A ja nie chcę być księżniczką

Piotruś ostatnio publicznie głosi, że dziewczyny są głupie. Dlaczego? Chcą być tylko księżniczkami, bawić się tylko w dom, lubią tylko różowy kolor i noszą spinki. Paskudztwo! A na dodatek nie chcą trenować i wymieniać ciosów – kto to widział! Co prawda od razu dodaje, że Zuzia jest inna, a Nikola świetnie się bije, ale dziewczyny są nudne i już.

Za parę miesięcy albo lat pewnie opinia mu się zmieni, ale na razie z pomocą przyszła lektura. I to taka, że Piotrek czyta ją od początku do końca, a potem znowu od początku, zaśmiewając się przy tym do łez.

A ja nie chcę być księżniczką

„A ja nie chcę być księżniczką” Grzegorza Kasdepke to historia Marysi, która – jak tytuł wskazuje – nie chciała być księżniczką. Była smokiem – księżniczką mogła być mama, bo wiadomo, że bycie księżniczką jest bardzo nudne.

Grzegorz Kasdepke wspaniale pokazał świat wyobraźni dziecka, jego chęć powtarzania ukochanej zabawy bez końca (i znużenie rodziców, którzy po prostu mają dosyć, bo ile razy można być zjadanym przez smoka). Wszystkich nas rozbawiła scena przydzielania ról: babcia i dziadek zostali szkieletami i mieli leżeć na dywanie. Nie powiem, żebym czasami nie marzyła o takiej roli, tak sobie po prostu poleżeć i nic nie musieć.

Piotruś śmiał się, gdy dziadek został księżniczką, a babcia smokiem.

A ja nie chcę być księżniczką

A najbardziej śmiał się, gdy Marysia postanowiła zostać basztą i świetnie się w tej roli sprawdziła. Przecież bycie basztą jest fantastyczne, tylko rodzice nie do końca rozumieją, co taka baszta powinna robić i stoją jak kołki. Dziecko może się w takiej roli wspaniale bawić.

Książka została wspaniale zilustrowana przez Emilię Dziubak – Marysia na obrazkach raz jest dziewczynką, a raz smokiem, co wspaniale pokazuje, jak głęboko dziecko wchodzi w każdą zabawę.

Na końcu książki zamieszczono posłowie, w którym Grzegorz Kasdepke opowiada, że do napisania tej bajki skłoniła go prawdziwa opowieść o dziewczynce bawiącej się w smoka i w basztę. Chyba musiało tak być, bo dorosły sam by tego nie wymyślił.

Reklamy

Powędrujemy przez Góry Żmijowe?

Zygmunta Miłoszewskiego kojarzyłam raczej z kryminałami, i to takimi „nie dla <nawet starszych> dzieci”. A kategoria ta okazała się nagle bardzo przydatna, bo Tymek uznał, że może swobodnie sięgać na półkę rodziców i dziadków. Co jakiś czas odbieram mu więc czytaną po kryjomu książkę, która zdecydowanie nie powinna trafić w ręce dziewięciolatka. Moje dziecko szczególnie ciężko przeżyło odmowę zakupienia serii o Jakubie Wędrowyczu i „Demonów Leningradu” (tytuł wg Tymka brzmi interesująco, a o Jakubie słyszał od wujka). Długo trwała dyskusja, że owszem, będzie mógł je przeczytać, ale za jakiś czas.

Na „Góry Żmijowe” oboje zareagowaliśmy entuzjastycznie. Ja, bo spodobała mi się czerwona okładka i baśniowa konwencja, Tymek – bo fajnie jest poczytać książkę dla dzieci napisaną przez autora powieści dla dorosłych (tak jakby to była pierwsza taka książka ;-)). No i mieliśmy okazję do wspólnego czytania, co niestety zdarza się coraz rzadziej. Ciągle czytamy Tymkowi książki na głos, ale ze względu na różnicę wieku między chłopakami musimy czytać im trochę inne książki, więc Tymkowi częściej czyta tato.

Zygmunt Miłoszewski, Góry Żmijowe

Początkowo wydawało mi się, że „Góry Żmijowe” to dość prosta baśń o królewnie i bohaterze, spokojna, łagodna i dość przewidywalna. Nawet zastanawiałam się, czy nie zacząć jej czytać Piotrusiowi, tak zwiodły mnie pierwsze strony opowieści o królewnie Filomenie z Maare i Eryku, synu rybaka z Szertaty. Te dwie krainy są oddzielone od dawien dawna wysokimi górami i mieszkańcy każdej z nich mało wiedzą o swoich bliskich-odległych sąsiadach. Historia zaczyna się bajkowo: Filomena, zmęczona ciągłym pobytem w pałacu – prawo zakazuje jej wychodzenia z domu przed  ukończeniem dwunastego roku życia – w chwili gniewu wypowiada życzenie i zostaje przeniesiona w Góry Żmijowe. Eryk czeka na święto wkroczenia w dorosłość, marzy, by być rybakiem, tak jak jego ojciec, ale dowiaduje się, że jego przeznaczeniem jest ocalenie Szertaty przed suszą spowodowaną złamaniem prawa. Chłopiec musi wyruszyć w Góry Żmijowe i odnaleźć pióro ognistego ptaka, tak jak w bajkach, które opowiadała jego mama.
Eryk i Filomena muszą poradzić sobie sami w sytuacji, na które żadne z nich nie było przygotowane. Bohaterowie dorastają, a wiele niby oczywistych rzeczy nagle ukazuje swoje drugie dno i inne oblicze. Dobrze uporządkowany świat przestaje być taki jasny, a przyjaciółmi okazują się istoty, których wcale o to nie podejrzewaliśmy. Wraz z upływem wydarzeń historia staje się coraz bardziej mroczna i tajemnicza, dziewięciolatka wciągnęła tajemnicza atmosfera i aura magii. Miłoszewski wplata do swojej historii humor i bawi się konwencją, nawiązuje do różnych bajek i przekręca znane z baśni motywy. Tymek dobrze się bawił i żałował tylko, że opowieść tak szybko się skończyła, a ja cieszyłam się, że nie zaserwowałam ją Piotrkowi. Dla pięciolatka historia ta mogłaby być jeszcze trochę zbyt straszna.