Co czytała Babcia, gdy była mała?

Jak już wiecie, lubimy buszować po bibliotece Dziadków. Można tam znaleźć prawdziwe skarby i zobaczyć, co czytali Dziadkowie, gdy byli mali. Dzisiaj będzie o starych książkach, które podobają się także moim synkom. Książkach, po których widać upływ czasu — przeszły przez wiele rąk. Czasami śmieszy język, czasami bawią formy gramatyczne, ale opisane w nich historie ciągle bawią i wzruszają. Poznajcie cztery książki z czasów dzieciństwa Babci i Dziadka (kolejność przypadkowa).

1. Grzegorz Timofiejew, „Wiersze dla dzieci”, il. J. M. Szancer, Biuro Wydawnicze Ruch, Warszawa 1957 r.

Wiersze dla dzieci

Wiersze Grzegorza Timofiejewa są bardzo proste. W zbiorze jest ich sześć, wszystkie przepięknie zilustrowane przez Jana Marcina Szancera. Ilustracje są ogromnym atutem tej książki, można ją oglądać bez końca. Jest tutaj jednak jeden wierszyk, który zachwycał moich synków od zawsze: Bajka o sześciu jajkach.

Na stolnicy leżały jajka:

Dwa na kotlety,

Cztery na omlety.

Tak długo się kręciły,

Aż się pomyliły,

Które na kotlety, 

Które na omlety.

Wiersze dla dzieci

Kłótnia zamieniła się w awanturę, a jajka tak się piekliły, aż zgłupiały:

— Ja na pierogi! Ja na baranie rogi!

— Ja na rybie filety! Ja na ślepe krety!

— Ja na migdałową babkę!

— Ja na zieloną żabkę!

— Ja na racuchy! Ja na karaluchy!

Wiersze dla dzieci

Obu moich synów kłótnia jajek bawiła do łez i bardzo chętnie obaj zaglądają do tej książki. No i te ilustracje 🙂

Wiersze dla dzieci

Wiersze dla dzieci

2. Benedykt Hertz, „Taś Taś”, il. Józef Czerwiński, Nasza Księgarnia 1956 r.

To książka szczególna. Nagroda Dziadka za dobre wyniki w nauce w klasie pierwszej. Dziadek ma dowód dla wnuczków, że uczył się dobrze, a „Taś Taś” Benedykta Hertza był jedną z ulubionych lektur dziadkowych dzieci. Wnukowie też chętnie do niej zaglądają. 

Taś Taś

„Taś Taś” to sympatyczna historia dość przemądrzałego kaczątka:

Było jedno kaczątko zupełnie młodziutkie — nawet nie miało roku, tylko może dziesięć, może dwanaście dni. Pokryte było żółtym puszkiem i nazywało się Taśtaś (chłopczyk to był, kaczorek). Wiadomo, między kaczkami znane jest przysłowie:

„Póki puszek masz na grzbiecie,

matki swej się pilnuj, dziecię”.

Nieraz powtarzała to mama Taśtasia. (…) Ale Taśtaś nie lubił słuchać tych uwag i często nie pilnował się matki.

Taś Taś

Pewnego dnia Taśtaś zgubił mamę i tak zaczęła się jego przygoda na podwórku, pięknie zilustrowana przez Józefa Czerwińskiego. Bardzo lubię jego ilustracje, jakby akwarelowe, rozmyte, a jednocześnie pełne szczegółów. Widać w nich bystre oko dobrego obserwatora przyrody.

Taś Taś

Historia niegrzecznego kaczątka budzi uśmiech i wzruszenie. Benedykt Hertz zadedykował ją swojej córce. Czuje się ten gawędziarski ton i tęsknotę — opowieść płynie powoli, jest jakby stworzona do czytania dziecku wieczorem. Chłopcy bardzo, bardzo ją lubią.

Taś Taś

3. Elżbieta Ostrowska, „Nocne kłopoty zabawek Doroty”, il. Janusz Jurjewicz, Nasza Księgarnia 1959 r.

Nocne kłopoty zabawek Doroty

Mam wrażenie, że to dobrze znana książka. Elżbieta Ostrowska opowiedziała znaną historię lalki zostawionej na podłodze przez Dorotkę. Lalka Małgorzatka spada z łóżka. Na ratunek śpieszy jej dzielny Murzynek (oj, mało poprawna politycznie jest ta książeczka).

Nocne kłopoty zabawek Doroty

 Zabawki muszą dotrzeć do doktora z książeczki, ale okazuje się, że nic nie leży na swoim miejscu. A na półce z książkami stoi tylko bucik Dorotki.

Nocne kłopoty zabawek Doroty

Moi synkowie (Tymek kiedyś, Piotruś do teraz) słuchali tej historii z zapartym tchem. Kibicowali dzielnemu Murzynkowi, budzili zaspanego misia. Co prawda i tak nie mieli ochoty na sprzątanie zabawek wieczorem, ale Piotrusiowi do tej pory zdarza się zaduma nad nocnym życiem zabawek. Bo to przecież ciekawe, co nasze zabawki wyrabiają nocą.

Nocne kłopoty zabawek Doroty

4. Krystyna Artyniewicz, „Agnieszka z orzeszka”, il. Wacław Szulc, Nasza Księgarnia 1954 r.

To książeczka, na którą Babcia spogląda z rozrzewnieniem. Jedna z jej pierwszych lektur, zapamiętana na zawsze przygoda laleczki zrobionej z orzeszka przez przedszkolaków.

Agnieszka z orzeszka

Pac! — łupinka spadła z drzewa. —

Orzech! Kto by się spodziewał!

Drzewo jest na pewno sosną,

skąd orzechy na niej rosną?

Obraca Ala w palcach łupinę.

i wciąż zdziwioną ma jeszcze minę

Sosna ma szyszki. Któż tego nie wie?

Orzechy rosną w sadzie na drzewie.

To włoski orzech? Jeśli nie orzech,

no to co w takim razie być może?

Czy sklejone dwie łódki

albo wagi dwie szalki?

Czy po prostu malutki 

łebek — w sam raz dla lalki.

Agnieszka z orzeszka

W ten sposób powstała Agnieszka, laleczka z orzeszka. I tak zaczęły się jej przygody. Całe przedszkole polubiło nową mieszkankę, ale śledziły ją także bystre, zazdrosne oczka kogoś, kto nie miał ochoty pogodzić się z utratą orzecha.

Agnieszka z orzeszka

Dużo pracy miała lalka Agnieszka, a jej gospodarstwo ciągle się rozrastało. Czytałam tę książeczkę wiele razy jako dziecko i zawsze żałowałam, że nie umiem stworzyć z orzeszka i kasztana takich pięknych lalek. A jakie tutaj były wspaniałe zwierzęta. Dzieci z czasów mojej mamy miały chyba zręczniejsze palce. Zwykle staram się przypominać chłopcom tę książkę jesienią, bo nabierają wtedy zapału do lepienia i tworzenia kasztanowych i żołędziowych ludzików. 

Agnieszka z orzeszka

Agnieszka z orzeszka

Agnieszka z orzeszka

Książki są stare i zniszczone. Widać na nich ślady dziecięcych rączek. Czasami ktoś coś na nich napisał, ktoś inny domalował własny rysunek. Wielokrotnie były klejone i naprawiane. Na pożółkłe stronice niewiele można poradzić. Dla nas są cenną pamiątką i świadectwem, że Dziadek i Babcia też kiedyś byli mali. A historie, które ich bawiły, cały czas wywołują uśmiech na twarzy. 

Macie ochotę na więcej?

Reklamy

Anatol, Plotek i Ola, czyli co dzieje się w parku

Piotruś poszedł do szkoły i ostatnio czytamy książki łagodne. Pogodne, radosne, życzliwie nastawiające do świata. Trudno się odnaleźć w nowym miejscu, z nową Panią, z nowymi dziećmi, otoczenie wydaje się trochę groźne, a trochę dziwne — potrzebna jest więc lektura, która doda wiary w siebie i oswoi codzienność. I — przyznaję bez bicia — trochę wyciszy mojego synka, który po powrocie ze szkoły nie przestaje skakać, krzyczeć, biegać, szaleć, turlać się, wrzeszczeć, śpiewać… Kiedyś trzeba jednak iść spać. Z pomocą przyszły mi książki z serii Poduszkowce (Wydawnictwo Literatura). Co prawda moje dziecko przy nich nie zasypia, a raczej zasypuje mnie gradem pytań, ale i tak czytać je warto.

Anatol i przyjaciele

Co się dzieje, gdy jakiś pluszak gubi się w parku? Właściciel pluszaka — wiadomo — rozpacza i płacze, ale co dzieje się z zabawką? Zastanawialiście się nad tym? Anatol to pluszowy zając, który kiedyś się zgubił i teraz mieszka w parku, w domku z czerwonym dachem. Przez długi czas mieszkał sam, ale potem dołączył do niego Plotek, zielony pluszowy dinozaur (też się zgubił). Prawdziwe przygody zaczęły się jednak dopiero wtedy, gdy w małym domku zadomowiła się Ola, poszukująca przygód mrówka. Och, jak bardzo Piotruś się śmiał, gdy czytaliśmy o Oli:

Ola jestem — przedstawiła się. — Czyli o mało nie rozdeptałeś Oli — dodała. Wcześniej mieszkałam w mrowisku, ale parę dni temu poczułam, że wzywa mnie przygoda i ruszyłam w świat. Czyli Ola rusza w świat. — Odważna jesteś — mruknął Anatol. […] Ola zdążyła już wdrapać się na stół i wejść do cukierniczki. — Wiem, wiem — mruknęła. — Ola wie. Jakie to smaczne to białe.

Ola przewróciła uporządkowany świat Anatola i Plotka do góry nogami. Ich życie na pewno stało się mniej przewidywalne i bardziej zwariowane, ale chyba także szczęśliwsze i ciekawsze. 

Anatol i przyjaciele

O czym są te historyki? O rzeczach prostych i zwyczajnych: o przyjaźni, o tym, że trzeba się troszczyć o innych i o tym, jak ta troska może wyglądać, o spełnianiu marzeń i o złości, o przepraszaniu i o tym, że czasami słowa mogą zranić. To nie są banale tematy, ale opowiedziane tak, że dotrą do każdego dziecka. Można je czytać przed snem, ale warto o nich rozmawiać. A czasami wystarczy się wspólnie śmiać.

Na stronie Wydawnictwa Literatura widnieje informacja, że nakład jest wyczerpany, ale w sieci można znaleźć dwie historyki o przygodach nietypowej pary przyjaciół. Jedną z nich można znaleźć na stronie Wydawnictwa, drugą na stronie autorki — Beaty Ostrowickiej. Mam nadzieję, że Wam się też spodobają.

 

Beata Ostrowicka, Anatol i przyjaciele, Wydawnictwo Literatura

Wyruszamy w podróż w czasy Bolesława Chrobrego

Ech, mamo, jaka szkoda, że ten Mieszko został królem… Gdyby nie został, pewnie byłoby całkiem inaczej… — tak pewnego dnia wzdychał Tymek. — Bezprym był lepszy i mądrzejszy, na pewno byłby lepszym władcą. „Mówcie mi Bezprym” Grażyny Bąkiewicz (Wydawnictwo Literatura, seria A to historia) to książka, która zrobiła na moim Starszym ogromne wrażenie. Zwykle jest tak, że odkłada jeden tom na półkę i natychmiast bierze następny. Po tej lekturze przez przynajmniej dwa dni nie sięgnął po żadną inną książkę. Rozmawiał o Bezprymie, roztrząsał losy nieszczęśliwego księcia i zastanawiał się, jak inaczej mogłaby wyglądać polska historia.

Mówcie mi Bezprym

Bohaterem i narratorem powieści jest Bezprym, pierworodny syn Bolesława Chrobrego. Na kartach historii nie zapisał się za dobrze: podobno przejął władzę siłą, a jego krótkotrwałe rządy cechowały się okrucieństwem, wspominany jest głównie w kontekście spisków i walk jako szaleniec, dzikus i poganin odwracający się od chrześcijaństwa. Nie wiemy, jak było naprawdę, a historię piszą zwykle wygrani.

Grażyna Bąkiewicz przyjęła inną perspektywę. Jej Bezprym to samotny nastolatek wychowujący się bez matki na dworze ojca, na którym niepodzielnie włada jego macocha Emnilda. Jest trochę dziki i nieokrzesany, ale jednocześnie mądry i przenikliwy, w pełni zaangażowany w sprawy państwa i grodu. Stara się zrozumieć, co się dzieje i walczy o swoją pozycję. Nikt mu tego nie ułatwia: macocha dba głównie o interesy własnych dzieci, niewielu ma odwagę opowiadać mu o matce, która w niejasnych okolicznościach została odesłana na Węgry, ojciec — Bolesław Chrobry — poświęca mu niewiele uwagi. Na dodatek prześladuje go młodszy brat, Mieszko — na kartach powieści przedstawiony jako złośliwy mazgaj i mamisynek, skarżypyta, niedojda i leniuch.

Do tej pory twarz mi płonie.

Mój młodszy brat nazwał mnie Bezprymem. […]

Bezprym to ktoś bez prymatu, bez pierwszeństwa.

A przecież jestem pierworodnym synem księcia Bolesława. Mam czternaście lat i jestem o całe cztery lata starszy od Mieszka Lamberta. To we mnie ojciec widzi swego następcę i chociaż wiem, że żadne głupie słowo tego nie zmieni, dotąd drżę z gniewu.

Bezprym zaczyna rozumieć, że wokół niego toczy się gra, że musi działać, aby inni zaczęli się z nim liczyć i zdobywa od razu sympatię czytelnika. Mieszka nie da się lubić — doskonale rozumiem uczucia mojego syna. Grażyna Bąkiewicz pokazuje nam dojrzewanie starszego księcia, jego zaangażowanie w rozwój grodu, pierwsze kroki w polityce i dyplomacji, pracę włożoną w stworzenie własnej drużyny złożonej z biednych chłopaków, synów służących i pastuchów.

Historia Bezpryma rozgrywa się w czasach, które wydają nam się ciekawe i tajemnicze. Widzimy rozbudowę stolicy państwa Bolesława Chrobrego, przygotowanie do wizyty Ottona, który przybywa z pielgrzymką do grobu przyjaciela, św. Wojciecha. Oczyma Bezpryma obserwujemy subtelną grę różnych wpływów na dworze polskiego władcy i razem z nim towarzyszymy Ottonowi w drodze powrotnej do Włoch. Poznajemy także okrucieństwo tego świata — w wersji Grażyny Bąkiewicz ostatecznie szans na objęcie władzy pozbawiają Bezpryma wrogowie jego ojca, przez których chłopak został wykastrowany.

Długo zastanawiałam się, czy o tym tutaj pisać. Tymek przeżył ten fakt bardzo mocno. Najpierw nie zrozumiał, o co chodzi, potem nie mógł uwierzyć, że dawniej stosowano takie metody zemsty i tortur. Trudno mu było uwierzyć, że tak bardzo okaleczeni chłopcy lub mężczyźni mogli dalej żyć. To mocna scena (nie przerażajcie się, nie ma żadnych opisów, po prostu pada słowo „kastracja” i wiemy, że porywacze chcą chłopaka skrzywdzić), ale średniowiecze to nie są tylko czasy rycerzy, legend i wymierzających sprawiedliwość myszy, to także czasy, gdy rządziła siła, a ludziom nie było łatwo żyć.

Bardzo polubiłam Bezpryma w wersji Grażyny Bąkiewicz. Lubię alternatywne wersje historii, które na dodatek są dobrze osadzone w realiach dawnych czasów. A Tymek chętnie sięgnął po kolejne książki tej autorki i po kolejne pozycje z serii A to historia.

 

  Grażyna Bąkiewicz, Mówcie mi Bezprym, Wydawnictwo Literatura

Idziemy do szkoły

Dopiero wróciliśmy znad morza, ciągle jeszcze śni nam się plaża, słońce i meduzy (chłopcy się podzielili, Młodszy postanowił zostać badaczem meduz, Starszy obmyśla trucizny, jakimi można by je wyplenić). Trudno jednak uciec przed myśleniem o szkole, bo Piotruś w tym roku debiutuje jako pierwszoklasista i dopadły go lęki i strachy. Poprosił, żebym przeczytała mu znowu „Króla liter”, bo chciałby się z literami zaprzyjaźnić, tak samo jak Maks.

Wydany przez Hokus-Pokus „Król liter” Eveline Hasler (ilustracje Christine Sormann) to cieniutka książeczka właśnie o tym, że litery są bardzo fajne i można się z nimi zaprzyjaźnić.

Król liter

Jej bohaterem jest Maksymilian Kowalski, sympatyczny chłopak o silnych rękach (od pomagania mamie), które jednak wcale nie chcą ładnie pisać. Potrafią wiele rzeczy, ale nie chcą się zaprzyjaźnić z literami. Wszystko zmienia się pewnej nocy, gdy Maksa odwiedzają litery. Okazuje się, że bardzo lubią ładne pisanie i potrafią docenić każdy ładny napis — nawet ten wykonany kasztanem na murze szkoły.

Król liter

Maks dostaje w nagrodę czarodziejskie pióro, ale w szkole nikt nie chce mu uwierzyć. Zmienia się to, gdy litery wkraczają do klasy i zaczynają bawić się z dziećmi.

Król liter

Zabawa była przednia i my też wiele razy dobrze się przy tej lekturze bawiliśmy. W tekście wyróżnione są duże drukowane litery, więc Piotruś sprawdzał, czy dobrze je rozpoznał. Wymyślaliśmy, do czego jeszcze są podobne poszczególne litery, rysowaliśmy im nowe postacie, szukaliśmy wyrazów zaczynających się od litery występującej w tekście, malowaliśmy litery farbami. To króciutka książka, ale daje niesamowicie dużo możliwości, a często inicjatorem literkowych zabaw był właśnie Piotruś. Czasami jednak, tak jak teraz, czytamy ją tylko po to, by nabrać otuchy i przed rokiem szkolnym uwierzyć, że z literami naprawdę można się zaprzyjaźnić.

Wydawnictwo Hokus-Pokus poleca tę książkę dla dzieci od lat 6, ale sądzę, że może się spodobać dużo młodszym czytelnikom. Tekst jest krótki i przyjazny, ilustracje ładne, a literami interesują się przecież już dużo młodsze dzieci.

Eveline Hasler, Król liter, Hokus-Pokus

Cholera, dżuma i żylaki

Jest taka jedna książka, z którą moje Młodsze od jakiegoś czasu się nie rozstaje. Zapakowało ją na majówkę (żeby wszystkim pokazać, jaka to fajna książka), śpi z nią pod poduszką, zastanawiało się, czy nie zabrać jej do przedszkola, ogląda z lubością kilka razy dziennie. I zwykle pada wtedy to samo pytanie: mamo, a ta choroba to jest śmiertelna? To, czy coś jest dla człowieka zabójcze, bardzo mojego synka nurtuje, cholera, dżuma i tyfus zdominowały jego wyobraźnię, a „Cholera i inne choroby” Łukasza Kaniewskiego (wydawnictwo Poradnia K) chyba właśnie z przytupem dostała się na naszą listę książek najlepszych. I nawet za bardzo się Piotrusiowi nie dziwię. 

Śliczna, różowa okładka w wyczuwalne palcami kropeczki (Piotruś miał mnóstwo pomysłów: że to bakterie albo odra, albo wysypka od ospy, albo… — okładka książki o chorobach musi się kojarzyć z chorobą, przecież to oczywiste), czarna czcionka tytułu, tylko sam tytuł jakby niepasuje. Taka różowa książka i taka tematyka? Ha, jak fajnie, różowa książka może być dla wszystkich, a nie tylko dla dziewczyn 🙂

Piotruś oglądający książkę

Książka jest fantastyczna, naprawdę. Podoba mi się w niej wszystko. Napisana „na poważnie”, ale bez zadęcia, z humorem. Rymowanki na początku każdego utworu rozbawiły kilkoro dorosłych do łez, a Piotruś czasami chce, żeby przeczytać mu tylko te krótkie wierszyki. Czy każdy okularnik nie podpisze się pod takim apelem (trzynastozgłoskowiec!)?

Wielbię was i kocham, okulary moje!

Bez was jestem bezradny, wszystkiego się boję

Czy was obraziłem? Czy byłem niemiły?

Czemu żeście przede mną znowu się ukryły?

Taka cudowna inwokacja rozpoczyna opowieść o wadach wzroku. Piotrusia bardzo zaintrygował wierszyk towarzyszący wykładowi o depresji:

Czarne jest czarne i białe jest czarne

Wszystko jest marne i pachnie nieładnie

Smutno jest na dnie

Długo oglądał czarne strony, uważnie słuchał wyjaśnień. Widać było, że przetrawia informację, że ktoś może być cały czas smutny, tak smutny, że nawet słońce wydaje mu się czarne. A potem długo dyskutował o ranach i strupkach.

Piotruś oglądający książkę

Na sześćdziesięciu kilku stronach udało się zmieścić masę ciekawych inoformacji o różnych dolegliwościach nękających człowieka. Jest trochę o pasożytach (wszy, owsiki i tasiemiec), trochę o chorobach (od migreny przez ADHD, złamanie i hipochondrię po cholerę i żylaki), trochę o wirusach i bakteriach. To naprawdę rzetelna wiedza, przy której ani dorosły, ani dziecko się nie wynudzą. Informacje są podane ciekawie, z odniesieniami do historii. Dużo tutaj obrazowych porównań ułatwiających zrozumienie niełatwych czasami procesów — cała narracja jest bardzo plastyczna, bo przecież dużo łatwiej zrozumieć, co to jest wstrząśnienie mózgu, gdy wyobrazimy sobie słoik, w którym nagle, po uderzeniu, miesza się piasek i woda. Poszczególne rozdziały są krótkie i dobrze przemyślane — po lekturze miałam wrażenie, że niczego w nich nie brakuje, że wiedzy jest akurat tyle, ile dziecko potrafi przyjąć. Świetnym uzupełnieniem tekstu są nowoczesne ilustracje Karoliny Kotowskiej — jest projekty pobudzają wyobraźnię, nie są dosłowne, widać w nich zabawę konwencją. 

Tymek na początku marudził, że to paskudne i obrzydliwe, że przecież nikt nie chce czytać o chorobach (tutaj zaśmiewałam się w duchu, bo przypomniały mi się różne „obrzydliwe” fascynacje starszego syna), ale potem uznał, że to całkiem ciekawe. A wierszyk o owsikach będzie chyba hitem szkolnego korytarza:

Pani Owsikowa chyłkiem

W ciemną noc wypełza tyłkiem

Aby między pośladkami

Jaja znosić tysiącami

Swoją drogą, wiedzieliście, że samica owsika składa jednorazowo dziesięć tysięcy jaj?

Łukasz Kaniewski, Cholera i inne choroby, Poradnia K 2016

Wiosna, wiosna, wioooooosnaaaaaa

No wiem, jest już od jakiegoś czasu… I co z tego? Pogoda nie rozpieszcza, praca absorbuje, wszystko w biegu. A wyjazd na majówkę sprawił, że nagle odkryłam, jak bardzo zmienił się cały świat. Jest zielono, zimno, ale zielono, cieplej i zielono. Co roku na wiosnę przeżywam to samo zadziwienie, jak różnorodna może być zieleń, jak mroczna, jak jaskrawa, jak jasna, jak świetlista, jak…. Synowie nie do końca mnie rozumieją: zamiast się gapić, trzeba biegać, wrzeszczeć, skakać, wdrapywać się na drzewa, patrzeć na robale, buszować w krzakach, sprawdzać, co nowego wyrosło, czyli robić to wszystko, czego nie dało się robić (a przynajmniej nie za długo) przez zimowe miesiące.

W tym roku w odkrywaniu wiosny towarzyszyły nam „Dzieci korzeni” Sibylle von Olfers, wydane przez wydawnictwo Przygotowalnia. Na stronach wydawnictwa można podejrzeć, jak książka wygląda w środku. Moje zdjęcia robił Tymek :-). A ponieważ bohaterami wiosny w ogrodzie Dziadków okazały się smardze, to pierwsze zdjęcie będzie ze smardzem. Chłopcy zastanawiali się nawet, które z dzieci korzeni zafundowało im tak wspaniałą niespodziankę.

Dzieci korzeni

Na początku warto powiedzieć, że ta książka jest po prostu piękna. Cieszy oczy i cieszy dłonie. Śliczna, aksamitna w dotyku okładka, płócienny grzbiet, kremowy papier pięknie współgrający z brązową czcionką. To przepięknie wydana książka, choć gdzieś w głębi duszy zamarzyło mi się wydanie na grubych kartkach, które nie przestraszyłoby się nawet bardzo małych rączek. Opowieść o dzieciach korzeni świetnie nadaje się nawet dla bardzo małych dzieci.

Dzieci korzeni

Głęboko pod ziemią, gdzieś wśród korzeni, późną zimą budzą się dzieci — niezwykłe dzieci Matki Ziemi. Po długim zimowym odpoczynku mają pełne ręce roboty. Muszą uszyć nowe wiosenne szaty, wypucować żuki i chrząszcze, przygotować się na przyjście wiosny. A potem wychodzą na powierzchnię i wtedy świat rozkwita. Wszystko się budzi. Wiosnę i lato dzieci korzeni spędzają na łąkach, w lasach i na polach. Bawią się, pomagają, psocą. Jesień przepłasza je pod ziemię, gdzie układają się do snu, by spać do kolejnej wiosny.

Prosta opowieść Sibylle von Olfers pokazuje kolejność pór roku, ale jednocześnie sięga do naszych marzeń i do bajkowego świata skrzatów, elfów i innych magicznych stworzeń, dzięki którym wszystko w przyrodzie wzrasta i rozkwita. Czyż wiosna nie jest magiczna? Jak łatwo wyobrazić sobie rzesze maleńkich ludzików krzątających się wśród traw i drzew, pucujących liście, prostujących kwiaty, pomagających pąkom rozkwitnąć. Kto by nie chciał zobaczyć wśród liści maleńkich istotek, posłuchać ich śpiewu i śmiechu? 

Sibylle von Olfers stworzyła także magiczne ilustracje. Mają już 110 lat,  ale się nie zestarzały. Wydają się witrażowe, secesyjne, są po prostu śliczne i bardzo lubię je oglądać. Pięknie pokazują zmiany pół roku i podkreślają naturalny podział tej książki. Gdy wiersz opowiada o przygotowaniach dzieci do wyjścia, ilustracje zajmują całą stronę. Potem przypominają okna, przez które można podejrzeć wiosnę, lato i jesień. Piękne okna, ujęte w roślinne ornamenty. Zafascynowała mnie w tej książce symbolika korzeni, tego, czego nie widać, a na czym wszystko się opiera, korzeni, z których wszystko powstaje. Dbajmy o korzenie.

Dzieci korzeni

Sibylle von Olfers, Dzieci korzeni, Przygotowalnia 2016

Niewidzialny Tonino, czyli o tym, czy niewidzialność jest super

Żeby tak stać się niewidzialnym… — chyba każde dziecko (a i dorosły pewnie też) choć raz w życiu o tym marzyło. Jakie to byłoby wspaniałe! Jaka doskonała okazja do żartów, robienia dowcipów i rozrabiania. A na dodatek pełna bezkarność — trudno się dziwić, że niewidzialność to, chyba odwieczne, marzenie ludzi.

Tonino, bohater powieści Gianniego Rodari „Niewidzialny Tonino” (Wydawnictwo Bona), na własnej skórze przekonał się, co się dzieje, gdy zdobywamy niewidzialność. Stał się niewidzialny trochę przypadkowo i właściwie nie wiadomo jak. Po prostu bardzo chciał być niewidzialny (wiecie, jak to jest, gdy się idzie do szkoły coraz wolniej i wolnej, bo ciąży świadomość, czego się nie zrobiło dzień wcześniej) i nagle odkrył, że JEST niewidzialny.

ToninoNa początku było wspaniale. Mógł płatać psikusy kolegom z klasy i drażnić nauczyciela. Bez problemów wyszedł ze szkoły, gdy znudziło mu się dokuczanie innym. A potem robił to, na co miał ochotę: jeździł bez biletu tramwajem, poszedł do kina, oczywiście na gapę, ukradł parę ciastek z cukierni. Im dłużej jednak rozrabiał, tym było mu ciężej i tym trudniej było mu cieszyć się nowo nabytą zdolnością. 

Nie chcę opowiadać całej bajki, żeby nie zepsuć lektury, bo naprawdę warto do tej książki zajrzeć. Tymek połknął ją błyskawicznie, a potem stwierdził, że jest bardzo ciekawa, mimo że nie ma w niej superprzygód i fantastycznych stworów. Nie byłam pewna, czy mój młodszy syn zrozumie tę historię, ale Piotruś jak zwykle mnie zaskoczył. Początek był trudny, ale potem nie mógł się doczekać, co będzie dalej i długo rozmawialiśmy, co jest ważne, czy warto być niewidzialnym i czego on sam bałby się wtedy najbardziej.

Historia napisana przez Gianniego Rodari jest odrobinę niedzisiejsza — mało który współczesny autor zwraca dzisiaj bezpośrednio do czytelnika, tłumacząc zachowania bohatera. W lekturze to w ogóle nie przeszkadza. Za to w pamięci zostają celne zdania, które chciałoby się zapamiętać i o których można długo, długo rozmawiać.

Ale skoro jesteś niewidzialnym chłopcem, to dlaczego ja ciebie widzę?

— Nie mam pojęcia. A ty jak myślisz?

— Może dlatego, że jestem ciągle sama. Nikogo obok mnie nie ma, nikt się ze mną nie bawi. W pewnym sensie mnie też nikt nie zauważa: jestem prawie tak samo niewidzialna jak ty. […] Kto wie — mówiła dalej Paola zamyślona, pociągając za warkocz — kto wie, ilu jest takich niewidzialnych ludzi na świecie.

Atmosfera opowieści powolutku narasta i gęstnieje. Wszystkie przygody Tonino wydarzyły się jednego dna, a Rodari potrafił pięknie pokazać, jak chłopiec w tym czasie dorasta i poważnieje, jak dochodzi do bardzo poważnych odkryć i zaczyna się zastanawiać, co jest w życiu ważne, co potrzebne i co najważniejsze. Cieszę się, że moi chłopcy mogli przeczytać tę książkę i mam nadzieję, że będziemy do niej wracać.

A na koniec jeszcze jeden smakowity cytat:

— To jakieś głupie zadanie: kupiec nabył 2347 metrów materiału, po 45 lirów za metr, i chce go sprzedać za 177 879 lirów: ile zarobi?

— To proste […]

— Proste, ale głupie — skwitowała Paola. — Widziałeś kiedyś handlarza, który kupowałby prawie dwa i pół kilometra tego samego materiału? Nigdy by go nie sprzedał! Przecież wszyscy ludzie nie mogą nosić ubrań w tym samym kolorze! I jeszcze ta cena: czterdzieści pięć lirów za metr! Kto widział takie tanie materiały? W jakim kraju żyje ten pan, który wymyślił to zadanie? Pomagam mamie prowadzić domowe rachunki i wiem, ile to wszystko kosztuje. I wiesz, co ci powiem? Że nigdzie nie widziałam tylu bzdur, co w szkolnych zadaniach…

Gianni Rodari, Niewidzialny Tonino, Wydawnictwo Bona 2011

Magia rycerzy i historia Polski

Po wczorajszych bojach z siecią w końcu udało mi się skończyć wpis. Od wczoraj jednak nic się nie zmieniło. Piotrek paraduje w hełmie i z mieczem, a stos wyciągniętych z półek książek wcale się nie zmniejszył — wszystkie są bardzo potrzebne.

Jagiellada sprawiła, że chłopcy mają ochotę na opowieści o historii Polski. Piotruś najchętniej podpisałby unię z Litwą albo zaprzyjaźnił z jakimś Krzyżakiem, chyba czeka nas wycieczka do zbrojowni. Tymek nie może się doczekać następnych warsztatów i próbuje zgadnąć, co będziemy na nich robić (pewnie będą Turcy…). Zaczął czytać „Ogniem i mieczem” (trochę nie ta epoka), bo akurat nie miałam pod ręką niczego o Jagiellonach. Spróbuję podsunąć mu „Polskę Jagiellonów” Pawła Jasienicy, bo nie przychodzi mi  do głowy żaden inny tytuł.

Piotr uznał, że musi sobie przypomnieć, co robili rycerze. Wyciągnął z półek chyba wszystkie książki o rycerzach, jakie mamy w domu, chodzi w hełmie, broń zmienia w zależności od humoru (po wycieczkach po Gniewie, Malborku i innych zamczyskach i rycerskich zjazdach mamy w domu wiele różnorakiej drewnianej broni siecznej) i — według Tymka — próbował mu (znaczy Tymkowi) obciąć ucho. Wyobraźcie sobie, jak to się skończyło. O obcinaniu ucha na warsztatach nic nie było, ale o bitwie z Krzyżakami już tak, więc zaczęliśmy od „Grunwaldu”. Już o nim kiedyś pisałam tutaj.

Grunwald

Cały czas uważam, że to jedna z lepszych książek historycznych dla dzieci. Przy okazji opowieści o wyprawie rodziny Gościmskich szlakiem wojen z Krzyżakami Mariannie Gal udało się przemycić mnóstwo informacji. Są w tej książce fragmenty o architekturze romańskiej i gotyckiej, o polskich zabytkach z tego okresu, o uzbrojeniu rycerzy i sztuce wojennej. Można je pominąć, jeśli czyta się tę historię z młodszym dzieckiem, albo szczegółowo studiować.

Grunwald

Grunwald

Hmm, ale przecież rycerze mieszkali w zamkach. Dobrym przykładem na to, co to jest zamek i jak mogło wyglądać życie jego mieszkańców jest książka-rozkładanka „Życie na zamku”.

Życie na zamku

Informacji jest w niej malusieńko, ale zabawa przednia.

Życie na zamku

Można obejrzeć, jak wygląda zamkowa kuchnia:

Życie na zamku

a nawet lochy…

Życie na zamku

Wiele elementów można otworzyć i zajrzeć do średniowiecznej szafy z bronią lub do spiżarni. Do książki dodano kilka figurek mieszkańców zamku, inne wycięliśmy z kartonu, czasami w zamku mieszkają plastikowi rycerze, przetrwał już niejedno oblężenie. Tym razem Piotrusiowi brakowało jednak informacji, do czego to wszytko służyło, wyciągnął więc starą książkę, którą odziedziczył po synach naszych przyjaciół.

Rycerz

Mam wrażenie, że ilustracje w książkach historycznych dla dzieci tworzone są według dwóch schematów: ma być albo ślicznie, albo śmiesznie. Tutaj wybrano tę drugą opcję: postacie są przerysowane i momentami naprawdę dowcipne. Chyba wolę jednak taką konwencję niż cukierkowatego księcia z bajki. Na każdej stronie są tutaj otwierane okienka, dzięki którym można zajrzeć do wnętrza zamku i dowiedzieć się, co robią jego mieszkańcy, w jaki sposób przygotowywano się do oblężenia i jak ćwiczyli młodzi rycerze (nie na starszym bracie).

Rycerz

To jednak nie wystarczyło i mój synek zażądał lektury jednej ze swoich ulubionych książek o rycerzach, wydanej w serii „Świat w obrazkach”. Na pewno znacie, bo można je znaleźć w każdym supermarkecie.

Rycerze

Nie przepadam za takimi ilustracjami, ale cała seria w przystępny dla malucha sposób podaje naprawdę dużo informacji. Trzeba założyć pewien filtr, bo historia przedstawiona jest z perspektywy mieszkańca Europy Zachodniej, ale bywa to fajny początek dyskusji o różnych historiach i o różnych spojrzeniach na to samo wydarzenie. Może poszukam dla Tymka litewskiego spojrzenia na czasy Jagiełły 🙂

Czeka nas jeszcze sporo zabawy z historią, bo warsztaty potrwają cały rok. Mam nadzieję, że zapał chłopców nie minie, a mi uda się znaleźć w tym czasie książki, dzięki którym będą z przyjemnością poznawać minione epoki. W najbliższym czasie pojawi się w domu Bezprym. Może podpowiecie, czego jeszcze warto poszukać? 

Różne

Śledzimy geniusza zła

Każdy już chyba słyszał o tej książce, było o niej głośno, wiele osób ją wychwalało i komplementowało. Piotrek dostał ją kilka dni temu — i zniknął na trzy godziny. 3 godziny tkwił przy stole: oglądał, komentował, machał rękami i wymyślał własne zabawy. I to wcale nie były jedyne trzy godziny tego dnia — przygody detektywa Pierre’a wciągnęły go na bardzo długo.

Detektyw Pierre

Historia jest prosta i pewnie wszystkim dobrze już znana: w Operyżu ginie z muzeum tajemniczy Kamień Chaosu, który ma moc zamieniania wszystkiego w labirynt. Odzyskać go musi Detektyw Pierre, najlepszy specjalista w dziedzinie labiryntów. Jego przeciwnikiem jest okryty złą sławą złodziej-widmo, Pan X. Pokonanie labiryntów to tylko jedno z zadań, po drodze na detektywa czeka bowiem wiele innych wyzwań i niespodzianek.

Mój młodszy synek nie miał na początku ochoty na zabawę zaproponowaną przez autorów książki. Chciał ją po prostu obejrzeć — i studiował z ogromną uwagą i skrupulatnością. Nie pominął żadnej strony, choć widać było, że niektóre ilustracje fascynują go bardziej. „Niesamowity dwór” kontemplował z wyraźnym zachwytem: ile tu duchów i potworów, bałabyś się żyć w takim pałacu?

Detektyw Pierre - Niesamowity dwór

O, Frankenstein, o zielona łapa, o duch, o rycerz, o pająk, oooo.….. Okrzyki Piotrka przyciągnęły Tymka, który zaczął krążyć dokoła i zaglądać przez ramię wyraźnie zaciekawiony. Książka wydała mu się fajna i chętnie by ją podebrał, ale młodszy brat właśnie zabrał się za rozwiązywanie labiryntów i nie miał ochoty się dzielić. Przecież to JEGO książka i teraz ON będzie rozwiązywał zagadkę kradzieży. I wszystko SAM znajdzie.

Przez chwilę awantura wisiała w powietrzu, bo Piotrek upierał się, że może się bawić tą książką tak, jak chce, a Tymek próbował go przekonać, że KONIECZNIE trzeba iść po kolei, ale na szczęście Starszy przypomniał sobie, że przecież robi coś bardzo ciekawego i może poczekać. A Piotruś rozwiązywał wszystkie labirynty (trochę oszukiwał).

Detektyw Pierre - Bardzo wesołe miasteczko

W końcu jednak się zmęczył i postanowił…. pobawić się w inne labirynty, po których można mazać kredką. I wtedy książkę przejął Tymek. Podszedł do zadania metodycznie: strona po stronie, zadanie po zadaniu, szczegół po szczególe. — To wcale nie jest takie proste.. — stwierdził po jakimś czasie.

Tymek 1

Wieczorem Piotrek odmówił położenia się do łóżka. Detektyw Pierre spał razem z nim, pieczołowicie ułożony pod poduszką, żeby można było do niego zajrzeć zaraz po przebudzeniu. Rano obaj chłopcy, zamiast szykować się do szkoły i przedszkola, szukali kapelusza wśród balonów i umawiali się, czego będą wypatrywać po powrocie. Tak jest już od kliku dni. Pierwsza fascynacja minęła, ale książka ciągle leży w zasięgu ręki i co chwila któryś z nich do niej zagląda. Coś mi się zdaje, że poszukiwania skradzionego Kamienia Chaosu jeszcze przez jakiś czas będą zajmować moje dzieci. Na razie prowadzą długie dyskusje, która strona jest najfajniejsza i dlaczego latanie balonem jest gorsze od podróżowania statkiem albo na odwrót.

Hiro Kamigaki, IC4DESIGN, Detektyw Pierre w labiryncie. Na tropie skradzionego Kamienia Chaosu, Nasza Księgarnia 2016

Wędrujemy po Afryce

Końcówka zimy nas nie rozpieszcza. Chłopcy co chwila łapią przeziębienie, kaszlemy i kichamy. Mam już serdecznie dość i wypatruję wiosny, słońca i błękitnego nieba. Dla równowagi wyciągnęłam z półki książkę, która przenosi nas do krajów, gdzie rzadko pada, a śnieg leży tylko na szczytach gór. Czytamy z Piotrusiem „Afrykę Kazika” Łukasza Wierzbickiego.

Tymek poznał tę historię jakiś czas temu. Przymierzał się nawet do „dorosłej” książki, ale przegrała z łatwiejszymi lekturami. Jeszcze zdąży ją przeczytać. Zastanawiałam się, czy Piotruś nie będzie się nudził, ale niepotrzebnie się martwiłam. Historia Kazimierza Nowaka i jego podróży po Afryce bardzo go zainteresowała i zadawał mnóstwo pytań.

Afryka Kazika

Kazimierz Nowak to ciekawa postać – podróżnik, marzyciel, który w dwudziestoleciu wojennym wybrał się do Afryki na rowerze i samotnie przemierzył ją z północy na południe i z powrotem. Wyobrażacie to sobie? 40 tysięcy kilometrów rowerem, konno, pieszo, na wielbłądzie, czółnem… Nawet w dzisiejszych czasach wydaje się to trudne i prawie niewykonalne, a ten poznaniak to zrobił. Przejechał Afrykę rowerem – przez pustynie, przez dżunglę, właściwie bez broni, często bez pieniędzy, bo zarabiał pisaniem artykułów do polskich gazet. W „Afryce Kazika” Łukasz Wierzbicki przedstawił skróconą i trochę wygładzoną wersję tej podróży, która w dzisiejszym świecie chyba nie mogłaby się odbyć.

Afryka Kazika

Piotruś słuchał z niedowierzaniem: mamo, pojechał do Afryki bez broni? Nie miał strzelby, a obronił się przed lwem? Mamo, on był bardzo odważny, prawda? Był odważny (i chyba jednak trochę szalony, bo odrobina szaleństwa jest potrzebna, by rzucić się w wir takiej przygody). Łukasz Wierzbicki nakreślił pozytywną postać marzyciela o otwartym umyśle, człowieka bez uprzedzeń (no może z wyjątkiem zupy z szarańczy), który pogodnie przyjmuje wszystko, co przynosi mu życie i tak samo traktuje każdego człowieka. Kazik to bardzo sympatyczny bohater: brata się z ludźmi i wędruje z przekonaniem, że po prostu nic złego nie może go spotkać.

Afryka Kazika

Piotrusiowi najbardziej podobała się przygoda z lwem, wędrówka po bagnach i spotkanie z wielkim wężem. Martwił się, gdy Kazikowi rozpadł się rower i cieszył, gdy podróżnikowi podarowano konia. Po zakończeniu lektury prawie od razu zapytał, kiedy pojedziemy do tej Afryki, żeby to wszystko zobaczyć. Skoro Kazikowi się udało… Na razie podróżujemy palcem po mapie – a raczej po różnych mapach Afryki. Wytyczamy szlak wędrówki, sprawdzamy, co jeszcze Kazik mógł zobaczyć.

Mapa Afryki

Wstęp do książki to relacja z odsłonięcia przez Ryszarda Kapuścińskiego tablicy poświęconej Kazimierzowi Nowakowi na poznańskim dworcu. A potem rozpoczyna się wyprawa. Zaczyna się i właściwie kończy na dworcu w Poznaniu, odjazd i powrót to klamry spinające całą historię, bo przecież po każdej podróży bezpiecznie wraca się do domu. I z całego podróżowania właśnie to jest najprzyjemniejsze. Opowieść prowadzona jest w pierwszej osobie – słuchamy Kazika i z napięciem towarzyszymy mu w jego wędrówce.

Warto tę książkę przeczytać z dziećmi, by mogły poznać szalonego Polaka. Dla mnie Kazimierz Nowak trafił do grona słynnych podróżników i odkrywców, ludzi, którzy potrafili realizować swoje marzenia. Zajmuje w tej grupie miejsce koło innych sławnych, o których wyprawach lubię czytać, mimo iż nie zawsze kończyły się szczęśliwie. Dobrze, że Łukasz Wierzbicki przypomniał tę postać.

I tutaj wtręt dorosłej matki: bardzo lubię historię Kazimierza Nowaka, historię człowieka, który swoje sny o Afryce zamienił w fascynującą i wyczerpującą przygodę. Czytam ją jednak zawsze ze ściśniętym gardłem, bo nie mogę pozbyć się myśli o żonie i dzieciach podróżnika. Zostali sami w Poznaniu na sześć lat, a Kazimierz przepłacił swoją podróż śmiercią – zmarł w niespełna rok po powrocie. Tego jednak chłopcom jeszcze nie powiedziałam.

Łukasz Wierzbicki, Afryka Kazika, BIS, 2011