Kiedy marzenia się spełniają

„My dwie, my trzy, my cztery” Sarah Crossan (Dwie Siostry) to jedna z ciekawszych książek dla starszych dzieci czy młodszej młodzieży, jakie przeczytałam w tym roku. Porusza, skłania do myślenia i zadawania pytań. Spodobała się trzynastolatce, i dziewięciolatce — choć wcale nie jest to książka tylko dla dziewczyn.

Sarah Crossan, My dwie, my trzy, my cztery

Wszyscy mamy jakieś marzenia, małe i duże. Marzymy, zastanawiając się, jak pięknie by było, gdyby się spełniły. Czasami jednak rzeczywistość nas zaskakuje, a niektóre życzenia bywają niebezpieczne. Tak uważa babcia trzynastoletniej Apple. Ciągle powtarza: „uważaj, czego sobie życzysz”. Trudno jednak nie marzyć o powrocie mamy, która wyszła z domu przed jedenastu laty. Każde dziecko by o tym marzyło. I nagle mama wraca.

Nie jest łatwo pisać o tej książce i nie napisać „o czym to jest”. Aż świerzbią palce, ale nie chcę zdradzać wam więcej. Wszystkie informacje przedstawione powyżej i tak znajdziecie na okładce. Warto zajrzeć do tej książki, żeby poznać historię Apple, ale znajdziecie w tej opowieści coś więcej niż tylko historię wzajemnego (i to po raz pierwszy właściwie, bo Apple znała raczej wymyśloną matkę) poznawania się matki i córki. Oczywiście jest to opowieść o dorastaniu i dojrzewaniu — nie tylko dziecka. Opowieść o tym, czy jest miłość i jak różnie może się przejawiać. Znajdziecie w niej sporo o przyjaźni i wybaczaniu, ale także o strachu i poznawaniu samego siebie, dochodzeniu do tego, co ważne, a co mało istotne. Historia Apple wzrusza, czasami bawi, czasami przeraża. Zachęca do rozmów i rozmyślań.

To także książka o sile poezji. Dużo w niej wierszy. Życie Apple może nie wygląda typowo, ale trafiła na najlepszego nauczyciela, jakiego tylko mogła sobie wymarzyć. Bardzo bym chciała, by moi synowie napotkali choć jednego takiego na swojej drodze. Mądrego, czującego, potrafiącego zarazić pasją, nie bojącego się czytać z trzynastolatkami „trudnych” tekstów, ufającego w intelekt i wrażliwość dzieci. Poezja okazuje się tutaj kluczem do samego siebie, tunelem prowadzącym do tego, co ukryte i schowane. Przeczytajcie „My dwie, my trzy, my cztery” i czytajcie z dziećmi poezję.

Sarah Crossan My dwie, my trzy, my cztery, tł. Małgorzata Glasenapp, Wydawnictwo Dwie Siostry 2018

Reklamy

Galop ’44

Szukałam dla syna książki o II wojnie światowej. Z mojej perspektywy, książki o najnowszej historii. Z jego perspektywy książki o prehistorii, równie odległej, co Piastowie czy rozbiory. Ciągle zaskakuje mnie ta różnica w ocenie. Nie zauważyłam chwili, gdy czasy mi stosunkowo bliskie — może z powodu opowieści wysłuchanych w dzieciństwie, może z powodu programu w szkole, tych wszystkich nielubianych apeli, capstrzyków i pochodów, a może po prostu to różnica pokolenia — stały się odległe i niezrozumiałe dla moich dzieci. No ale oni nie mają babci i dziadka, którzy czasami, bardzo rzadko, wspominali wojnę, a w ich wojennych historiach przewijała się Treblinka, obozy pracy, rozstrzelania, Niemcy i Rosjanie, i przyjaciel, który zginął w lesie. Dziadek prowadził nas w listopadzie na jego grób i opowiadał o tym, który już zawsze będzie mieć 19 lat. Ciągle więc szukam książek, które poruszają, pokazują historię i uczą, że trzeba pamiętać i warto wiedzieć, jak wyglądała tamta rzeczywistość i czym różniła się od zabaw rekonstruktorów.

Monika Kowaleczko-Szumowska, Galop '44

Dzięki poleceniom mądrych ludzi (jeszcze raz bardzo dziękuję autorkom blogów Mała czcionkaMały pokój z książkami za polecenie) trafił do naszego domu „Galop ’44” Moniki Kowaleczko-Szumowskiej — trafił i od razu został zaanektowany przez nastolatków. Ustawiła się kolejka, polecali go sobie nawzajem, a do mnie docierały krótkie i zdawkowe, ale jakże symptomatyczne opinie: że naprawdę ciekawe i że co prawda nie lubi takich podróży w czasie, ale w tej książce dobrze się to rozwiązanie sprawdziło, że nie mogła przestać czytać i bardzo się wzruszyła, że to taka prawdziwa książka i lepsza niż „Zwiadowcy”, że sprawdzali, czy to wszytko prawda. „Galop ’44” zmusił nastolatki do myślenia — przeczytałam więc tę książkę, gdy tylko do nas wróciła.

Przeczytałam — i nie mogę przestać o niej myśleć. Ta lektura łapie dorosłego za serce i ściska za gardło. Starałam się zapanować nad wzruszeniem, ale po prostu się nie dało. W pewnej chwili czytelnik łapie się na tym, że ma mokrą twarz — a akcja jest tak wciągająca, że nie ma czasu na ocieranie łez. Monika Kowaleczko-Szumowska na kartach tej książki pokazała Powstanie — nie pomijając niczego: brudu, humoru, piosenek, lęku, głodu i smrodu, złości, beznadziei, odwagi i brawury, śmiałości i rozsądku, tchórzostwa i siły, szczęścia i pecha. Doskonale wiedziałam, jak skończy się większość tych historii, ale i tak cały czas miałam nadzieję, że może jednak, że może tym razem… Po tej lekturze ma się ochotę pognać do Muzeum Powstania Warszawskiego i popatrzeć na wszystkie eksponaty jeszcze raz, z jeszcze większym szacunkiem i czcią.

Akcja książki dzieje się tutaj i tam — w czasie Powstania. Przez przejście w Muzeum trafia w tamte czasy dwóch chłopców: trzynastoletni Mikołaj, rozbrykany i dość beztroski, z typową dla naszych czasów nieumiejętnością skupienia się na czymkolwiek, entuzjastycznie nastawiony do ludzi i wydarzeń oraz jego siedemnastoletni brat, Wojtek, sceptyczny, małomówny, racjonalny i zamknięty w sobie. Zderzają się dwa podejścia: młodszy brat traktuje pobyt w powstańczej Warszawie jak przygodę — błyskawicznie znajduje przyjaciół i wsiąka w miasto. Starszy najchętniej od razu by stamtąd uciekł. Jego racjonalizm buntuje się w zderzeniu z optymizmem powstańców, bo przecież doskonale wie, jak to wszystko się skończy. Właściwie początkowo jedynym bodźcem do działania jest dla Wojtka chęć wyciągnięcia Mikołaja z powstania i uniknięcia kłopotliwych pytań rodziców.

Chłopcy spotykają ludzi znanych z kart historii — autorka nie wymyślała postaci, tylko zaludniła swoją powieść ludźmi, którzy naprawdę w powstaniu uczestniczyli, których historie odnalazła w archiwum Muzeum lub usłyszała od żyjących powstańców. Na kartach „Galopu ’44” spotkamy Stefana Korbońskiego (ps. Zieliński) i jego żonę Zofię, którzy przygotowywali depesze dla radiostacji „Świt”, Jana Rodowicza, czyli Anodę, Janka Warda, Anglika, który przez całe Powstanie nadawał depesze o sytuacji w Warszawie, Jana Nowaka-Jeziorańskiego, Wiktora Dobrzańskiego. Przewija się tutaj mnóstwo postaci — Monika Kowaleczko-Szumowska dała im twarze, zmieniła definicje z encyklopedii w żywe osoby. Trudniej się myśli o bohaterstwie, trudniej się głosi stereotypowe hasła, gdy tłum zaczyna zmieniać się w pojedyncze osoby.

Nietrudno zgadnąć, że Powstanie zmieniło Mikołaja i Wojtka. „Galop ’44” to jednak nie jest tylko książka o przemianie. Autorka nie ucieka przed trudnymi pytaniami o sens walki, ale odpowiedź pozostawia czytelnikowi. Co jakiś czas w książce pojawia się fragment naświetlający daną sytuację z perspektywy historycznej. Narrator rysuje sytuację na froncie, pokazuje, jakie były przyczyny danej decyzji, a jakie były lub mogły być jej skutki. Obraz nakreślony przez Monikę Kowaleczko-Szumowską jest wielobarwny, zmusza do zastanawiania się, zachęca do własnych poszukiwań, do dalszego poznawania historii walki. Powstanie w jej książce nie jest zabawą, romantycznym zrywem, tylko dramatyczną historią ludzi, którzy coraz mocniej zdają sobie sprawę, że nie są w stanie wygrać. A jednak walczą dalej. Na mnie chyba ciągle najmocniej działają historie tych, którzy przeżyli i zginęli tuż po wojnie z rąk NKWD.

Przeczytajcie „Galop ’44” i dajcie go swoim nastolatkom. Zajrzyjcie z nimi do Muzeum Powstania Warszawskiego, a może na Powązki. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ta książka powinna znaleźć się na liście lektur, bo pokazuje historię ludzi i miasta, a nie suche daty. U mnie będzie czekała na półce na Piotrka.

 

Monika Kowaleczko-Szumowska, Galop ’44, Literacki Egmont 2014

 

Lekkie życie Barnaby’ego Brocketa

To nie jest nowa książka. Wydawnictwo Dwie Siostry ma ją w swojej ofercie już od kilku lat, ale my trafiliśmy na nią dopiero teraz. Czyta się ją świetnie, ale wcale nie jest to lekka lektura. I od razu może uprzedzę wszystkich, którzy szukają książek wyłącznie z idealnymi rodzicami i rodzinami — tutaj ich nie znajdziecie. Będziecie musieli za to zmierzyć się z pytaniami, co to jest normalność, jacy powinni być rodzice, czy mogą być źli i dokąd może nas zaprowadzić akceptacja (a czasami jej brak). Gotowi?

John Boyne, Lekkie życie Barnaby'ego Brocketa

Barnaby urodził się niezwykły, niesamowity i lekki — jedyny na świecie człowiek, na którego nie działa grawitacja. Właśnie tak, Barnaby nie był w stanie pozostać na ziemi, natychmiast unosił się w powietrzu. Cecha, o której marzyłoby wielu, choć wcale nie jest tak fajna, jak mogłoby się wydawać. Chłopiec miał jednak pecha — urodził się w najnudniejszej rodzinie na świecie. Nie tylko zwykłej i przeciętnej, ale szczycącej się swoją zwykłością i przeciętnością, a wręcz aspirującej do bycia najbardziej nudną, uporządkowaną, zwykłą i absolutnie unikającą jakiejkolwiek ekstrawagancji i zwracania na siebie uwagi rodzinie na świecie. Latający chłopak i rodzice owładnięci obsesją niezwracania na siebie uwagi… To nie mogło skończyć się dobrze.

John Boyne, Lekkie życie Barnaby'ego Brocketa

John Boyne napisał książkę o zwykłości, normalności i obsesji — czyta się ją bardzo dobrze i szybko, ale po drodze trzeba zmierzyć się z wieloma trudnymi pytaniami. To książka dla dzieci, niełatwa dla rodzica, wytrącająca z równowagi, zmuszająca do czujności i popatrzenia na relacje. Barnaby w pewnym momencie wyrusza w drogę — spotyka na swojej trasie wielu ludzi. Wydaje się, że przyciąga podobnych „odmieńców”, jak on sam — ludzi tragicznie dotkniętych przez los, nierozumianych przez innych, w tym swoje własne rodziny, niespełniających cudzych oczekiwań, pogubionych, rozczarowanych, złych na siebie i innych. Wielokrotnie podczas lektury musiałam zastanawiać się, co to jest norma, a co to jest odmienność. A nawet co to jest człowieczeństwo. Boyne pokazuje, że kult „normalności” może być groźny i niebezpieczny — tym bardziej, że każdy tę normalność rozumie trochę inaczej. Dobitnie też pokazał, że na drodze do „normalności” łatwo zrobić rzeczy niemoralne i łatwo znaleźć sposoby dojścia do celu. Może pomóc w tym chociażby szkoła. Słowa dyrektorki tej instytucji bardzo długo brzmiały mi w uszach.

Podróż Barnaby’ego to z jednej strony droga, która prowadzi do samoakceptacji, z drugiej — pochwała więzi rodzinnych i znaczenia rodziny w życiu. W przypadku tego chłopca brzmi to co najmniej dziwnie, bo jego rodzice… No cóż, sami przeczytajcie. Rodzinie Barnaby’ego blisko do rodziców Matyldy Roalda Dahla — choć oni sami na pewno by się z tym nie zgodzili. Sporo w tej książce groteski i absurdu rodem z Dahla. Zraniony przez rodzinę chłopiec, który uczy innych, czym jest rodzina — Boyne pokazuje rozpaczliwą próbę realizacji marzenia, które nie może się spełnić. Dzieci marzą o wspaniałej rodzinie, ale dorastając rozumieją, że żyć w zgodzie ze sobą mogą także bez rodziny. Nie jest to optymistyczny wniosek dla rodziców, ale w  końcu wychowujemy dzieci, by wyfrunęły i żyły w zgodzie z sobą, nieprawdaż?

Chwilami bardzo mnie ta książka irytowała, ale nie mogłam przestać jej czytać. Boyne wybija czytelnika z rytmu, zachęca do rozmyślań, skłania do myślenia. I nie przestaje przypominać, że dzieci są najważniejsze, że trzeba pozwolić im żyć i rosnąć po swojemu, bo dziecko też człowiek. Niby oczywiste, ale chyba ciągle nie dla wszystkich.

John Boyne, Lekkie życie Barnaby’ego Brocketa, il. Olivier Jeffers, tł. Tina Oziewicz, Dwie Siostry 2013

Czekając na jednorożce

W domu mogę obserwować dwa modele czytelnicze. Starszy czyta głównie to, czego jeszcze nie czytał (nawet jak był całkiem mały, to preferował raczej nowe lektury), a Młodszy czyta chętniej to, co już zna i co oswojone, kilka razy to samo. Doskonale się te strategie uzupełniają — jedna odpowiada za pojawianie się na półkach ciągle nowych pozycji, dzięki drugiej książki nie obrastają w pajęczyny.  Ponieważ Piotrek akurat pochłania książki, które już czytał, albo książki, które ja już czytałam razem z Tymkiem, mogłam pobuszować po półce Starszego. Tak wyszło, że zaczęłam od „Czekając na jednorożce” — to książka nominowana w plebiscycie Lokomotywa. Absolutnie nie żałuję.

Beth Hautala, Czekając na jednorożce

Wzruszyłam się przy tej lekturze. Nawet bardzo — łzy same zaczęły mi płynąć po policzkach. Beth Hautala napisała piękną opowieść o śmierci, żałobie, radzeniu sobie z tęsknotą i szukaniu sił do dalszego życia. To opowieść pełna emocji, a jednocześnie ciszy — wiele tutaj dzieje się pomiędzy słowami albo bez słów.

Bohaterką jest dwunastoletnia Talia, która wyjeżdża z tatą do Arktyki. Jej tato jest naukowcem, bada walenie. Mama jakiś czas wcześniej zmarła na raka. Dziewczynka musi sobie poradzić nie tylko ze śmiercią jednego z rodziców, ale także z nieobecnością drugiego, bo jej tato jest ciągle zajęty. Talia ma wrażenie, że pomiędzy nią, a jej tatą wyrasta przepaść i cisza, pustka o kształcie matki.

„Czekając na jednorożce” to nie jest prosta lektura. Trudno czyta się o odchodzeniu, o emocjach dziecka i bólu dorosłego, który wie, że musi zostawić swoje dziecko. Beth Hautala potrafiła jednak smutek i żal zamienić w nadzieję i pokazać, że trzeba żyć dalej. Tal musi zmierzyć się z bólem i rozstaniem. Musi umieć porzucić swoje życzenia, w tym to największe o spotkaniu jednorożca, który spełnia życzenia i pozwoli jej pożegnać się z mamą. To przepiękna i mądra opowieść o etapach żałoby, o akceptacji bólu i tworzeniu w życiu miejsca na coś nowego. Na nowe uczucia, nowe emocje, nowych przyjaciół. Patrzenie w przeszłość jej nie zmieni, a sprawi, że życie przepłynie między palcami.

To jednocześnie opowieść o tym, że trzeba naprawdę przeżyć swoje życie, że mamy na nie wpływ, że warto szukać okazji, by je zmienić lub naprawić. Śmierć czy zagrożenie sprawiają, że widzimy, co w życiu liczy się naprawdę, co jest prawdziwe i co ma wartość. Czasami te najważniejsze rzeczy umykają nam w codziennej bieganinie. Warto się więc zatrzymać i pomyśleć, a lektura „Czekając na jednorożce” na pewno do myślenia skłania. To naprawdę mądra i ważna książka, także dla dorosłych.

 

Beth Hautala, Czekając na jednorożce, tł. Zuzanna Byczek, Biała Plama 2018

Bystrzak

Dzisiaj będzie o książce zdecydowanie dla nastolatków. W moim odczuciu nawet tych odrobinę starszych — dwunastolatkowi nie za bardzo przypadła do gustu. Uznał, że jest dziwna i chyba czuł się chwilami odrobinę niezręcznie — w książce jest sporo erotyzmu i odkrywania seksualności. Najwięcej jest w niej jednak o odmienności — i to takiej, o której najczęściej nie mamy ochoty myśleć.

Marie-Aude Murail, Bystrzak

„Bystrzak” Marie-Aude Murail (Dwie Siostry) to historia siedemnastoletniego Klébera, który przyjeżdża do Paryża do szkoły. Towarzyszy mu starszy brat, Barnabé — starszy tylko wiekowo, bo umysłowo zatrzymał się na poziomie trzyletniego dziecka. Ich mama zmarła, ojciec postanowił się ponownie ożenić i w jego nowym życiu zabrakło miejsca dla Bystrzaka, bo tak wszyscy nazywają Barnabé — czyli po prostu gu-pka, jak sam o sobie mówi. Nowa partnerka ojca boi się go wręcz panicznie — a gdy zachodzi w ciążę, jej strach jeszcze się nasila (znamy to, prawda?). Bystrzakowi towarzyszy przytulanka-królik, Pan Kickicek: przyjaciel, towarzysz zabaw, sprawca wszelkich szkód, a czasami psotny duszek namawiający do złego.

Bystrzak jest inny. Patrzy na świat oczami dziecka i dużo dostrzega, więcej niż byśmy chcieli. Czasami mówi prawdę prosto z mostu, czasami ujawnia sekrety, czasami wszystko psuje, szukając — jak dziecko — prostego wyjaśnienia tajemnic (no przecież ktoś musi siedzieć w zegarku, skoro chodzi i tyka, to oczywiste). Kléberowi nie jest łatwo, ale nie mógł patrzeć, jak brat marnieje i gaśnie w ośrodku dla osób upośledzonych. Choć Malicorix bardziej przypomina hotel niż szpital, Bystrzak wspomina pobyt tam jak piekło. W Paryżu bracia trafiają do mieszkania studenckiego, więc opowieść o upośledzeniu i inności osadzona jest na tle życia młodych ludzi. Mieszkanie wynajmuje Aria i Emmanuel, para studentów medycyny, brat Arii Enzo i jego przyjaciel Corentin: czasami się uczą, czasami imprezują, czasami przeklinają (Bystrzak zawsze reaguje tak samo: Ojej, jakie brzydkie słowo), flirtują, zakochują się, uprawiają seks. Wrzucenie w ten miarę uporządkowany tryb życia Bystrzaka trochę pokomplikuje sytuację i zmieni układ sił.

Przy lekturze książki Marie-Aude Murail świetnie się bawiłam i często wybuchałam śmiechem. Potem zastanawiałam się, czy wypada — bo przecież nauczono mnie (nas), że z inności i upośledzenia śmiać się nie należy. Zderzenie Bystrzaka z codziennym życiem niesie jednak ze sobą ogromne pokłady komizmu, a jednocześnie pokazuje, jak odbieramy osoby upośledzone i czego się czasami boimy. Oraz że czasami to my-normalni jesteśmy niedołężni, upośledzeni i ograniczeni — w okazywaniu uczuć i emocji, odczytywaniu prawdziwych intencji, dostrzeganiu prawdy. Często się boimy, często udajemy, a zderzenie z innością potrafi zedrzeć z nas maski i zmusić do pokazania prawdziwego oblicza.

Bardzo jasnym punktem tej książki jest tło, na którym rozgrywa się historia braci. Fascynacja Klébera koleżankami, pierwsze nieśmiałe doświadczenia seksualne, damsko-męskie gierki nasto- i dwudziestolatków. Próby odnalezienia się w dorosłym świecie, z jednej strony poszukiwanie niezależności i własnej drogi, z drugiej finansowa zależność od rodziców.

Czy to książka doskonała? Moim zdaniem nie. Jest trochę za gładka i za oczywista. Role są tutaj od razu rozpisane — te postacie są złe, te dobre. Bystrzak, chociaż momentami irytuje Klébera i współmieszkańców, jest uroczy, zabawny i mimo wszystko dość niekłopotliwy. Kléber nie musi martwić się o pieniądze, bo ma spadek po matce. Wiadomo, że prawie wszyscy współlokatorzy Bystrzaka zaakceptują i polubią, a nawet łatwo przewidzieć, kto będzie miał z tym problem. Dość oczywiste jest, że dzięki niemu ich życie stanie się pełniejsze i prawdziwsze. Mnie dorosłą ten idealizm i łatwość pokonywania trudności trochę drażnił — ale ta książka nie jest przeznaczona dla mnie, tylko dla młodzieży. Mam wrażenie, że mówi w prosty i, hmm, młody sposób o sprawach ważnych, a często przemilczanych. „Bystrzak” wskazuje kierunkowskaz i pokazuje, jak powinno być i co się dzieje, gdy jest tak, jak być powinno. Idealizm? I owszem, ale w bardzo przyjemnym wykonaniu.

Mimo tych zastrzeżeń, to naprawdę dobra lektura — zabawna, przyciągająca uwagę, zachęcająca do rozmyślań i zadawania pytań. Uczy akceptacji i tolerancji. Wskazuje, co w życiu ważne. Pokazuje fałsz ukryty pod uśmiechem i nieczułość skrywaną przez profesjonalizm. Warto do „Bystrzaka” zajrzeć i warto podsunąć go nastolatkom (uwaga, jak już pisałam, w książce znajdziecie brzydkie wyrazy — mam zresztą wrażenie, że swobodny i lekki język tłumaczenia to duży atut „Bystrzaka”, który może zachęcić młodzież do lektury).

 

Marie-Aude Murail, Bystrzak, tł. Bożena Sęk, Dwie Siostry 2018

Drzewo życzeń

Tak się jakoś złożyło, że początek roku upłynął pod znakiem gadających drzew. Pierwsza opowiadała mirabelka — o przyjaźni, wojnie i pamięci. Drugi zabrał głos stary dąb czerwony — i też mówił o przyjaźni, akceptacji i pamięci. Trzeba słuchać drzew, bo są mądre i widziały znacznie więcej niż my.

Katherine Applegate, Drzewo życzeń

„Drzewo życzeń” Katherine Applegate to opowieść starego dębu — ma już 216 słojów, czyli dwieście szesnaście lat. Z punktu widzenia człowieka bardzo dużo, z punktu widzenia dębu może mieć przed sobą jeszcze wiele lat życia — dęby czerwone mogą rosnąć nawet 500 lat. Ten dąb jest wyjątkowy — nie tylko zapewnia schronienie wielu zwierzętom, które zgodnie bytują wśród jego konarów, ale także jak na drzewo jest bardzo rozmowny, choć z zasady nie odzywa się do ludzi (tak zresztą nakazują prawa przyrody). Ludzie z miasteczka traktują go jak drzewo życzeń — zawsze 1 maja przytwierdzają do jego gałęzi karteczki z życzeniami i marzeniami, mając nadzieję, że pomoże im spełnić pragnienia. Tym razem jednak drzewo ma własne życzenie, a Dzień Życzeń może być jego ostatnim dniem jego życia.

Katherine Appelgate, Drzewo życzeń

Katherinne Applegate napisała piękną opowieść o przyjaźni i obcości, o niechęci i strachu wynikającym z niewiedzy i o tym, jak wspomnienia pomagają przezwyciężać trudności. Do miasteczka sprowadzają się nowi mieszkańcy. I choć dąb pamięta ludzi mówiących różnymi językami, przybysze otoczeni są niechęcią i wrogością. Drzewo nie rozumie, co się dzieje — powiedzcie sami, czy chusta na głowie może być przyczyna aż takiej niechęci? Ponieważ jednak polubiło małą Samar, która każdej nocy przychodzi posiedzieć pod dębem, postanawia jej pomóc. Dziewczynka przypomina mu także kogoś innego, kto dawno temu miał podobne problemy.

Historia opowiedziana przez dąb uczy, że warto pamiętać i uczyć się na cudzych doświadczeniach, by nie popełniać tych samych błędów i zobaczyć, co w życiu naprawdę ważne. To książka, która porusza lęki współczesnego świata i pokazuje strach przed obcością i innością — taki sam od wieków, gdy już zapominamy, że sami kiedyś byliśmy obcy i inni.
Katherine Applegate, Drzewo życzeń

To także bardzo ekologiczna historia. Wcale nie chodzi jedynie o ochronę drzew czy dbałość o przyrodę, ale o spojrzenie na naturę jako całość, o szacunek wobec innego bytu. Rośliny i zwierzęta w powieści Applegate są bardziej ludzkie niż człowiek: współpracują, szanują się, potrafią przestrzegać praw i stanąć w obronie tego, co kochają.

Katherine Applegate, Drzewo życzeń

„Drzewo życzeń” to bardzo piękna książka. Porusza emocje i skłania do zastanowienia. Pokazuje także bardzo dobitnie, że warto uczyć się otwartości od dzieci, bo one jeszcze nie wiedzą, że „trzeba” się bać i „należy” postępować w określony sposób. To może cytat na koniec.

Niektóre rzeczy się zmieniły. Inne — nie. Ale jestem optymistą i mam nadzieję na przyszłość.

Rodzice Samar porzucili myśl o przeprowadzce, przynajmniej na razie.

Stephen i Samar się zaprzyjaźnili. Czasem odrabiają lekcje na trawniku przy moim pniu.

Ich rodzice nadal ze sobą nie rozmawiają.

Nie wiem, czy kiedyś zaczną. (s. 171)

Po lekturze tej książki mam ochotę posiedzieć pod drzewem i uważniej słuchać moich dzieci. Dopóki jeszcze mają w sobie otwartość, której mogę się od nich uczyć. Warto przeczytać tę książkę razem z dzieckiem i warto o niej później rozmawiać.

 

PS. Nie podoba mi się jedynie okładka. Po prostu drzewo na okładce nie przypomina dębu tylko wierzbę, a liście-wstążki z życzeniami bardzo to wrażenie pogłębiają. Wolałabym jednak, żeby na okładce był dąb.

 

Katherine Applegate, Drzewo życzeń, tł. Małgorzata Glasenapp, il. Sara Olszewska, Wydawnictwo Dwie Siostry 2018

Pasztety, do boju!

Nie wiem, jak Clémentine Beauvais to zrobiła. Jakim cudem w stosunkowo niewielkiej, zabawnej i świetnie napisanej książce udało się jej upchnąć tak wiele. Znajdziecie tutaj problemy z hejtem, bunt przeciwko rodzicom, brak akceptacji, rozbite rodziny, pierwszą miesiączkę. Do kompletu można jeszcze dorzucić poszukiwanie prawdy, kalectwo i imigrantów. Brzmi to bardzo poważnie, ale zapewniam, że książkę czyta się świetnie i trudno się od niej oderwać.

Clémentine Beauvais, Pasztety do boju

Mireille, Astrid i Hakima właściwie są na siebie skazane. W nieformalnym konkursie na najbrzydszą dziewczynę w szkole, organizowanym — jakże by inaczej — na fejsie, zdobyły tytuł Złotego, Srebrnego i Brązowego Paszteta. Konkurs paskudny — to już zresztą trzecia edycja — ale dorośli rozkładają bezradnie ręce, przecież nie mają wpływu na to, co robią dzieci w internecie. Mireille zdobyła ten tytuł już kolejny raz — to ona jest narratorką tej historii — zdążyła więc zbudować grubszy pancerz i chowa pod nim emocje i ból. Staje się swoistą mentorką dla koleżanek, które nie potrafią ukrywać rozpaczy i smutku. Co można zrobić z tak zdobytą, hmm, popularnością?

Mireille jest inteligentna i wygadana, a na dodatek złośliwa — nawet jej prześladowcy boją się jej języka i ciętych ripost. Nie ma ochoty zmieniać się po to, by dostosować się do obowiązujących kanonów. Chce być sobą. Emocje ukrywa bardzo głęboko i stara się, by nikt nie dostrzegł jej bólu. Astrid jest starsza, ale nigdy jeszcze nie spotkała się z taką nienawiścią i pogardą (nie da się tego inaczej nazwać). Nie potrafi sobie poradzić. Hakima jest najmłodsza z nich. To zagubiona, nieśmiała dwunastolatka, która nie rozumie, dlaczego dzieje się coś tak złego. Tytuł Paszteta działa jak stygmat — nikt nie chce się zadawać z najbrzydszymi dziewczynami w szkole, bo może się jeszcze zarazi? Clémentine Beauvais świetnie pokazała schemat wykluczenia i mechanizmy obronne oraz obnażyła bezradność społeczeństwa, które nie wie, jak sobie poradzić z nienawiścią w sieci. Nigdy wcześniej wykluczenie nie następowało na taką skalę i nie stawało się tak powszechne.

Pod wypływem impulsu dziewczyny postanawiają wyruszyć w podróż rowerami. Trasa liczy 500 km i prowadzi do Paryża, gdzie chcą dojechać na francuskie święto niepodległości. Towarzyszy im Kader, brat Hakimy, który stracił nogi w którejś z współczesnych wojen. Wpadają na pomysł, by wykorzystać to, z czego — chcąc, nie chcąc — stały się sławne. W czasie podróży będą sprzedawać paszteciki. Warto dowiedzieć się, co chcą osiągnąć i udowodnić swoją wyprawą i czy uda im się osiągnąć ten cel.

Przeczytałam tę książkę jednym tchem. Oburzałam się, współczułam bohaterkom, cierpła mi skóra, uśmiechałam się przy czytaniu odzywek Mireille i odnajdywałam w niej swojego początkującego nastolatka (jego odzywki raczej mnie drażnią). „Pasztety, do boju” to powieść drogi i bildungsroman — mamy tutaj wyprawę do Paryża, dojrzewanie i bardziej świadome patrzenie na świat. Dziewczyny i Kader zmieniają się, ale wcale nie oznacza to zaakceptowania typowego kanonu piękna. Clémentine Beauvais nie serwuje nam, na szczęście, fizycznej przemiany dziewcząt pod wpływem wysiłku fizycznego. Wyprawa nie ma na celu przemiany fizycznej, ale dodaje im pewności siebie, spaja przyjaźń, a przede wszystkim wyraźnie pokazuje różnicę między siecią a realnym życiem. W realu dziewczyny spotykają się z sympatią, w sieci — z hejtem. W realu mają witają ich przyjaźni, życzliwi, pomocni ludzie, kibicujący ich wyprawie, w sieci — krążą spiskowe teorie, a internetowe trolle używają sobie, ile wlezie. Zdecydowanie wygrywa prawdziwy świat.

Podróż do Paryża pozwala dziewczynom poznać siebie lepiej, dostrzec swoje mocne strony. Udowadniają, że są samodzielne i odpowiedzialne. Clémentine Beauvais napisała swoją powieść mocnym językiem, który doskonale udało się przełożyć Bożenie Sęk. Jej tłumaczenie jest współczesne i świeże, ale nie epatuje zbytnio „młodzieżowym” językiem, który błyskawicznie się starzeje. W żadnym momencie nie czuć, że to tłumaczenie.

„Pasztety, do boju” to ważny głos w dyskusji o akceptacji i dorastaniu, o uzależnieniu nastolatków od internetu i wpływie sieci na prawdziwe życie. To dobrze, że powstają książki, które wyłamują się ze schematu obowiązującego piękna, poruszają trudne tematy i robią to w tak cudownie lekki i zabawny sposób, a jednocześnie nie można przestać o nich myśleć po skończeniu lektury. To książka, którą powinny przeczytać wszystkie nastolatki, a już na pewno każda nastoletnia dziewczyna.

I wiecie co? To niesamowicie francuska książka — pełna słońca, pachnących owoców i smakowitych dań. Chwilami ciekła mi ślinka.

 

Clémentine Beauvais, Pasztety, do boju, tł. Bożena Sęk, Dwie Siostry 2017

 

Benji Davis

Bycie chorym rodzicem trochę starszych dzieci ma swoje zalety. Dzieci idą do szkoły! Można pobyć przez chwilę w samotności. Poleżeć, poczytać, odpocząć od hałasu i przejrzeć książki, które Młodszy pracowicie ułożył w stosik na krawędzi stołu w dużym  pokoju. To taki stosik najbardziej podręczny, książki do przeglądania i czytania w wolnej chwili, do zaglądania na moment i zanurzania się na długo. Znalazłam tam „Afrykę Kazika” Łukasza Wierzbickiego, komiks o Królu Lwie, „Strrrraszną historię” Terry’ego Deary, ilustrowany atlas zwierząt i dwie książki Benjiego Daviesa (Wydawnictwo Znak). Przeglądając je, zastanawiałam się, czego szuka w nich mój młodszy syn i dlaczego zaintrygowały go na tyle, że położył je właśnie w tym miejscu.

Benji Davies to mistrz nastroju i tematów niełatwych. Obie jego książki: „Mój wieloryb” i „Cudowna wyspa dziadka” opowiadają o sytuacjach trudnych i niełatwych emocjach — słowem i obrazem. Może nawet bardziej obrazem, bo tekstu nie ma w nich dużo. Pozwalają oswoić zdarzenia i emocje, z którymi nawet dorosłym bywa trudno: rozstanie, śmierć, samotność, tęsknota, poczucie straty. Pomagają w mądry sposób przygotować się na życie, w którym przecież spotykają nas także te gorsze chwile.

Benji Davies, Mój wieloryb

Jak się okazało, można je czytać na wiele różnych sposób. Dla mnie „Mój wieloryb” to opowieść o tęsknocie. Okazało się, że dla Piotrka to historia o przyjaźni i odpowiedzialności — za innych.

Bohater książki, mały Noi, mieszka z tatą nad brzegiem morza. Tato codziennie rano wyrusza na połów, wraca dopiero wieczorem. Noi czeka. Pewnego dnia znajduje małego wieloryba, którego sztorm wyrzucił na brzeg. Zabiera go ze sobą do domu.

Benji Davies, Mój wieloryb

Benji Davies, Mój wieloryb

Piotrek od razu zauważył, że Noi nie karmi wieloryba odpowiednio. Przecież wieloryby nie jedzą ryb — taki komentarz usłyszałam przy pierwszej lekturze. Bardzo przeżywał jednak rozstanie chłopca z nowym przyjacielem. Noi znał wieloryba bardzo krótko, ale zrobił wszystko, by mu pomóc. Wieloryb stał się jego sposobem na samotność i czekanie. Wiedział jednak,  że musi pozwolić mu odejść, bo miejsce wieloryba nie jest w wannie, nawet najwygodniejszej.

Benji Davies, Mój wieloryb

Benji Davies, Mój wieloryb

Dla mnie opowieść Benjiego Daviesa była historią o czekaniu — ciągle na coś czekamy. Na koniec lekcji czy pracy, na powrót ze szkoły, na mamę/tatę/babcię, która odbierze ze świetlicy. Noi czeka na tatę. Ale jego historia to także historia odpowiedzialności za kogoś innego. Opowieść o tym, że czasami w imię przyjaźni czy poczucia, że tak należy, robimy coś, co nie sprawia nam przyjemności, że rezygnujemy z własnych chęci i pragnień, by pomóc komuś innemu.  Bardzo lubię ilustrację, na której Noi i jego tato w żółtych kurtkach patrzą na znikający ogon wieloryba. Świadomość, że postąpiło się „jak trzeba”, może odrobinę wynagrodzić stratę.

Druga książka Daviesa na stosiku to „Cudowna wyspa dziadka”. W „Moim wielorybie” dominują szarości, żółcie i błękity — w końcu to opowieść raczej północna. „Cudowna wyspa dziadka” porywa kolorem i przenosi nas w tropiki.

Benji Davies, Cudowna wyspa dziadka

Ta bajecznie kolorowa książka opowiada o śmierci, o rozstaniu ostatecznym, a jednocześnie zostawia mnóstwo nadziei i daje pociechę. Jej bohaterem jest Syd. Jego dziadek mieszka w domku na tyłach ogrodu — chłopiec zawsze był tam mile widzianym gościem. Dziadek Syda to typ przyjaciela, najbliższej osoby, powiernika. Pewnego dnia Syd nigdzie nie może znaleźć dziadka. W końcu staruszek odnajduje się na strychu, gdzie chłopiec jeszcze nigdy nie był. Odkrywa tam drzwi prowadzące na okręt, który potrafi płynąć wśród stromych dachów i morskich fal. Razem z dziadkiem Syd płynie w fantastyczny rejs, odkrywa cudowną wyspę i zaprzyjaźnia się z jej mieszkańcami. Ale kiedy nastaje czas powrotu, dziadek postanawia zostać na wyspie — tutaj nie potrzebuje laski i otaczają go przyjaciele.

Benji Davies, Cudowna wyspa dziadka
Benji Davies, Cudowna wyspa dziadka

Powrót bez dziadka był dłuższy, a świat stał się mniej kolorowy, co widać na ilustracjach. Syd nigdy już nie mógł odnaleźć żelaznych drzwi, ale wiedział, że jego dziadkowi jest bardzo dobrze na cudownej wyspie. Czy ta książka na pewno odpowiada o śmierci? Dla mnie tak. Delikatnie pokazuje rozstanie, na które nie mamy wpływu. Możemy jednak wierzyć, że gdzieś tam daleko jest miejsce, w którym naszym bliskim jest dobrze. A kto wie, może ich tam kiedyś spotkamy?

Czy takie książki są dzieciom potrzebne? Nie mam wątpliwości, że tak. Szczególnie takie, jak książki Daviesa, które można oglądać i czytać na kilka sposobów. Przemawiają do dziecka obrazem, zachęcają do opowiedzenia własnej historii i przemyślenia smutków. I oferują wiele wariantów opowieści. Można je tylko oglądać, można czytać (i zajmie to tylko chwilę), można marzyć o własnym wielorybie. Mam nadzieję, że dzięki takim lekturom trochę łatwiej potem zmierzyć się z życiem.

 

Benji Davies, Mój wieloryb, tł. Małgorzata Pietrzyk, Znak 2018

Benji Davies, Cudowna wyspa dziadka, tł. Małgorzata Pietrzyk, Znak 2018

Dom nie z tej ziemi

To nie jest łatwa książka. Zdecydowanie warto przy jej czytaniu towarzyszyć dziecku. I nie bać się pytań, które pewnie się pojawią, czemu się dzieje tak, jak w historii Marysi i czy naprawdę tak bywa.

Małgorzata Strękowska-Zaremba, Dom nie z tej ziemi

Małgorzata Strękowska-Zaręba napisała mądrą, ważną i piękną książkę dla dzieci. Nie będę Wam opowiadać, o czym jest ta historia, bo może ktoś jej jeszcze nie zna — tak jak my do niedawna. Warto dochodzić do rozwiązania samodzielnie i samemu rozsupłać węzeł jawy, snu i zmyślenia, by dojść do prawdy. Nie warto wcześniej szukać streszczeń i objaśnień — dajcie opowieści szansę i pozwólcie się zaskoczyć.

Małgorzata Strękowska-Zaremba, Dom nie z tej ziemi

„Dom nie z tej ziemi” to książka wymagająca skupienia i uwagi. Warto ją czytać powoli. Małgorzata Strękowska-Zaręba przeplata to, co rzeczywiste z tym, co wyobrażone, a granica jest bardzo płynna. Często nie wiadomo, gdzie przebiega i czy to, o czym przed chwilą czytaliśmy wydarzyło się naprawdę, czy tylko się wydawało. Czy krasnale ogrodowe mogą mrugać? Czy dom może nie rzucać cienia? Ciągle nasuwa mi się pod palce termin „realizm magiczny”, bo rzeczywistość w tej książce jest przesycona magią, zabobonem, wiarą w cuda i sekrety. Tak chyba czasami łatwiej wytłumaczyć sobie coś, czego nie potrafimy wyjaśnić. Tak często patrzą na świat dzieci.

Małgorzata Strękowska-Zaremba, Dom nie z tej ziemi

Bohaterów jest dwoje — Marysia o kręconych włosach i Damian, zwany Pająkiem. Tajemnicza Marysia jest szefową, to ona powoli wprowadza Daniela w sekrety domu, na który nigdy nie pada deszcz. Wesoły Daniel na początku traktuje spotkanie z dziewczynką jak zabawę, a potem odkrywa, że wszystko dzieje się na poważnie. Małgorzacie Strękowskiej-Zarembie udało się napisać książkę nie tylko o różnych domach, ale także o przyjaźni, zaufaniu i dorastaniu. Naprawdę warto zachęcić dziecko do jej lektury, mimo że nie jest to książka łatwa. Dla mnie ta opowieść to także świetne wprowadzenie do późniejszych, bardziej dorosłych historii i świetny pretekst do pokazanie dziecku, że pisać można bardzo różnie.

Małgorzata Strękowska-Zaremba, Dom nie z tej ziemi

Jeszcze słowo o ilustracjach Daniela de Latour. Cała książka utrzymana jest w stonowanej szaro-żółtej kolorystyce. Ilustracje są bardzo oszczędne, przyciągają wzrok i podkreślają atmosferę tajemnicy. Świetnie dopełniają tekst, ale nie przyćmiewają go i nie odrywają uwagi od historii. Książka wydaje się ascetyczna i przemyślana. A od dziewczynki na okładce po prostu trudno oderwać wzrok. Zresztą sami sprawdźcie.

 

Małgorzata Strękowska-Zaremba, Dom nie z tej ziemi, il. Daniel de Latour, Nasza Księgarnia 2017

Pax, czyli pokój

Wróciliśmy z wyjazdu do Dziadków. Ulepiliśmy kilka bałwanów i jedną lamę, zbudowaliśmy pół igloo, podziwialiśmy bażanty, karmiliśmy sikorki. Piotr nurkował w śniegu, przekopywał się przez zaspy i co kilka kroków produkował na podwórku „orzełki”.

Przeczytaliśmy też kilka książek. Jedną z nich Tymek połknął pewnego poranka, a potem zapytał się, czy też byłam wzruszona. Musiałam przeczytać.

Sara Pennypacker, Pax

Na pewno zetknęliście się z tym tytułem. „Pax” Sary Pennypacker (Wydawnictwo IUVI) pojawiał się w różnych zestawieniach, zdobył kilka wyróżnień. Czasami porównywany jest do „Małego Księcia” (no przecież chłopiec i lis, więc jak nie porównywać?), choć nie sądzę, by miało to większy sens. To mądra książka, która spokojnie obroni się sama.

„Paxa” można czytać na wielu poziomach. Jest to powieść drogi, opowieść o przyjaźni i o odkrywaniu siebie, historia o odpowiedzialności, traktat o wojnie… Pewnie takich „dużych” tematów znalazłoby się jeszcze kilka. Wszystko zostało  opakowane w prostą i ujmującą historię Petera, chłopca po przejściach, i Paxa, lisa wychowanego przez Petera.

Początek tej opowieści jest naprawdę mocny. Scena rozstania chłopca i lisa działa na emocje i myślę, że dla młodszych dzieci może być bardzo trudna. Gdzieś pod skórą zaczynamy czuć niepokój, że coś jest nie tak, że jesteśmy postawieni przed pytaniami, na które chyba wolelibyśmy nie odpowiadać, że musimy „zobaczyć”, choć wolelibyśmy odwrócić wzrok. Pewien niepokój zostaje z nami do ostatniej strony, a autorka nie serwuje nam prostego happy endu.

Sara Pennypacker, Pax

Narracja prowadzona jest z dwóch punktów widzenia: w niektórych rozdziałach widzimy świat oczami Paxa, uczącego się na nowo, jak być dzikim i jak przetrwać. W tych fragmentach widać fascynację Sary Pennypacker światem dzikich zwierząt i jej wiedzę o lisach. „Pax” to nie jest książka przyrodnicza, ale Sara Pennypacker ma chyba podobną wrażliwość na naturę, co Peter Wohlleben. Jej zwierzęta czują, porozumiewają się, współczują, cierpią — są jednak zwierzętami, a nie tylko odbiciem ludzkich cech. Inne rozdziały opowiadają historię Petera. Chłopiec ciągle nie uporał się z poczuciem winy za coś, czego nie zrobił, i ucieka przed emocjami, szczególnie mocno boi się złości. Tęskni, cierpi, wstydzi się. Jego wędrówka „do Paxa” będzie także wędrówką ku dorosłości i dojrzałości. Pomoże mu w tym Vola, okaleczona dziwaczka mieszkająca na odludziu. A on pomoże jej.

Ech, pewnie wszystko, co piszę brzmi dziwacznie, ale bardzo staram się nie zdradzić Wam całej historii. Sama warstwa fabularna jest dość prosta, ale dużo dzieje się pomiędzy. Są w tej powieści fragmenty, które wbijają w krzesło. Vola cierpi na zespół stresu pourazowego, została okaleczona w czasie poprzedniej wojny. Opis tego, jak wracała do życia, jest naprawdę przejmujący. Chwilami miałam wrażenie, że wszystkiego jest w tej książce „za dużo”, ale jednocześnie właśnie zderzenie ludzi (i zwierząt) po przejściach sprawiło, że po lekturze „Paxa” ma się ochotę pomilczeć, a potem porozmawiać. Mocno zarysowane postacie Petera i Voli oraz Paxa zapadają w pamięć. Poboczni bohaterowie są tylko naszkicowani kilkoma kreskami, widzimy ich zachowania i nawyki, a lisy są dużo bardziej wyraziste niż ludzie.

Sara Pennypacker, Pax

 

Zastanawiałam się z Tymkiem, czy „Pax” nadawałby się na lekturę szkolną. Ech, ile tutaj tematów. Choćby taka odpowiedzialność — która odpowiedzialność jest ważniejsza? Za ojczyznę? Za dziecko? Za bezbronną istotę, która nam zaufała i którą wyrwaliśmy z jej środowiska? To może drugie pytanie. Jaka jest cena wojny? I dlaczego tak niechętnie o niej mówimy? Czy wojna to choroba? Można rozmawiać i rozmawiać. Tymek uznał, że książka może i by się nadawała, ale jest smutna. A nikt nie chce smutnych książek. Chyba boimy się smutku. U Sary Pennypacker ten smutek niesie jednak nadzieję. Bo na szczęście czasami jabłko pada bardzo daleko od jabłoni.

„Pax” został zilustrowany przez Jona Klassena (pamiętacie „Gdzie jest moja czapeczka?). Obrazki przykuwają wzrok i naprawdę szkoda, że nie ma ich więcej.

 

Sara Pennypacker, Pax, il. Jon Klassen, tł. Dorota Dziewońska, IUVI 2016