Tatusiu, popsułeś coś, gdy byłeś mały?

Od kilku dni czytamy jedną książkę. Kupiliśmy ją w teatrze — było tam stoisko z książkami, więc należało je obejrzeć i koniecznie coś nabyć. Moje dzieci przejawiają już te same objawy uzależnienia od książek, co ich matka. Piotrek wybrał książkę, obejrzeliśmy ją kilka razy przed spektaklem i w przerwie, bo wyglądała bardzo smakowicie. Tymek dorwał się do niej w pociągu (nabywaliśmy ogłady kulturalnej osobno, my w teatrze, on w muzeum), a po powrocie do domu po prostu zniknął. Objawił się po jakimś czasie z uśmiechem na gębie i radosnym stwierdzeniem, że książka jest bardzo, ale to bardzo fajna, opowiadania są zabawne i ciekawe i że naprawdę, ale to naprawdę warto ją przeczytać. Tylko krótka. Piotrek reaguje na tę lekturę równie entuzjastycznie — od kliku dni czytamy ją w kółko. A najdziwniejsze jest, że znoszę to świetnie i książka mnie samej także nie znudziła. Lektura idealna?

Poczet psujów polskich

Leitmotivem „Pocztu psujów polskich” Pawła Beręsewicza (Wydawnictwo Literatura) jest znane chyba każdemu rodzicowi zdanie: „Co z tego dzieciaka wyrośnie! Mnie w jego wieku coś takiego nie przyszłoby do głowy!” Autor bardzo przemyślnie  konstruuje opowieść, której bohaterami są Maciek, tato Maćka, dziadek Maćka, pradziadek, prapradziadek. Obaj moi chłopcy z radością powtarzali: kiedy tato taty taty taty mojego taty…. I tak w nieskończoność.

Paweł Beręsewicz, ku rozpaczy moich synów, nie doprowadza swojej opowieści do czasów mamutów, zatrzymuje się na prapraprapradziadku urodzonym w 1833 r. Krótkie opowiadania są zabawnym pretekstem do pokazania, jak bardzo różni się nasze życie od codzienności naszych przodków. W każdej historii znajdujemy co najmniej dwa powody, dlaczego tacie, dziadkowi czy pradziadkowi nie mogło coś przyjść do głowy.

Poczet psujów polskich

Kiedy tata taty taty mojego taty był małym chłopcem, podsmażanie czekoladek na elektrycznym żelazku nie mogło mu przyjść do głowy z dwóch powodów. Przede wszystkim w jego domu słodycze trzymano w spiżarce zamkniętej na klucz, który nosiła na szyi gospodyni Anielka, a ta miała na brodzie włochatą brodawkę i w ogóle była groźna. Gdyby jednak nawet jakimś cudem udało się włamać do czekoladek, to i tak trzeba by je zjeść na zimno, bo nie wynaleziono jeszcze elektrycznych żelazek. […] Ludzie w tamtych czasach nie znali też radia, pedałowali pod górę rowerem bez przerzutki, słuchali muzyki z gramofonu na korbkę, a odkurzacze dopiero rodziły się w głowach wynalazców.

Celowo przytoczyłam tutaj kawałek opowiadania nawiązującego do żelazka, bo historia podgrzewania czekoladek to ulubiony rozdział Piotrusia. Tymek opowiada się raczej za obrażoną hrabiną, a ich matkę ujęła opowieść o wywabianiu niejakiego prąda za pomocą kiełbasy. Zresztą wszystkie historie są zabawne i z przymrużeniem oka pokazują, jak wspaniała może być inwencja dziecka, które niezależnie od czasów zawsze znajdzie coś do popsucia i rozwalenia. A wynalazcy stają na głowie, by zapewnić im kolejne rzeczy do psucia i eksperymentowania.

Poczet psujów polskich

Warto tutaj także wspomnieć ilustracje Nikoli Kucharskiej, które są przezabawne i wspaniale oddają nastrój podróży w przeszłość. Im dalej w głąb czasu, tym mniej kolorowo, tym bardziej jej ilustracje przypominają sepiowe fotografie, lekko pokolorowane. Piotrek ogląda je z lubością, sprawdzając wszystkie szczegóły (czy aby Anielka na pewno ma brodawkę? — ma!). A obrazek, na którym Maciek eksperymentuje z komórką tatusia za pomocą różnych części ciała, bo przecież obiecał trzymać paluszki z dala od jego (znaczy tatusia) zabawek, to po prostu mistrzostwo świata.

No więc, tatusiu, przyznaj się, jak narozrabiałeś w dzieciństwie i że nie zawsze byłeś święty! A potem poopowiadaj dzieciom o dziadkach i pradziadkach, to może być właśnie ten moment, kiedy dziecko pokocha historię i zacznie ją poznawać od historii własnej rodziny.

 

Paweł Beręsewicz, Poczet psujów polskich, Wydawnictwo Literatura 2016

 

Reklamy

Opowieść biblijna Zuzanny Orlińskiej

Wszyscy wiedzą, kto to Noe. Wszyscy znają historię potopu, który Pan zesłał na świat, aby ukarać zbuntowanych ludzi. Kiedy dawno temu czytałam z chłopakami tę starotestamentową opowieść, nie potrafiłam odpowiedzieć na pytanie: dlaczego? Czym zasłużyli sobie ludzie na tak straszną karę? Skąd tak wielkie okrucieństwo? Moi synowie zadawali pytania, które obnażały bezradność dorosłego postawionego wobec pytań fundamentalnych.

Podczas lektury książki Zuzanny Orlińskiej powróciły te same pytania oraz pojawiły się inne, równie trudne i ważne. Dlatego trudno mi pisać o tej pięknej książce, która w tym roku zdobyła tyle nagród.

Stary Noe

Twórczość Zuzanny Orlińskiej znamy od dawna. Pamiętam swoje zaskoczenie, a potem zachwyt, gdy przynieśliśmy z biblioteki „Matkę Polka”. Tymkowi bardzo podobali się „Detektywi z klasztornego wzgórza” (ciągle nie mam czasu na recenzję). Po „Starego Noego” sięgnęłam więc z poczuciem, że będę obcować z książką piękną i ważną — ten tytuł został Książką Roku IBBY 2015 oraz całkiem niedawno został wyróżniony Koziołkiem przez Centrum Literatury Dziecięcej. Nie spodziewałam się jednak, że jej lektura wzbudzi aż tyle emocji i wywoła tyle przemyśleń.

Bohaterem książki jest Noe: stary, zmęczony, przerażony tym wszystkim, co się wokół niego dzieje, dobry. Wyjątkowość Noego podkreślają bardzo mocno ilustracje — widać z nich, że troszczy się głównie o innych.

Stary Noe

Stary Noe

Nie jest w stanie wytrzymać pod pokładem, patrzy na niknący świat, aż w końcu jego synowie siłą sprowadzają go do łodzi. Wtedy wydłubuje w mchu uszczelniającym belki maleńką dziurkę, żeby spoglądać na zewnątrz. A w końcu znowu wychodzi na pokład i buntuje się przeciwko zaleceniom Pana — stara się uratować tych, którzy jeszcze przetrwali.

Dla mnie to historia o buncie człowieka wobec Pana, o buncie, który świadczy o człowieczeństwie. To historia zmagań pomiędzy poczuciem obowiązku wobec nakazów i zasad, a silnym poczuciem dobra i potrzebą niesienia pomocy. To także opowieść o wierze w miłość Stwórcy, który pokazuje okrutne oblicze, bo uważa, że tak trzeba, ale jednak kocha. Kwintesencją tej opowieści jest cytat, który pojawia się chyba w każdej recenzcji:

Panie, stworzyłeś mnie człowiekiem, nauczyłeś mnie chodzić, myśleć i czuć jak człowiek. Muszę pozostać człowiekiem do końca. Możesz ukarać mnie śmiercią, ale nie postąpię inaczej, nawet jeśli miałbym przyjąć na pokład słonia czy nosorożca. 

To ważne pytania: co to właściwie znaczy „być człowiekiem”. Co jest ważniejsze: posłuszeństwo czy niezgoda? W czym objawia się nasze człowieczeństwo? Jak zwalczyć swój lęk przed „byciem ukaranym”, gdy wszystko w nas domaga się działania wbrew prawom w imię większego dobra? To niepokojąca opowieść, pobudzająca, zmuszająca do myślenia, taka, która się przyczepia i nie chce odejść. Ważna. Czy podobała się chłopakom? Trudno powiedzieć. Posłuchali i nie uciekli. Pytali: dlaczego Noe nie powiedział innym ludziom? Dlaczego zaczął pomagać tak późno? Dlaczego jego synowie na niego krzyczeli? Dlaczego, dlaczego, dlaczego… Nie wiem, ale możemy pozastanawiać się razem.

Książkę poznaliśmy dzięki uprzejmości Biblioteki Galeria Książki w Oświęcimiu.

Zuzanna Orlińska, Stary Noe, Wydawnictwo Literatura 2015

Joachim Lis. Detektyw dyplomowany

Po lekturze przygód Maurycego i Ogryzka Piotruś ma ochotę głównie na książki o detektywach i rabusiach. Lassego i Maję znamy całkiem nieźle, więc padło na historię Joachima Lisa, detektywa dyplomowanego z Modrzejowa.

Joachim Lis

Książkę Ingemara Fjella (bardzo tajemniczy autor, trudno o nim cokolwiek znaleźć w sieci) wznowiło wydawnictwo Dwie Siostry w serii „Mistrzowie ilustracji”. Zilustrowała ją Teresa Wilbik, uczennica Jana Marcina Szancera. Bardzo lubię jej ilustracje, z dzieciństwa pamiętam „Jasia i Małgosię”, „Liść kapusty na pociechę” i Osiołka Gapę — choć dopiero teraz zorientowałam się, że wszystkie te książki ilustrowała właśnie Teresa Wilbik. Ilustracje do „Joachima Lisa. Detektywa dyplomowanego” są świetne: delikatne, czarno-białe. Dla mnie: angielskie i jak ze starego kryminału. Gdy je oglądam, przypominam sobie książki Agaty Christie i Conan Doyle’a — nic na to nie poradzę, po prostu tak mam 🙂

Joachim Lis

Joachim Lis mieszka w Modrzejowie, małym miasteczku zagubionym w lesie, tak małym, że nie ma go na żadnej mapie. Zamieszkują je wyłącznie zwierzęta. Joachim wykształcił się na szewca, tak jak jego ojciec i dziadek. Pewnego dnia uznał jednak, że życie szewca mu nie odpowiada i postanowił coś zmienić. Skończył z celującą oceną Korespondencyjny Kurs dla Detektywów Prywatnych, zmienił warsztat na biuro i oczekiwał na klientów. A traf chciał, że w tym samym czasie z domu kupca Bonifacego Borsuka zniknęło dziesięć słoików malinowych konfitur. Z czasem okazało się, że sprawcą tajemniczych kradzieży (bo na konfiturach się nie skończyło) jest Świszczący X (poczuliście ten dreszcz? — takiego imienia nie może nosić byle rabuś).

Joachim Lis

Historia Joachima wciągnęła Piotrusia bez granic. Nie mógł się doczekać, co będzie dalej i kiedy w końcu Joachim złapie rabusia. Słuchał z wypiekami na twarzy i niepokojem w oczach. W kącie pokoju urządził swoje własne biuro detektywistyczne: są tam kredki, nożyczki, trochę krzywo przyciętych karteczek, herbatniki i butelka wody (na wszelki wypadek). No i oczywiście dwie lupy oraz latarka. Na kartce widnieje szyld: Biuro Piotra. Tam mój synek od kilku dni czeka na klientów gotowych zlecić mu rozwiązanie nietypowej sprawy kryminalnej. Na razie co prawda szukał tylko zagubionych korali mamy oraz próbował rozwikłać zagadkę znikających samochodzików, ale ciągle wierzy, że pojawi się jakaś PRAWDZIWA sprawa. Dobrze, że wzorem Joachima nie kazał sobie sprawić kraciastej peleryny i nie zażądał fajki.

Joachim Lis

 

Zdjęcia pochodzą ze strony wydawnictwa Dwie Siostry

 

Ingemar Fjell, Joachim Lis, Wydawnictwo Dwie Siostry 2008

Sto pociech z Klarą

Klarę i jej braciszka poznaliśmy już jakiś czas temu i pokochaliśmy od razu, o czym pisałam tutaj. Ponieważ książkę „Ja i moja siostra Klara” znamy prawie na pamięć, Piotruś co jakiś czas wspominał, że chciałby poznać inne przygody rodzeństwa. W ten sposób trafiło do nas „Sto pociech z Klarą”, a Piotruś aż pojaśniał z radości.Narratorem ciągle jest braciszek. I znowu wyobraźnia i inwencja Klary zderza się ze spokojem i racjonalnym myśleniem jej brata. Klara chodzi do pierwszej klasy, tak jak Piotruś, a jej braciszek ma sześć lat, też tak jak Piotruś. Mój synek trochę kręcił nosem, bo nie do końca wiedział, kto jest taki jak on. W końcu zadowoliło go wyjaśnienie, że może mieć coś wspólnego i z siostrą, i z bratem.

Sto pociech z Klarą

Przygody Klary i jej brata wydały nam się mniej szalone (napisałam te słowa, a potem przypomniałam sobie opowieść o dziecku Klary i zaczęłam się zastanawiać, czy aby piszę prawdę). Może tak: te przygody nadal są szalone, ale my je postrzegamy już trochę inaczej, bo po lekturze pierwszej części wiemy, że rodzeństwo stać na wiele. 

Historia mogłaby być bezpośrednią kontynuacją poprzedniej książki (przed nami jeszcze lektura zbioru „Ja, Klara i zwierzaki”). Wszystko jest jak w życiu: rodzeństwo czasami się kłóci (rewelacyjna opowieść o przezwiskach i o tym, że zawsze trzeba być kwita, więc nie można pominąć przezwiska milczeniem), czasem sobie pomaga, a czasem wspólnie działa — na przykład wspólnie się modli, aby Pan Bóg zesłał Klarze dziecko:

Kochany Panie Boże, wyślij nam dzidziusia dla Klary. Ale takiego prawdziwego, bo Klara ma dość bawienia się lalkami. Zobaczysz, jacy będziemy wtedy grzeczni! Nie będziemy malować naszego jamnika Wąchacza, nie będziemy podjadać tortu dla gości No więc wyślij nam dzidziusia możliwie szybko. Bądź tak miły i pospiesz się, bo czekamy….

Sto pociech z Klarą

Piotruś z zachwytem zauważył, że braciszek i Klara obiecują nie popełniać psot znanych nam z wcześniejszej książki. To dzieci tego typu, co Emil ze Smalandii: nigdy nie łobuzują dwa razy w ten sam sposób, zawsze potrafią wymyślić coś nowego. W tej książce dzieciaki są odrobinę bardziej poważne, więcej się tutaj mówi o miłości i o marzeniach, więcej jest planów na przyszłość i prób uszczęśliwiania innych.

To świetna książka do wspólnego rodzinnego czytania. Chyba nie ma dziecka, które nie chciałoby posłuchać, jak inne dziecko wyrywa sobie ząb, jakie pożytki mogą płynąć z opanowania trudnej sztuki czytania i co można podarować bratu na urodziny. Rodzeństwo jest sympatyczne, zaradne i samowystarczalne. Na dodatek dzieci są bardzo samodzielne, co może być mobilizujące i dla dziecka, i dla rodzica — w końcu to my musimy dzieciom na tę samodzielność pozwolić i stworzyć na nią przestrzeń. 

Dimiter Inkiow, Sto pociech z Klarą, Tatarak 2012

Porozmawiajmy o… sztuce

Chłopaki są przyzwyczajeni do muzeów. Ciągamy ich tam od maleńkości, starając się, by nie zanudzili się na śmierć. Muzea kojarzą im się więc raczej z radością poznawania i buszowaniem po ciekawych miejscach, choć — przyznaję — bywa i tak, jak w wierszu Danuty Wawiłow (Na wystawie z tomu Danuta Wawilow dzieciom, Nasza Księgarnia — znacie?).

Mamo, chodź tu! Mamo, zobacz!

To dopiero piękny obraz!

Kwitną kwiaty, słońce świeci,

na ławeczce siedzą dzieci…

Tylko taka brzydka rama…

„To jest okno” — mówi mama.

Zdarzały się wystawy, po których jeden z synów hasał z radością, a drugi snuł się z ponurą miną, zadając nieustannie pytanie: długo jeszcze? Pamiętam też wizytę w Zamku Królewskim, w czasie której Piotruś kontemplował z zacięciem wszystkie gniazdka i kable, rozważając, czy były już tutaj za czasów królów.

Przygotowanie do wizyty w muzeum czasami zaczynamy już w domu. I tutaj przydają się książki i albumy. Ostatnio trafiła do nas książeczka wydana przez Wydawnictwo RM „Canaletto. Malarz Warszawy” Justyny Mrowiec. Krótka, kolorowa, pełna ćwiczeń stymulujących do zabawy — świetna lektura, jeśli planujecie wizytę w Zamku Królewskim albo jesienny spacer po Warszawie. 

Canaletto

Książka stanowi właściwie wariację na temat jednego obrazu. Motywem przewodnim jest tutaj „Widok Warszawy od strony Pragi” Canaletto. Autorka, Justyna Mrowiec, wykorzystała to dzieło, by przenieść czytelnika na krótką chwilę w czasy Stanisława Augusta. Bohater, Piotruś (pewnie się domyślacie, że Piotruś lubi bohaterów o takim imieniu), obrywa piłką w głowę na wuefie i na chwilę przenosi się w dane czasy. Trafia w sam środek obrazu: żeglując po Wiśle, przygląda się starej Warszawie i widzi malarza, który właśnie kończy swoje dzieło. 

Canaletto

Tak, tak, też miałam skojarzenia z „Godziną pąsowej róży”, ale książka Justyny Mrowiec jest króciutka i świetnie nadaje się już dla przedszkolaków. Poznajemy tutaj dawną Warszawę, dowiadujemy się, że Praga była właściwie wioską, a w Warszawie nie było ani jednego mostu. Podglądamy króla planującego obiady czwartkowe i przez krótką chwilę wędrujemy po Europie razem z Canaletto.

Canaletto

Canaletto

Krótkie opowiadanie o przygodzie Piotrka rozpoczyna książkę, a potem jest w niej mnóstwo ciekawostek i propozycji zadań. Mały czytelnik może narysować portret, stworzyć komiks lub zabawić się w pejzażystę albo przygotować zaproszenie na urodziny na zamku. Moi synowie nabrali ochoty na wycieczkę na Zamek, aby sprawdzić, czy naprawdę są tam te wszystkie sale opisane w książce.

Canaletto

Canaletto

„Canaletto. Malarz Warszawy” nie przytłacza nadmiarem informacji, ale zaciekawia i skłania do poszukiwań. To dobry punkty wyjścia, by zainteresować dziecko sztuką i pokazać mu, że obraz może być początkiem ciekawej historii i furtką do świata, który już dawno minął.

W serii „Magiczny ogród sztuki” ukazała się także książka „W altanie Gierymskiego”. Mam nadzieję, że na tych dwóch tytułach się nie skończy. 🙂 To ciekawa seria, która z pomysłem wprowadza dzieci w świat sztuki, i będzie interesująca i dla przedszkolaka, i dla dziesięciolatka.

Justyna Mrowiec, Canaletto. Malarz Warszawy, seria Magiczny ogród sztuki, RM 2016

Ośmioro dzieci, ciężarówka i wiele więcej

Z Tymkiem czytaliśmy te książki już dawno temu, z Piotrusiem właśnie skończyliśmy i mój synek się zakochał. Przejrzałam mnóstwo internetowych stron w poszukiwaniu dalszych części w wersji anglojęzycznej, ale chyba nie ma — jeśli ktoś wie, gdzie je znaleźć, niech się podzieli tą informacją, uszczęśliwi tym sympatycznego prawie sześciolatka! 

8+2 i ciężarówka
8+2 i domek w lesie

 

 

 

 

 

 

Przygody wielkiej, wesołej i sympatycznej norweskiej rodziny wciągnęły Piotrusia na długo, choć najchętniej zmusiłby mnie do przeczytania jej „na raz”. Słuchał o przygodach Maren Dwanaście, Marcina Dziesięć, Marty Dziewięć, Madsa Osiem, Mony Sześć, Milly Pięć, Miny Cztery i Morciszka Dwa — Piotrek nie zaakceptował faktu, że drugą część tłumaczył ktoś inny, Morciszek miał zostać Morciszkiem, i już! — śmiał się w głos i co chwila komentował. Norweska rzeczywistość sprzed wielu lat wydawała mu się momentami dobrze znana, a chwilami bardzo egzotyczna. Najchętniej popróbowałby takiego życia i pojeździł tak fascynującą ciężarówką. Nieustająco także dopytywał, ile kto ma lat — aż zastanawiałam się, czy nie napisać sobie ściągawki.

W pierwszej części (8+2 i ciężarówka) poznajemy sympatyczną rodzinę mieszkającą w maleńkim mieszkaniu gdzieś w norweskim mieście. Nie jest to znana nam Norwegia — rodzina jest biedna, w domu nie ma łazienki, do dyspozycji mają tylko pokój i kuchnię. Aż trudno uwierzyć, jak bardzo zmieniła się Norwegia. Dzieci w tej książce są fascynujące: samodzielne, zaradne, myślące. Przy lekturze cały czas miałam wrażenie, że są takie, bo pozwolono im na to (i trochę muszą takie być przy tak wielkiej rodzinie). To też znak czasów: dzisiaj dzieci dużo dłużej są mało samodzielne, bo tak bardzo się o nie boimy. Razem z dziećmi, rodzicami i babcią (och, ta babcia!) chodzimy po mieście, oswajamy sąsiadów, wyjeżdżamy na wycieczki. Życie sympatycznej rodzinki wciąga i chcemy się z nimi zaprzyjaźnić na dłużej. 

W drugiej części (8+2 i domek w lesie) rodzina mieszka już gdzie indziej (tajemnica przeprowadzki wyjaśnia się pod koniec pierwszej części). Wokół ich domu jest las, cudowne miejsce na przeżywanie przygód. A na dodatek mieszka z nimi babcia — jedna z najbardziej niesamowitych książkowych babci. Piotrek marzył, by jego Babcia znała się na zabawie w Indian, zakładała pułapki nad drzwiami i udawała ducha na strychu. Nie każda babcia jednak to potrafi, a babci sympatycznej ósemki zdecydowanie na dobre wyszło opuszczenie domu dla staruszków i zamieszkanie w leśnym domku.

Wcale się nie dziwię, że historia wielkiej rodziny stworzona przez Anne-Cath Vestly należy do jednej z najpopularniejszych serii w Norwegii. Sama mam ochotę dowiedzieć się, co było dalej i wcale się nie dziwię Piotrusiowi, że po lekturze miał wielką ochotę na gofry i wycieczki. Jest w tych książkach jakieś ciepło i mądrość, które przypominają historie Astrid Lindgren. Znalazłam w nich także kilka pomysłów wychowawczych, które zamierzam skopiować w realnym życiu — zacznę od biegania wokół dzielnicy, by pozbyć się złości. Zobaczymy, ile kółek nam wystarczy. 

Anne-Cath Vestly, 8+2 i ciężarówka, Dwie Siostry 

Anne-Cath Vestly, 8+2 i domek w lesie, Dwie Siostry 

Cholera, dżuma i żylaki

Jest taka jedna książka, z którą moje Młodsze od jakiegoś czasu się nie rozstaje. Zapakowało ją na majówkę (żeby wszystkim pokazać, jaka to fajna książka), śpi z nią pod poduszką, zastanawiało się, czy nie zabrać jej do przedszkola, ogląda z lubością kilka razy dziennie. I zwykle pada wtedy to samo pytanie: mamo, a ta choroba to jest śmiertelna? To, czy coś jest dla człowieka zabójcze, bardzo mojego synka nurtuje, cholera, dżuma i tyfus zdominowały jego wyobraźnię, a „Cholera i inne choroby” Łukasza Kaniewskiego (wydawnictwo Poradnia K) chyba właśnie z przytupem dostała się na naszą listę książek najlepszych. I nawet za bardzo się Piotrusiowi nie dziwię. 

Śliczna, różowa okładka w wyczuwalne palcami kropeczki (Piotruś miał mnóstwo pomysłów: że to bakterie albo odra, albo wysypka od ospy, albo… — okładka książki o chorobach musi się kojarzyć z chorobą, przecież to oczywiste), czarna czcionka tytułu, tylko sam tytuł jakby niepasuje. Taka różowa książka i taka tematyka? Ha, jak fajnie, różowa książka może być dla wszystkich, a nie tylko dla dziewczyn 🙂

Piotruś oglądający książkę

Książka jest fantastyczna, naprawdę. Podoba mi się w niej wszystko. Napisana „na poważnie”, ale bez zadęcia, z humorem. Rymowanki na początku każdego utworu rozbawiły kilkoro dorosłych do łez, a Piotruś czasami chce, żeby przeczytać mu tylko te krótkie wierszyki. Czy każdy okularnik nie podpisze się pod takim apelem (trzynastozgłoskowiec!)?

Wielbię was i kocham, okulary moje!

Bez was jestem bezradny, wszystkiego się boję

Czy was obraziłem? Czy byłem niemiły?

Czemu żeście przede mną znowu się ukryły?

Taka cudowna inwokacja rozpoczyna opowieść o wadach wzroku. Piotrusia bardzo zaintrygował wierszyk towarzyszący wykładowi o depresji:

Czarne jest czarne i białe jest czarne

Wszystko jest marne i pachnie nieładnie

Smutno jest na dnie

Długo oglądał czarne strony, uważnie słuchał wyjaśnień. Widać było, że przetrawia informację, że ktoś może być cały czas smutny, tak smutny, że nawet słońce wydaje mu się czarne. A potem długo dyskutował o ranach i strupkach.

Piotruś oglądający książkę

Na sześćdziesięciu kilku stronach udało się zmieścić masę ciekawych inoformacji o różnych dolegliwościach nękających człowieka. Jest trochę o pasożytach (wszy, owsiki i tasiemiec), trochę o chorobach (od migreny przez ADHD, złamanie i hipochondrię po cholerę i żylaki), trochę o wirusach i bakteriach. To naprawdę rzetelna wiedza, przy której ani dorosły, ani dziecko się nie wynudzą. Informacje są podane ciekawie, z odniesieniami do historii. Dużo tutaj obrazowych porównań ułatwiających zrozumienie niełatwych czasami procesów — cała narracja jest bardzo plastyczna, bo przecież dużo łatwiej zrozumieć, co to jest wstrząśnienie mózgu, gdy wyobrazimy sobie słoik, w którym nagle, po uderzeniu, miesza się piasek i woda. Poszczególne rozdziały są krótkie i dobrze przemyślane — po lekturze miałam wrażenie, że niczego w nich nie brakuje, że wiedzy jest akurat tyle, ile dziecko potrafi przyjąć. Świetnym uzupełnieniem tekstu są nowoczesne ilustracje Karoliny Kotowskiej — jest projekty pobudzają wyobraźnię, nie są dosłowne, widać w nich zabawę konwencją. 

Tymek na początku marudził, że to paskudne i obrzydliwe, że przecież nikt nie chce czytać o chorobach (tutaj zaśmiewałam się w duchu, bo przypomniały mi się różne „obrzydliwe” fascynacje starszego syna), ale potem uznał, że to całkiem ciekawe. A wierszyk o owsikach będzie chyba hitem szkolnego korytarza:

Pani Owsikowa chyłkiem

W ciemną noc wypełza tyłkiem

Aby między pośladkami

Jaja znosić tysiącami

Swoją drogą, wiedzieliście, że samica owsika składa jednorazowo dziesięć tysięcy jaj?

Łukasz Kaniewski, Cholera i inne choroby, Poradnia K 2016

Wędrujemy po Afryce

Końcówka zimy nas nie rozpieszcza. Chłopcy co chwila łapią przeziębienie, kaszlemy i kichamy. Mam już serdecznie dość i wypatruję wiosny, słońca i błękitnego nieba. Dla równowagi wyciągnęłam z półki książkę, która przenosi nas do krajów, gdzie rzadko pada, a śnieg leży tylko na szczytach gór. Czytamy z Piotrusiem „Afrykę Kazika” Łukasza Wierzbickiego.

Tymek poznał tę historię jakiś czas temu. Przymierzał się nawet do „dorosłej” książki, ale przegrała z łatwiejszymi lekturami. Jeszcze zdąży ją przeczytać. Zastanawiałam się, czy Piotruś nie będzie się nudził, ale niepotrzebnie się martwiłam. Historia Kazimierza Nowaka i jego podróży po Afryce bardzo go zainteresowała i zadawał mnóstwo pytań.

Afryka Kazika

Kazimierz Nowak to ciekawa postać – podróżnik, marzyciel, który w dwudziestoleciu wojennym wybrał się do Afryki na rowerze i samotnie przemierzył ją z północy na południe i z powrotem. Wyobrażacie to sobie? 40 tysięcy kilometrów rowerem, konno, pieszo, na wielbłądzie, czółnem… Nawet w dzisiejszych czasach wydaje się to trudne i prawie niewykonalne, a ten poznaniak to zrobił. Przejechał Afrykę rowerem – przez pustynie, przez dżunglę, właściwie bez broni, często bez pieniędzy, bo zarabiał pisaniem artykułów do polskich gazet. W „Afryce Kazika” Łukasz Wierzbicki przedstawił skróconą i trochę wygładzoną wersję tej podróży, która w dzisiejszym świecie chyba nie mogłaby się odbyć.

Afryka Kazika

Piotruś słuchał z niedowierzaniem: mamo, pojechał do Afryki bez broni? Nie miał strzelby, a obronił się przed lwem? Mamo, on był bardzo odważny, prawda? Był odważny (i chyba jednak trochę szalony, bo odrobina szaleństwa jest potrzebna, by rzucić się w wir takiej przygody). Łukasz Wierzbicki nakreślił pozytywną postać marzyciela o otwartym umyśle, człowieka bez uprzedzeń (no może z wyjątkiem zupy z szarańczy), który pogodnie przyjmuje wszystko, co przynosi mu życie i tak samo traktuje każdego człowieka. Kazik to bardzo sympatyczny bohater: brata się z ludźmi i wędruje z przekonaniem, że po prostu nic złego nie może go spotkać.

Afryka Kazika

Piotrusiowi najbardziej podobała się przygoda z lwem, wędrówka po bagnach i spotkanie z wielkim wężem. Martwił się, gdy Kazikowi rozpadł się rower i cieszył, gdy podróżnikowi podarowano konia. Po zakończeniu lektury prawie od razu zapytał, kiedy pojedziemy do tej Afryki, żeby to wszystko zobaczyć. Skoro Kazikowi się udało… Na razie podróżujemy palcem po mapie – a raczej po różnych mapach Afryki. Wytyczamy szlak wędrówki, sprawdzamy, co jeszcze Kazik mógł zobaczyć.

Mapa Afryki

Wstęp do książki to relacja z odsłonięcia przez Ryszarda Kapuścińskiego tablicy poświęconej Kazimierzowi Nowakowi na poznańskim dworcu. A potem rozpoczyna się wyprawa. Zaczyna się i właściwie kończy na dworcu w Poznaniu, odjazd i powrót to klamry spinające całą historię, bo przecież po każdej podróży bezpiecznie wraca się do domu. I z całego podróżowania właśnie to jest najprzyjemniejsze. Opowieść prowadzona jest w pierwszej osobie – słuchamy Kazika i z napięciem towarzyszymy mu w jego wędrówce.

Warto tę książkę przeczytać z dziećmi, by mogły poznać szalonego Polaka. Dla mnie Kazimierz Nowak trafił do grona słynnych podróżników i odkrywców, ludzi, którzy potrafili realizować swoje marzenia. Zajmuje w tej grupie miejsce koło innych sławnych, o których wyprawach lubię czytać, mimo iż nie zawsze kończyły się szczęśliwie. Dobrze, że Łukasz Wierzbicki przypomniał tę postać.

I tutaj wtręt dorosłej matki: bardzo lubię historię Kazimierza Nowaka, historię człowieka, który swoje sny o Afryce zamienił w fascynującą i wyczerpującą przygodę. Czytam ją jednak zawsze ze ściśniętym gardłem, bo nie mogę pozbyć się myśli o żonie i dzieciach podróżnika. Zostali sami w Poznaniu na sześć lat, a Kazimierz przepłacił swoją podróż śmiercią – zmarł w niespełna rok po powrocie. Tego jednak chłopcom jeszcze nie powiedziałam.

Łukasz Wierzbicki, Afryka Kazika, BIS, 2011

Książki zbójeckie

Za każdym razem nie wiem, co mnie kusi, żeby im to czytać. Potem żałuję, ale jest już za późno. Efektów nie da się odwrócić, moje dzieci wchłonęły w siebie truciznę i szaleją po domu, a ja – po raz tysięczny – obiecuję sobie, że już nigdy więcej nie będę im takich książek czytać. Od tej pory tylko książki dydaktyczne, nowelki, Orzeszkowa i Prus. Może lepiej bez „Antka”, bo nie wiadomo, co im przyjdzie do głowy. Skupimy się na bajeczkach z morałem i koniec! Po jakimś czasie zapominam, co sobie obiecałam.

Pierwszą książką, która wywarła taki wpływ na mojego Starszego, jeszcze wtedy jedynaka, były przygody Emila ze Smalandii. Po lekturze pewnego znamiennego fragmentu znalazłam dziecko przy kuchennej szafce, gdzie przymierzało wazę na zupę. Tak, tak, musiał sprawdzić, czy da się do wazy włożyć głowę. Nasza – na szczęście – była za mała. Od tamtej pory co jakiś czas pojawia się lektura, która działa tak mocno, że po prostu trzeba sprawdzić, czy da się to zrobić. I sprawdzają, z większym lub mniejszym natężeniem.

Może do rzeczy. Czytamy z Piotrusiem „Ja i moja siostra Klara” Dimitera Inkiowa (wydawnictwo Tatarak). Znacie?

Ja i moja siostra Klara

Szczerze mówiąc, to teraz Piotruś jej słucha, bo nie miałam siły na lekturę po raz sto trzydziesty któryś. Książka trafiła doskonale w gusta mojego młodszego syna, a starszy posłuchał jej i uznał, że to dla młodszych dzieci, co nie przeszkodziło mu testować pewnych zachowań na braciszku – ach, jakby było miło, gdyby Piotrek chciał płacić za przywilej noszenia Tymkowego plecaka.

Bohaterami tej książki jest dwójka rodzeństwa: chłopiec (narrator, czyli ja) i jego siostra Klara, trochę starsza, taka wczesna podstawówka. A to, co bohaterowie robią, u każdego rodzica powoduje przyrost siwych włosów, a u każdego dziecka wywołuje radosne błyski w oku (słucham i pluję sobie w brodę: ja naprawdę pozwoliłam im tego słuchać?). Hmm, testowanie, czy tort na cześć gości nie jest zatruty? Świetna zabawa! Walka ze złodziejem przez wieszanie wiadra wody nad drzwiami? Superpomysł – moje spytały, czy nie wybieram się przypadkiem do teatru! Przefarbowanie jamnika (na szczęście nie mamy) – ekstra! Nauka pływania w wannie? Smarowanie niemowlaka kremem przeciwzmarszczkowym? – da się zrobić! Chłopcy co chwila wybuchają śmiechem (Tymek też, choć oczywiście jest już „za stary” na takie lektury), a przesympatyczni i zwariowani bohaterowie książki rozrabiają dalej. Rozrabiają cudownie, w najlepszym stylu książkowych rozrabiaków i na dodatek tak bardzo prawdopodobnie – jako rodzic jestem w stanie wyobrazić sobie prawie każdą taką sytuację w rzeczywistości. To cudowna książka na smutek i chandrę – nie da się przy niej nie śmiać. Nie da się także nie lubić Klary i jej braciszka – tylko pamiętajcie, żeby ich nie mylić, to bardzo ważne.

Lektura obowiązkowa – tylko później trzeba przez jakiś czas uważnie obserwować, czy i jak zakiełkowały pomysły. Bo to, że zakiełkują jest więcej niż prawdopodobne. Teraz nie pozostaje mi nic więcej, jak znaleźć kolejne części – Piotrek już na nie czeka.

Dimiter Inkiow, Ja i moja siostra Klara, Tatarak 2008