Ronja, czyli o dorastaniu

Co można robić nad morzem, gdy pada deszcz? Krople z głośnym szumem spadają z nieba, roztrzaskują się na chodniku, moczą trawę, a na pobliskim parkingu tworzy się kałuża-gigant. W rzadkich chwilach bez deszczu badamy z Piotrusiem jej głębokość, niedługo kalosze mojego syna będą za krótkie i nie da się do niej wejść. Morze i deszcz zagarnęły plażę, w lesie leją się za kołnierz mokre strugi, a zresztą zwykle oddziela nas od niego ściana wody. Po drodze skaczą zadowolone ropuchy, a my czytamy Ronję i mała córka rozbójnika zawładnęła wyobraźnią młodszego syna.

Ronja, córka zbójnika

Trzeba być chyba bardzo oporną jednostką, aby nie dać uwieść się tej książce. U nas musieliśmy jedynie poczekać na właściwy moment. Tymek poznał Wietrzydełko Mattisa już dawno, Piotruś rok temu był jeszcze za mały i historia Ronji była dla niego za trudna. Teraz jednak nadeszła chwila, gdy zachwycił go mroczny, piękny las, w którym szumi i wieje, stary zamek — tak wielki, że nikt go dobrze nie zna — rzeka, która nęci i grozi. Jego wyobraźnię zaludniają Szaruchy, Wietrzydła, Pupiszonki i Mroczniaki. Mój Młodszy snuje plany oswajania Szaruchów i zwiedzania wietrznych jaskiń. Zaplanował nawet, kiedy będziemy czytać Ronję po raz kolejny. A ilustracje Ilon Wikland z wydania Naszej Księgarni najchętniej oglądałby bez ustanku.

Trudno nie pokochać Ronji. Już jej narodziny wskazywały, że nie będzie to zwykłe dziecko.

Tej nocy, gdy Ronja miała przyjść na świat, nad górami przetaczała się burza tak gwałtowna, że wszystko, co tylko żyło, a co mieszkało w Lesie Mattisa, w popłochu wciskało się w swoje norki i kryjówki. Tylko złowrogie dzikie Wietrzydła, jedyne, które lubiły burzę, z wyciem i wrzaskiem latały wokół zbójeckiego zamku na Górze Mattisa. Przeszkadzało to leżącej w zamku Lovis, która miała właśnie rodzić, więc powiedziała:

– Przepędź Wietrzydła, żeby było cicho, bo nie słyszę, co śpiewam.

Bo to było właśnie tak, że Lovis rodziła, śpiewając. Idzie wtedy łatwiej, twierdziła, a małe, jeśli przyjdzie na świat podczas pieśni, będzie przypuszczalnie z gatunku tych pogodniejszych.

Rodziców też miała niezwykłych: Mattisa, największego herszta zbójników, i Lovis, która zawsze wiedziała, co dziecku jest najbardziej potrzebne i dawała mu przestrzeń, by samo odkrywało świat. Czytałam tę książkę synkowi (a tak naprawdę synkom, bo Tymek też słuchał, choć nie omieszkał skomentować, że on przecież tę historię świetnie zna) i myślałam sobie, że chciałabym umieć być taką matką jak Lovis: nienarzucającą się, ale pewną swoich racji, pozwalającą dziecku na wiele, ale umiejącą zjawić się, gdy jest najbardziej potrzebna, dbającą o wolność własną i cudzą, troszczącą się bez zamieniania troski w zagłaskiwanie. Ech, Lovis to silna kobieta, bo tylko taka mogła wytrzymać z Mattisem i jego bandą zbójców.

„Ronję, córkę zbójnika” Astrid Lindgren można — według mnie — czytać na okrągło i niezależnie od wieku. Czasami jest to książka o wolności, czasami o dorastaniu, o relacjach rodziców i dzieci, o miłości, o odkrywaniu samego siebie, o przyjaźni. Zawsze zadziwia mnie przenikliwość, z jaką Astrid Lindgren opisuje dzieci i to, jak myślą i postrzegają świat. Chociażby fragment o tym, jak Ronja pokonywała strach:

I podczas następnych dni Ronja nie robiła nic innego, tylko uważała na to, co było niebezpieczne, i uczyła się pokonywać strach. Miała uważać, żeby nie wpaść do rzeki, powiedział Mattis, dlatego ochoczo skakała po gładkich kamieniach przy samym uskoku wodnym, tam gdzie najbardziej huczało. Nie mogła przecież zapuszczać się w las i tam uważać, żeby nie wpaść do rzeki. Jeśli ma być jakaś korzyść z tych ćwiczeń, to muszą się one odbywać przy samym progu rzecznym i w żadnym innym miejscu. Żeby dostać się do wodospadu, Ronja musiała zejść z Góry Mattisa po zboczu, które stromo opadało ku rzece. Tym sposobem mogła także ćwiczyć się w pokonywaniu strachu. Pierwszy raz to było trudne; tak się wtedy bała, że musiała zamknąć oczy. Ale powoli stawała się coraz odważniejsza i wkrótce wiedziała, gdzie są szczeliny, w których można było postawić stopę, a gdzie należało podkulać palce nóg, żeby się utrzymać i nie spaść na wznak w kipiel.

„Jakie to szczęście – myślała – znaleźć miejsce, gdzie można i uważać, żeby nie wpaść do rzeki, i ćwiczyć się w pokonywaniu strachu”.

To książka na zawsze, warto do niej wracać i próbować na nowo odpowiadać na stawiane w niej pytania. Ważne pytania, o których trzeba pamiętać. Niesamowite, jak wiele spraw można poruszyć w dość cienkiej książce dla dzieci. Piotrusia najbardziej fascynowały przygody i niebezpieczeństwa, przeszkody, które trzeba pokonać i odwaga, by żyć całkiem samemu, bez mamy i taty. Zastanawiał się, czy warto być rozbójnikiem i dlaczego te dwie bandy tak bardzo się nienawidziły. No i śmierć, zawsze tak trudna i bolesna, a jednocześnie tak naturalna, gdy umiera stary człowiek otoczony kochającymi go ludźmi. Tymek słuchał jej już trochę inaczej. Dla niego była to opowieść o buncie, o szukaniu własnego ja, o walce o własną przestrzeń wśród innych.

Piękna, magiczna opowieść… Trzeba uczyć się żyć, tak jak potrafiła Ronja: pełną piersią i cieszyć się każdą chwilą. Wtedy nawet deszcz nad morzem przestaje być straszny. Dzisiaj słuchaliśmy, czy we mgle odezwą się Mgłowce.

 

Astrid Lindgren, Ronja, córka zbójnika, Nasza Księgarnia

Cytaty za fragmentami udostępnionymi przez Cyfrotekę.

Reklamy

Trudne książki – co to takiego?

Przyjaciele zadali mi pytanie, czy czytam z chłopcami trudne książki. Trudne, czyli jakie? I trudne dla kogo, dla dziecka czy dla rodzica? A na jakim poziomie ma być ta trudność? Zamiast zastanawiać się nad odpowiedzią, zaczęłam mnożyć pytania. Czy baśnie braci Grimm są trudne? Pamiętam swój zachwyt z czasów wczesnej podstawówki, czytałam je nałogowo (nosiłam wydanie broszurowe w plecaku, serio) i jakoś nie wyrosłam na seryjnego mordercę, choć krew się w nich lała (to była ta wersja z obcinaniem palców w Kopciuszku). Teraz trudna jest dla mnie lektura książek dla dzieci napisanych tak, że mam je ochotę natychmiast wrzucić do pieca i nie umiem, bo nie potrafię zniszczyć książki. Czasami trudność wynika z języka, który jest bardziej hermetyczny, czasami jest związana z zawartością – i tutaj mam wrażenie, że często to sam rodzic wyolbrzymia tę trudność, bo albo chce dziecko chronić za wszelką cenę, albo boi się jego reakcji, albo przekłada swoje obawy na dziecko. Trudne książki to te bardziej wymagające, które nie wpuszczają za łatwo do swojego świata, bo wymagają uwagi i skupienia, a nie rekompensują tego wartką akcją. Są jeszcze książki, które budzą mnóstwo pytań i zmuszają do udzielania niełatwych odpowiedzi i chyba takie są dla mnie w tej chwili najtrudniejsze.

Na przykład te, w których mowa jest o śmierci dziecka. Dlatego trudna była lektura „Braci Lwie Serce” Astrid Lindgren i „Mostu do Terabithii” Katherine Paterson. I oczywiście moi chłopcy mnie zaskoczyli, chyba już powinnam się do tego przyzwyczaić.

„Braci Lwie Serce” czytali już obaj chłopcy – to znaczy dziesięciolatek przeczytał sam, a Piotrusiowi przeczytałam ja.

Bracia Lwie Serce

Podczas lektury przypomniałam sobie własne emocje z dzieciństwa. Było takie słuchowisko w radiu – razem z bratem płakaliśmy jak bobry. Po latach dopiero uświadomiłam sobie, na czym tak płakałam, bo tytuł kompletnie wyleciał mi z głowy. Tymek połknął „Braci” w jeden wieczór i uznał, że to bardzo ciekawa, choć trochę za krótka historia. Piotruś był nią zafascynowany, choć jednocześnie zadawał miliony pytań. Trudnych: o śmierć, o biedę, o choroby i o to, dlaczego chorują dzieci, o życie po życiu i o to, dokąd odchodzą ludzie po śmierci. Tymka bardziej fascynowała Nangijala i Tengil, dlaczego tak strasznie nękał ludzi z Doliny Dzikich Róż, dlaczego Jossi zdradził i czemu ludzie zdradzają. Bałam się, że przesadzam i że Piotruś jest za mały, ale mój młodszy syn od razu po skończeniu książki zażądał ponownej lektury, bo teraz już wszystko wie i może posłuchać jeszcze raz.

Warto czytać „Braci Lwie Serce”, żeby móc potem rozmawiać o odpowiedzialności i dojrzewaniu, nawet jeśli będą to trudne rozmowy. Śmierć i zło zawsze są i będą w świecie, nawet jeśli będziemy bardzo starali się je odrzucić i ochronić dzieci, a mam wrażenie, że fantastyczny świat Astrid Lindgren pozwala je w piękny sposób oswoić, jednocześnie pokazuje jedyny, choć trudny sposób, by ze złem walczyć: przez zaangażowanie i odpowiedzialność.

„Most do Terabithii” Katherine Paterson podsunęłam starszemu, bo jęczał, że nie ma co czytać. Jęczy tak średnio kilka razy w tygodniu.

Most do Terabithii

Przeczytał przez jedno popołudnie, a potem przyszedł i powiedział: wiesz, mamo, całkiem to było fajne. Trochę jak „Bracia Lwie Serce”, tylko dzieje się w tym świecie. Ale Piotrkowi jeszcze tego nie czytaj, nie zrozumie.

Znacie tę historię? W zapyziałej amerykańskiej mieścinie pojawia się dziewczynka – przybysz z innego świata. Leslie jest mądra, błyskotliwa, obyta w świecie, ma rozległe horyzonty, o które dbają jej rodzice – pisarze. Zderzenie ze światem ubogiej amerykańskiej prowincji jest brutalne, a byłoby jeszcze trudniejsze, gdyby nie Jess, chłopiec o talencie i wrażliwości artysty, którego rozumie jedynie pani od muzyki. Dzieci tworzą sobie magiczną krainę, do której uciekają przez światem: Terabithię. Tymek żałował bardzo, że tak wiele dzieje się tu i teraz, a tak mało jest Terabithii, i że ta książka jest tak bardzo smutna. Daje ona dużo siły: do życia dalej po tragedii i do świadomego kształtowania losu swojego i innych, ale koniecznie trzeba o niej porozmawiać. Moje dziecko miało poczucie, że Jess został skrzywdzony, że ktoś (kto?) zabrał mu najpiękniejszy dzień życia, darowując w zamian wyrzuty sumienia. „Most do Terabithii” to dobry pomost do bardziej dorosłych i poważnych książek.

Macie książki, które trudno Wam się czyta z dziećmi? Dlaczego są trudne? A może nie ma takich książek i trudność kryje się w nas?

Astrid Lindgren, Bracia Lwie Serce, Nasza Księgarnia 2004

Katherine Paterson, Most do Terabithii, kolekcja Cała Polska czyta dzieciom

Ja chcę mieć rodzeństwo

Przyznaję, że ciąża była dla mnie zaskoczeniem, ale bardzo się cieszę, że będę mieć drugie dziecko. A Tymek rozpromienił się cały na tę wiadomość i nie może się doczekać. Ogląda mnie z każdej strony, zastanawia się, czy przez pępek dałoby się braciszkowi dostarczyć jakieś zabawki, bo pewnie mu nudno, wymyślił imię (mamo, to będzie Piotruś, tak jak w Narnii) i nie dopuszcza dyskusji, że może rodzice też mają coś do powiedzenia na ten temat :-). Na początku bacznie mi się przyglądał, a ja nie wiedziałam, o co chodzi. Okazało się, że mój sprytny synek szukał rurki, którą to dziecko jest ze mną połączone. Miał nadzieję, że będzie ją widać: może wyjdzie mi nosem, może uchem, może przez pępek albo jakąś inną drogą. Był bardzo rozczarowany, gdy dowiedział się, że rurki nie zobaczy.

A przy okazji nowego dziecka nie możemy nie czytać książek o dzieciach i rodzeństwie. Nie obyło się też bez pytań: skąd się biorą dzieci? I jak to będzie, gdy to dziecko w końcu się urodzi. Tymek co prawda twierdzi, że małe dzieci są nudne i są psujami, ale jakoś nie przenosi tej wiedzy na brata: on, Tymek, nauczy go przecież od razu chodzić i mówić, i kupi mu za pieniądze ze skarbonki gormita, żeby nie musiał zabierać Tymkowych. I tutaj na pomoc przyszła Astrid Lindgren i jej przezabawna i mądra książka „Ja też chcę mieć rodzeństwo”, wydana przez Zakamarki.

  

Znamy ją już od dawna, ale teraz jej lektura nabrała nowego sensu. Peter, bohater książki, chce mieć rodzeństwo, bo ma je kolega z podwórka – można wtedy pchać wózek i wszyscy zazdroszczą 🙂 Rodzi się Lena i niestety nie wszystko wygląda pięknie i cukierkowo: są wrzaski i zabiegana, zmęczona mama. Peter jest wściekły, zastanawia się, czy nie dałoby się zamienić siostry na trzykołowy rowerek albo przynajmniej wystawić jej za okno, żeby nie słyszeć ciągłych krzyków. Ta książka nie ukrywa emocji starszego dziecka, które czuje się odrzucone i niekochane. I pokazuje, jak ważna jest umiejętność zauważenia jego frustracji, wciągnięcia go do opieki nad młodszym dzieckiem, podkreślenia jego wagi.
Kiedyś Tymek, słuchając tej książki, śmiał się w głos. Wydaje mi się, że teraz słucha jej bardziej uważnie i refleksyjnie. Zastanawia się, czy Piotruś (nazwa ciągle robocza ;-)) będzie się go słuchał, czy będzie zabierał mu zabawki i wrzeszczał. Mam nadzieję, że lektura książki Astrid Lindgren pozwoli nam przekonać Tymka, że rzeczywistość nie musi być tak wspaniała, jak on sobie wyobraża. I że utrwali w nim przekonanie, iż rodzice kochają swoje starsze dzieci, mimo iż te młodsze wymagają większej uwagi.

Nie obyło się też bez pytań: skąd się biorą dzieci… 🙂 Nie chcieliśmy sprzedawać Tymkowi bajeczki o bocianach, zającach i kapustach, ale nie chcieliśmy też mówić za dużo i skupiać się na fizjologii. Tymek wie, że do powstania dziecka potrzebna jest kobieta i mężczyzna (mama i tata). A jeśli chodzi o fizjologię… No właśnie, na razie oglądamy książkę „Poznajemy nasze ciało” z serii „Dlaczego? Kiedy? Jak?” (Firma Księgarska Jacek Olesiejuk).

  

Pokazano w niej różnice między dziewczynką i chłopcem, krótko opowiedziano o ciąży… Tymek otwiera okienka i spogląda na dziecko w brzuchu książkowej mamusi: Piotruś jest już taki duży? A gdy go czujesz, to bardziej jest to cios pięścią czy karate? Jak myślisz? No i co odpowiedzieć? 🙂 Włożył sobie poduszkę pod bluzkę i pochodził z pięć minut, ale szybko stwierdził, że to bardzo niewygodne, choć może to być sposób na ochronę przez ciosami mieczem. Musiałam mu szybko wytłumaczyć, że mój brzuch trochę się różni od poduszki i niekoniecznie lubię, gdy tłucze się w niego mieczem, nawet plastikowym.

Przyjaciele pożyczyli nam książkę Babette Cole „Mama zniosła jajko” (Nasza Księgarnia). Przyznaję, że jest zabawna i interesująca, ale…

  

Hmm, jakby to powiedzieć. Nie wiem, czy to jest książka dla czterolatka. Jak na razie obejrzeliśmy ją tylko raz. Tymek z dużą radością wysłuchał fragmentów, w których rodzice-hipisi tłumaczą swoim dzieciom, skąd się biorą dzieci. Gdy usłyszał, że „chłopaków robi się ze skorupek ślimaków. Z błotka, kokonów i psich ogonów” zaczął się śmiać w głos. Oglądał obrazki i wykrzykiwał: mamo, to przecież nie tak, dzieci nie rodzą się w kwiatach ani nie przynoszą ich dinozaury, prawda? Obejrzał sobie inne ilustracje i nie zadawał pytań. A ja odłożyłam książkę na półkę. Szczerze mówiąc, stchórzyłam. Przestraszyłam się… Chyba właśnie fizjologii i tego, co sobie dośpiewa mój synek. A potrafi być dociekliwy, oj potrafi 🙂 Byłam w stanie wyobrazić sobie całą serię pytań, na które ciężko by mi było odpowiedzieć. Książka Cole i jej zabawne ilustracje bardzo mi się jednak podobają, więc może się odważę i jeszcze do niej wrócimy.

PS. Może mój opór bierze się z moich własnych doświadczeń? Byłam dzieckiem, które wiedziało, skąd się biorą dzieci. Naprawdę wiedziało, bo w domu była masa książek. A jednak, gdy urodził się mój najmłodszy (młodszy ode mnie o 13 lat) brat, przeżyłam szok. Bo uświadomiłam sobie, że moi rodzice muszą uprawiać seks! No wiedziałam, że ludzie to robią. Jacyś inni ludzie – ale moi rodzice, no nie, to niemożliwe… Przecież są za starzy 😉 I po prostu nie wiem, czy chcę, by moje czteroletnie dziecko już teraz wiedziało, jak to się technicznie odbywa. Może mu wystarczy wiedza, że potrzebna jest mama i potrzebny jest tata, i muszą się bardzo kochać i przytulać? Ech…

Ja nie chcę iść spać!

Słyszę takie zdanie prawie co wieczór: bo jeszcze trzeba się trochę pobawić — dzień taki krótki, bo tyle rzeczy jest jeszcze do zrobienia, obejrzenia, opowiedzenia, w tyle punktów trzeba jeszcze postukać młotkiem, tyle zamków z klocków ułożyć.

Ten sam problem ma Lasse z książki Astrid Lindgren „Ja nie chcę iść spać” wydanej przez Zakamarki.  

 

To nietypowa książka — bo występują w niej zwierzęcy bohaterowie, jak chyba w żadnej innej książce Astrid Lindgren. Przyznaję, że wolę Lottę i Pippi, ale Tymkowi książka spodobała się ogromnie. Na pewno przyczyniły się do tego przepiękne ilustracje Ilon Wikland.

Mały Lasse nie chce spać. Jego mama codziennie musi z nim walczyć i w końcu, zniecierpliwiona nieustannie powtarzanymi przez chłopca słowami „tylko najpierw” kładzie go spać na siłę.

  

Krzyki Lassego słyszy także ciocia Lotten, starsza pani mieszkająca w tym samym domu. Pożycza mu ona okulary — niezwykłe, bo można przez nie zobaczyć, co robią zwierzęta. W ten sposób Lasse dowiaduje się, że wszyscy muszą iść spać.

  

Tymek bardzo lubi oglądać tę książkę. Opowiedział ją tacie, gdy ten wrócił z pracy. Z zapałem pokazywał kolejne scenki i mówił, co Lasse chciał jeszcze zrobić, dlaczego mama mysz gniewa się na syna i co robią wiewiórki.

Nie wiem, czy ta książka skłoni Tymka do wcześniejszego kładzenia się spać. To nieważne. Ważne, że Tymek o niej opowiada i chce ją oglądać. I marzy o tym, by zajrzeć do mysiej dziury i podejrzeć kłócące się wiewiórki. A marzenia to wielka rzecz.

Zima

Z utęsknieniem czekam na śnieg i mróz. Mam dosyć szarości i krótkich dni. Tymek chyba uważa podobnie, bo od jakiegoś czasu czytamy książki o zimie — takiej prawdziwej zimie, z padającym śniegiem, lepieniem bałwana i przygotowywaniem się do Świąt. Oboje mamy ochotę piec pierniczki i wycinać ozdoby na choinkę. Tymek wybiera więc do czytania zimowe książki…

Najważniejsza jest Lotta. Tymek bardzo lubi książkę „Pewnie że Lotta umie prawie wszystko” z Zakamarków.

Pewnie, że Lotta umie prawie wszystko

Pamiętam, że pierwszy raz czytaliśmy tę książkę jesienią, co wcale nie przeszkadzało w lekturze. Tymek przeżywał tę historię, prawie się popłakał… Ale może po kolei.

Zbliżają się Święta Bożego Narodzenia. Dzieci mają ferie, rodzice przygotowują Święta. Lotta chce pomóc mamie: ma wyrzucić śmieci i zanieść świąteczny chleb cioci Berg. Tak proste, wydawałoby się, czynności są przyczyną ogromnego zamieszania… Lotta gubi Niśka! Bez obawy, wszystko skończy się dobrze, choć sytuacja wygląda dramatycznie.
Po południu nowa tragedia: w mieście zabrakło choinek. Spadło za dużo śniegu (mamo, to może być „za dużo” śniegu, spytał raz Tymek, a ja przypomniałam sobie śnieżne zimy z mojego dzieciństwa i zrobiło mi się żal synka) i nie można wjechać do lasu, więc w całym mieście nie ma choinek — taką nowinę przyniósł tato Lotty, Jonasa i Mii. Dzieci wpadły w rozpacz. Lotta też miała płakać, ale wcześniej musiała kupić gazetę dla cioci Berg. A gdy była na stacji benzynowej, wjechała na nią ciężarówka pełna choinek…

Tymek bardzo mocno przeżywał rozmowę Lotty z kierowcą ciężarówki. Krzyczał, denerwował się, tupał. A zaraz potem śmiał się i cieszył, gdy wszystko dobrze się skończyło, bo oczywiście musiało się dobrze skończyć, choć rozwiązanie wcale nie jest oczywiste. Astrid Lindgren wspaniale oddała atmosferę przygotowania do Świąt, oczekiwania, sprzątania. I doskonale wyłapała także cechę dzieci, które do pewnego wieku uważają, że potrafią wszystko, przynajmniej „na niby”. Mój synek „na niby” potrafi wszystko.

Drugą książką, którą czytamy jest „Patrz Madika, pada śnieg” Astrid Lindgren, również opublikowana przez Zakamarki.

 Patrz, Madika, pada śnieg

To dość dramatyczna historia małej Lisabet, która po prostu chciała spróbować, jak się jedzie na płozach sań… Tymek słucha jej z zapartym tchem. Wrzeszczy na Andersona, radzi Lisabet, co ma robić w lesie. I jest wzruszony (tak samo jak jego mama) podczas czytania końcowego fragmentu książki, gdy zmęczeni, zrozpaczeni rodzice wracają i w łóżku starszej córki zamiast jednaj znajdują dwie dziewczynki. Po pierwszej lekturze długo kiwał głową i powtarzał: tak, tak, dobrze że się znalazła.

Historia jest dramatyczna, ale zima przedstawiona w tej książce jest cudowna. Bardzo lubimy z Tymkiem oglądać ilustracje Ilon Wikland. Miasteczko przedstawione jest bardzo szczegółowo, można wpatrywać się w nie bardzo długo i odnajdywać nowe szczegóły:

Patrz Madika pada śnieg

 

Zwykle nasze pierwsze zadanie polega na odnalezieniu domu Madiki i Lisabet. Gdy oglądam te ilustracje, tęsknię za śniegiem. Nie wiem, czy ktoś inny pokazał śnieg równie pięknie, co Ilon Wikland.

Patrz Madika pada śnieg

Szkoda, że zima rzadko wygląda tak pięknie jak na tych ilustracjach. Aż chce się skakać, tarzać w zaspach i lepić bałwana.

Kolejną książką o zimie, którą czytamy, jest „Boże Narodzenie w Bullerbyn”, też wydane przez Zakamarki (ale się zakamarkowo zrobiło na blogu — czytamy też książki z innych wydawnictw, przysięgam), ale o niej może innym razem.

PS. Sylwetkę Ilon Wilkland opisała na swoim blogu Zofia Frankowska.

 

Pippi

Muszę napisać o Pippi, bo to ona rządzi ostatnio naszymi wieczorami…
Znamy się z Pipii już od dawna. Zaczęło się od wydawnictwa Zakamarki i ich książki „Czy znasz Pippi Pończoszankę”.

   

Ta książka to doskonały wstęp do lektury pełnych przygód Pippi — dziewczynka jest w niej pokazana niezwykle sugestywnie. Duża w tym zasługa ilustracji Ingrid Vang Nyman. Zresztą zobaczcie sami:

  

Miałam nadzieję, że po obejrzeniu obrazków Tymek nabierze ochoty na mycie głowy. Niestety próbował jedynie jeść w sposób ulubiony przez Pippi i spytał, czy może porąbać drzewo do kominka. Hmm… 

 
Muszę przyznać, że wydanej przez Zakamarki książce trochę brakowało mi humoru Pippi i jej znakomitych historii. Dlatego szybko sięgnęliśmy po pełne wydanie jej przygód opublikowane przez Naszą Księgarnię.

   

Tymek z podziwem słuchał o rezolutnej dziewczynce z Willi Śmiesznotki. Rozmawialiśmy o tym, gdzie jest jej tato (Mamo, jej tato na pewno nie utonął, jej tato się na pewno uratował i przyjedzie), czy dzieci powinny mieszkać same i co trzeba jeść, by być tak silnym jak Pippi. Pippi Pończoszanka jest inna — nie chodzi do szkoły (próbowała, ale nie podobało się jej), jest samodzielna, ma wspaniałą wyobraźnię, ma własną małpkę, a na werandzie trzyma konia:

— Dlaczego, na miłość boską, trzymasz konia na werandzie? — zdumiał się Tommy. Wszystkie konie, jakie znał, mieszkały w stajniach.
— Jakby ci tu powiedzieć — odparła Pippi z namysłem. W kuchni tylko by przeszkadzał. A w salonie nie czuje się dobrze.

Pippi, najsilniejsza dziewczynka na świecie, jest niedostosowana do społeczeństwa, ale też w ogóle jej to nie przeszkadza. Samodzielne życie nauczyło ją odwagi, potrafi powiedzieć NIE i nie boi się zadawania pytań. A ponieważ większość życia spędziła na statku, doskonale zauważa wszelkie absurdy dobrze zorganizowanego życia na lądzie (rewelacyjne opowiadanie o Rosenblom z tomu „Pippi na południowym Pacyfiku”). Pippi uważa, że najlepsze, co można zrobić, to patrzeć na świat i być poszukiwaczem rzeczy. Nie warto zastanawiać się, jak coś się pisze i ile jest dwa razy dwa, dopóki nie musisz tego wiedzieć. Potrafi cieszyć się ze wszystkiego i najbardziej banalną rzecz przemienić w poszukiwany skarb. Potrafi się dzielić, ma bardzo silne poczucie sprawiedliwości. Nie jest jednak ideałem: kłamie jak najęta i zmyśla niestworzone historie. Na dodatek Pippi nie może przestać mówić i najchętniej nie dopuszczałaby do głosu nikogo innego, szczególnie na przyjęciach. Przyznaję, że bardzo lubię Pippi, lubię absurd pobrzmiewający w jej historiach. Pippi jest niegroźnym kłamczuchem, bo jej historie są tak absurdalne i nierealne, że od razu wiadomo, iż Pippi zmyśla.

A Pippi rządzi wieczorami, bo Tymek został zapisany do biblioteki. Wrócił dumny jak paw, już z parteru pokrzykiwał, że był w bibliotece, ma kartę i może trzymać książki (tatusiu, no powiedz, ile czasu, bo zapomniałem). A przyniósł między innymi dwa dalsze tomy przygód Pippi. A więc czytamy i razem się śmiejemy albo rozmawiamy. Tymek też zmyśla i opowiada niestworzone historie, więc ostatnio, wracając z przedszkola, rozmawialiśmy sobie o Pippi, o kłamstwie i o różnicy między kłamstwem i zmyśleniem. Jak ja lubię rozmawiać z moim synkiem! A lektura Pippi to masa przeróżnych tematów do dyskusji. 

Lotta

Długo się zastanawiałam, jak zacząć pisać o Lotcie. A raczej, od której części przygód Lotty zacząć, bo trochę szkoda opisywać je wszystkie razem. W pewnym momencie wybór stał się oczywisty, bo zaczęliśmy z Tymkiem na nowo czytać „Dzieci z ulicy Awanturników” (Nasza Księgarnia), pierwszą część przygód Lotty.

  

W tej książce ma ona trochę ponad cztery lata. A bohaterem powieści pozornie jest cała trójka rodzeństwa — narratorką jest siostra Lotty Mia Maria, która opowiada głównie o tym, co zrobiła Lotta. Świat przedstawiony w tej historii jest prosty i zwyczajny: są dzieci, rodzice, dziadkowie, sąsiedzi (wspaniała ciocia Berg, która cieszy się z wizyt dzieci Nymanów dwa razy: raz, gdy przychodzą, a drugi raz: gdy wychodzą). Dzieci psocą, zadają pytania i mają niesamowite pomysły — jak w życiu.

Pamiętam moment, gdy pierwszy raz czytałam tę książkę razem z Tymkiem. Słuchał z ogromnym zaciekawieniem, i trochę z poczuciem wyższości, że nie jest tak głupiutki jak Lotta, że więcej wie (Mamo, czy dzieci naprawdę rosną, gdy stoją w deszczu na gnoju?). Na początku książki Mia Maria opowiada o zabawach rodzeństwa, m.in. znajduje się tam wspaniały i prześmieszny opis zabawy w piratów:

— A wiesz, co się robi, kiedy się zostaje piratem, Lotta?

— Stoi się na stole i podskakuje, i jest się piratem — odpowiedziała Lotta.
— Tak, ale jest też inny sposób, o wiele lepszy — powiedział Jonas. — Leży się pod łóżkiem zupełnie cicho…
— Dlaczego? — spytała Lotta.
— Bo leży się tam i jest się piratem, i cały czas mówi się zupełnie cicho: „Więcej jedzenia, więcej jedzenia, więcej jedzenia”. Tak właśnie robią piraci — wyjaśnił Jonas.

       

Tymek zaśmiewał się do łez: że Lotta uwierzyła, że Jonas coś takiego wymyślił. Jakiś czas później usłyszałam śmiech z sypialni. Mój synek siedział pod łóżkiem, powtarzał „Więcej jedzenia” i śmiał się przy tym do rozpuku. Musiałem sprawdzić, wyjaśnił, wyłażąc spod łóżka.

Każdy rozdział w „Dzieciach z ulicy Awanturników” opowiada inną historię — można je czytać osobno, przed snem. W naszym przypadku nie był to dobry pomysł, bo czasami Tymek śmiał się zbyt mocno i nabierał chęci do zabawy i psocenia. Doskonale rozumiał rozterki i pomysły Lotty, zazdrościł domku na drzewie.

Pierwszy raz czytaliśmy tę książkę dość dawno, okazało się, że Tymek wiele pamięta, ale bawi go ona tak samo, jak za pierwszym razem. I słucha z równym zainteresowaniem. Astrid Lindgren była doskonałym obserwatorem i doskonale znała dzieci: Lotta ma wiele cech mojego synka — ciekawość świata, upór i chęć poprzestawania na swoim, buntowniczą naturę. Kiedy czytam tę książeczkę, często myślę: dzieci takie są, właśnie takie.

„Dzieci z ulicy Awanturników” to doskonała książka dla dzieci, dla których krótkie książeczki stają się zbyt krótkie. Dopełnieniem tekstu są ilustracje Ilon Wikland — nie jestem w stanie wyobrazić sobie innej Lotty niż dziewczynka przedstawiona na jej ilustracjach.

Emil

W Lönnenberdze mieszkał chłopiec, który miał na imię Emil. (…) Miał okrągłe, niebieskie oczy, okrągłą rumianą twarz i jasne, kędzierzawe włosy. Wszystko to razem sprawiało, że Emil wyglądał jak prawdziwy aniołek.

Mamo, to całkiem jak ja, wykrzyknął Tymek po wysłuchaniu tego fragmentu. Psoci też tak jak ja – dodał, gdy usłyszał dalszą część historii i zaczął się rozglądać za wazą. Na szczęście żadna waza nie stała w widocznym miejscu, bo natychmiast znalazłaby się na głowie mojego synka. Wylądował tam durszlak, który stwarza zdecydowanie mniej problemów. W tym momencie skończyliśmy czytanie Emila na jakiś czas, ponieważ nie mam stolarni, w której mogłabym za karę zamykać synka.

Nasze spotkania z Emilem rozpoczęliśmy od książki „Ach, ten Emil!” wydanej przez wydawnictwo Zakamarki (jedno z moich najbardziej lubianych wydawnictw publikujących książki dla dzieci – sądzę, że w ciemno można polecić wszystko, co wydają). Staram się unikać skrótów i przeróbek, ale tę książkę stworzyła sama Astrid Lindgren, która wybrała z pełnej wersji przygód Emila jego najzabawniejsze psoty i dostosowała formę opowiadania do wymagań młodszych czytelników.

    

 

Zaczęłam czytać Tymkowi Emila trochę za wcześnie i książka raczej go nudziła. Lubił za to oglądać ilustracje Björna Berga. Potem nastąpiło drugie spotkanie, kiedy to ja zrezygnowałam z lektury z powodów edukacyjnych. Po kilku miesiącach znowu zaczęliśmy czytać o rezolutnym chłopczyku ze Smalandii. Tym razem sięgnęłam do pełnej wersji jego przygód, która została opublikowana przez Politykę w ramach akcji „Cała Polska czyta dzieciom”.  

 

„Emil ze Smalandii” to opowieść o dzieciństwie i o świecie, którego już nie ma. Musiałam Tymkowi tłumaczyć, co to jest bryczka i parobek i dlaczego do Emila nie wezwano karetki pogotowia. Psoty Emila są jednak ponadczasowe, tak samo, jak jego ciekawość i chęć badania świata. W domu Emila panuje fantastyczna atmosfera, dzieci są szanowane, nie stosuje się kar cielesnych, a Emil jest zamykany w stolarni tylko po to, by przemyślał swój postępek i więcej go nie powtórzył. Tu trzeba zacytować Astrid Lindgren:
Pod tym względem Emil był wzorowy i nigdy nie powtarzał tego samego wybryku po raz drugi, stale wymyślał coś nowego.
Książka tryska humorem, trudno nie śmiać się z przygód sprytnego chłopczyka. I trudno nie popatrzeć z uznaniem na własne dziecko, które zwykle sprawia jednak mniej problemów.

Przygody Emila opublikowały Zakamarki w książkach: „Ach, ten Emil”, „Emil i ciasto na kluski”, „Skąpy nie jestem, powiedział Emil” i „Mała Ida też chce psocić”. Większość przygód Emila można znaleźć także w wydanych przez Naszą Księgarnię w serii luksusowej „Przygodach Emila ze Smalandii”.

  
 

Przed nami dalsza część przygód aniołka ze Smalandii. Stolarnia by się przydała, bo moje nadzieje, że Tymek wyrośnie z chęci naśladowania Emila już prysnęły.