Bo ja to będę policjantem!

Tymek ma bardzo dokładnie sprecyzowane plany na przyszłość. Gdy dorośnie będzie policjantem i podróżnikiem… Może być oczywiście także astronautą lub – jeszcze lepiej – gwiezdnym rycerzem, ale to w drugiej kolejności. Choć oczywiście najlepiej byłoby być gwiezdnym policjantem i ścigać kosmicznych przestępców. Planuje skonstruowanie specjalnych rakiet i pojazdów i wyprawę na inne planety. Jako jego mama po cichu liczę, że kiedyś przejdzie mu ten zapał do ścigania innych. Pocieszam się, że z wielu małych chłopców ganiających z pistoletami wyrośli pacyfiści :-). Na razie jednak szukamy lektur, które odpowiadałyby mojemu synkowi, to znaczy były pełne przygód…

I tak trafiliśmy na serię „Dziecięcy świat przygód” wydaną w 2007 r. przez wydawnictwo Papilon. W serii wyszło cztery książki: „Mali Piraci” Marcina Przewoźniaka, „Mali agenci” Agnieszki Stelmaszczyk, „Przyjaciółki” Marcina Przewoźniaka i „Mali przyjaciele” Ireny Landau.

Zaczęliśmy lekturę od „Małych agentów” Agnieszki Stelmaszczyk.

 

Tymek wypatrzył ją na półce w bibliotece i z okrzykiem „Widziałem ją u Kuby!” zaczął przeglądać. Nie było dyskusji, musieliśmy ją wypożyczyć i zacząć czytać natychmiast po powrocie do domu. Mojego synka niesamowicie wciągnął świat przygód dzieci, które były tak dzielne i tak odważnie walczyły ze śmiecącą czarownicą, że zostały zwerbowane do tajnej służby Małej Królowej. A wiadomo, czego najbardziej potrzebuje mały agent: mnóstwa fajnych gadżetów, które wyglądają jak zabawki i żadnego dorosłego nie zmuszają do zastanowienia i zadawania pytań. Mój syn konstruował więc neutralizatory, fotoradary, inhibitory i inne dziwne przyrządy, których przedziwnych nazw nie potrafię nawet powtórzyć.
„Mali agenci” to zabawna, dobrze napisana i bardzo współczesna historia grupki przyjaciół z osiedla: najstarszy z nich ma osiem lat, najmłodszy Krzyś – cztery. Dzieci – trzy dziewczynki i trzech chłopców – przeżywają różne przygody w służbie Małej Królowej: walczą z duchami, które chcą zawładnąć Ziemią i sprowadzić „Gęstych” do roli niewolników, z różnymi potworami i piratami, a także innymi agentami, którzy okazali się nielojalni wobec Małej Królowej. Dzieci czasami się kłócą, czasami na siebie obrażają, ale i tak najważniejsza okazuje się współpraca, odpowiedzialność i przyjaźń po prostu. Przyjaciele uczą się, że warto współpracować, bo można zdziałać więcej i w grupie fajniej się bawić. Ta nauka jest przedstawiona w bardzo delikatny sposób, nie ma w tej książce żadnego moralizatorstwa. Ciekawe jest także to, że mogę sobie wyobrazić grupę dzieci bawiącą się właśnie tak, jak opisano w tej książce: dziecięca wyobraźnia nie zna granic – ponton może być poduszkowcem, a butelka po wodzie mineralnej strażacką gaśnicą.
Naprawdę bardzo dobra książka dla cztero-, pięciolatka, bo wydaje mi się, że dla starszych dzieci będzie już zbyt dziecinna. My połknęliśmy ją przez weekend. A ponieważ autorka zakończyła „Małych agentów” obietnicą, że jeszcze napisze o ich przygodach, jeśli tylko uzyska zgodę Małej Królowej, Tymek od rana w poniedziałek marudził, że musimy iść do biblioteki: „po drugą część, bo Mała Królowa na pewno się zgodziła. Na pewno jest druga część”. I już od progu zaczął wyjaśniać Bogu ducha winnemu Panu Bibliotekarzowi, że on przyszedł po drugą część „Małych agentów” i nie ma czasu szukać, i koniecznie trzeba mu pokazać, gdzie ta druga część leży. Oczywiście drugiej części nie było, więc synek obraził się na cały świat, a przede wszystkim na bibliotekę i stwierdził, że w takim razie to on dzisiaj niczego nie wypożycza. Ale ja wypatrzyłam na półce drugą książkę z tej serii „Małych Piratów” Marcina Przewoźniaka i mimo protestów mojego synka, udało nam się ją zabrać do domu.

 

Tę książkę mogę z czystym sumieniem polecić także trochę starszym dzieciom, które jednak nie boją się szkieletów (albo uwielbiają piratów z Karaibów), bo jednym z negatywnych

bohaterów jest kapitan Klekot, dowódca okrętu widma. Ale może od początku…
„Mali piraci” to historia pięciorga dzieci zamieszkujących fort Tort. Są to oczywiście synowie i córki piratów (i piratek), którzy wyruszyli gdzieś z tajną misją i ślad po ich zaginął. A gubernator planuje oddanie dzieci do domu dziecka, na co jednak żadne przyzwoite dziecko pirata nie może się zgodzić. Dzieci uciekają na morze na dziecięcej, ale bardzo szybkiej, korwecie Chichot Oceanu, wykorzystywanej w pirackiej szkole. Razem z nimi ucieka Paprotek, czyli gadająca paprotka, Papuga Pistacja mówiąca wierszem i dzielny Kot Korsarz, w butach i kapeluszu oczywiście. I wtedy dopiero zaczynają się przygody.
Tymek nie mógł się od tej książki oderwać: bo i Wikingowie, i Robinson, i niemiecki okręt podwodny, i kapitan Klekot. No i na końcu odnalezieni rodzice – niczego nie zdradzam, po prostu nie mogło być inaczej. Mnie początkowo raziło trochę takie pomieszanie z poplątaniem: gdzie Wikingowie, gdzie piraci, a gdzie okręty podwodne. A na dodatek Wikingowie planują wprowadzenie łodzi na kółkach o nazwie volvo, plastikowych pieniędzy i urządzeń nokia (nasz oryginalny komunikator i alarmofon), które jeszcze do końca nie wiadomo, do czego mają służyć. A potem zaczęło mnie to bawić. Bo świat w tej książce jest skonstruowany w myśl dziecięcej zasady: wszystko może się dziać w tym samym czasie. A więc dinozaury mogą żyć wtedy, gdy babcia, a Wikingowie krążyć po morzach razem z okrętami podwodnymi. Historię pozostawmy historykom, niech żyje przygoda. Szczerze mówiąc, mnie najbardziej bawiły parafrazy z Mickiewicza w dziobie papugi Pistacji: „Wstąpiłam na działo i spojrzałam na morze, dwieście armat grzmiało…”
Mali piraci to dwie dziewczynki i trzech chłopców: czasami się kłócą, czasami na siebie obrażają i się złoszczą, ale bardzo się lubią. I nawet gdy się kłócą, to potem potrafią się przeprosić i pogodzić. Tymek trochę się bał groźnego kapitana Klekota, ale tak naprawdę wystarczyło zapewnienie, że wszystko dobrze się skończy, by słuchać, bojąc się głębiej odetchnąć.

A teraz musimy iść do biblioteki po dwie pozostałe książki z serii, które – co prawda – nie mają tak wspaniałych tytułów, ale może okażą się równie ciekawe.

Reklamy