Czytamy komiks! — Trupie gadki

To będzie chyba jedna z najszybszych recenzji na blogu. Książka przywędrowała do nas przed kilkoma dniami. Piotrek znalazł ją pod choinką i przeczytał właściwie od razu. Zaczął tuż po Wigilii i ciężko go było zapędzić do spania. Skończył czytać pierwszego dnia świąt i natychmiast zaczął czytać jeszcze raz, a potem kolejny. Teraz książka leży na stoliku, a on podczytuje co ciekawsze historie, zadając przy okazji mnóstwo pytań o słynnych ludzi, o których istnieniu czasami nigdy wcześniej nie słyszałam. Wstyd po prostu.

Adam Murphy, Trupie gadki

Hmm, właściwie można powiedzieć, że to wywiady z zombie, tylko takimi słynniejszymi. „Trupie gadki” mają konwencję talk show w wersji rysunkowej. Mamy gospodarza programu, w tej roli alter ego autora, czyli niejaki Adam Murphy. Historia ludzkości pełna jest ciekawych i intrygujących postaci, więc Adam postanowił zadać im pytanie, co sprawiało, że potrafili tyle zdziałać. Co z tego, że te osoby nie żyją? Przecież można je wszystkie odkopać! Zaczynamy!

Adam Murphy, Trupie gadki

Piotrek studiował mapę wykopalisk naprawdę dokładnie. Sprawdzał, kto kiedy żył, bawił się w wypatrywanie szczegółów. Jak sam mi powiedział, ta książka to nie tylko komiks, ale także łamigłówka, i to niesamowicie ciekawa. Zresztą określenia: fajne, ciekawe, interesujące, śmieszne, pojawiały się co chwila, gdy poprosiłam synka, by mi opowiedział, o czym TA KSIĄŻKA jest i dlaczego warto ją przeczytać. W skrócie mówiąc: o historii, tylko napisana tak, że czytelnik ciągle się uśmiecha, wcale się nie nudzi i ma ochotę dowiedzieć się więcej. Lista gości programu Adama Murphy’ego może onieśmielać, ale okazuje się, że to bardzo sympatyczne postacie, choć rozmowa z niektórymi może być dla prowadzącego groźna. Nie każdy wywiad kończy się happy endem.

Adam Murphy, Trupie gadki

Zasada  jest prosta: jedna postać, jedna strona komiksu. Dla niektórych postaci rysownik jest bardziej łaskawy i poświęca im dwie strony. Absolutnym wyjątkiem jest sześć żon Henryka VIII — tak się rozgadały, że zajęły aż cztery strony. Część postaci (w tym Maria Skłodowska-Curie, jedyna Polka w tym zestawieniu) zostały uhonorowane całostronicową ilustracją zawierającą ciekawostkę z ich życia. Jedna czy dwie strony to niewiele, by przedstawić swoje życie, więc bohaterowie wywiadów muszą się streszczać. W krótkiej formie udało się jednak zawrzeć naprawdę sporo informacji — a Piotrek wcale nie narzekał na małe literki.
Adam Murphy, Trupie gadki

Wiem, że konwencja wywiadów z zombie nie każdego może przekonywać, ale warto do tego komiksu zajrzeć i docenić nie tylko zamysł autora, ale także pracę tłumacza. Paweł Brzosko pięknie ogrywa zwroty i skojarzenia związane ze śmiercią, zombie i truposzami — nabierają one nowego sensu, przykuwają uwagę i bawią. Moje dzieci długo komentowały podtytuł „Historia nie tylko dla sztywniaków” i doszukiwały się kolejnych znaczeń. To komiks, który rozbudza ciekawość. Nawet jeśli osiągnięcia części bohaterów tej książki uciekną z głowy Piotrka, to będzie pamiętał przynajmniej pewne nazwiska i najważniejsze związane z nimi wydarzenia. To i tak sporo. A przy okazji utwierdzi się w przekonaniu, że historia jest niesamowicie ciekawa i świetnie można się przy niej bawić, choćby wyszukując zombiaki na plaży.

Adam Murphy, Trupie gadki

Dla zainteresowanych: Planeta komiksów ma w planach kolejne sezony.

Adam Murphy, Trupie gadki. Sezon 1, tł. Paweł Brzosko, Planeta Komiksów 2016

Dzieci bywają (są) groźne

Piotrek przeczytał tę książkę pierwszy. Właściwie to razem z Zuzanką, tuż po swoich urodzinach u Dziadków. Wspólnie pochłaniali strony, bardzo grzecznie czekając, aż drugie skończy czytać.

Piotr i Zuza przy lekturze

Kiedy zapytałam Piotra później, czy warto przeczytać tę książkę, najpierw na mnie popatrzył, a potem z namysłem powiedział, że chyba nie jestem jeszcze za stara. Osłupiałam. Dziecko wyjaśniło, że książka jest fascynująca i bardzo ciekawa, ale też trochę obrzydliwa. I czasami obleśna. I dorośli takich nie lubią, bo im się wydaje, że dzieci będą tak robić i że dorośli uważają, że one uważają, że to wszystko prawda. A przecież czasami można się pośmiać z prukania i bekania. I to wcale nie oznacza, że samemu będzie się tak robiło. Po tej tyradzie uznał, że wytrzymam i dam radę znieść te historie mimo podeszłego wieku. Hmm, ktoś przyjmuje skargi na dzieci?

David Walliams, Najgorsze dzieci świata

„Najgorsze dzieci świata” Davida Walliamsa to krótkie opowiadania o naprawdę najgorszych dzieciach świata. Niegrzecznych. Paskudnych. Czasami obrzydliwych. O dzieciach, które nie mogą przestać dłubać w nosie, nie potrafią usiedzieć w jednym miejscu, zapuszczają swój pokój lub zadzierają nosa. Brzmi znajomo? Od razu uprzedzam, że takich dzieci, jak te z „Najgorszych dzieci świata” na pewno nie znacie. One są dużo gorsze niż jakiekolwiek inne dziecko. I tak, przy czytaniu raz zrobiło mi się niedobrze, więc jeśli gile, smarki i pierdy sprawiają, że mdlejecie — odpuście sobie przynajmniej opowiadanie o największej babie z nosa na świecie. Do tej pory się krzywię. Zapewniam, że wasze dzieci raczej je przeczytają. I pewnie będą zachwycone. Może nawet, tak jak Piotrek, będą wam towarzyszyć przy czytaniu, żeby upewnić się, że odpowiednio zrozumieliście niektóre fragmenty i śmiejecie się w odpowiednich miejscach?

David Walliams, Najgorsze dzieci świata

Sama książka wygląda przepięknie, świątecznie i uroczyście. Czerwona, intensywna obwoluta, złote litery, no i mnóstwo charakterystycznych ilustracji Tony’ego Rossa — tym razem w kolorze, inaczej niż w poprzednich książkach Walliamsa wydanych przez Małą Kurkę. Piotrek co prawda szybko ściągnął obwolutę, bo mu przeszkadzała w czytaniu, ale bez niej książka wygląda równie atrakcyjnie. A może nawet trochę bardziej, bo okładka od razu skojarzyła się mojemu synowi (i słusznie) ze zdjęciami podejrzanych.

David Walliams, Najgorsze dzieci świata
W środku przyciąga wzrok nietypowe rozłożenie tekstu na stronie i różne kroje liter — to naprawdę doskonała praca edytorska. Chylę czoła przed tłumaczką, Karoliną Zarembą, która wykonała gigantyczną pracę. Liczba synonimów na określenie puszczania bąków po prostu wbiła mnie w ziemię. Ze zdumienia, że jest ich aż tyle, i z zachwytu, że tłumaczka potrafiła je tak sprawnie wykorzystać. Tłumaczenie „Najgorszych dzieci świata” na pewno nie było proste.

David Walliams, Najgorsze dzieci świata

Walliams pokazuje w swoich opowiadaniach wady dzieci. Wyolbrzymia je tak straszliwie, że przestają być w jakikolwiek sposób wiarygodne, stają się niesamowicie śmieszne  i groteskowe. Możemy przejrzeć się, jak w lusterku w historiach dziesięciorga bohaterów — Stacha Ślinotoka, Weroniki Wiercipiętki, Magdy Mazgaj, Wicia Wszarza, Gutka Gmeracza, Beci Bajzel, Wietrznej Wikty, Mądralińskiego Minga, Drętwego Dariusza i Kanapowej Kryśki. Myślę, że niejeden dorosły mógłby zobaczyć w przerysowanych portretach Walliamsa kawałeczek siebie. I potem odetchnąć z ulgą, że jednak nie jest z nim tak źle. A jak powiada Piotrek — najfajniejsze są zakończenia i morały. Bo jak wiadomo z okładki, ta książka zawiera dziesięć cudownie okropnych opowiadań. A co do morałów, to musicie uwierzyć mojemu synowi albo sprawdzić samemu. Czasami przy lekturze miałam wrażenie, że Walliams bawi się konwencją moralizatorskich bajeczek dla dzieci z przełomu XIX i XX wieku, tylko dostosowuje je do naszych czasów i do wrażliwości dzieci wychowanych na „Wujciu Dobrej Radzie”.

Aaa, mój syn koniecznie kazał dopisać, że w książce jest też Raj z Kiosku. Fani Walliamsa będą wiedzieć o kogo chodzi. Mój syn kilka razy się upewniał, czy uważnie przeczytałam komentarze Raja i czy zauważyłam, że będzie kolejny tom. Zauważyłam. Będzie. Czekamy.

 

David Walliams, Najgorsze dzieci świata, tł. Karolina Zaremba, Mała Kurka 2018

Mamoo! To jest o Pate!

Dziecko wpadło do kuchni podekscytowane. Mamo… Wiesz, to jest on! Od Elli! No pamiętasz! Znalazłem tę książkę na półce. I tam są wszyscy! I Ella też. Mamooo! Ale to jest śmieszne. To ten Pate od hokeja. No posłuchaj, przeczytam Ci fragment.

Tima Parvela, Pate pisze bloga

Piotr znalazł „Patego” na półce, na której położyłam nowe nabytki. Szukał czegoś do czytania, bo nieoczekiwanie moje Młodsze zamieniło się z dziecka, które woli, żeby mu czytać, w dziecko, które czyta samo (i nadal lubi, żeby mu czytać). Jego reakcja była niesamowita: popatrzył na książkę, przeczytał kawałek, a potem przybiegł w podskokach do kuchni. Od tej pory zdążył już przeczytać „Pate pisze bloga” dwa razy, ciągle zagląda do tej książki i od czasu do czasu czyta nam swoje ulubione fragmenty. Upewniał się także, czy ilustracje mnie śmieszą. Szczególnie pan ratownik. Mogę to przyznać oficjalnie — śmieszą. Rysunki to naprawdę mocny punkt tej książki i Piotrek spędził długie chwile, rozpracowując szczegóły i czytając podpisy.

Tima Parvela, Pate pisze bloga

Książka Timo Parveli, wydana przez Widnokrąg w serii „Bliskie dalekie sąsiedztwo” i brawurowo przetłumaczona przez Iwonę Kiuru, to swoisty samograj. Świetnie może zachęcić do czytania. Bohaterem jest Pate, który dostał od swojego nauczyciela zeszyt. Jego klasowy kolega Tukka uznał jednak, że zeszyt to zabytek i założył Patemu bloga. Miał być supertajny, ale jakimś cudem dowiedziały się o nim wszystkie dzieci z klasy: Ella, Sampa, Tina — cała ferajna znana nam z „Elli i przyjaciół„. Żeby zacząć czytać Patego, nie musicie znać Elli — dla Piotrka był to po prostu bonus i dodatkowy impuls do czytania. A jak już poznacie Patego, zrozumiecie, dlaczego tak bardzo zachwyciła Piotra „Ella”. W „Pate pisze bloga” Pate chyba ciągle jest w pierwszej klasie i ciągle jest tak samo niedopasowany do rzeczywistości. A może nawet bardziej?

Tima Parvela, Pate pisze bloga

Cała książka ma konstrukcję bloga, na którym Pate opisuje swoje przygody ze stryjem. Nie jest łatwo, gdy nagle dowiadujesz się, że masz stryja. Początki znajomości nie były udane, bo chłopiec pomylił stryja z ptakiem, a potem przez jakiś czas było tylko gorzej, choć trzeba przyznać, że Pate się starał. Trudno jednak dogadać się z kimś, kto nie przepada za dziećmi i skupia się głównie na oszczędzaniu czasu. Narracja jest prowadzona w pierwszej osobie. Inna perspektywa wprowadzona jest za pomocą komentarzy klasy (wszystkie dzieci kibicują Patemu i chętnie udzielają rad) oraz dialogów przytaczanych przez chłopca. Dzięki temu poznajemy punkt widzenia stryja, rodziców czy pewnej uroczej ratowniczki.

Tima Parvela, Pate pisze bloga

Dla dorosłego w pewnym momencie stało się oczywiste, w jakim kierunku zmierza akcja, ale ośmiolatkowi nic nie przeszkadzało. Timo Parvela zderza ze sobą rzeczywistość dziecka i dorosłego, sprytnie rozgrywając różnice w postrzeganiu świata. Wykorzystuje humor sytuacyjny i językowy — Pate odczytuje komunikaty dorosłych dosłownie, nie dostrzegając przenośni, sarkazmu czy ironii. Pate to kwintesencja dziecięcości — pojmuje świat prosto, jest kompletnie oderwany od rzeczywistości, maksymalnie angażuje się w to, co robi (jeśli to coś uznał za ważne i istotne), a psoci przy okazji i mimo woli.

Trudno mi było określić, ile Pate ma lat — nawet Piotrek zauważył, że chłopiec bardzo mało wie o świecie i wszystko odbiera bardzo dosłownie. Trochę mi to zgrzytało, bo spryt i samodzielność chłopca trochę kłóci się z jego naiwnym i bezkrytycznym postrzeganiem świata. Taki jednak model pisania przyjął Timo Parvela i jestem skłonna to zaakceptować, bo „Pate pisze bloga” to niesłychanie zabawna i wciągająca książka, która — co całkiem istotne dla mnie jako dla dorosłej i mniej odpornej osoby — nie sięga w nadmiarze po fizjologię i obrzydliwości. Podkreślam „w nadmiarze”, bo trochę skrzeku i innych obrzydliwości tu jednak znajdziecie. Akurat tyle, by dziecko wybuchnęło śmiechem i koniecznie chciało się dowiedzieć, co było dalej. No i koniecznie muszę teraz kupić drugą część Patego. To przecież oczywiste, jak uznał Piotrek.

 

Timo Parvela, Pate pisze bloga, il. Pasi Pitkänen, tł. Iwona Kiuru, Widnokrąg 2018

 

Co można kupić za pieniądze?

Nie, nie będzie o ekonomii. Dyskusja o pieniądzach, o tym, czy warto być bogatym i co można kupić za pieniądze rozgorzała przy śniadaniu w pewną sobotę. Piotrek właśnie skoczył czytać (samodzielnie) „Małego miliardera” Davida Walliamsa (Mała Kurka). Ciągle nie wiem, co mają w sobie książki tego autora, że tak pięknie otwierają na samodzielne czytanie.

David Walliams, Mały miliarder

„Mały miliarder” to historia najbogatszego dziecka na świecie, które może mieć wszystko, o czym tylko zamarzy. Józek Burak nie musi sobie niczego wyobrażać, bo ma wszystko:

  • 100-calowy plazmowy telewizor HD z płaskim ekranem w każdym pokoju
  • 500 par markowych adidasów
  • tor wyścigowy w ogrodzie
  • japońskiego psa-robota
  • wózek golfowy z tablicą rejestracyjną „BURAK 2” do poruszania się po terenie posiadłości
  • zjeżdżalnię wodną prowadzącą z jego sypialni wprost do basenu olimpijskiego
  • wszystkie gry komputerowe świata
  • kino IMAX 3D w piwnicy
  • krokodyla
  • osobistą masażystkę
  • podziemną dziesięciometrową kręgielnię
  • stół do gry w snookera
  • maszynę do popcornu
  • tor dla deskorolek
  • jeszcze jednego krokodyla
  • kieszonkowe w wysokości 100 tysięcy funtów tygodniowo
  • kolejkę górską na tyłach domu
  • profesjonalne studio nagrań na strychu
  • prywatne sesje treningowe z piłkarska reprezentacją Anglii
  • akwarium z prawdziwym rekinem (Mały miliarder, s. 10-11)

Józek ma wszystko. A jak nawet czegoś nie ma, to natychmiast może to mieć. Dlaczego więc wydaje się być najnieszczęśliwszym dzieckiem na świecie? I tak bardzo pragnie się nie wyróżniać?

David Walliams, Mały miliarder

To opowieść o przyjaźni, pieniądzach, tolerancji i akceptacji napisana w stylu Walliamsa, więc sporo tutaj fizjologii, przekraczania granic dobrego smaku i niewybrednych żartów. Piotrek czasami się śmiał, ale uznał, że to bardzo poważna książka. I nie mógł się od niej oderwać. Nie będę wam streszczać historii Józka. Skończyło się dobrze, w opinii Piotrka, choć być może nie każdy dorosły by się z nim zgodził. Można powiedzieć, że to brawurowo napisana opowieść o tym, co najważniejsze. Dla mnie fascynujące było to, że dziecko po zakończeniu czytania bardzo dużo myślało i bardzo dużo rozmawiało — bardzo poważnie. Między innymi o tym:

  • czy da się kupić przyjaźń za pieniądze?
  • a co z miłością?
  • czego się boisz, jak masz dużo pieniędzy?
  • i na co można je wydać, jak już się je ma?
  • i czy da się stracić wszystkie pieniądze, jakie się ma?
  • i co potem?
  • a jak właściwie zarobić takie pieniądze?
  • i czy da się za pieniądze kupić spokój?
  • a co to znaczy, że pieniądze ułatwiają życie?
  • jak działa agencja ochrony?
  • czy naprawdę warto mieć wszystko?

Nie, wcale się na tym nie skończyło. Rozmawialiśmy jeszcze długo. Piotrek w końcu uznał, że jak się ma wszystko, to człowiekowi musi być bardzo smutno, bo nie ma żadnych marzeń. Ciągle macie wątpliwości, czy warto czytać Walliamsa?

 

David Walliams, Mały miliarder, il. Tony Ross, tł. Karolina Zaremba, Mała Kurka 2017

Hedwiga

Hedwiga ma siedem lat, jest jedynaczką, mieszka z rodzicami jeszcze dalej niż na końcu świata i nie może się doczekać, kiedy pójdzie do szkoły. Tak mniej więcej zaczyna się „Hedwiga” Fridy Nilsson (wydawnictwo Dwie Siostry). Dziewczynkę poznajemy tuż przed rozpoczęciem wytęsknionego roku szkolnego, który dla niej (i dla jej rodziców też) będzie oznaczał początek wielkiej przygody.

Frida Nilsson, Hedwiga

Młodszemu „Hedwiga” podobała się bardzo. Piotrek prawie turlał się ze śmiechu. Skandynawowie mają niesamowitą umiejętność tworzenia wspaniałych, pełnych życia bohaterów. Hedwiga ma charakter. A momentami nawet charakterek. Blisko jej do Emila ze Smalandii —  nigdy nie psoci w ten sam sposób dwa razy. Uczy się na swoich błędach, co nie przeszkadza jej popełniać kolejnych. Płaci za nie bolącym brzuchem, nieprzespanymi nocami, lękiem przed możliwymi konsekwencjami, ale cały czas działa, eksperymentuje i poznaje. Jak inaczej ma się dowiedzieć, co wolno, a czego nie? Nie jest to jednak poważna i moralizatorka historia. Frida Nilsson napisała pełną humoru i radości opowieść, w której dzieci odnajdują siebie. Dwa rozdziały z tej książki Piotrek przeczytał kilka razy: jak dziewczynka uciekła do lasu oraz jak upiększała w złości wielkanocne laurki. Przy tym drugim prawie spadł z krzesła z radości, a potem zastanawiał się, dlaczego w książce dla dzieci piszą o dorysowywaniu siusiaków. Może dlatego, że dzieciaki potrafią je czasami dorysować? Lektura niektórych przygód Hedwigi sprawiała, że cierpła mi skóra i włosy stawały dęba, ale cóż… Dzieci mają różne pomysły, sami na pewno doskonale o tym wiecie.

Frida Nilsson, Hedwiga

Hedwiga jest fantastyczną dziewczynką. Lubi zadawać pytania, jest wspaniałą przyjaciółką i doskonałą obserwatorką. Wszystko słyszy (nawet jeśli rodzice starają się mówić szeptem), wszystko widzi (choćby przez dziurkę przez klucza), czasami najpierw robi, a potem myśli. Znacie to? To po prostu dziecko — brudzące się, głośne, zapominalskie, życzliwe, serdeczne, impulsywne, dobre, płaczące i śmiejące się z całego serca, ciekawskie, a momentami irytujące, nie potrafiące przewidzieć konsekwencji swoich zachowań, przerażone, złośliwe, kochające. Hedwiga jest wielobarwna, nie sposób jej zaklasyfikować.

Frida Nilsson napisała książkę, o której bardzo długo myślałam. Towarzyszymy w niej Hedwidze przez rok — poznajemy ją pod koniec wakacji przed rozpoczęciem szkoły, a rozstajemy się z nią na początku drugiej klasy. Każdy kolejny rozdział to minihistoryjka, zabawna, a czasami wzruszająca opowiastka z życia dziewczynki. Akcja dzieje się w szkole, w domu, w sklepie, w tle widzimy rodziców, nauczycieli czy innych dorosłych. I to chyba właśnie relacje z dorosłymi budziły mój wewnętrzny protest. Bo dorośli też w tej książce są prawdziwi: niekonsekwentni, czasami obrażający się, udający, że czegoś nie powiedzieli, zmęczeni, pochopni w sądach, czasami mijający się z prawdą. Prawdziwi, a jednocześnie trochę niewychowawczy i nieedukacyjni. Czy jednak naprawdę powinni być inni? Dlaczego prawdziwe dziecko nie może spotkać na kartach książki prawdziwych, nieidealnych rodziców? „Hedwiga” to książka, w której dużo jest o emocjach — o prawie do ich posiadania i wyrażania. I o różnych zachowaniach, nawet takich, które nie zawsze wydają się nam pozytywne, ale są. Autorka unika moralizatorstwa i oceniania wprost. Czytelnik widzi, co się dzieje przed wydarzeniem, w jego trakcie i po nim. Wnioski musi wyciągnąć sam. Być może będzie się tylko śmiał, być może zada sobie jakieś pytanie, być może pomyśli. Mam nadzieję, że mój mały czytelnik nie będzie naśladować pomysłów Hedwigi (niektórych). Kto by pomyślał, że tak radosna i pełna humoru książka zmusi mnie do tak poważnych przemyśleń?

Na koniec chciałabym wam powiedzieć, że „Hedwiga” to świetna książka do samodzielnego czytania. Duże litery zachęcają do lektury, a ciekawa, zaskakująca i pełna humoru akcja sprawia, że trudno się od tej książki oderwać. Przetestowane na dzieciach.

 

Frida Nilsson, Hedwiga, tł. Barbara Gawryluk, Dwie Siostry 2017

Oj, Ella, Ella!

Byczymy się! Leżymy w wodzie. Albo na trawie. Obserwujemy łabędzie i kaczki. Matka przypomina lemura, bo wokół oczu ma śliczne jasne obwódki (lemury co prawda mają czarne, ale to szczegół). Piotrek zdobył na plecach dziwny wzorek — krem od słońca się wymył. Przeżyliśmy inwazję jętkopodobnych owadów. Trochę jesteśmy brudni i bardzo pogryzieni przez komary. Fajnie jest.

Obok łóżek jak zwykle leżą sterty książek, bo przecież wakacje bez książki się nie liczą. Starszy pojękuje, że za chwilę nie będzie miał czego czytać. Młodszy pochłonął po raz kolejny dwa tomy „Jędrka” (w jego przypadku najlepiej sprawdza się to, co już czytał). Ale niekwestionowaną królową tego wyjazdu pozostaje Ella. Przeczytaliśmy pierwszy tom jej przygód, a Matka do końca życia nie odpokutuje tego, że drugi został na stole w kuchni. Dziecię mi tego nigdy nie wybaczy (a przynajmniej do powrotu do domu). Tutaj nisko muszę się pokłonić Pani Iwonie Kiuru, która kiedyś przetłumaczyła tę książkę, a całkiem niedawno mi ją poleciła. Zajrzyjcie także na Moje fińskie fascynacje – bloga Pani Iwony, na którym opowiada o fińskiej literaturze dla dzieci. Warto.

Timo Parvela, Ella i przyjaciele

Ella to tytułowa bohaterka książki „Ella i przyjaciele” Timo Parveli. Dwa tomy przygód Elli wydała Nasza Księgarnia jakiś czas temu, więc musicie poszukać tych książek w bibliotece – naprawdę warto, jeśli macie akurat ochotę się pośmiać. Działa na wszystkich — nawet na zbuntowanych dwunastolatków. Lepiej nie czytać przy jedzeniu, bo parsknięcia śmiechem po prostu nie da się powstrzymać.

O czym to jest? Hmm, zależy, kto czyta. To książka, którą trochę inaczej czytają dzieci, a trochę inaczej  dorośli. Jak wyczytałam w Wikipedii, Timo Parvela był nauczycielem. Wygląda na to, że w książce skorzystał z własnych doświadczeń — obiektem żartów są tutaj i dzieci, i ich ukochany nauczyciel. To może do rzeczy. Ella jest w pierwszej klasie. Ma pana nauczyciela. Pan był fajny, ale nagle tak jakby stał się trochę mniej fajny. Dzieci doszły do wniosku, że ktoś pana prześladuje, najpewniej szantażysta. Jak wiadomo (dzieciom), szantażyści są zwykle łysi i wysocy, za to truciciele niscy i pomarszczeni. Wystarczy się więc dobrze rozglądać, bo przecież nie można pozostawić pana bez pomocy. Cała historia zbudowana jest na różnicach w postrzeganiu świata przez dzieci i dorosłych. Dzieci są kreatywne, ciekawskie i pomysłowe (dzieci z klasy Elli są ciekawskie, pomysłowe i kreatywne do dwunastej potęgi), dorośli wolą uporządkowany świat, ale także wprowadzają chaos. Tę opozycję Timo Parvela rozgrywa bezbłędnie i doskonale balansuje na linii rozdzielającej powieść od kabaretu. Większość historii nadaje się na anegdotę, ale cała opowieść wydaje się prawdopodobna, choć oczywiście przejaskrawiona i wyolbrzymiona.

W książce znajdziemy kilka części opowiadających osobne historie. Bohaterem wszystkich jest Ella, jej przyjaciele z klasy oraz pan nauczyciel. Znajdziecie tutaj historię o szantażyście, opowieść o wizycie w teatrze (ja śmiałam się w innych momentach niż Piotrek) oraz relację z wycieczki klasowej, która sprawiła, że Tato Piotrka popłakał się ze śmiechu. To może próbka:

Pan będzie miał dziecko, przekaż dalej – szepnęła do mnie Hanna. […]

– Nic nie przekażę – odpowiedziałam. – Wiadomość i tak się po drodze pozmienia i wyjdzie z tego coś całkiem śmiesznego.

– Z czego wyjdzie coś śmiesznego? – spytał Tuukka, który stał przede mną.

– Z pana dziecka – wyjaśniłam.

– Pan będzie miał śmiesznego niemowlaka, podaj dalej – powiedział Tuukka do Sampy.

– Pan wiezie w las śmierdzącego robaka – przekazał Samppa Tiinie.

– Pan niesie w torbie śpiącego prosiaka – szepnęła Tiina do Patego. (s. 85-86)

Jak widzicie, czasami historia zaczyna się od niewielkiej zmiany znaczenia.

Na tylnej okładce wydawca umieścił informację, że Ella i jej przyjaciele bardzo przypominają Mikołajka. Coś w tym jest — w tej historii dzieci także inaczej postrzegają rzeczywistość, nie rozumieją metafor i przenośni, samodzielnie wyjaśniają trudne słowa i doskonale się przy tym bawią (w innych momentach niż dorośli), a ich wyobraźnia nie zna granic. Ella nie jest jednak klonem Mikołajka — choć raczej dobrze by się razem bawili. Czasami tylko w trakcie lektury miałam wrażenie, że sensem życia dzieci jest prześladowanie dorosłych, a dorośli  niestety sami się o to proszą.

A teraz podsumowanie. „Ella” to świetna książka do rodzinnego czytani. Rozbawi i was, i dzieci, choć pewnie będziecie się śmiać w innych momentach. Autor czasami dyskretnie macha do dorosłych, ale dba o młodego czytelnika. Może i Timo Parvela zebrał w tej książce wszystkie zabawne momenty ze swojej nauczycielskiej kariery i jeszcze je podkoloryzował, ale wyszło lekko i zabawnie. Tymek długo opierał się przed tą lekturą. W końcu nasze wybuchy śmiechu (przeczytałam tę książkę Piotrkowi, potem Piotrek przeczytał ją swojemu Tacie, a potem przeczytał jeszcze raz, już tylko sobie) sprawiły, że postanowił spróbować. A potem przez jakiś czas z jego łóżka dochodziły śmiechy, chichoty, parsknięcia i porykiwania. Słychać było, że dobrze się bawi. Doskonała lektura na smutki. A przed nami jeszcze druga część, la, la, la… Może i dobrze, że zostawiłam ją w kuchni.

Timo Parvela, Ella i przyjaciele, t. 1, tł. Iwona Kosmowska (Kiuru), Nasza Księgarnia 2008

Uważajcie na ciotuchny!

Wygląda na to, że lipiec upływa pod znakiem Davida Walliamsa. I to nie tylko nam, ale także dzieciom z najbliższej rodziny. Trwają dyskusje, czy ciekawsza jest „Godzina duchów„, „Cwana ciotuchna„, czy raczej „Mały miliarder”. Zdania są podzielone — jeden bardziej docenia szybką akcję, druga stawia na ciekawszych bohaterów, a trzeci najbardziej lubi duchy.  Przed nami kolejne książki Walliamsa, a więc — tam tara dam! — poznajcie cwaną ciotuchnę. I od razu zacznijcie się modlić, żebyście nigdy takiej nie spotkali.

David Walliams, Cwana ciotuchna

Akcja książki Walliamsa wyjątkowo toczy się w czasach bardziej odległych w wielkim i trochę zapuszczonym dworze Saxby Hall. Posiadłość ma wszystko, co powinna mieć prawdziwa angielska posiadłość ziemska: jest dwór i szklarnia, staw i garaż, i wielki ogród otoczony murem.

David Walliams, Cwana ciotuchna

Służących trochę brakuje, ale z jeden się znajdzie — ekscentrycznością mógłby za to obdzielić cały pułk. Czym jednak byłby pałac bez tajemnicy i zbrodni z dawnych lat? W tym dworze tajemnicy nie zabraknie, będzie też nawet duch. Wchodzicie?

David Walliams, Cwana ciotuchna

W dworze budzi się jedenastoletnia Stella, córka właścicieli posiadłości. Ku swojemu zaskoczeniu spostrzega, że jest owinięta bandażami jak mumia. Gorsze są jednak wieści, które przynosi jej ciotka, siostra ojca. A najgorsza jest sama Ciotka Alberta, starsza dama (hmm, to określenie chyba nie za bardzo do niej pasuje) w pumpach i myśliwskiej czapce, z oswojoną bawarską sową górską na ramieniu i fajką w ustach. Taki wstęp zapowiada dużo przygód, wiele zwrotów akcji i mnóstwo niebezpieczeństw.

Jak zwykle u Walliamsa, dorośli nie są za fajni, a ciotkę Albertę śmiało możecie wpisać na listę najbardziej paskudnych, cynicznych, przerażających i złowieszczych postaci w literaturze. Dobrze, że Stella ma dużo siły. I dobrze, że znajduje zupełnie nieoczekiwanego sprzymierzeńca, którego tylko dzieci mogą dostrzec i docenić. Mimo nieoczekiwanej pomocy ciotka Alberta pozostaje groźnym przeciwnikiem i dziewczynka będzie musiała naprawdę się postarać, żeby ocalić siebie i dom, a przy okazji rozwiązać kilka kryminalnych zagadek. Mam nadzieję, że ten krótki opis was zaintrygował, bo nie mam ochoty zdradzać niczego więcej. Sami przeczytajcie, jak potoczyła się ta historia. Możecie też pooglądać rysunki Tony’ego Rossa — trudno mi wyobrazić sobie książki Walliamsa zilustrowane przez kogoś innego.

Tymek połknął książkę jednym tchem i ogromnie mu się podobała. Wszystko mu się podobało: kryminalna zagadka, demoniczna ciotka, zabawny poradnik hodowcy sów, szalony lokaj. Przy tej książce nie można się nudzić. Stella ma mało czasu na działanie, ale i tak dziecko łyka tę książkę znacznie szybciej. U nas wystarczyło kilka godzin — i wcale za oknem nie padał deszcz. Walliams napisał brawurową książkę łączącą kilka gatunków, a przy okazji sprzedał dzieciom trochę historii i tematów do przemyśleń, a nawet Wagnera. Podobno nadchodzi fala upałów — „Cwana ciotuchna” świetnie się nadaje do czytania w cieniu pod drzewem i w słońcu na plaży. Skusi najbardziej opornych, uwierzcie.

 

David Walliams, Cwana ciotuchna, il. Tony Ross, tł. Karolina Zaremba, Mała Kurka 2017

 

A w szpitalu nocą….

Jakie książki dostają Wasze dzieci na koniec roku? Przyznaję, że widok „Pana Tadeusza”, nowelek Marii Konopnickiej, kolejnego albumu z zabytkami Mazowsza czy „Słownika chemicznego” sprawia, że zaczynam pluć jadem. Z mojego punktu widzenia, najlepszym sposobem zadbania, by dzieci dostały sensowne nagrody, to włączenie się w ich zakup. Zmęczeni końcem roku nauczyciele zwykle z radością przyjmują pomoc, dzieci dostają książki do czytania, a efekty bywają zdumiewające. Starszy zeznał, że jego koledzy zajrzeli do zeszłorocznej nagrody (u nas książki na wakacje dostaje cała klasa), a niektórzy nawet ją przeczytali.

A w tym roku… Co powiecie na grupę piątoklasistów, którzy prawie od razu po dostaniu nagrody zaczynają ją czytać? Widok kilku głów pochylonych nad książką na apelu kończącym rok szkolny to miód na serce. Tak działa „Gang godziny duchów” Davida Walliamsa (Mała Kurka).

David Walliams, Gang godziny duchów

W klasie na rozdaniu pozostałych świadectw usłyszałam, że książka zapowiada się świetnie i że wydaje się bardzo ciekawa, i jak to dobrze, że dostali coś do czytania, a nie do położenia na półkę. No! Tyle o nagrodach, czas zajrzeć do książki.

„Gang godziny duchów” to bardzo łagodna i bardzo wzruszająca książka Walliamsa (jak na Walliamsa oczywiście). Akcja powieści rozgrywa się w Londynie w bardzo dużym, bardzo starym i bardzo niedofinansowanym szpitalu (całkiem jak w Polsce), do którego trafia Tom, dwunastolatek uczący się w ekskluzywnej szkole. Chłopak oberwał w głowę piłką do krykieta, ale na pewno nie spodziewał się, że pobyt w szpitalu okaże się największą przygodą jego życia i okazją, by całkowicie je zmienić. W szpitalu tym bowiem (jak to możecie wyczytać na tylnej stronie okładki, niczego nie zdradzam), kiedy zegar wybija północ, a wszystkie (prawie) dzieci pogrążone są we śnie, zaczyna działać Gang Godziny Duchów. Absolutnie niesamowity, absolutnie nierzeczywisty i absolutnie fantastyczny gang, który ma tylko jeden cel — spełnianie marzeń małych pacjentów. Dla Gangu nie ma rzeczy niemożliwych — wyprawa na biegun, wyścigi samochodowe, kariera aktorska — wszystko da się zrobić.

David Walliams, Gang godziny duchów

Łatwo nie jest, bo personel szpitala to najgorszy, najbardziej paskudny i wredny personel na świecie. Gburowate pielęgniarki, niedouczeni i przestraszenie lekarze, myśląca tylko o budżecie dyrekcja. Nikt tutaj nie interesuje się pacjentami i nie zastanawia, czego pragną, a siostra przełożona oddziału pediatrycznego to psychopatka, która lubi dręczyć dzieci. Brrr… W złośliwości może ją przegonić jedynie dyrektor szkoły, do której uczęszcza Tom. Okazuje się jednak, że nawet w takich warunkach da się zrobić wiele, gdy działa się razem i ma kilku nieoczekiwanych sprzymierzeńców.

David Walliams, Gang godziny duchów

„Gang godziny duchów” to piękna książka o przyjaźni, o realizacji marzeń, o dotrzymywaniu obietnic i dążeniu do celu. David Walliams czasami zwodzi nas na manowce i wyprowadza w pole — nie każde pierwsze wrażenie jest słuszne i nie zawsze trzeba wierzyć oczom i uszom. Czasami trzeba poczuć i sprawdzić na własne oczy, jak coś działa. Pozostaje po tej książce przekonanie, że warto dążyć do realizacji marzeń i że da się w jedną noc przeżyć całe życie. Przy okazji spełniania marzeń jednej osoby, można przypadkiem uszczęśliwić inną, nawet jeśli jest to najstarsze dziecko świata, a wręcz zmienić cały szpital, choćby na chwilę. Tak, tak!

Czytałam tę książkę z chłopakami, czasami się śmiejąc, czasami krzywiąc, czasami wzruszając, z narastającym przekonaniem, że powinni przeczytać ją dorośli. Walliams wspaniale pokazał w niej pragnienia dzieci, te ukryte, często niewyrażone i nieuświadomione. Czasami tak łatwo je spełnić. Dorosłego też nie jest trudno uszczęśliwić, wystarczą podpłomyki poppadom i kilka innych dań (szczególnie gdy dorosły to Raj, ulubiony sklepikarz wszystkich dzieci).

„Gangowi” w pewien sposób najbliżej do „Wielkiej ucieczki dziadka” — wzruszenie potrafi ścisnąć dorosłego za gardło, ale nie obawiajcie się, żadnej czułostkowości i ckliwości tu nie znajdziecie. To nie taka literatura. To niesamowite, że książka dla dzieci — wciągająca, zapraszająca do lektury, czasami balansująca na granicy dobrego smaku — zostawia po sobie tyle pytań, pomysłów na rozmowy i tematów do przemyślenia. To świetna antydydaktyczna pedagogika. Gorąco Was zachęcam.

I zobaczcie, jaka piękna jest stopka redakcyjna.

David Walliams, Gang godziny duchów

My czytamy teraz „Cwaną ciotuchnę”, którą Tymek uznał za jeszcze lepszą niż „Gang”. To jak, sięgniecie z nami do książki Williamsa?

David Walliams, Gang godziny duchów, il. Tony Ross, tł. Karolina Zaremba, Mała Kurka 2018

Z czego się cieszyć?

Właśnie skończyliśmy książkę (a raczej dwie), która co wieczór wprawiała nas (Piotrusia i mnie) w dobry nastrój i jednocześnie sprawiała, że nie mogliśmy skończyć czytać. Tak jakoś płynnie jedno opowiadanie przechodziło w drugie, że absolutnie nie mieliśmy ochoty przestać — ja czytać, Piotr słuchać. Dopiero zerknięcie na zegarek działało jak stoper. Poznajcie Cieszka.

Zdenek Sverak, Ucieszki Cieszka, Nowe ucieszki Cieszka

Cieszko to bohater dwóch książek Zdenka Svĕráka, człowieka-orkiestry. Jest reżyserem, aktorem, komikiem, scenarzystą oraz autorem książek — świetnych książek. Wydawnictwo Dwie Siostry wydało dwa tomy przygód synka ogrodnika „Ucieszki Cieszka” i „Nowe ucieszki Cieszka”, obie rewelacyjnie przetłumaczone przez Dorotę Dobrew i ciekawie zilustrowane przez Ewę Stiasny (ach, te wyklejki, trzeba je koniecznie przestudiować i dokładnie obejrzeć przed każdą lekturą).

Zdenek Sverak, Ucieszki Cieszka

Cieszko tak naprawdę ma na imię Boguszek, ale ponieważ potrafi się cieszyć najlepiej na świecie imię „Cieszko” bardziej do niego pasuje.

Naprawdę trudno uwierzyć, z czego ten Cieszko potrafił się cieszyć. Na przykład kiedy poparzyły go pokrzywy. Inne dziecko na jego miejscu zaraz zaczęłoby płakać albo przynajmniej stanęłyby mu świeczki w oczach. A Cieszko, kiedy go ta pokrzywa smagnęła, co prawda powiedział: „Auu!”, bo takie „Auuu!” samo się człowiekowi wyrywa, ale zaraz potem oznajmił z przejęciem:

– Patrzcie! Jakie dziwne bąbelki mi wyskoczyły! Takich jeszcze nie miałem! (Ucieszki Cieszka, s. 6)

Tak, Cieszko naprawdę potrafi się cieszyć. I potrafi swoją radością zarażać innych.

Zdenek Sverak, Ucieszki Cieszka

Mały synek ogrodnika mieszka z rodzicami w pobliżu miasta w dużym gospodarstwie ogrodniczym. Nie chodzi jeszcze do szkoły, ma najlepszą przyjaciółkę Katarzynkę w okularkach i kochanego pieska Kwika. Ma także nieprzyjaciela — łobuzisko Hugo. Sami posłuchajcie, że to naprawdę nie jest taki zwykły chuligan.

Cieszko spojrzał w górę i zobaczył Hugona. Tutaj musimy powiedzieć, co to za ptaszek. A więc przede wszystkim nie jest to żaden ptaszek, tylko kawał kołka. Ale nie wyobrażajcie sobie czasem żadnego zgrabnego patyczka. Kiedy mówię: Hugo to kołek, chcę przez to powiedzieć, że jest w wieku, kiedy ma się rozumu tyle co kołek, oraz że z niego niewychowany łobuz, kłamczuch i zawistnik. Mógłbym też napisać, że ładny z niego kwiatek, ale lepiej nie, bo jeszcze moglibyście wyobrazić go sobie jako niezapominajkę, a wtedy bylibyście w strasznym błędzie. Najlepiej będzie, jeśli będziemy na niego mówić: łobuzisko Hugo. (Ucieszki Cieszka, s. 18)

Na szczęście zwykle triumfuje sprawiedliwość i łobuzisko Hugo dostaje to, na co zasługuje.

Zdenek Sverak, Ucieszki Cieszka

Przygody Cieszka są… zwyczajne, wydawałoby się — dostępne na wyciągnięcie ręki, przynajmniej dla tych dzieci, które mają szansę pobiegać po podwórku i pobuszować w krzakach. Zdenĕk Svĕrák ma niesamowite oko, potrafi oczami Cieszka zachwycić się codziennością. Świat jest pełen cudów, wystarczy się tylko rozejrzeć i dostrzec to, co nam ucieka, co przestaliśmy dostrzegać, bo takie zwyczajne i nijakie. Cieszka raduje wszystko: przylot motyli, przeganianie szpaków z truskawek, deszcz, wyprawa na targ, śnieg i lód, i wiatr, i mgła. Świętuje urodziny psa (rewelacyjna opowieść o tym, jak chłopiec kupował winko dla psa), rozmawia z ogrodniczymi sprzętami, uśmiecha się do świata, pomaga rodzicom, czasami psoci (ale za to z jakim polotem). Niesamowicie jest pomysłowy i zaradny, bo też nikt mu nie mówi ciągle: nie rusz, zostaw, nie wolno.

Zdenek Sverak, Ucieszki Cieszka

Fascynujący jest język tej książki. Tutaj wtrącenie: nie wiem, jak zrobiła to Dorota Dobrew, ale tłumaczenie jest rewelacyjne. W żadnym momencie lektury nie czułam, że to tłumaczenie. Zdenĕk Svĕrák bawi się znaczeniem słów i związków frazeologicznych, prowadzi z młodym czytelnikiem grę na znaczenia. I brzmi to doskonale po polsku, nie słychać fałszu, nie czuć, że coś zostało naciągnięte, przeinaczone. Nie czuć także wysiłku tłumacza — jest lekkość i zabawa. To wspaniała książka, która daje ogromną przyjemność obcowania z pięknym językiem i inteligentnym tekstem. Tłumaczce należą się ogromne brawa.

Zresztą posłuchajcie sami:

Mamusia wyjrzała przez pięciopalczasty wizjer  powiedziała:

– Ojejku! Wszyscy święci okładają się poduszkami!

To było coś w sam raz dla Cieszka. Skoczył na równe nogi i zawołał:

– Hura! Bójka! Idziemy popatrzeć!

Ledwie mamusia zdołała zawiązać mu na szyi szalik i wcisnąć na głowę ciepłą czapkę, a już stał za progiem. I aż musiał zmrużyć oczy, bo wszędzie wokół była śnieżnobiała biel. Wszystko zniknęło pod śniegiem. A śnieg ciągle prószył i przykrywał wszystko, na co natrafił. Tam, gdzie wczoraj były różne rzeczy, dzisiaj wznosiły się białe górki. 

– Gdzie oni są, tatusiu? – zapytał Cieszko i ciekawsko wyjrzał przez zaśnieżony płot.

– Kto?

– Wszyscy święci. Nie widzę ich. (Nowe ucieszki Cieszka, s. 122)

Zdenek Sverak, Nowe ucieszki Cieszka

Przygody Cieszka to rewelacyjna lektura: ciepła, mądra, zabawna, wciągająca i pełna radości. Doskonała do czytania w dzień i wieczorem, do lektury w klasie i w domu, na plaży i przy kominku. Po prostu trzeba Cieszka znać. I uczyć się od niego cieszyć każdym dniem.

Zdenĕk Svĕrák, Ucieszki Cieszka, tł. Dorota Dobrew, il. Ewa Stiasny, Dwie Siostry 2013

Zdenĕk Svĕrák, Nowe ucieszki Cieszka, tł. Dorota Dobrew, il. Ewa Stiasny, Dwie Siostry 2017

Janosz

Informacja, że będzie kręcony film o Janoszu, sprawiła, że wyciągnęłam z półki jego książki. Dawno do nich nie zaglądaliśmy, a przecież „Panama” to jedna z ulubionych lektur Piotrusia. Zaczytywaliśmy się kiedyś razem przygodami Misia i Tygryska, a bandażowanie stało się naszym sposobem na smutek. Piotr zresztą od razu przejął książkę i zaczął czytać swoją ulubioną historię, czyli „Ja ciebie wyleczę, powiedział Miś”, śmiejąc się tak samo, jak za pierwszym razem. Mało ostatnio Janosza na księgarnianych półkach.

Mam wrażenie, że Janosza albo się lubi, albo nie. Obok jego książek nie da się przejść obojętnie. Nasza przygoda z tym autorem i jego książkami zaczęła się od małego skandalu. „Świerszczyk muzykant i kret” to wariacja na temat znanej chyba wszystkim bajki o świerszczyku-lekkoduchu, który przez całe lato muzykuje, a zimą przymiera głodem.

Janosz, Świerszczyk muzykant i kret

U Janosza jest tak samo, a jednak trochę inaczej. Jego Świerszczyk jest kobietą, co wywołało gwałtowny sprzeciw Babci. Malutki Piotruś poprosił o lekturę swojej ulubionej książeczki, Babcia przeczytała, a potem wygłosiła rodzicom kazanie. No właśnie, Janosza się albo lubi, albo nie — dorośli miewają z nim problemy, dzieci raczej nie.

Był sobie raz Świerszczyk, który

przez całe lato wciąż tylko grał

na swoich skrzypeczkach.

Dla własnej przyjemności

i małym polnym zwierzątkom

do tańca.

Janosz, Świerszczyk muzykant i kret

Zimą biedny Świerszczyk chodził od domku do domku, szukając schronienia i pomocy. Poszedł do Żuka Jelonka, do bogatej Myszy — wszyscy go wyrzucali. No bo jak to? Bezdomny próżniak, całe lato tylko rzępolił… — mam wrażenie, że słowa Jelonka i Myszy nie straciły swojej mocy, nadal przejmują mnie dreszczem.

Janosz, Świerszczyk muzykant i kret

W końcu Świerszczyk trafia do Kreta, który ma troszkę krótki wzrok i całkiem ślepe oczy. Krecik chętnie przyjmuje bezdomnego — i tutaj zaczyna się problem. Janosz odwraca sens bajki. Kret nie stara się Świerszczyka „naprawić”, wykazać mu brak rozsądku, nauczyć rozwagi. Takich wątków szukajcie w klasycznej wersji bajki. Kret bowiem przyjmuje Świerszczyka takim, jakim jest. Nie próbuje go/jej zmieniać, ale cieszy się jej towarzystwem i raduje, że może słuchać muzyki. Bo – jak mówi Janosz, ten, kto źle widzi, ten bardzo lubi słuchać muzyki.

Janosz, Świerszczyk muzykant i kret

W norce Kreta zapanowała idylla, pięknie zilustrowana przez autora. Kret i Świerszczyk bardzo się lubią. Cenią swoje towarzystwo i to, co mogą sobie dać. Janosz daje swoim bohaterom wolność i prawo do błędów. Pozwala im zostać takimi, jakimi są. A że Babcia dopatrzyła się w tej idylli niestosownych treści. No cóż!

Potem przywędrowała do nas „Panama”. I do razu stała się hitem.

Janosz, Panama

Piotrek polubił rozważnego Misia i szalonego Tygryska. Na kartach książki przewija się wielu ich zabawnych znajomych, Zając w szybkobieżnych butach, Lew w niebieskich porciętach, Ciocia Gąska z gęsim winkiem. Miś i Tygrysek czasami zdają się bardzo mali i dziecinni, czasami zachowują się jak nastolatki, czasami jak dorośli, ale trudno nie czuć do nich sympatii. Każda z historyjek ma szczęśliwe zakończenie, ale nie jest to klasyczny happy end. Gdzieś w tle dziecko dowiaduje się, jak ważna jest przyjaźń, że skarbem czasami jest to, co mamy na wyciągnięcie ręki, a mityczna kraina szczęśliwości może znajdować się właśnie tu, gdzie jesteśmy.

Janosz, Panama

Mnóstwo w tych historyjkach dowcipu, czasami podszytego ironią i melancholią. Jak jednak nie lubić bohaterów, którzy tak cudownie potrafią się o siebie troszczyć? I czy można nie podziwiać doktora Żabiego Skrzeka, którzy tak szybko zdiagnozował, na co cierpi Tygrysek?

Janosz, Panama

A na koniec mój ulubiony dialog:

No, to teraz zamów sobie twoją najulubieńszą potrawę — powiedział Miś, kiedy byli już sami w domu. — A ja ci ją ugotuję.

— Pstrąg w migdałowym sosie z grzankami! — wykrzyknął Tygrysek.

— Wymyśl coś innego — rzekł Miś.

— Makaron jajeczny z migdałowym sosem i grzankami — zaproponował Tygrysek.

— Wymyśl jeszcze coś innego — nalegał Miś. — Powiedz wreszcie: rosołek!

Życzę Wam najsmaczniejszych rosołków i dużo radości z czytania Janosza, jeśli go jeszcze nie znacie.

PS. Podczas jednego z pobytów w Polsce Janosch, urodzony w Zabrzu, poprosił, żeby używać polskiej wersji jego pseudonimu, stąd Janosz.

 

Janosz, Panama, tł. Emilia Bielicka, Znak 2011

Janosz, Świerszczyk muzykant i Kret, tł. Emilia Bielicka, Znak 2006