Dzieci bywają (są) groźne

Piotrek przeczytał tę książkę pierwszy. Właściwie to razem z Zuzanką, tuż po swoich urodzinach u Dziadków. Wspólnie pochłaniali strony, bardzo grzecznie czekając, aż drugie skończy czytać.

Piotr i Zuza przy lekturze

Kiedy zapytałam Piotra później, czy warto przeczytać tę książkę, najpierw na mnie popatrzył, a potem z namysłem powiedział, że chyba nie jestem jeszcze za stara. Osłupiałam. Dziecko wyjaśniło, że książka jest fascynująca i bardzo ciekawa, ale też trochę obrzydliwa. I czasami obleśna. I dorośli takich nie lubią, bo im się wydaje, że dzieci będą tak robić i że dorośli uważają, że one uważają, że to wszystko prawda. A przecież czasami można się pośmiać z prukania i bekania. I to wcale nie oznacza, że samemu będzie się tak robiło. Po tej tyradzie uznał, że wytrzymam i dam radę znieść te historie mimo podeszłego wieku. Hmm, ktoś przyjmuje skargi na dzieci?

David Walliams, Najgorsze dzieci świata

„Najgorsze dzieci świata” Davida Walliamsa to krótkie opowiadania o naprawdę najgorszych dzieciach świata. Niegrzecznych. Paskudnych. Czasami obrzydliwych. O dzieciach, które nie mogą przestać dłubać w nosie, nie potrafią usiedzieć w jednym miejscu, zapuszczają swój pokój lub zadzierają nosa. Brzmi znajomo? Od razu uprzedzam, że takich dzieci, jak te z „Najgorszych dzieci świata” na pewno nie znacie. One są dużo gorsze niż jakiekolwiek inne dziecko. I tak, przy czytaniu raz zrobiło mi się niedobrze, więc jeśli gile, smarki i pierdy sprawiają, że mdlejecie — odpuście sobie przynajmniej opowiadanie o największej babie z nosa na świecie. Do tej pory się krzywię. Zapewniam, że wasze dzieci raczej je przeczytają. I pewnie będą zachwycone. Może nawet, tak jak Piotrek, będą wam towarzyszyć przy czytaniu, żeby upewnić się, że odpowiednio zrozumieliście niektóre fragmenty i śmiejecie się w odpowiednich miejscach?

David Walliams, Najgorsze dzieci świata

Sama książka wygląda przepięknie, świątecznie i uroczyście. Czerwona, intensywna obwoluta, złote litery, no i mnóstwo charakterystycznych ilustracji Tony’ego Rossa — tym razem w kolorze, inaczej niż w poprzednich książkach Walliamsa wydanych przez Małą Kurkę. Piotrek co prawda szybko ściągnął obwolutę, bo mu przeszkadzała w czytaniu, ale bez niej książka wygląda równie atrakcyjnie. A może nawet trochę bardziej, bo okładka od razu skojarzyła się mojemu synowi (i słusznie) ze zdjęciami podejrzanych.

David Walliams, Najgorsze dzieci świata
W środku przyciąga wzrok nietypowe rozłożenie tekstu na stronie i różne kroje liter — to naprawdę doskonała praca edytorska. Chylę czoła przed tłumaczką, Karoliną Zarembą, która wykonała gigantyczną pracę. Liczba synonimów na określenie puszczania bąków po prostu wbiła mnie w ziemię. Ze zdumienia, że jest ich aż tyle, i z zachwytu, że tłumaczka potrafiła je tak sprawnie wykorzystać. Tłumaczenie „Najgorszych dzieci świata” na pewno nie było proste.

David Walliams, Najgorsze dzieci świata

Walliams pokazuje w swoich opowiadaniach wady dzieci. Wyolbrzymia je tak straszliwie, że przestają być w jakikolwiek sposób wiarygodne, stają się niesamowicie śmieszne  i groteskowe. Możemy przejrzeć się, jak w lusterku w historiach dziesięciorga bohaterów — Stacha Ślinotoka, Weroniki Wiercipiętki, Magdy Mazgaj, Wicia Wszarza, Gutka Gmeracza, Beci Bajzel, Wietrznej Wikty, Mądralińskiego Minga, Drętwego Dariusza i Kanapowej Kryśki. Myślę, że niejeden dorosły mógłby zobaczyć w przerysowanych portretach Walliamsa kawałeczek siebie. I potem odetchnąć z ulgą, że jednak nie jest z nim tak źle. A jak powiada Piotrek — najfajniejsze są zakończenia i morały. Bo jak wiadomo z okładki, ta książka zawiera dziesięć cudownie okropnych opowiadań. A co do morałów, to musicie uwierzyć mojemu synowi albo sprawdzić samemu. Czasami przy lekturze miałam wrażenie, że Walliams bawi się konwencją moralizatorskich bajeczek dla dzieci z przełomu XIX i XX wieku, tylko dostosowuje je do naszych czasów i do wrażliwości dzieci wychowanych na „Wujciu Dobrej Radzie”.

Aaa, mój syn koniecznie kazał dopisać, że w książce jest też Raj z Kiosku. Fani Walliamsa będą wiedzieć o kogo chodzi. Mój syn kilka razy się upewniał, czy uważnie przeczytałam komentarze Raja i czy zauważyłam, że będzie kolejny tom. Zauważyłam. Będzie. Czekamy.

 

David Walliams, Najgorsze dzieci świata, tł. Karolina Zaremba, Mała Kurka 2018

Reklamy

Zwierzęta, które znikają

„Zwierzęta, które zniknęły. Atlas stworzeń wymarłych” (Nasza Księgarnia) trochę oszukuje… W bardzo pozytywnym sensie, ale nie dajcie się zwieść pozorom. To wcale nie jest książka tylko dla najmłodszych, choć wielki format, wspaniałe ilustracje Nikoli Kucharskiej i sympatyczne ptaszydło na okładce tak sugerują. To nie tylko album o dinozaurach, mamutach i tygrysach szablozębnych. Oczywiście każdy wielbiciel wymarłych gadów, słoni i kotów, niezależnie od wieku, ogromnie się z tej pozycji ucieszy i znajdzie w niej coś ciekawego, ale ta książka oferuje znacznie więcej. To doskonale zakomponowany i skłaniający do myślenia przewodnik, który uświadamia, jak bardzo człowiek ingeruje w środowisko. To przez nas gatunki znikają z powierzchni naszej planety w zastraszającym tempie na naszych oczach. I tylko my możemy ten trend zatrzymać.

Nikola Kucharska, Zwierzęta, które zniknęły

„Zwierzęta, które zniknęły” to książka dla młodszych i starszych. Warto wspomnieć, że to dzieło kilku osób. Nikola Kucharska firmuje całość i odpowiada za szatę graficzną, ale testy napisały inne osoby: Katarzyna Gładysz, Joanna Wajs i Paweł Łaczek. Katarzyna Gładysz i Paweł Łaczek odpowiadają także za opracowanie naukowe całości. Dzięki wspólnej pracy powstał atlas, który nie tylko zachwyca warstwą graficzną, ale zawiera naprawdę dużo ciekawych i mądrze skomponowanych informacji.

Nikola Kucharska, Zwierzęta, które zniknęły

„Atlas stworzeń wymarłych” może zainteresować dzieci w każdym wieku. Młodsi skupią się na warstwie obrazkowej. Z wypiekami na twarzy będą oglądać postozuchy, edafozaury, pterodaktyle, mamuty, niedźwiedzie jaskiniowe, smilodony i inne fascynujące zwierzęta, które — czasami na szczęście dla nas — nie przechadzają się już po łąkach i lasach. Ilustracje stworzone przez Nikolę Kucharską zapadają w pamięć i kuszą szczegółami.

Nikola Kucharska, Zwierzęta, które zniknęły

To świetna książka do oglądania. Znajdziecie w niej mnóstwo gatunków — również tych mniej znanych — oraz wiele odniesień do Polski i znajdowanych na naszych terenach skamieniałości. Fajnie jest wiedzieć, że z Czatkowic pod Krakowem pochodzi najstarsza na świecie żaba, która wcale nie potrafiła skakać, choć na nazwie czatkobatrach można połamać sobie język. Tam samo zresztą, jak na innych: procynozuch, oligokifus czy dsungaripterous — spróbujcie je szybko przeczytać. Ja miałam problem, Piotrek też. Można się razem pośmiać i poćwiczyć język.

Nikola Kucharska, Zwierzęta, które zniknęły

Opowieść o zwierzętach zaczyna się w czasach prehistorycznych. Na początku książki znajdziecie drzewo genealogiczne zwierząt — i będziecie mieli szansę sprawdzić, jak wyglądała ich ewolucja. „Zwierzęta, które zniknęły” zapraszają czytelnika do podróży w przeszłość. Wędrówka zaczyna się bardzo, bardzo dawno temu. Zaczynamy ją przed milionami lat, gdy pojawiły się pierwsze płazy, a potem gady.

Nikola Kucharska, Zwierzęta, które zniknęły

Nikola Kucharska, Zwierzęta, które zniknęły

Opowieść sunie przez wieki, a czytelnik ma szansę zobaczyć, jak zmieniała się fauna ziemi. Wielkie giganty zostały stopniowo zmienione przez mniejsze giganty. Przy okazji dowiadujemy się trochę o anatomii dinozaurów, paleontologach, budowie gadziego jaja, poznajmy miejsca, w których znaleziono najwięcej skamielin i dowiadujemy się, jakie naukowcy mają teorie na temat wymierania. Informacji znajdziecie w tej książce naprawdę dużo. Zostały napisane przyjaznym językiem, widać, że autorzy starali się przekazać wiadomości jak najprościej i zrozumiale. Każdy termin jest wyjaśniany, dlatego warto przeglądać strony po kolei. Jeśli napotkacie niezrozumiałe określenie — u nas były to synapsydy (czyli gady ssakokształtne) — to jest ogromna szansa, że zostało ono wyjaśnione we wcześniejszej partii tekstu.

Nikola Kucharska, Zwierzęta, które zniknęły

Wędrówka w poszukiwaniu wymarłych gatunków stopniowo prowadzi nas do czasów bardziej współczesnych. Pojawiają się daty, które można sobie wyobrazić: 1445 rok — to wtedy wyginęły ostatnie moa, 1627 — wtedy padł ostatni tur. Daty stają się coraz bliższe naszym czasom, a czytelnikowi robi się mniej wygodnie. Tak niedawno zniknęły z ziemi tygrysy balijskie, wilki Ezo, tarpany, zebry kwagga czy gołębie wędrowne. Nikola Kucharska nie skupia się bowiem tylko na wielkich gatunkach. W książce poznamy także wymarłe ptaki i owady, stworzenia małe i duże, lądowe i morskie. Całkiem niefajnie robi się, gdy przejdziemy na dwie ostatnie rozkładówki. Na pierwszej z nich autorka książki pokazała gatunki, które zniknęły całkiem niedawno — w latach 1925-2012.

Nikola Kucharska, Zwierzęta, które zniknęły

To oznacza, że przez jeszcze chwilę temu mogliśmy je oglądać. Na ostatniej stronie mamy gatunki, które jeszcze istnieją, ale są skrajnie zagrożone, znikają na naszych oczach. Znikają, bo my ludzie jesteśmy najbardziej inwazyjnym gatunkiem na Ziemi. Zabieramy innym gatunkom siedliska i niszczymy je, sprawiamy, że zmienia się klimat, sprowadzamy nowe gatunki, a wraz z nimi zagrożenia, z którymi gatunki rodzime nie mogą sobie poradzić. „Atlas stworzeń wymarłych” to książka, która pokazuje, że gatunki wymierają cały czas. Czasami z przyczyn naturalnych, ale niestety współcześnie najczęściej z powodu działań człowieka. Ten atlas uświadamia, że jeśli chcemy zachować zwierzęta, musimy zacząć działać. Na dużą i na małą skalę. Warto coś zrobić, aby atlasy zwierząt, które już zniknęły — nawet tak piękne, jak ten przewodnik — przestały robić się coraz grubsze. Nie przywrócimy do życia dinozaurów czy mamutów, ale możemy zadbać, by orangutany czy kozice miały gdzie żyć.

Nikola Kucharska, Zwierzęta, które zniknęły

To naprawdę fantastyczna książka, która rozbudza ciekawość i zmusza do zastanowienia się, co dalej. To jak, może warto zacząć chociażby od segregacji śmieci?

 

Nikola Kucharska, Zwierzęta, które zniknęły. Atlas stworzeń wymarłych, teksty: Katarzyna Gładysz, Joanna Wajs, Paweł Łaczek, Nasza Księgarnia 2018

 

Operacja cyrk, czyli Horst dla dzieci po raz kolejny

Czytamy kryminały. Na dobrą intrygę kryminalną nigdy za wcześnie… Zaczęliśmy oczywiście od Lassego i Mai, ale przygody dwójki z Valleby chwilowo nam się przejadły. Poszukując nowych tropów, trafiliśmy na Biuro Detektywistyczne nr 2, czyli serię Jørna Liera Horsta przeznaczoną dla młodszych czytelników, wydawaną w Polsce przez Media Rodzina. Gdyby ktoś miał ochotę na serię Horsta dla trochę starszych czytelników, to pisałam o niej tutaj.

Operacja cyrk

Czytamy wspólnie — Piotruś czyta te krótsze fragmenty, gdy tekstu trochę mniej, bo cała strona zadrukowana literkami wciąż jeszcze trochę go przeraża. W lekturze na pewno pomaga duża czcionka — jakoś łatwiej wtedy zapanować nad rozbrykanymi literami i nie przeskakiwać wierszy. „Operacja cyrk” to dobra książka dla dziecka, które już czyta, ale jeszcze nie jest pewne swoich umiejętności. Duże litery, barwne ilustracje, wciągająca fabuła — to wszystko sprawia, że może to być pierwsza samodzielnie przeczytana „prawdziwa” książka.

Operacja cyrk

Nie wiem, czy nazwa serii świadomie nawiązuje do Lassego i Mai, ale schemat fabularny jest bardzo podobny. Bohaterami jest dwójka przyjaciół, Tiril i Olivier, którym towarzyszy pies Otto. Ich przygody dzieją się w małym mieście — Elvestad. Na wyklejce książki możemy obejrzeć panoramę miasteczka. Dzieci lubią jednak czytać podobne książki (zresztą autorzy „dorosłych” kryminałów też stosują podobne rozwiązania fabularne), a Tiril i Olivier rozwiązują całkiem inne zagadki kryminalne niż Lasse i Maja. Odmienna jest także kreska Hansa Jørgena Sandnesa. Wszystkie ilustracje są pełne szczegółów i bardzo kolorowe — będą się podobać dzieciom, którym nie przypadły do gustu stonowane, szare obrazki Heleny Willis z książek o Lassem i Mai.

Operacja cyrk

W „Operacji cyrk” Tiril i Olivier muszą rozwiązać zagadkę tajemniczej kradzieży, do której doszło, gdy przez miasteczko przechodziła parada cyrkowa. Tym razem złodziej włamał się do dziadka Franza i ukradł cenną figurkę niedźwiadka. Tropy są różne, ale dwójka przyjaciół, sprytnie łącząc fakty, potrafi odróżnić prawdę od kłamstwa. Horst bardzo inteligentnie prowadzi intrygę (też mi nowina!), tak że dziecko może samo próbować rozwiązać zagadkę. To świetna nauka logicznego myślenia — czytając, mamy do dyspozycji te same tropy, co Tiril i Olivier. A że dzieci jak zwykle są sprytniejsze i bardziej inteligentne niż dorośli — no cóż, tak bywa i w realnym życiu. Czego tutaj nie ma — są kolekcjonerze i bajki, fantastyczne popisy cyrkowe, zasadzki i dramatyczny pościg… Piotrek nie mógł zasnąć, dopóki nie dowiedzieliśmy się, czy złapią złodzieja. 

Na końcu czeka na czytelnika superniespodzianka. Hans Jørgen Sandnes poukrywał na ilustracjach przedmioty, które trzeba odnaleźć. Wiadomo, detektyw musi mieć dobre oko. Bonusem są także króciutkie, ale bardzo inspirujące i napisane dla dzieci biografie twórców książki. To na pewno nie jest nasze ostatnie spotkanie z Tiril i Olivierem — Piotruś sprawdził, że do przeczytania zostało mu aż osiem wcześniejszych części! Tiril i Olivier na pewno na dłużej zagoszczą na naszych półkach.

Jørn Lier Horst, Operacja cyrk, il. Hans Jorgen Sandnes, tł. K. Tunkiel, Media Rodzina 2017

Fantastyczny pan Lis

Zwykle na wakacje zabieramy ze sobą przynajmniej po książce na głowę (chłopcy więcej) i do tego czytniki wypakowane lekturami, których chyba nie zdążymy przeczytać do końca życia. A i tak przywozimy więcej książek niż wywieźliśmy, bo kuszą księgarnie, stoiska z tanimi książkami czy antykwariaty. W miejscach, do których jeździmy przeglądamy także półki z książkami — oczywiście jeśli ich właściciel się na to zgadza. W ten sposób poznaliśmy Pana Lisa, bohatera wspaniałej książki Roalda Dahla (Wydawnictwo Znak).

Fantastyczny Pan Lis

Pan Lis jest absolutnie fantastyczny, a czytając o prześladujących go farmerach — Blagierze, Gnojku i Szparagu — pękaliśmy z Piotrusiem ze śmiechu. Farmerzy są przedstawieni tak plastycznie i są tak paskudni, że aż fascynujący, choć daleko im do osławionej pani Pałki z Matyldy. A na dodatek mówią barwnym językiem i nawet zdarza się im przekląć — cudowna odmiana od czasami przesłodzonych lektur dla dzieci. Pan Lis jest sprytny i zabawny, a cała historia lekko absurdalna. Uprzedzam, nie jest to umoralniająca lektura dla grzecznych dzieci — jeśli takich książek szukacie, lepiej omińcie Dahla szerokim łukiem. Jeśli jednak macie ochotę na barwne, wyraziste postacie i ciekawą opowieść o zabronionym posmaku, zapraszam do lektury, która czasami pali jak cydr Szparaga — nie jest to cienkusz zalegający często na półkach w kiepskich księgarniach, że sparafrazuję cytat z książki.

Fantastyczny Pan Lis

Historia jest dość krótka i prosta: farmerzy mają farmy, bogate i zasobne, na których hodują kurczaki, indyki, kaczki i gęsi. Szparag robi także cydr — jak się okazało ulubiony napój borsuków. Pan Lis regularnie im te farmy okrada — szkody wielkiej nie robi, ale doprowadza tym trzech bogatych skąpców do furii. Aż w końcu nie wytrzymują i zaczyna się polowanie. Kto kogo przechytrzy?

Fantastyczny Pan Lis

Odpowiedzi możecie się domyślić, ale szczegółów nie będę zdradzać. Zajrzyjcie do Roalda Dahla. Ma nadzieję, że będziecie się bawić równie dobrze, jak my. Książka ma dużą czcionkę i nie jest przesadnie gruba, więc doskonale nadaje się na wakacyjną lekturę — w niczym nie przypomina szkolnych lektur, więc może jakiś nieczytacz da się skusić.

 

Ilustracje pochodzą ze strony Wydawnictwa Znak.

 

Roald Dahl, Fantastyczny Pan Lis, Wydawnictwo Znak 2017

Sto pociech z Klarą

Klarę i jej braciszka poznaliśmy już jakiś czas temu i pokochaliśmy od razu, o czym pisałam tutaj. Ponieważ książkę „Ja i moja siostra Klara” znamy prawie na pamięć, Piotruś co jakiś czas wspominał, że chciałby poznać inne przygody rodzeństwa. W ten sposób trafiło do nas „Sto pociech z Klarą”, a Piotruś aż pojaśniał z radości.Narratorem ciągle jest braciszek. I znowu wyobraźnia i inwencja Klary zderza się ze spokojem i racjonalnym myśleniem jej brata. Klara chodzi do pierwszej klasy, tak jak Piotruś, a jej braciszek ma sześć lat, też tak jak Piotruś. Mój synek trochę kręcił nosem, bo nie do końca wiedział, kto jest taki jak on. W końcu zadowoliło go wyjaśnienie, że może mieć coś wspólnego i z siostrą, i z bratem.

Sto pociech z Klarą

Przygody Klary i jej brata wydały nam się mniej szalone (napisałam te słowa, a potem przypomniałam sobie opowieść o dziecku Klary i zaczęłam się zastanawiać, czy aby piszę prawdę). Może tak: te przygody nadal są szalone, ale my je postrzegamy już trochę inaczej, bo po lekturze pierwszej części wiemy, że rodzeństwo stać na wiele. 

Historia mogłaby być bezpośrednią kontynuacją poprzedniej książki (przed nami jeszcze lektura zbioru „Ja, Klara i zwierzaki”). Wszystko jest jak w życiu: rodzeństwo czasami się kłóci (rewelacyjna opowieść o przezwiskach i o tym, że zawsze trzeba być kwita, więc nie można pominąć przezwiska milczeniem), czasem sobie pomaga, a czasem wspólnie działa — na przykład wspólnie się modli, aby Pan Bóg zesłał Klarze dziecko:

Kochany Panie Boże, wyślij nam dzidziusia dla Klary. Ale takiego prawdziwego, bo Klara ma dość bawienia się lalkami. Zobaczysz, jacy będziemy wtedy grzeczni! Nie będziemy malować naszego jamnika Wąchacza, nie będziemy podjadać tortu dla gości No więc wyślij nam dzidziusia możliwie szybko. Bądź tak miły i pospiesz się, bo czekamy….

Sto pociech z Klarą

Piotruś z zachwytem zauważył, że braciszek i Klara obiecują nie popełniać psot znanych nam z wcześniejszej książki. To dzieci tego typu, co Emil ze Smalandii: nigdy nie łobuzują dwa razy w ten sam sposób, zawsze potrafią wymyślić coś nowego. W tej książce dzieciaki są odrobinę bardziej poważne, więcej się tutaj mówi o miłości i o marzeniach, więcej jest planów na przyszłość i prób uszczęśliwiania innych.

To świetna książka do wspólnego rodzinnego czytania. Chyba nie ma dziecka, które nie chciałoby posłuchać, jak inne dziecko wyrywa sobie ząb, jakie pożytki mogą płynąć z opanowania trudnej sztuki czytania i co można podarować bratu na urodziny. Rodzeństwo jest sympatyczne, zaradne i samowystarczalne. Na dodatek dzieci są bardzo samodzielne, co może być mobilizujące i dla dziecka, i dla rodzica — w końcu to my musimy dzieciom na tę samodzielność pozwolić i stworzyć na nią przestrzeń. 

Dimiter Inkiow, Sto pociech z Klarą, Tatarak 2012

Książki zbójeckie

Za każdym razem nie wiem, co mnie kusi, żeby im to czytać. Potem żałuję, ale jest już za późno. Efektów nie da się odwrócić, moje dzieci wchłonęły w siebie truciznę i szaleją po domu, a ja – po raz tysięczny – obiecuję sobie, że już nigdy więcej nie będę im takich książek czytać. Od tej pory tylko książki dydaktyczne, nowelki, Orzeszkowa i Prus. Może lepiej bez „Antka”, bo nie wiadomo, co im przyjdzie do głowy. Skupimy się na bajeczkach z morałem i koniec! Po jakimś czasie zapominam, co sobie obiecałam.

Pierwszą książką, która wywarła taki wpływ na mojego Starszego, jeszcze wtedy jedynaka, były przygody Emila ze Smalandii. Po lekturze pewnego znamiennego fragmentu znalazłam dziecko przy kuchennej szafce, gdzie przymierzało wazę na zupę. Tak, tak, musiał sprawdzić, czy da się do wazy włożyć głowę. Nasza – na szczęście – była za mała. Od tamtej pory co jakiś czas pojawia się lektura, która działa tak mocno, że po prostu trzeba sprawdzić, czy da się to zrobić. I sprawdzają, z większym lub mniejszym natężeniem.

Może do rzeczy. Czytamy z Piotrusiem „Ja i moja siostra Klara” Dimitera Inkiowa (wydawnictwo Tatarak). Znacie?

Ja i moja siostra Klara

Szczerze mówiąc, to teraz Piotruś jej słucha, bo nie miałam siły na lekturę po raz sto trzydziesty któryś. Książka trafiła doskonale w gusta mojego młodszego syna, a starszy posłuchał jej i uznał, że to dla młodszych dzieci, co nie przeszkodziło mu testować pewnych zachowań na braciszku – ach, jakby było miło, gdyby Piotrek chciał płacić za przywilej noszenia Tymkowego plecaka.

Bohaterami tej książki jest dwójka rodzeństwa: chłopiec (narrator, czyli ja) i jego siostra Klara, trochę starsza, taka wczesna podstawówka. A to, co bohaterowie robią, u każdego rodzica powoduje przyrost siwych włosów, a u każdego dziecka wywołuje radosne błyski w oku (słucham i pluję sobie w brodę: ja naprawdę pozwoliłam im tego słuchać?). Hmm, testowanie, czy tort na cześć gości nie jest zatruty? Świetna zabawa! Walka ze złodziejem przez wieszanie wiadra wody nad drzwiami? Superpomysł – moje spytały, czy nie wybieram się przypadkiem do teatru! Przefarbowanie jamnika (na szczęście nie mamy) – ekstra! Nauka pływania w wannie? Smarowanie niemowlaka kremem przeciwzmarszczkowym? – da się zrobić! Chłopcy co chwila wybuchają śmiechem (Tymek też, choć oczywiście jest już „za stary” na takie lektury), a przesympatyczni i zwariowani bohaterowie książki rozrabiają dalej. Rozrabiają cudownie, w najlepszym stylu książkowych rozrabiaków i na dodatek tak bardzo prawdopodobnie – jako rodzic jestem w stanie wyobrazić sobie prawie każdą taką sytuację w rzeczywistości. To cudowna książka na smutek i chandrę – nie da się przy niej nie śmiać. Nie da się także nie lubić Klary i jej braciszka – tylko pamiętajcie, żeby ich nie mylić, to bardzo ważne.

Lektura obowiązkowa – tylko później trzeba przez jakiś czas uważnie obserwować, czy i jak zakiełkowały pomysły. Bo to, że zakiełkują jest więcej niż prawdopodobne. Teraz nie pozostaje mi nic więcej, jak znaleźć kolejne części – Piotrek już na nie czeka.

Dimiter Inkiow, Ja i moja siostra Klara, Tatarak 2008

Wirusy i limfocyty, czyli co się dzieje, gdy dopada nas przeziębienie

Chorujemy rodzinnie, zaatakował nas jakiś paskudny wirus. Wiecie, jak to jest: z nosa cieknie, gardło boli, powieki nie chcą się otwierać. Słuchamy bajek, oglądamy filmy, trochę czytamy, choć nie za dużo, bo wysiada mi gardło ku rozpaczy Piotrusia.

Gdy pojawia się w domu jakaś choroba, Piotruś (tak jak kiedyś Tymek) najpierw żąda, żebyśmy obejrzeli odcinek serialu „Było sobie życie”, a potem wyciąga z półek książki Wojciecha Feleszko o rodzinie Nosków i doktorze Florentym Orzeszko i zaczyna się zastanawiać, co nas zaatakowało. O książce „Nóż w palcu. Skaleczenie” już kiedyś pisałam, więc dzisiaj będzie o „Lądowaniu rinowirusów”, bardzo na czasie, i o biegunce (tak, tak o rotawirusach!). Obie wydało wydawnictwo Hokus-Pokus.

Wojciech Feleszko, Lądowanie rinowirusów

Kajtek, syn państwa Nosków, dostał w przedszkolu temperatury. Zaatakowały go rinowirusy, które tylko czekały na taką okazję – udało im się przeskoczyć z ręki Jasia. Jaś wytarł nos ręką, a nie chusteczką, ręki nie umył – wymarzone środowisko dla złośliwych mikrobów.

Teraz dygresja: z punktu widzenia rodzica książki Wojciecha Feleszko to świetny materiał dydaktyczny. Wcale nie chodzi o wiedzę na temat wirusów, bakterii czy procesów zachodzących wewnątrz organizmu, choć takich informacji jest tutaj sporo i łatwo je zapamiętać. W obu historiach autor podkreśla, jak ważne są podstawowe zasady higieny – bez moralizowania, jakby przypadkiem. Wszystkie znane mi dzieci, które czytały te książki, zaczynały częściej biegać do łazienki, żeby umyć ręce. Szczególnie dobrze działała na nie opowieść o rotawirusie.

„Lądowanie rinowirusów. Przeziębienie” to opowieść o zwykłym zaziębieniu, takim jakie dopada właściwie każde dziecko kilka razy do roku. Kajtek także zachowuje się jak typowe dziecko: marudzi, narzeka, nie chce łykać syropu i wpuszczać kropli do nosa. Ma jednak szczęście, że leczy go doktor Orzeszko, który ma ogromny talent do wyjaśniania, dlaczego branie lekarstw jest ważne. W nosie Kajtka opasły Limfocyt, głównodowodzący obrony, walczy z paskudnym Rinowirusem i jego szajką.

Aaaaaaalarm! – wrzasnął – Wstawać, śpiochy i gamonie! Zbierać broń! Jakieś łajdaki dostały się do naszego nosa! To pewnie znowu Rinowirus i jego banda! – ryknął na swoich ludzi. – Baczność! Wymarsz! – zakomenderował, zakładając przez ramię chlebak z czerwonym krzyżykiem i dopinając w pośpiechu pas na wielkim brzuchu.

Wojciech Feleszko, Lądowanie rinowirusów

Dla Piotrusia ważna jest główna historia, z której można się dowiedzieć, jak przebiegała batalia, jaką broń dostały limfocyty, gdy Kajtek połknął syrop, co robiły wirusy, aby zwiększyć swoją liczebność. Tymek uważnie czyta wszystkie dodatkowe informacje. Niektóre są zabawne, inne poważne, ale można się z nich sporo dowiedzieć o wirusach i pracy lekarza.

W drugiej książce „Wielki grzmot. Biegunka” Kajtek nie myje rąk po zabawie ze szczurem Maurycym. Biedny nie wie, że szczurek przydźwigał do domu szczurzy skarb, na którym siedziało mnóstwo paskudnych rotawirusów.

Wojciech Feleszko, Wielki grzmot

Rotawirusy zamieniają żołądek i jelita Kajtka w wielki wirusi plac zabaw. Efekty tych zabaw prawie każde dziecko zna z prawdziwego życia. Na szczęście na miejscu jest dzielny Limfocyt, który na okręcie ORP „Immunoglobulina” wydaje wirusom morską bitwę. Jej efekt nie był jednak przesądzony – przydała się pomoc doktora Orzeszko.

Damy radę – stanowczo oświadczył Doktor Orzeszko. – Wykurzymy je bakteriami! – dodał z tajemniczym uśmiechem, sięgając do swojej torby. […]

Bakterie? – zaniepokoił się tata.  – Czy to aby nie za wiele, dla takiego malucha?

Nie! – ucieszyła się Julka. – Zarazimy go bakteriami, żeby go wyleczyć z wirusów.

Oczywiście wszystko dobrze się skończy. Po lekturze tej książki moje dzieci starannie myły ręce i co jakiś czas przypominały mi, że trzeba myć klamki, myszki (te od komputera) i piloty od telewizora, bo na nich siedzi najwięcej wirusów i bakterii. Tak, tak, takich informacji też się można z tej książki dowiedzieć.

Myślę, że medyczna historia rodziny Nosków nie byłaby tak sugestywna i oddziałująca na wyobraźnię, gdyby nie ilustracje Ignacego Czwartosa.

Wojciech Feleszko, Wielki grzmot

Jego wirusy są niesamowite. Wyglądają jak banda kosmitów, całkiem odmiennych od tego, co znamy na co dzień. Obraz wirusów przyklejających się do dłoni na długo zapada w pamięć. Obaj moi chłopcy mają swoje ulubione ilustracje, próbowali także sami wymyślać, jak mogłyby wyglądać „najfajniejsze” wirusy. Po lekturze książek wydanych przez Hokus-Pokus podawanie leków jest łatwiejsze i jakoś szybciej się zdrowieje. Być może powinny być sprzedawane w aptekach jako jeden z suplementów diety zwiększających odporność.

Wojciech Feleszko, Lądowanie rinowirusów. Przeziębienie, Hokus-Pokus 2011

Wojciech Feleszko, Wielki grzmot. Biegunka, Hokus-Pokus 2013

Olaf, Konstanty i Anna Maria, czyli rodzina Różyczków w akcji

O rodzinie Różyczków było całkiem niedawno, ale nie mogę nic poradzić na to, że moje młodsze chodzi po domu z książkami wydanymi przez Wydawnictwo Bona pod pachą i każe sobie co chwila czytać o przygodach szalonej trójki i pana Rurki. Piotruś najchętniej przygarnąłby jakiegoś uczynnego sąsiada, ale – chyba na szczęście – nie mamy podobnego do pana Rurki w okolicy.

Teraz na topie są dwie inne książki o przygodach sympatycznej rodziny: „Tato, popłyńmy na wyspę!” i „Tato, w studni nie ma wody!”.

Tato, w studni nie ma wody

„Tato, popłyńmy na wyspę!” to historia wyprawy rodziny Różyczków do portu. Tym razem dzieci nie wzięły ze sobą masztu flagowego, tylko stary zegar wahadłowy i kilka innych rzeczy, które każdy zwyczajny rodzic kazałby bez gadania zostawić w domu. Godna podziwu jest i wyrozumiałość taty, i wytrwałość dzieci, które pracowicie dźwigają wszystkie „niesamowicie potrzebne” przedmioty. Olaf, Konstanty i Anna Maria zachowują się jak typowe dzieci, które uwielbiają wrzucać do wody wszystko, co nawinie im się w ręce, a Paweł Różyczko nie zachowuje się, jak typowy rodzic 🙂 W efekcie różnych zbiegów okoliczności rodzina wchodzi w posiadanie wspaniałej łodzi – i sami przeczytajcie, co było dalej…

– Dzieciaki! – zawołał [tato]. – Jak nazwiemy łódź?

– „Łódź” – powiedział Konstanty. – „Łódz”, byłaby dobra!

– „Pirat”, „Dzieci Pirata” – zaproponował Olaf.

– „Celwona Kacka Kwacka” – wymyśliła Anna Maria. – „Łysy Kamyk”!

Po tej części wiemy już, skąd wzięła się piaskownica Różyczków. I bardzo dobrze rozumiem pana Rurkę – akurat w tej części nie odgrywa większej roli – który twierdzi, że nie warto się kłaść, zanim rodzina Różyczków nie wróci do domu. Nie warto także zaczynać czytać tej książki przed snem, bo z dużym prawdopodobieństwem dziecko rozbawi się tak, że nie będzie w stanie zasnąć.

Druga książka, „Tato, w studni nie ma wody!” w pewnym momencie staje się tak zadziwiająca, że ja się poddaję i przyznaję, że nie mam pojęcia, co poeta miał na myśli. Piotruś ją jednak pokochał. Po pierwsze dlatego, że jest w niej panna Kolcatka, o pardon, Kolczatka Stukatka. Po drugie dlatego, że rodzina Różyczków za sprawą tejże panny wchodzi w posiadanie domku letniskowego nad jeziorem, którego nie ma. I wiecie co? Od Pawła Różyczko można się jednak nauczyć cierpliwości w przyjmowaniu niespodzianek, które za sprawą dzieci przynosi nam życie.

Czego w tej historii nie ma… Jest nowy komputer, krzywy domek letniskowy bez wody, ale za to z pomostem i sauną, pan Rurka śledzący Różyczków na swoim motorowerze i z tajemniczym narzędziem, zły stwór studniowy, sowa mieszkająca pod okapem i przeloty wędrownych ptaków. Piotruś śmieje się cały czas, a gdy kończymy lekturę dokładnie książkę ogląda. To świetna lektura dla starszego, lubiącego słuchać bajek przedszkolaka, a młodszy szkolniak na pewno nie będzie się przy niej nudził. Kreatywność Olafa, Konstantego i Anny Marii jest porażająca, przerażająca i dość zaraźliwa, ale w rzeczywistości trochę łatwiej nad dziećmi zapanować. Czasami trzeba sobie także przypomnieć, że coś, co dla dorosłego bywa problemem i wadą, dla dziecka jest czymś najwspanialszym pod słońcem.

A na koniec cytat, który mi zapadł w pamięć:

„Każde nowe miejsce jest ekscytujące. A jeśli znajduje się w nim coś niebezpiecznego, to jedno jest pewne: muszą to znaleźć dzieci – ot tak.”

I to powinien sobie zapamiętać każdy rodzic.

 

„Tato, popłyńmy na wyspę!”, Wydawnictwo Bona, Kraków 2011

„Tato, w studni nie ma wody!”, Wydawnictwo Bona, Kraków 2012

Na grzyby z tatusiem – to dopiero jest przygoda!

Dzisiaj będzie o jednej z naszych ulubionych książek, a jednocześnie o jednej z najbardziej zabawnych, czyli o „Tato, pojedźmy na grzyby” Markusa Majaluomy, wydanej przez wydawnictwo Bona.

Tato, pojedźmy na grzyby!

Kiedy myślę o tej książce, zaczynam się od razu uśmiechać. Ten sam syndrom zauważyłam u swoich synków. Trudno bowiem nie lubić zwariowanej rodziny Różyczków składającej się z tatusia, trójki dzieci (Olafa, Konstantego i Anny Marii) i mamy. Mamę umieściłam na końcu, bo jest właściwie nieobecna, ciągle na zebraniu albo konferencji, choć jest jednocześnie niesamowicie wyrozumiała. Do rodziny należy także sąsiad Różyczków, pan Rurka. Niby sąsiad, ale zawsze gotowy przybiec na każde zawołanie i z chęcią uczestniczy w każdej zabawie. A wszystkie książki z tej serii mówią o tym, co może się zdarzyć, gdy tatuś i dzieci są w domu sami, a pomaga im uczynny sąsiad.

Tym razem pan Paweł Różyczko przyjechał do domu nowym autem (koniecznie trzeba je zobaczyć), które mnie przypomniało czasy, gdy razem z rodzicami i czwórką rodzeństwa jeździliśmy maluchem na wyprawy do lasu i nad rzekę 🙂 Tatuś jest dumny i zmęczony, chciałby odpocząć, ale dzieci nabrały ochoty na wyprawę do lasu. Cóż więc ma robić biedy tato? Musi pojechać, inaczej się po prostu nie da… A do lasu koniecznie trzeba wziąć atlas grzybów, książkę o zwierzętach i o dinozaurach, jakby się jakiś przypadkiem uchował. Gdyby ktoś nie wiedział, to trzeba z sobą wziąć także maszt flagowy, to rzecz po prostu niezbędna. A w lesie mogą się przydarzyć przeróżne odkrycia. Tutaj musi być cytat, w przypadku tej książki bez cytatów się nie da:

„A kiedy tata otworzył książkę, włosy stanęły mu dęba, a fajka wypadła z ust… (…) O wy.. yyh!… co za bałwan… wytłumaczcie mi, kto z was… wy jedni….! Otworzył książkę. Dzieci wpatrywały się w rysunki grzybów, z których każdy został starannie zamalowany. (..) Ten jest mój – powiedział z dumą Olaf. – Łatwo poznać, bo prawie nie wychodziłem za linię. – Ten jest mój – oświadczył Konstanty. – Od razu wiadomo, bo jest czarny. Czarny to mój ulubiony kolor. – A to jest kolol dziewcynek! – oświadczyła Anna Maria, otwierając książkę na stronie zamazanej od góry do dołu różowymi zawijasami.”

I mniej więcej wszystko wiadomo, prawda? Markus Majaluoma ma cudowną umiejętność uważnego obserwowania rzeczywistości i doprawiania jej odrobiną groteski. Wszystko wygląda niby tak, jak w życiu, ale jest troszeczkę wykrzywione, ciepło wykoślawione i przejaskrawione. Tylko na tyle, by móc się w tym lustrze obejrzeć, rozpoznać i roześmiać. Czytając tę książkę, ma się jednocześnie wrażenie, że wszystko jest tak jak w życiu i jednak nie tak jak w życiu, bo chyba nie znam tatusia, który pozwoliłby swoim dzieciom zapakować do samochodu maszt flagowy. To świetna historia do czytania, bo bawią się przy niej także dorośli, choć czasami śmieją się przy innych rzeczach. Chłopaków rozbawiły majtki tatusia na maszcie flagowym, mnie bardziej monologi Pawła Różyczko (No proszę, rodzina była już gotowa do wyjścia, a on jeszcze nie nakrzyczał na dzieci. Coś wspaniałego! – brzmi znajomo, nieprawdaż?). Autobus Bździąg rozbawił nas wszystkich i bardzo długo o nim rozmawialiśmy.

Piotruś tę książkę bardzo lubi i wysłuchuje w skupieniu od początku do końca, a potem biegnie po następną z serii. Dla mało wprawionych słuchaczy może być odrobinę za długa i troszeczkę przegadana, więc wtedy warto rozłożyć lekturę na raty. Moi chłopcy z dużą przyjemnością oglądają autorskie rysunki Markusa Majaloumy, szczególnie mapy miasta na wyklejkach, na których tropią domek Różyczków. Zresztą na ilustracjach można znaleźć mnóstwo skarbów, takich jak chleb tostowy na półce z książkami. Dopóki sama nie znalazłam kabanosa służącego jako zakładka nie myślałam, że to możliwe.

A na zakończenie cytat z mamy Różyczko:

„Słuchaj, Paweł – powiedziała. – Domyślam się, że mieliście dziś miły dzień, ale gdybym zapytała, skąd przed naszym domem wzięła się ta krowa, to… czy potrafiłbyś mi powiedzieć? – Hmm… nie potrafiłbym – odparł tata. Mama westchnęła głęboko. – Tak też myślałam, moje słońce.”

Duch z butelki, czyli jeszcze raz o Uno i Mattim

Całkiem niedawno pisałam o spotkaniu Mattiego i Uno z yeti, więc wypadałoby opowiedzieć o innej książce. „Duch z butelki” przywędrował do nas w worku Mikołaja, Piotruś od razu polubił tę opowieść, więc na blogu też pojawi się od razu. Tymek, zaglądając mi przez ramię (nie cierpię tego zwyczaju mojego syna), stwierdził, że „Yeti” to ciekawsza historia i już, ale ta druga też może być.

Duch z butelki

O czym więc jest ta historia? Uno i Matti byli na pchlim targu. Znaleźli tam mnóstwo skarbów, a wśród nich niebieską, zakorkowaną butelkę. Po jej otwarciu przed oczami chłopców pojawił się prawdziwy duch, strażnik starego lasu. Duch jest bardzo szczęśliwy, że w końcu wydostał się z butelki, obiecuje więc spełnić trzy życzenia chłopców (mamo, a jeśli on będzie niebezpieczny, tak jak ten dżin od rybaka? – to była obawa Piotrusia, któremu nie tak dawno czytałam opowieść o „Geniuszu i rybaku”). Ten duch jest jednak bardzo przyjacielski, choć trochę znużony przebywaniem w zakmnięciu. Kto by jednak nie był znużony po czterech tysiącach lat?

Chłopcy wybierają się z nim w podróż do lasu, choć chyba nie są przygotowani na wszystkie niespodzianki.

Piotrusiowi bardzo się ta historia podobała, a najbardziej podobało się to, że jest tutaj mama. Od razu po rozpakowaniu prezentu przejrzał książkę, a potem przybiegł podekscytowany: „zobacz, jest ich mama! To znaczy, że w tamtej książce pewnie była w drugim pokoju. Albo wyszła do pracy!”

Historia o Mattim i Uno jest krótka i zwarta. Życzenia chłopców są cudownie dziecięce, tak samo, jak brak zaskoczenia, że z butelki może wyjść duch (może nie może? u mnie w domu mieszka mnóstwo niewidzialnych stworów:-)). Trzylatek wysłucha tej opowieści bez problemów, tym bardziej że ilustracje są barwne, szczegółowe i zajmujące. Pięciolatek wprawiony w słuchaniu bajek może być trochę rozczarowany, że już się skończyło, ale przecież zawsze można zacząć od początku. Czytaliśmy tę historię już kilka razy, pierwszy raz tuż po Wigilii, bo przecież nie dało się już dłużej czekać.