Mój przyjaciel Ropuch

„O czym szumią wierzby” nie przypadły chłopakom do gustu. Próbowałam zachęcić ich do lektury książki Kennetha Grahame’a kilka razy, ale zawsze kręcili nosem. Może kiedyś jeszcze do niej wrócą, na razie jednak Piotruś polubił innych żabich bohaterów.

Wyprawa do biblioteki znowu skończyła się tak samo. Do domu przynieśliśmy wielką torbę wypchaną głownie książkami dla dzieci. Wśród nich były przygody Żabka i Ropucha autorstwa Arnolda Lobela.

  Żabek i Ropuch. PrzyjaźńŻabek i Ropuch. Razem

Żabek i ropuch. Dzień po dniu

Mój młodszy synek słuchał jak zaczarowany cały wieczór. Przeczytaliśmy przed snem cały jeden tom i pierwsze rozdziały następnego, bo przecież Piotruś musiał wiedzieć, co było dalej. A potem uśmiechnięty zasnął.

Trudno się zresztą na tej książce nie uśmiechać. To bardzo spokojna i bardzo ciepła opowieść o przyjaźni dwóch płazów: Żabka i Ropucha. Mieszkają bardzo blisko siebie i bardzo się lubią, nie potrafią spędzić bez siebie nawet jednego dnia, co nie oznacza, że nie bywają marudni czy irytujący. Piotruś przez prawie całe czytanie uśmiechał się, a czasami śmiał się w głos. Chyba najbardziej, gdy czytałam, jak Ropuch zachęcał swoje nasiona do kiełkowania: krzyczał na nie, prosił o wykiełkowanie, opowiadał im bajki, śpiewał piosenki, czytał wiersze, a one ciągle nie chciały zamienić się w roślinki. 

To nie są historyjki tylko do śmiania się. To są także opowiadania do pomyślenia i zadumy. Można po tej lekturze rozmawiać o tym, dlaczego warto lub nie warto zostawiać coś „na później”, czemu czasami chcemy być sami, co to znaczy przyjaźń i co robi prawdziwy przyjaciel, a nawet o tym, co to jest silna wola. Mnie samej przypomiał się Miś i Tygrysek Janoscha (musimy z Piotrusiem koniecznie wyciągnąć tę książkę z półki), a także Felek i Tola Sylvii Vanden Heede (bardzo niedawno czytaliśmy „Felka i Tolę na wyspie”). Wszystkie te książki cechuje prostota i — trudno mi znaleźć inne słowo — ciepło. Jakaś życzliwość, z którą autor patrzy na swoich bohaterów — niby zwyczajnych i swojskich, a jednocześnie tak cudownie pogodzonych z samymi sobą. Niezależnie od tego, jak pompatycznie to brzmi, te książki są o tym, jak cieszyć się życiem i jak to życie smakować: powoli, razem z innymi, dostrzegając piękno każdej chwili. Zamiast napuszonych poradników poczytajcie z dziećmi o Żabku i Ropuchu — efekt pewnie będzie ten sam, a lektura dużo przyjemniejsza 🙂

Książeczki są bardzo starannie wydane. Duże litery sprawiają, że dobrze nadają się dla początkujących czytaczy, a ich treść nadaje się już nawet dla młodszych przedszkolaków. Tekst w przekładzie Wojciecha Manna czyta się bardzo dobrze — aż kusi, by obejrzeć te książki w oryginale i sprawdzić, czy są równie ładnie napisane. 

 

Arnold Lobel, Żabek i Ropuch. Przyjaźń, Wydawnictwo Literackie 2015

Arnold Lobel, Żabek i Ropuch. Razem, Wydawnictwo Literackie 2015

Arnold Lobel, Żabek i Ropuch. Dzień po dniu, Wydawnictwo Literackie 2016

Reklamy

Co boli najbardziej na świecie?

Stało się… Chłopaki się pokłócili o książkę. Całkiem na serio i bardzo poważnie, bo mają skrajne opinie. Jednemu się podoba (wszystko), drugiemu się nie podoba (też wszystko, no prawie wszystko). Doskonały powód, by nauczyć się dyskutować i przedstawiać własne argumenty.

Poszło o książkę „Co boli najbardziej na świecie”, wydaną przez Tako

Co boli najbardziej na świecie

Piotrusiowi historia zająca i hieny bardzo się podobała, Tymek uważa, że jest dziwna i niesprawiedliwa. No to może od początku…

Zając i hiena poszli razem na ryby. Niestety, zamiast siedzieć cicho, jak to podczas wędkowania przystało, zaczęli rozmawiać o tym, co najbardziej boli na świecie. Zając uważał, że najbardziej boli kłamstwo. Hiena go wyśmiała. Zwierzęta postanowiły się założyć: hiena mogła ugryźć szaraka, a ten miał jej udowodnić, że jego teza jest prawdziwa. 

Do tego momentu wszystko było w porządku. Obaj chłopcy zgodnie przyznali, że w baśniach afrykańskich zające są przebiegłe i wszystkich kantują, a hien to nikt nie lubi. No cóż, taki obraz wyłania się z lektury baśni ze zbioru „Bajarka opowiada” i „Baśnie z dalekich wysp i lądów, które kochamy i często czytamy. Piotrkowi postawa zająca spodobała się ogromnie, a Tymek uważał, że po prostu skrzywdził hienę.

Cóż bowiem zrobił nasz szarak? Kiedy łapka mu wydobrzała, wybrał się wczesnym rankiem pod pałacowe drzwi i zostawił tam pamiątkę, która wcale nie była przyjemna. Mamo, on po prostu zrobił kupę, prawda? pytało zafacynowane Młodsze. Starsze krzywiło się z niesmakiem na takie pomysły. Zając na tym nie poprzestał, poprosił o pomoc muchy, jak wiadomo wybitne specjalistki od wszystkich rzeczy na k.

Co boli najbardziej na świecie

Żaden strażnik nie chciał powiedzieć królowi, co znaleziono na wycieraczce. A kiedy władca zrozumiał, co się stało, postanowił natychmiast odnaleźć sprawcę tej zniewagi. Wezwał wszystkie zwierzęta, ale żadne z nich nie chciało się przyznać.

Co boli najbardziej na świecie

W tej sytuacji postanowiono zasięgnąć rady specjalistów, a kto jest największym specjalistą od rzeczy na k? Oczywiście muchy. Możecie się domyślić, co było dalej i jak skończyła się ta historia dla hieny. 

Piotrek uważał, że bajka jest fajna, ilustracje są fajne, wszystko jest fajne i od razu możemy zacząć czytać od początku.  Hiena dostała to, na co zasłużyła, a Roger Olmos (to znaczy Pan Rysownik) stworzył ciekawe ilustracje, bo oczy widać z tej samej strony, głowy są spłaszczone, a wszystko wygląda trochę, jak odbite w krzywym lustrze. Piotrka fascynowały szczególnie oczy i szalony wygląd hieny.

Tymek przez chwilę siedział w ciszy, a potem powiedział, że jemu się nie podobało, bo hiena nie zasłużyła na takie traktowanie. No fakt, ugryzła zająca, ale sam się prosił, a metody, których użył zając, by ją przekonać, że kłamstwo boli najbardziej, są gorsze niż wszystko, co zrobiła hiena i że tak nie wolno. Głupia ta hiena była, mamo, i już! Ilustracje też mu się nie podobały. Powiedział, że są za bardzo powykręcane, dziwne, a w ogóle to przypominają mu tego malarza z cienkimi wąsami od zegarów. Tutaj matka chłopców zdębiała, bo nie posądzała syna o znajomość malarstwa Salvadora Dali, ale potem musiałam mu przyznać rację, bo ilustracje są bardzo surrealistyczne — może dlatego, że zarówno malarz, jak i ilustrator pochodzą z Hiszpanii.

Stanęło na tym, że przeczytałam Piotrusiowi bajkę jeszcze raz, a Tymek w tym czasie zajął się własnymi sprawami. Może to dobrze, że mają odmienne gusty.

Czytaliście już bajkę Paco Livána? Podobała się Wam?

Paco Liván, Co boli najbardziej na świecie, Wydawnictwo Tako 2016

Zdjęcia pochodzą ze strony wydawnictwa Tako.

Cholera, dżuma i żylaki

Jest taka jedna książka, z którą moje Młodsze od jakiegoś czasu się nie rozstaje. Zapakowało ją na majówkę (żeby wszystkim pokazać, jaka to fajna książka), śpi z nią pod poduszką, zastanawiało się, czy nie zabrać jej do przedszkola, ogląda z lubością kilka razy dziennie. I zwykle pada wtedy to samo pytanie: mamo, a ta choroba to jest śmiertelna? To, czy coś jest dla człowieka zabójcze, bardzo mojego synka nurtuje, cholera, dżuma i tyfus zdominowały jego wyobraźnię, a „Cholera i inne choroby” Łukasza Kaniewskiego (wydawnictwo Poradnia K) chyba właśnie z przytupem dostała się na naszą listę książek najlepszych. I nawet za bardzo się Piotrusiowi nie dziwię. 

Śliczna, różowa okładka w wyczuwalne palcami kropeczki (Piotruś miał mnóstwo pomysłów: że to bakterie albo odra, albo wysypka od ospy, albo… — okładka książki o chorobach musi się kojarzyć z chorobą, przecież to oczywiste), czarna czcionka tytułu, tylko sam tytuł jakby niepasuje. Taka różowa książka i taka tematyka? Ha, jak fajnie, różowa książka może być dla wszystkich, a nie tylko dla dziewczyn 🙂

Piotruś oglądający książkę

Książka jest fantastyczna, naprawdę. Podoba mi się w niej wszystko. Napisana „na poważnie”, ale bez zadęcia, z humorem. Rymowanki na początku każdego utworu rozbawiły kilkoro dorosłych do łez, a Piotruś czasami chce, żeby przeczytać mu tylko te krótkie wierszyki. Czy każdy okularnik nie podpisze się pod takim apelem (trzynastozgłoskowiec!)?

Wielbię was i kocham, okulary moje!

Bez was jestem bezradny, wszystkiego się boję

Czy was obraziłem? Czy byłem niemiły?

Czemu żeście przede mną znowu się ukryły?

Taka cudowna inwokacja rozpoczyna opowieść o wadach wzroku. Piotrusia bardzo zaintrygował wierszyk towarzyszący wykładowi o depresji:

Czarne jest czarne i białe jest czarne

Wszystko jest marne i pachnie nieładnie

Smutno jest na dnie

Długo oglądał czarne strony, uważnie słuchał wyjaśnień. Widać było, że przetrawia informację, że ktoś może być cały czas smutny, tak smutny, że nawet słońce wydaje mu się czarne. A potem długo dyskutował o ranach i strupkach.

Piotruś oglądający książkę

Na sześćdziesięciu kilku stronach udało się zmieścić masę ciekawych inoformacji o różnych dolegliwościach nękających człowieka. Jest trochę o pasożytach (wszy, owsiki i tasiemiec), trochę o chorobach (od migreny przez ADHD, złamanie i hipochondrię po cholerę i żylaki), trochę o wirusach i bakteriach. To naprawdę rzetelna wiedza, przy której ani dorosły, ani dziecko się nie wynudzą. Informacje są podane ciekawie, z odniesieniami do historii. Dużo tutaj obrazowych porównań ułatwiających zrozumienie niełatwych czasami procesów — cała narracja jest bardzo plastyczna, bo przecież dużo łatwiej zrozumieć, co to jest wstrząśnienie mózgu, gdy wyobrazimy sobie słoik, w którym nagle, po uderzeniu, miesza się piasek i woda. Poszczególne rozdziały są krótkie i dobrze przemyślane — po lekturze miałam wrażenie, że niczego w nich nie brakuje, że wiedzy jest akurat tyle, ile dziecko potrafi przyjąć. Świetnym uzupełnieniem tekstu są nowoczesne ilustracje Karoliny Kotowskiej — jest projekty pobudzają wyobraźnię, nie są dosłowne, widać w nich zabawę konwencją. 

Tymek na początku marudził, że to paskudne i obrzydliwe, że przecież nikt nie chce czytać o chorobach (tutaj zaśmiewałam się w duchu, bo przypomniały mi się różne „obrzydliwe” fascynacje starszego syna), ale potem uznał, że to całkiem ciekawe. A wierszyk o owsikach będzie chyba hitem szkolnego korytarza:

Pani Owsikowa chyłkiem

W ciemną noc wypełza tyłkiem

Aby między pośladkami

Jaja znosić tysiącami

Swoją drogą, wiedzieliście, że samica owsika składa jednorazowo dziesięć tysięcy jaj?

Łukasz Kaniewski, Cholera i inne choroby, Poradnia K 2016

Wiosna, wiosna, wioooooosnaaaaaa

No wiem, jest już od jakiegoś czasu… I co z tego? Pogoda nie rozpieszcza, praca absorbuje, wszystko w biegu. A wyjazd na majówkę sprawił, że nagle odkryłam, jak bardzo zmienił się cały świat. Jest zielono, zimno, ale zielono, cieplej i zielono. Co roku na wiosnę przeżywam to samo zadziwienie, jak różnorodna może być zieleń, jak mroczna, jak jaskrawa, jak jasna, jak świetlista, jak…. Synowie nie do końca mnie rozumieją: zamiast się gapić, trzeba biegać, wrzeszczeć, skakać, wdrapywać się na drzewa, patrzeć na robale, buszować w krzakach, sprawdzać, co nowego wyrosło, czyli robić to wszystko, czego nie dało się robić (a przynajmniej nie za długo) przez zimowe miesiące.

W tym roku w odkrywaniu wiosny towarzyszyły nam „Dzieci korzeni” Sibylle von Olfers, wydane przez wydawnictwo Przygotowalnia. Na stronach wydawnictwa można podejrzeć, jak książka wygląda w środku. Moje zdjęcia robił Tymek :-). A ponieważ bohaterami wiosny w ogrodzie Dziadków okazały się smardze, to pierwsze zdjęcie będzie ze smardzem. Chłopcy zastanawiali się nawet, które z dzieci korzeni zafundowało im tak wspaniałą niespodziankę.

Dzieci korzeni

Na początku warto powiedzieć, że ta książka jest po prostu piękna. Cieszy oczy i cieszy dłonie. Śliczna, aksamitna w dotyku okładka, płócienny grzbiet, kremowy papier pięknie współgrający z brązową czcionką. To przepięknie wydana książka, choć gdzieś w głębi duszy zamarzyło mi się wydanie na grubych kartkach, które nie przestraszyłoby się nawet bardzo małych rączek. Opowieść o dzieciach korzeni świetnie nadaje się nawet dla bardzo małych dzieci.

Dzieci korzeni

Głęboko pod ziemią, gdzieś wśród korzeni, późną zimą budzą się dzieci — niezwykłe dzieci Matki Ziemi. Po długim zimowym odpoczynku mają pełne ręce roboty. Muszą uszyć nowe wiosenne szaty, wypucować żuki i chrząszcze, przygotować się na przyjście wiosny. A potem wychodzą na powierzchnię i wtedy świat rozkwita. Wszystko się budzi. Wiosnę i lato dzieci korzeni spędzają na łąkach, w lasach i na polach. Bawią się, pomagają, psocą. Jesień przepłasza je pod ziemię, gdzie układają się do snu, by spać do kolejnej wiosny.

Prosta opowieść Sibylle von Olfers pokazuje kolejność pór roku, ale jednocześnie sięga do naszych marzeń i do bajkowego świata skrzatów, elfów i innych magicznych stworzeń, dzięki którym wszystko w przyrodzie wzrasta i rozkwita. Czyż wiosna nie jest magiczna? Jak łatwo wyobrazić sobie rzesze maleńkich ludzików krzątających się wśród traw i drzew, pucujących liście, prostujących kwiaty, pomagających pąkom rozkwitnąć. Kto by nie chciał zobaczyć wśród liści maleńkich istotek, posłuchać ich śpiewu i śmiechu? 

Sibylle von Olfers stworzyła także magiczne ilustracje. Mają już 110 lat,  ale się nie zestarzały. Wydają się witrażowe, secesyjne, są po prostu śliczne i bardzo lubię je oglądać. Pięknie pokazują zmiany pół roku i podkreślają naturalny podział tej książki. Gdy wiersz opowiada o przygotowaniach dzieci do wyjścia, ilustracje zajmują całą stronę. Potem przypominają okna, przez które można podejrzeć wiosnę, lato i jesień. Piękne okna, ujęte w roślinne ornamenty. Zafascynowała mnie w tej książce symbolika korzeni, tego, czego nie widać, a na czym wszystko się opiera, korzeni, z których wszystko powstaje. Dbajmy o korzenie.

Dzieci korzeni

Sibylle von Olfers, Dzieci korzeni, Przygotowalnia 2016