Pax, czyli dlaczego to takie krótkie?

Zeszły tydzień był dla nas nie tylko czasem przygotowania do Świąt. To także czas świętowania kolejnej rocznicy urodzin Tymka, który jedenaście lat temu postanowił przyjść na świat w Wielkim Tygodniu. Mój Starszy jak zwykle zażyczył sobie na urodziny dużo do czytania. Uradowany przeglądał książki, a potem zabrał się do lektury.

Jedną z pierwszych książek, które mój syn połknął w szalonym tempie, był „Pax. Pal przekleństwa” wydany przez Media Rodzina.

Pax

Było to tak… Pewnego dnia Tymek zniknął, jakby zapadł się pod ziemię. Okazało się, że zawinięty w kołdrę leży na łóżku w sypialni i czyta. „Pax” pochłonął jednym tchem, od pierwszej strony do ostatniej bez najmniejszej przerwy… Przyznaję, że nie było to specjalnie trudne dla tak wprawionego czytelnika, raptem 150 stron dość dużym drukiem. A po zakończeniu właściwie na jednym oddechu zapytał, kiedy kupię następne części i dlaczego ta książka jest taka krótka.

Pax

Seria „Pax” to dzieło trojga Skandynawów. Historię napisały Åsa Larsson, znana autorka kryminałów, i Ingela Korsell, bajkopisarka, a zilustrował ją Henrik Jonsson. Jego czarno-białe, komiksowe mapy, wyklejki i ilustracje przyciągają uwagę i są doskonałym uzupełnieniem bardzo wciągającej historii, od której trudno się oderwać. Świetna lektura dla osób, które lubią się trochę bać w trakcie czytania — „Pax. Pal przekleństwa” to dobre wprowadzenie do świata kryminału, horroru czy literatury grozy. Dla dzieci, które chowają głowę pod kołdrę, gdy coś się w bajce dzieje, może to być lektura zbyt przerażająca.

Pax

Akcja opowieści toczy się w Mariefred. To tutaj do rodziny zastępczej trafiają bracia Viggo i Alrik, chłopcy z przeszłością i niebagatelnym bagażem doświadczeń. Nie wiedzą, że czeka ich nie tylko nowy dom i nowa szkoła, ale także nowe zadania i znaczna odpowiedzialność — są zesłanymi przez bogów nowymi strażnikami biblioteki. W zebranych tam książkach kryje się wiedza, która nie powinna dostać się w niepowołane ręce.

Pax

Autorki sprytnie mieszają wątki i tropy. „Pax” wydaje się serią o dojrzewaniu połączoną z wątkiem magicznym i odpowiedzialnością za świat. Brzmi znajomo, ale czyta się świetnie. Czujemy obawę i smutek braci skrzętnie ukrywane pod maską arogancji, współczujemy, gdy wpadają w tarapaty, kibicujemy im podczas próby zgotowanej przez starych strażników. Åsa Larsson i Ingela Korsell czerpią garściami z mitologii skandynawskiej: są tutaj kruki, czary, ludowe wierzenia i przekleństwa. Postacie są namalowane dość grubą kreską, łatwo zgadnąć, kto będzie dobry, a kto zły. Akcja gna właściwie od pierwszej strony, napięcie narasta, czytelnik gorączkowo przewraca kolejne kartki, by dowiedzieć się, co będzie dalej i… Tutaj właśnie kończy się książka.

Nie dziwię się, że mój Starszy od razu miał ochotę na więcej i rozumiem jego irytację. „Pax. Pal przekleństwa” kończy się w momencie kulminacyjnym. Nie jest to zamknięta całość. Z podobną taktyką spotkałam się w serii „Clue” Jørna Liera Horsta. Pierwszy tom „Pax” od razu zachęca do lektury następnych. No cóż, czeka mnie więc niedługo wyprawa do biblioteki lub księgarni. Ciekawa jestem, czy wszystkie tomy serii (wyszło już sześć części) są równie intrygujące. Tymek uznał, że to dobra lektura dla młodszych (duża czcionka), ale gdzieś tak od ósmego-dziewiątego roku życia, bo jednak sporo tutaj strachów i młodsze dzieci mogą się bać (nie to co on, od tego roku już nastolatek). Spokojnie można tę książkę podsunąć także młodszej młodzieży — powinna docenić pomysł i nastrój.

Åsa Larsson, Ingela Korsell, Pax. Pal przekleństwa, il. Henrik Jonsson, Media Rodzina 2015

Reklamy

Wyprawa do miasta śniących książek

Dzisiaj będzie o książce, która nie została napisana dla dzieci. Ile jednak można ścierpieć jęczenia: nie mam co czytać!? Za oknem lało, więc nie dało się Starszego wyprawić do biblioteki po kolejne lektury i zakazać mu powrotu, jeśli nie przyniesie co najmniej pięciu książek. Zdesperowana podeszłam do półek i zaczęłam je przeglądać. Na pewno jest tutaj coś, co nadaje się na lekturę dla pochłaniającego książki prawie jedenastolatka. Książka powinna być ciekawa, niezbyt straszna i odpowiednio opasła, żeby zajęła syna na dłużej. I jeszcze powinna wyglądać w miarę zachęcająco, żebym nie musiała go za długo przekonywać. Zerknęłam na jeden tomów i pomyślałam, że to może się udać. W ten sposób w ręce Tymka powędrowała książka Waltera Moersa „Miasto śniących książek”.

Miasto śniących książek

Dziecię moje najpierw popatrzyło nieufnie, obejrzało książkę z każdej strony, zerknęło na ostatnią stronę okładki, ściągnęło obwolutę (bo w łóżku niewygodnie się czyta książki z obwolutami, jak wyznało) i zaczęło czytać. Pierwsze wrażenia nie były porywające. Dziwne jakieś — stwierdził mój syn. Z każdą przeczytaną stroną było jednak lepiej. 

Miasto śniących książek

„Miasto śniących książek” to wspaniała baśń o miłości do książek. Rzecz dzieje się w Camonii, mitycznej krainie wymyślonej przez Moersa (czy raczej, jak twierdzi sam autor, tylko przez niego odkrytej). Bohaterem powieści jest Hildegunst Rzeźbiarz Mitów, młody, zaledwie siedemdziesięciosiedmioletni smok, mieszkaniec Twierdzy Smoków. Jak wszyscy jego pobratyńcy, Hildegunst jest poetą. Widnieje zresztą jako autor „Miasta śniących książek” — to odkrycie poraziło Tymka, który długo zastanawiał się, czy to możliwe, że Moers rzeczywiście wykorzystał czyjś rękopis. Ojciec poetycki Hildegunsta, Dancelot, na łożu śmierci nakazuje mu udanie się w podróż i przekazuje zachwycający, genialny rękopis. Rzeźbiarz Mitów pragnie odkryć jego autora i trafia do Księgogrodu, miasta, w którym wszystko kręci się wokół książek. 

W Księgogrodzie znajdowało się ponad pięć tysięcy urzędowo zarejestrowanych antykwariatów i, szacunkowo, ponad tysiąc półlegalnych księgarenek, gdzie prócz książek oferowano napoje alkoholowe, tytoń, odurzające zioła i substancje, których używanie wzmagało podobno radość czytania i koncentrację. Istniała także niemal niezmierzona liczba „latających” handlarzy, którzy na regałach na kółkach, drewnianych wózkach, w torbach konduktorskich i na taczkach oferowali słowo drukowane w każdej możliwej formie.

Księgogród żyje książkami i z książek. Na nich skupia się całe życie mieszkańców — a przybywają tutaj książkomaniacy ze wszystkich stron Camonii. Można tutaj spotkać Przeraźnice, fernhachyckie karzełki, mgławce, Eydetów i wielu innych przedstawicieli przedziwnych ras i gatunków. W Księgogrodzie książki się wytwarza, książek się poszukuje i o książki się walczy. Tętniące gwarem ulice to tylko część miasta. Głęboko pod domami rozciągają się ogromne, niezgłębione katakumby, pełne starych książek, przerażających stworów i walczących ze sobą łowców książek. Hildegunst nie spodziewa się, że tajemniczy rękopis sprowadzi na niego mnóstwo kłopotów. Poszukując autora poematu, trafia do wszechwładnego antykwariusza, Fistomefela Szmejka, który okazuje się bardzo złowrogą postacią.

Nie chcę streszczać całej historii smoka, żeby nie psuć lektury. Warto jednak wspomnieć, że duża część książki rozgrywa się właśnie w podziemiach Księgogrodu, niesamowitym labiryncie pełnym kurzu i niebezpieczeństw, zamieszkałym przez istoty jak z koszmarnych snów.

Miasto śniących książek

„Miasto śniących książek” to triumf wyobraźni. Świat stworzony przez Waltera Moersa to bardzo spójny, całościowy opis cudownej, choć niebezpiecznej krainy. Chylę czoła przez tłumaczką Katarzyną Beną, która potrafiła przełożyć to dzieło. Cały język odwołuje się do książek: nazwy potraw (loczek poety, pasztet Księcia Zimnej Krwi, Pralinki Grozy czy Woda Pomysłów), zawodów, potworów. Miłośnicy literatury mogą mieć dużo zabawy odszyfrowując anagramy, pod którymi ukryto rzeczywistych twórców. Zresztą imiona i nazwiska fikcyjnych pisarzy i tytuły ich powieści to temat na całą rozprawę.

Tutaj „Tygrys w wełnianej skarpecie” Kalibana Sykoraksa — pierwsze wydanie! Tu: „Ogolony język” Adrastei Sinopy — ze słynnymi ilustracjami Elihu Wahacza! Tutaj z kolei: „Mysie hotele w świeżej wieprzowinie”, legendarny, humorystyczny przewodnik autorstwa Jodlera von Hinnena, w nienagannym stanie!

Tymek był zauroczony, a jego zachwyt wzrastał i wzrastał! Nie przestawał mówić o tej książce. Uznał, że jest bezcenna, że warto za nią zapłacić każde pieniądze, że pod żadnym pozorem nigdy mam jej nikomu nie oddawać. Opowiadał o niej z pasją, był pod wrażeniem oryginalności wyobraźni i szczegółowej narracji, która jednak pozostawała spójna i nie wprowadzała zamętu.

Moje dziecko nie bawiło się w wyszukiwanie odniesień do innych dzieł, bo po prostu ich jeszcze nie zna, ale doceniło bijący z tej książki zachwyt nad czytaniem i książkami. Ogromnie podobały mu się ilustracje. Stworzył je sam Moers i w niebywały sposób uzupełniają one lekturę: ile tutaj postaci, ile pomysłów, ile wątków. Otwarcie tej pięknie wydanej książki oznacza wejście do świata, który czaruje i uwodzi, i przepięknie gra skojarzeniami. 

Mamo, powiedział trochę zmartwiony Tymek, teraz inne książki wydają mi się takie, takie… płaskie i zwyczajne. To chyba główne niebezpieczeństwo tej lektury — świat Camonii wciąga i nie chce się go opuszczać. Skończyło się na tym, że Tymek pochłania „Kota alchemika”, wyciągniętą z półki inną powieść Moersa. I codziennie jęczy, czy znalazłam już „Labirynt śniących książek”, czyli kontynuację przygód Hildegunsta. A przecież chciałam, żeby przestał jęczeć…

Walter Moers, Miasto śniących książek, tłumaczenie Katarzyna Bena, Wydawnictwo Dolnośląskie 2006

Powędrujemy przez Góry Żmijowe?

Zygmunta Miłoszewskiego kojarzyłam raczej z kryminałami, i to takimi „nie dla <nawet starszych> dzieci”. A kategoria ta okazała się nagle bardzo przydatna, bo Tymek uznał, że może swobodnie sięgać na półkę rodziców i dziadków. Co jakiś czas odbieram mu więc czytaną po kryjomu książkę, która zdecydowanie nie powinna trafić w ręce dziewięciolatka. Moje dziecko szczególnie ciężko przeżyło odmowę zakupienia serii o Jakubie Wędrowyczu i „Demonów Leningradu” (tytuł wg Tymka brzmi interesująco, a o Jakubie słyszał od wujka). Długo trwała dyskusja, że owszem, będzie mógł je przeczytać, ale za jakiś czas.

Na „Góry Żmijowe” oboje zareagowaliśmy entuzjastycznie. Ja, bo spodobała mi się czerwona okładka i baśniowa konwencja, Tymek – bo fajnie jest poczytać książkę dla dzieci napisaną przez autora powieści dla dorosłych (tak jakby to była pierwsza taka książka ;-)). No i mieliśmy okazję do wspólnego czytania, co niestety zdarza się coraz rzadziej. Ciągle czytamy Tymkowi książki na głos, ale ze względu na różnicę wieku między chłopakami musimy czytać im trochę inne książki, więc Tymkowi częściej czyta tato.

Zygmunt Miłoszewski, Góry Żmijowe

Początkowo wydawało mi się, że „Góry Żmijowe” to dość prosta baśń o królewnie i bohaterze, spokojna, łagodna i dość przewidywalna. Nawet zastanawiałam się, czy nie zacząć jej czytać Piotrusiowi, tak zwiodły mnie pierwsze strony opowieści o królewnie Filomenie z Maare i Eryku, synu rybaka z Szertaty. Te dwie krainy są oddzielone od dawien dawna wysokimi górami i mieszkańcy każdej z nich mało wiedzą o swoich bliskich-odległych sąsiadach. Historia zaczyna się bajkowo: Filomena, zmęczona ciągłym pobytem w pałacu – prawo zakazuje jej wychodzenia z domu przed  ukończeniem dwunastego roku życia – w chwili gniewu wypowiada życzenie i zostaje przeniesiona w Góry Żmijowe. Eryk czeka na święto wkroczenia w dorosłość, marzy, by być rybakiem, tak jak jego ojciec, ale dowiaduje się, że jego przeznaczeniem jest ocalenie Szertaty przed suszą spowodowaną złamaniem prawa. Chłopiec musi wyruszyć w Góry Żmijowe i odnaleźć pióro ognistego ptaka, tak jak w bajkach, które opowiadała jego mama.
Eryk i Filomena muszą poradzić sobie sami w sytuacji, na które żadne z nich nie było przygotowane. Bohaterowie dorastają, a wiele niby oczywistych rzeczy nagle ukazuje swoje drugie dno i inne oblicze. Dobrze uporządkowany świat przestaje być taki jasny, a przyjaciółmi okazują się istoty, których wcale o to nie podejrzewaliśmy. Wraz z upływem wydarzeń historia staje się coraz bardziej mroczna i tajemnicza, dziewięciolatka wciągnęła tajemnicza atmosfera i aura magii. Miłoszewski wplata do swojej historii humor i bawi się konwencją, nawiązuje do różnych bajek i przekręca znane z baśni motywy. Tymek dobrze się bawił i żałował tylko, że opowieść tak szybko się skończyła, a ja cieszyłam się, że nie zaserwowałam ją Piotrkowi. Dla pięciolatka historia ta mogłaby być jeszcze trochę zbyt straszna.