiku potrafi dołożyć lizaka do zamówienia, całkiem jak Ali. I chyba każde dziecko chciałoby zanurzyć dłonie w niebie.

Opowieści o przygodach Bezy i Zlatka na osiedlu Raj warto podsunąć dzieciom. To może być fajna lektura na dobry początek Nowego Roku. Wszystkiego Dobrego!

 

Moni Nilsson, Najlepsi przyjaciele, seria: Przygody w Raju, il. Elin Lindell, tł. Barbara Gawryluk, Zakamarki 2014

Moni Nilsson, Anioły, ciastka i wypadające zęby, seria: Przygody w Raju, il. Elin Lindell, tł. Barbara Gawryluk, Zakamarki 2014

Świat według Duni

Jest już późno, ale Dunia nie może zasnąć. Niektórzy, żeby zasnąć, liczą owce, ale nie ona! Dunia liczy, ile razy była szczęśliwa.

Moje szczęśliwe życie

Dunię poznaliśmy całkiem niedawno. Historia przyjaźni Duni i Fridy to świetna opowieść dla początkującego czytacza: prosty, wyraźny tekst, który nie przeraża objętością, ładna kreska Evy Eriksson, wszystko zakomponowane tak, by zachęcić do lektury. Piotruś uznał, że to książka raczej dla dziewczyn — no cóż, jak się jest małym chłopcem czasami trudno docenić opowieść o dziewczęcej przyjaźni, nawet tak piękną i pogodną jak „Moje szczęśliwe życie”. Nie oznacza to jednak, że odłożyliśmy książkę na półkę — po prostu synka bardziej interesowali chłopcy, więc pewnie do naszego domu trafi opowieść o Mattisie (jak już trafi, to na pewno o niej opowiem).

Moje szczęśliwe życie

„Moje szczęśliwe życie” Rose Lagercrantz (Zakamarki) gorąco jednak wszystkim polecam — mimo pewnych oporów Piotrusia. Warto do niej zajrzeć, bo to jedna z lepszych książek o emocjach dla dzieci. Autorka nie próbuje moralizować, nie ma tutaj filozofii, po prostu pisze o uczuciach w sposób, w którym rozpozna się każde dziecko. I nie są to tylko „dobre” emocje — dzięki tej książce możemy oswoić strach przed rozstaniem, złość, smutek, a przede wszystkim porozmawiać, co to znaczy szczęście.

Moje szczęśliwe życie

To świetna lektura dla pierwszoklasistów i przedszkolaków przygotowujących się do szkolnego debiutu — Dunia zaczyna właśnie chodzić do szkoły. Rose Lagercrantz świetnie uchwyciła emocje, które towarzyszą dziecku: lęk, ekscytację, niepewność, radość. „Moje szczęśliwe życie” pomoże dziecku oswoić nową sytuację, a pierwszak rozpozna tutaj swoje lęki i będzie potrafił je nazwać. Ech, to byłaby świetna lektura dla pierwszej lub drugiej klasy — nie za długa, ciekawa, nawiązująca do codziennego życia. Można z dziećmi rozmawiać i rozmawiać: o szczęściu, o wstydzie, o wybijaniu zębów, o tym, co wolno i czego nie wolno, o smutku. To ważna książka, która chwilami jest po prostu bardzo zabawna i świetnie się czyta. 

Gdy myślę o Duni, przychodzi mi na myśl Ania z Zielonego Wzgórza i Polyanna. Nie przerażajcie się, styl tych książek jest całkiem inny, są pisane dla całkiem innego odbiorcy. „Moje szczęśliwe życie” to dobrze napisana książka dla współczesnego dziecka. Mam jednak nieodparte wrażenie, że Dunia jest spokrewniona i z Anią, i z Polyanną (choć jest dużo mniej irytująca). Tak jak one, kolekcjonuje dobre momenty, chwile szczęścia, choć przecież jej życie (tak samo jak tamtych bohaterek) wcale nie jest proste: wychowuje ją tata, mama zmarła, gdy była malutka, jej przyjaciółka wyjeżdża. Na swój dziecinny sposób dziewczynka stara się brać z życia to, co dobre, kolorowe, ciepłe. Warto się tego od niej nauczyć. Koniecznie popatrzcie także uważnie na rysunki Evy Eriksson — mina taty kupującego chomika jest po prostu bezcenna.

Wszystkie ilustracje pochodzą ze strony Wydawnictwa Zakamarki.

Rose Lagercrantz, Moje szczęśliwe życie, tł. Marta Dybula, il. Eva Eriksson, Zakamarki 2012

Wilki z Nowego Meksyku

„Wilki z Nowego Meksyku” przynieśliśmy z biblioteki, nie do końca wiedząc, czego się spodziewać. Nie widziałam poprzedniej książki Williama Grilla, ale dużo o niej czytałam. Książka była zagadką, bardzo kuszącą zagadką. W bibliotece leżała na półce dla najmłodszych (nie najszczęśliwszy wybór), a w domu niesamowita okładka przyciągnęła i Młodszego, i Starszego.

Wilki z Nowego Meksyku

Tymek docenił piękno tej książki i z uwagą obejrzał wszystkie plansze. Tematyka go nie poruszyła — chwilę wcześniej połknął „Wilki” Adama Wajraka, więc „Wilki z Nowego Meksyku” były dla niego jeszcze jedną krótką, ciekawie zilustrowaną historyjką o wilkach. Trochę za krótką. Za to Piotruś się w tej książce zakochał…

William Grill przenosi nas do dawnej Ameryki – Dziki Zachód powoli przestaje być dziki. Osadnicy są wszędzie, przejmują we władanie dziewicze obszary, zakładają farmy, przeganiają i tępią dzikie zwierzęta.

Wilki z Nowego Meksyku

W Nowym Meksyku żyje wataha wilków, prowadzona przez starego i mądrego Lobo, z którą nikt nie jest w stanie wygrać. Wilki omijają wszystkie pułapki, a sława Lobo dociera do najodleglejszych zakątków Ameryki i ściąga do Nowego Meksyku myśliwych i traperów, którzy marzą o schwytaniu legendarnego wilka. Przybywa tutaj także Ernest Thompson Seton — to jego opowiadanie stało się podstawą historii Grilla. 

Wilki z Nowego Meksyku

„Wilki z Nowego Meksyku” to nie bajka, ale prawdziwa historia zmagań człowieka z przyrodą i stopniowego budzenia się podziwu i szacunku dla natury. Spotkanie z Lobo zmieniło Setona — został obrońcą przyrody, założył skauting i chronił dziedzictwo Indian. William Grill pięknie pokazał przemianę myśliwego w człowieka, który zaczyna dostrzegać całość, widzi przyczyny i skutki, i uświadamia sobie, że bez pomocy ludzi świat zwierząt nie przetrwa.

Wilki z Nowego Meksyku

Książka to dokument, komiks i nostalgiczna bajka w jednym. Mój Młodszy dokładnie obejrzał wszystkie pokolorowane kredkami plansze, a potem długo milczał. Lektura historii Williama Grilla to wspaniały sposób, by zacząć mówić o ekologii i ochronie przyrody. Koniecznie do niej zajrzyjcie.

A ja zastanawiam się, jak chłopcy zareagowaliby na Curwooda. Na pewno to sprawdzę.

 

Ilustracje pochodzą ze strony wydawcy, Kultury Gniewu.

William Grill, Wilki z Nowego Meksyku, Kultura Gniewu 2017

Eryk i bardzo niezwykła Babcia

Chciałabym Wam dzisiaj opowiedzieć o pięknej i niezwykłej książce. Takiej, która sprawia, że łzy pojawiają się w oczach i ściska w dołku, potem na twarzy pojawia się uśmiech, a po przekręceniu ostatniej strony człowiek siedzi w milczeniu i pielęgnuje to, co narodziło się w nim podczas lektury. Brzmi patetyczne, wiem, ale to jedna z najpiękniejszych książek, jakie czytałam z chłopakami. 

Niezłe ziółko

Niezłe ziółko” Barbary Kosmowskiej to książka, którą trudno zaszufladkować. Można ją odczytywać na różne sposoby. Dla Tymka była to opowieść o Babci — takiej cudownej, mądrej, wymarzonej, wytęsknionej, przy której prawie każda rzeczywista Babcia wypada blado — i o odchodzeniu, żegnaniu się z bliskimi. Piotruś bardziej zwrócił uwagę na zmiany, które zachodzą w Eryku, bohaterze książki — Eryk nauczył się odwagi, mamo. Oj tak, a Babcia mu w tym bardzo pomogła.

Eryk to zwykły ośmiolatek. Wątły i niski okularnik bez specjalnych zdolności. Taki przeciętniak, na którego mało kto zwraca uwagę, a jeśli już, to raczej po to, by dać mu kuksańca. Chłopiec jest bardzo samotny: ma oczywiście mamę i tatę oraz świnkę Balbinę, ale izoluje się od klasy, unika kolegów. Jest nieśmiały, boi się żartów i kpin. Pewnego dnia Eryk dowiaduje się, że w jego domu zamieszka Babcia Malutka, ukochana Babcia, znawczyni ziół, podróżniczka, gawędziarka, cudowna osoba z niesamowitą umiejętnością słuchania, przy której wszystkim (nawet Balbinie) rozwiązują się języki.

Niezłe ziółko

Babcia Malutka jest chora, musi leżeć, ale poświęca swojemu wnukowi masę uwagi. Słucha, doradza, zauważa problemy. Naprawdę można jej pozazdrościć umiejętności wskazywania drogi, motywowania, zarażania pasją. Przygotowuje także Eryka na rozstanie i daje mu siłę, by potrafił żyć sam, odwagę, by umiał podjąć wyzwania. Uczy go wytrwałości i tego, że mistrzostwo nie bierze się z powietrza, ale wymaga ćwiczeń i czasami samozaparcia. 

Barbara Kosmowska w swojej opowieści przeprowadza dziecko przez smutek i żal po rozstaniu, ale uczy także, że wspomnienia i wspólne pasje mogą koić rozpacz. Eryk ma ogromną wyobraźnię, która pomaga mu uporać się z pustką. Autorka pokazuje, że siłę można czerpać ze wspomnień, gdy zabraknie już dorosłego, który dawał wsparcie. Mamo, nie chcę, żeby ona umarła — szepnął mój Starszy — czemu książki muszą kończyć się źle? Ta książka nie kończy się źle, mimo iż Babcia Malutka umiera. Nie ma tutaj wielkiej rozpaczy i wielkiego krzyku. Jest zwykły smutek i ból, ale także rozpoznanie, że siła drzemie w nas samych. I że warto korzystać z wiedzy i doświadczeń, które przekazali nam inni.

Książka jest cudownie zilustrowana przez Emilię Dziubak. Jej ilustracje wydają się pełne światła, są jak przesiąknięte blaskiem. Nawet gdy są ciemne, promieniują i bije z nich ogromna miłość do wnuczka i wielkie ciepło. Cudowne są na tych ilustracjach ziółka, aż chciałoby się wskoczyć na obrazek (chłopcy się posprzeczali, który ładniejszy: jeden wolałby na łąkę, drugi do domku  na drzewie). Zajrzyjcie do „Ładnego ziółka” — ta książka daje dzieciom siłę, nawet jeśli w ich oczach na chwilę pojawią się łzy.

 

Barbara Kosmowska, Ładne ziółko, il. Emilia Dziubak, Wydawnictwo Literatura 2016