Gotujemy…

Znaczy się: Piotrek gotuje. Wrócił któregoś dnia ze szkoły i od drzwi zapytał, czy kupię mu książkę. Kucharską! Bo on teraz musi zrobić taki napój bananowy z podręcznika do polskiego. Ale to przepis z takiej książki i on chciałby ją mieć, bo w podręczniku są tylko dwa. A on pomyślał, że fajnie by było zacząć się uczyć gotować. Bo trochę już umie, a chciałby więcej.

Przyznam, że chwilę zajęło mi zorientowanie się w tym wszystkim. W końcu zniecierpliwione dziecię wyjęło z plecaka podręcznik, otworzyło na właściwej stronie i pokazało palcem tytuł. I wszystko stało się jasne. W podręczniku są fragmenty książek i Piotrka zafascynowały przepisy z książki „Dzieci gotują” Agnieszki Górskiej. Nie mogłam nie kupić.

Agnieszka Górska, Dzieci gotują

Dziecko nie mogło się doczekać przesyłki. A kiedy książka w końcu doszła, Piotrek najpierw przestudiował spis treści, potem zadzwonił do taty z prośbą o zrobienie zakupów (było już późnawo i sam nie mógł iść do sklepu), a potem przygotował cukierki. Śmietankowo-kawowe i bardzo pyszne. Co prawda miały być ślimaczki, a wyszły bardziej, hmm, ciasteczka (możecie je zobaczyć na zdjęciu), ale smak wynagradzał wszystko. Teraz dziecko planuje zrobienie domku Baby Jagi, a ja zastanawiam się, czy kiedyś zajrzy do innej części niż „Ciastka i łakotki”.

Agnieszka Górska, Dzieci gotują

Agnieszka Górska napisała kilka książek z przepisami dla dzieci. Do naszego domu trafiła „Wielka księga przepisów”, w której zebrano receptury publikowane także we wcześniejszych wydaniach. Ilustracje narysowała Marianna Oklejak, a książkę wydało Wydawnictwo Demart. Bardzo się przyjemnie tę książkę wertuje. Przepisy są czytelne, kolorowe i bardzo smakowite. Aż chce się wszystkie wypróbować.

To prawdziwa, pełna książka kucharska. Znajdziecie w niej dania na zimno i na ciepło, potrawy słodkie i słone, proste i bardziej pracochłonne. Mały kucharz może się z niej także dowiedzieć, jakie przyrządy będą mu potrzebne, jak nakrywać do stołu i co oznaczają miary w przepisach. To wiedza przydatna w końcu nie tylko w kuchni.

Agnieszka Górska, Dzieci gotują

Bardzo spodobał mi się pomysł umieszczenia w książce przepisów z różnych stron świata. Co prawda większość znamy, bo chyba nie ma dziecka, które nie lubi pizzy lub spaghetti, ale własnoręcznie przygotowane leczo na pewno smakuje lepiej niż to mamine, a przy okazji można się czegoś ciekawego dowiedzieć.

W książce znajdziecie także krótkie historyki do poczytania, których akcja kręci się wokół kuchni i jedzenia. Jak widać, każdy może znaleźć w niej coś dla siebie – a my na dodatek bardzo lubimy kreskę Marianny Oklejak. Oglądamy, czytamy, gotujemy – a potem zajadamy, czasami przy tym czytając, choć wiemy, że to niezdrowo i że tak nie wolno.

Agnieszka Górska, Dzieci gotują, il. Marianna Oklejak, wyd. Demart

Reklamy

Atlas mitów

Jak wiele mitologii znacie? A wasze dzieci? Na pewno grecką, bo ciągle uczą się o niej w szkole. Może nordycką? Znajdą ją w wielu książkach fantasy. Pewnie kojarzą egipskich bogów z głowami zwierząt. Być może wiedzą coś o hinduskiej. A przecież mitologii jest tak dużo, jak ludów. Pamiętamy historie, na których opierały się wielkie cywilizacje, ale mitologia nie jest wyłącznie ich domeną. Swoje historie o bogach, bohaterach i stworzeniu świata mieli Aztekowie i ludy Polinezji, Słowianie i plemiona z głębi Afryki, pewnie wszystkie ludy świata. Thiago de Moraes zaprasza na wędrówkę po niektórych z nich.

Thiago de Moraes, Atlas mitów

„Atlas mitów” (Nasza Księgarnia) to ogromna i ciekawie zilustrowana podróż przez mitologie. Napisana i narysowana z myślą o dzieciach, ale przeczytałam ją z dużym zainteresowaniem. Autor prowadzi nas przez różne kontynenty i ludy, od starożytnych Greków po afrykański lud Jorubów czy pochodzących z Amazonii Janomamów. Jak napisał wydawca w przedmowie do wydania brytyjskiego:

„Atlas mitów” to przystępne wprowadzenie do dwunastu spośród najbardziej fascynujących kultur na naszej planecie. Niektóre z opisywanych wierzeń stanowią dziś już tylko część historii, natomiast inne są nadal święte dla wielu ludzi na całym świecie. My jednak nie próbowaliśmy objaśniać współczesnych praktyk religijnych, ponieważ nie jest to tematem naszej książki. Najważniejsze są tutaj opowieści przekazywane przez wieki z pokolenia na pokolenie, pomagające w zrozumieniu ludzkiej egzystencji i otaczającego świata. (s. 2)

Thiago de Moraes dodał, że inspiracją do stworzenia tej książki były jego dzieci. Czytał im książki, które sam lubił w dzieciństwie, a przy okazji wyobrażał sobie te wszystkie wspaniałe, cudowne i niesamowite krainy. Teraz my możemy cieszyć się nimi razem z naszymi dziećmi.

Thiago de Moraes, Atlas mitów

Każda część dotycząca jednej mitologii jest tak samo skonstruowana. Najpierw dostajemy ogólny opis wierzeń. Nie znajdziecie tutaj suchych informacji i poważnych faktów. Thiago de Moraes potrafi popatrzeć na mity z przymrużeniem oka i z humorem krótko podsumować najważniejsze fakty. Piotrek przeczytał mi ze śmiechem cały tekst wprowadzający do mitologii azteckiej, który zaczyna się tak:

Ogień, powodzie, jaguary i kilku bardzo głodnych bogów. Nie uwierzycie, na ile okropnych sposobów może dojść do końca świata. (s. 31)

Powstrzymalibyście się przed lekturą dalszej części? Ja i moje dziecko byliśmy ogromnie ciekawi, co było dalej i o co chodzi.

Thiago de Moraes, Atlas mitów

Każde wprowadzenie kończy się króciutką notką „Gdzie?”, która wskazuje, gdzie zawędrowaliśmy. Warto wiedzieć, czy akurat jesteśmy w Europie, w Indiach czy może w amazońskiej dżungli. Na początku książki dostajemy szczegółowe instrukcje, co zawiera każda część i jak poruszać się po książce.

Thiago de Moraes, Atlas mitów

Po ogólnej planszy czas na mapę. Thiago de Moraes zaszalał: cała kosmogonia na jednej planszy. Rewelacyjna. Do długiego studiowania i wnikliwego obserwowania. I rozpaczliwego poszukiwania, gdzie jest ten numerek, bo — jak dla mnie — kolejność tych numerów jest znana tylko autorowi. Ale zabawa przy tym przednia, a i informacji całkiem sporo.

Thiago de Moraes

Thiago de Moraes, Atlas mitów

Następną część stanowią opowieści charakterystyczne dla danej mitologii oraz plansza z artefaktami i postaciami. Coś dla smaku i pobudzenia apetytu na więcej.

Thiago de Moraes, Atlas mitów

Thiago de Moraes, Atlas mitów

„Atlas mitów” nie stanowi wyczerpującego kompendium mitów i kultury danego obszaru. Historie zostawiają niedosyt i zachęcają do dalszych badań i lektur. Piotr po lekturze atlasu wyciągnął z półek inne mitologie i szuka w nich informacji o mumiach, trzęsieniach ziemi, bogach i potopach. Pewne mity i historie zdają się być uniwersalne i powtarzać niezależnie od kultury. Niektóre są całkiem odmienne i stanowią świadectwo innych warunków życia i zaskakującego dla nas spojrzenia na świat.

Książka Thiago de Moraesa uczy nas pokory. Pokazuje, jak mało wiemy i jak wiele fascynujących historii zostało jeszcze do odkrycia. Niezależnie od tego, w co wierzymy, możemy cieszyć się bogactwem ludzkiej wyobraźni i podziwiać sposoby, w jakie ludzie tłumaczyli sobie świat — od fiordów Norwegii po polinezyjskie wyspy. Warto wyruszyć w tę podróż.

No i znajdziecie w tym atlasie świat Słowian. Co prawda przytoczone opowieści wywodzą się bardziej z kultury rosyjskiej niż polskiej, ale dobrze, że się tutaj znalazły. Pewnie znawcy słowiańskiej mitologii mieliby dużo do powiedzenia, ale ja się ogromnie cieszę, że moje dziecko mogło przeczytać nie tylko o Odynie i Zeusie, ale także o Świętowicie, Mokoszy i Marzannie. To tylko jedna z wersji tej historii, ale przecież od czegoś trzeba zacząć.

Thiago de Moraes, Atlas mitów

Thiago de Moraes, Atlas mitów, tł. Anna Nowak, Nasza Księgarnia 2018

Mirabelka

„Mirabelka” Cezarego Harasimowicza to ostatnia książka, jaką przeczytałam w 2018 r., jeszcze przed sesją gier planszowych z synami, którą uczciliśmy Sylwestra. Szukałam książki o Historii i o Zagładzie, a znalazłam lekturę opowiadającą o trudnych czasach i splątanych polskich losach. Ta książka uczy, jak patrzeć z nadzieją w przyszłość, jak z przeszłości wyłania się to, co jest dzisiaj i jak my dzisiaj możemy i musimy zadbać o pamięć o tym, co było.

Cezary Harasimowicz, Mirabelka

Uprzedzam, wstęp będzie nieco przydługi. Sięgnęłam po „Mirabelkę”, poszukując książek, które pokażą całkiem niedawną historię, tak aby poruszyć, ale nie przerazić. Podczas jednej z rozmów z moim inteligentnym i oczytanym Starszym zrozumiałam, że moje dziecko nie wie niczego o czasach, które dla mnie są ciągle bliskie. To znaczy zna fakty, daty i nazwiska, ale jednocześnie niczego nie rozumie. W ferworze dyskusji nagle palnął, że przecież pobyt w obozie koncentracyjnym, to była taka przygoda, może trochę straszna. Potem nie mógł zrozumieć mojego oburzenia, zgorszenia, złości, a ja zastanawiałam się, czy mogę dać dwunastolatkowi Borowskiego i Hannę Krall do czytania.

Dla mojego pokolenia, wychowanego w czasach późnego komunizmu (tak, tak, pamiętam te czasy), wiedza o tym, czym były obozy koncentracyjne i obozy pracy, jak wyglądała okupacja zdaje się czymś naturalnym. Ciągle jeszcze dowiadujemy się oczywiście, że pewne fakty z naszej historii powinny być interpretowane inaczej, ale wojny doświadczaliśmy nie tylko na podstawie książek. Była obecna w słowach, a czasami w milczeniu Dziadków, w rodzinnych historiach, we łzach ciotek, które zapalały świeczki przy grobie nieznanego żołnierza. Pamiętam obrzydzenie, z jakim moja babcia patrzyła, jak zajadamy się rzepą wyszabrowaną z cudzego ogrodu. Potem, z trudem dobierając słowa, opowiedziała nam o obozie. Dla mojego dziecka to tylko historia, jedna z wielu opowieści o jakiejś babci i jakimś dziadku, których nigdy nie poznał. Z powszechnego obiegu zniknęła literatura obozowa — trudną ją znaleźć na bibliotecznych półkach. Historia w szkole — ech, każdy wie. Dzieci nie widzą grozy, bólu i lęku — za to świetnie bawią się na rekonstrukcjach bitew. Przecież to przygoda… Ściska mnie lęk, że wygładzając przeszłość i chroniąc nasze dzieci przed opowieściami pełnymi bólu, brudu i płaczu wychowujemy pokolenie, które nie rozumie.

Stąd wzięła się w moim domu „Mirabelka” — mądra i przejmująca książka o polskiej historii z przepięknymi, nastrojowymi ilustracjami Marty Kurczewskiej. Na jej rysunki można się patrzeć bardzo, bardzo długo.

Cezary Harasimowicz, Mirabelka

Narratorem jest drzewo — zwykła mirabelka, jedna z wielu pokoleń mirabelek rosnących na warszawskim Muranowie. Kto nie zna mirabelek? Słodkich, żółtych jak słońce śliwek, które opadają na ziemię pod ciężarem soku? Bardzo lubimy kompot z mirabelek. Sąsiedzi mirabelki z książki też lubią kompot, dlatego pod drzewo przychodzi Dorka w czerwonym płaszczyku, córka pracownika banku, której mama czytuje poezję, Chaim, syn praczki i kupca handlującego śledziami na Krecelaku, bracia Alfusowie, właściciele małej fabryczki produkującej stroje karnawałowe, Izaak, który tak pięknie gra na skrzypcach, że aż zmieniają się od tego ludzkie serca. Ten Muranów sprzed II wojny światowej to inne miasto, pełne obcych dla nas dzisiaj imion i zwyczajów. Tylko marzenia ludzkie są takie same: o miłości, szczęściu, rodzinie. Mirabelka zna tutaj wszystkich. Dzieci potrafią ją usłyszeć i z nią rozmawiać. Na dorosłych także się stara wpłynąć i czasami jej się udaje.

Cezary Harasimowicz, Mirabelka

Młode, radosne drzewko rosnące i dorastające tuż obok swojej mamy jest świadkiem świąt, wesel, ukrytych pocałunków i cicho szeptanych obietnic. Jasna przyszłość zaczyna się jednak chmurzyć, pojawiają się niepokojące głosy, plotki, smutne nowiny. Przynoszą ją mirabelce ludzie i drzewa, bo przecież drzewa też potrafią ze sobą rozmawiać (a kasztany to znani plotkarze). Nadchodzi wojna, a wraz z nią zagłada całego znanego mirabelce świata — tutaj, gdzie rośnie, powstaje getto.

Cezary Harasimowicz, Mirabelka

Oczami kolejnych pokoleń mirabelek oglądamy wojnę, powstanie w getcie, odbudowę stolicy. Cezary Harasimowicz prowadzi tę historię aż do naszych czasów. Widzimy Marzec 68 roku, potem stan wojenny i coraz bardziej kolorowy świat, w którym — jak się okazało — niekoniecznie jest miejsce na mirabelki. Na szczęście ta historia ma happy end, i to zarówno w książce, jak i w życiu.

„Mirabelka” opisuje historię prawdziwego miejsca i prawdziwego drzewa, choć nie wszystkie występujące w niej postacie żyły naprawdę. Cezary Harsimowicz dorzucił do opowieści kilka postaci-symboli. Spotykamy na jej kartach Irenę Sendlerową i Mordechaja Anielewicza — pasują tutaj doskonale. W efekcie powstała niezwykle poetycka, wzruszająca i wciągająca opowieść o kolejnych pokoleniach warszawiaków, którzy wracali do swojego miejsca za życia i po śmierci. Opowieść pełna smaków, zapachów i muzyki, w której duchy opiekują się żywymi, ale same pragną być zapamiętane.

Cezary Harasimowicz, Mirabelka

Ciągle myślę o tej książce. O pamięci drzew. O podziemnych miastach, po których chodzimy nieświadomi, że pod stopami ukrywa się wielowiekowa historia zmieciona z powierzchni ziemi, o nieczułości jednych, którzy wycinają drzewo-symbol, bo ważniejsze jest wykorzystanie każdego skrawka terenu, i pasji drugich, którzy o przywrócenie tego symbolu walczą. Mirabelka wróciła na Muranów — blisko miejsca, gdzie rosła pierwotnie. I nie jakaś tam zwykła mirabelka, ale praprawnuczka tej, która od lat obdarzała w tym miejscu ludzi swoimi owocami. Dobrze jest pamiętać i walczyć o to, by to, co ważne, nie zostało zapomniane.

Napijcie się kompotu z mirabelek. A jak nie macie, to poczekajcie do lata i poszukajcie żółtych śliwek. Przy okazji rozejrzyjcie się — może gdzieś koło was też kryje się tajemnica? Może dobre duchy przeszłości ciągle się wami opiekują, mając nadzieję, że ktoś przypomni ich historię?

 

Cezary Harasimowicz, Mirabelka, il. Marta Kurczewska, Zielona Sowa 2018

Czytamy komiks! — Trupie gadki

To będzie chyba jedna z najszybszych recenzji na blogu. Książka przywędrowała do nas przed kilkoma dniami. Piotrek znalazł ją pod choinką i przeczytał właściwie od razu. Zaczął tuż po Wigilii i ciężko go było zapędzić do spania. Skończył czytać pierwszego dnia świąt i natychmiast zaczął czytać jeszcze raz, a potem kolejny. Teraz książka leży na stoliku, a on podczytuje co ciekawsze historie, zadając przy okazji mnóstwo pytań o słynnych ludzi, o których istnieniu czasami nigdy wcześniej nie słyszałam. Wstyd po prostu.

Adam Murphy, Trupie gadki

Hmm, właściwie można powiedzieć, że to wywiady z zombie, tylko takimi słynniejszymi. „Trupie gadki” mają konwencję talk show w wersji rysunkowej. Mamy gospodarza programu, w tej roli alter ego autora, czyli niejaki Adam Murphy. Historia ludzkości pełna jest ciekawych i intrygujących postaci, więc Adam postanowił zadać im pytanie, co sprawiało, że potrafili tyle zdziałać. Co z tego, że te osoby nie żyją? Przecież można je wszystkie odkopać! Zaczynamy!

Adam Murphy, Trupie gadki

Piotrek studiował mapę wykopalisk naprawdę dokładnie. Sprawdzał, kto kiedy żył, bawił się w wypatrywanie szczegółów. Jak sam mi powiedział, ta książka to nie tylko komiks, ale także łamigłówka, i to niesamowicie ciekawa. Zresztą określenia: fajne, ciekawe, interesujące, śmieszne, pojawiały się co chwila, gdy poprosiłam synka, by mi opowiedział, o czym TA KSIĄŻKA jest i dlaczego warto ją przeczytać. W skrócie mówiąc: o historii, tylko napisana tak, że czytelnik ciągle się uśmiecha, wcale się nie nudzi i ma ochotę dowiedzieć się więcej. Lista gości programu Adama Murphy’ego może onieśmielać, ale okazuje się, że to bardzo sympatyczne postacie, choć rozmowa z niektórymi może być dla prowadzącego groźna. Nie każdy wywiad kończy się happy endem.

Adam Murphy, Trupie gadki

Zasada  jest prosta: jedna postać, jedna strona komiksu. Dla niektórych postaci rysownik jest bardziej łaskawy i poświęca im dwie strony. Absolutnym wyjątkiem jest sześć żon Henryka VIII — tak się rozgadały, że zajęły aż cztery strony. Część postaci (w tym Maria Skłodowska-Curie, jedyna Polka w tym zestawieniu) zostały uhonorowane całostronicową ilustracją zawierającą ciekawostkę z ich życia. Jedna czy dwie strony to niewiele, by przedstawić swoje życie, więc bohaterowie wywiadów muszą się streszczać. W krótkiej formie udało się jednak zawrzeć naprawdę sporo informacji — a Piotrek wcale nie narzekał na małe literki.
Adam Murphy, Trupie gadki

Wiem, że konwencja wywiadów z zombie nie każdego może przekonywać, ale warto do tego komiksu zajrzeć i docenić nie tylko zamysł autora, ale także pracę tłumacza. Paweł Brzosko pięknie ogrywa zwroty i skojarzenia związane ze śmiercią, zombie i truposzami — nabierają one nowego sensu, przykuwają uwagę i bawią. Moje dzieci długo komentowały podtytuł „Historia nie tylko dla sztywniaków” i doszukiwały się kolejnych znaczeń. To komiks, który rozbudza ciekawość. Nawet jeśli osiągnięcia części bohaterów tej książki uciekną z głowy Piotrka, to będzie pamiętał przynajmniej pewne nazwiska i najważniejsze związane z nimi wydarzenia. To i tak sporo. A przy okazji utwierdzi się w przekonaniu, że historia jest niesamowicie ciekawa i świetnie można się przy niej bawić, choćby wyszukując zombiaki na plaży.

Adam Murphy, Trupie gadki

Dla zainteresowanych: Planeta komiksów ma w planach kolejne sezony.

Adam Murphy, Trupie gadki. Sezon 1, tł. Paweł Brzosko, Planeta Komiksów 2016

Zwierzęta, które znikają

„Zwierzęta, które zniknęły. Atlas stworzeń wymarłych” (Nasza Księgarnia) trochę oszukuje… W bardzo pozytywnym sensie, ale nie dajcie się zwieść pozorom. To wcale nie jest książka tylko dla najmłodszych, choć wielki format, wspaniałe ilustracje Nikoli Kucharskiej i sympatyczne ptaszydło na okładce tak sugerują. To nie tylko album o dinozaurach, mamutach i tygrysach szablozębnych. Oczywiście każdy wielbiciel wymarłych gadów, słoni i kotów, niezależnie od wieku, ogromnie się z tej pozycji ucieszy i znajdzie w niej coś ciekawego, ale ta książka oferuje znacznie więcej. To doskonale zakomponowany i skłaniający do myślenia przewodnik, który uświadamia, jak bardzo człowiek ingeruje w środowisko. To przez nas gatunki znikają z powierzchni naszej planety w zastraszającym tempie na naszych oczach. I tylko my możemy ten trend zatrzymać.

Nikola Kucharska, Zwierzęta, które zniknęły

„Zwierzęta, które zniknęły” to książka dla młodszych i starszych. Warto wspomnieć, że to dzieło kilku osób. Nikola Kucharska firmuje całość i odpowiada za szatę graficzną, ale testy napisały inne osoby: Katarzyna Gładysz, Joanna Wajs i Paweł Łaczek. Katarzyna Gładysz i Paweł Łaczek odpowiadają także za opracowanie naukowe całości. Dzięki wspólnej pracy powstał atlas, który nie tylko zachwyca warstwą graficzną, ale zawiera naprawdę dużo ciekawych i mądrze skomponowanych informacji.

Nikola Kucharska, Zwierzęta, które zniknęły

„Atlas stworzeń wymarłych” może zainteresować dzieci w każdym wieku. Młodsi skupią się na warstwie obrazkowej. Z wypiekami na twarzy będą oglądać postozuchy, edafozaury, pterodaktyle, mamuty, niedźwiedzie jaskiniowe, smilodony i inne fascynujące zwierzęta, które — czasami na szczęście dla nas — nie przechadzają się już po łąkach i lasach. Ilustracje stworzone przez Nikolę Kucharską zapadają w pamięć i kuszą szczegółami.

Nikola Kucharska, Zwierzęta, które zniknęły

To świetna książka do oglądania. Znajdziecie w niej mnóstwo gatunków — również tych mniej znanych — oraz wiele odniesień do Polski i znajdowanych na naszych terenach skamieniałości. Fajnie jest wiedzieć, że z Czatkowic pod Krakowem pochodzi najstarsza na świecie żaba, która wcale nie potrafiła skakać, choć na nazwie czatkobatrach można połamać sobie język. Tam samo zresztą, jak na innych: procynozuch, oligokifus czy dsungaripterous — spróbujcie je szybko przeczytać. Ja miałam problem, Piotrek też. Można się razem pośmiać i poćwiczyć język.

Nikola Kucharska, Zwierzęta, które zniknęły

Opowieść o zwierzętach zaczyna się w czasach prehistorycznych. Na początku książki znajdziecie drzewo genealogiczne zwierząt — i będziecie mieli szansę sprawdzić, jak wyglądała ich ewolucja. „Zwierzęta, które zniknęły” zapraszają czytelnika do podróży w przeszłość. Wędrówka zaczyna się bardzo, bardzo dawno temu. Zaczynamy ją przed milionami lat, gdy pojawiły się pierwsze płazy, a potem gady.

Nikola Kucharska, Zwierzęta, które zniknęły

Nikola Kucharska, Zwierzęta, które zniknęły

Opowieść sunie przez wieki, a czytelnik ma szansę zobaczyć, jak zmieniała się fauna ziemi. Wielkie giganty zostały stopniowo zmienione przez mniejsze giganty. Przy okazji dowiadujemy się trochę o anatomii dinozaurów, paleontologach, budowie gadziego jaja, poznajmy miejsca, w których znaleziono najwięcej skamielin i dowiadujemy się, jakie naukowcy mają teorie na temat wymierania. Informacji znajdziecie w tej książce naprawdę dużo. Zostały napisane przyjaznym językiem, widać, że autorzy starali się przekazać wiadomości jak najprościej i zrozumiale. Każdy termin jest wyjaśniany, dlatego warto przeglądać strony po kolei. Jeśli napotkacie niezrozumiałe określenie — u nas były to synapsydy (czyli gady ssakokształtne) — to jest ogromna szansa, że zostało ono wyjaśnione we wcześniejszej partii tekstu.

Nikola Kucharska, Zwierzęta, które zniknęły

Wędrówka w poszukiwaniu wymarłych gatunków stopniowo prowadzi nas do czasów bardziej współczesnych. Pojawiają się daty, które można sobie wyobrazić: 1445 rok — to wtedy wyginęły ostatnie moa, 1627 — wtedy padł ostatni tur. Daty stają się coraz bliższe naszym czasom, a czytelnikowi robi się mniej wygodnie. Tak niedawno zniknęły z ziemi tygrysy balijskie, wilki Ezo, tarpany, zebry kwagga czy gołębie wędrowne. Nikola Kucharska nie skupia się bowiem tylko na wielkich gatunkach. W książce poznamy także wymarłe ptaki i owady, stworzenia małe i duże, lądowe i morskie. Całkiem niefajnie robi się, gdy przejdziemy na dwie ostatnie rozkładówki. Na pierwszej z nich autorka książki pokazała gatunki, które zniknęły całkiem niedawno — w latach 1925-2012.

Nikola Kucharska, Zwierzęta, które zniknęły

To oznacza, że przez jeszcze chwilę temu mogliśmy je oglądać. Na ostatniej stronie mamy gatunki, które jeszcze istnieją, ale są skrajnie zagrożone, znikają na naszych oczach. Znikają, bo my ludzie jesteśmy najbardziej inwazyjnym gatunkiem na Ziemi. Zabieramy innym gatunkom siedliska i niszczymy je, sprawiamy, że zmienia się klimat, sprowadzamy nowe gatunki, a wraz z nimi zagrożenia, z którymi gatunki rodzime nie mogą sobie poradzić. „Atlas stworzeń wymarłych” to książka, która pokazuje, że gatunki wymierają cały czas. Czasami z przyczyn naturalnych, ale niestety współcześnie najczęściej z powodu działań człowieka. Ten atlas uświadamia, że jeśli chcemy zachować zwierzęta, musimy zacząć działać. Na dużą i na małą skalę. Warto coś zrobić, aby atlasy zwierząt, które już zniknęły — nawet tak piękne, jak ten przewodnik — przestały robić się coraz grubsze. Nie przywrócimy do życia dinozaurów czy mamutów, ale możemy zadbać, by orangutany czy kozice miały gdzie żyć.

Nikola Kucharska, Zwierzęta, które zniknęły

To naprawdę fantastyczna książka, która rozbudza ciekawość i zmusza do zastanowienia się, co dalej. To jak, może warto zacząć chociażby od segregacji śmieci?

 

Nikola Kucharska, Zwierzęta, które zniknęły. Atlas stworzeń wymarłych, teksty: Katarzyna Gładysz, Joanna Wajs, Paweł Łaczek, Nasza Księgarnia 2018

 

Skamieliny i pióra, czyli naukomiks w akcji

Wiecie, co to jest naukomisk? Ja też nie wiedziałam. Naukomiks, czyli komiks poświęcony nauce, zgarnęliśmy z bibliotecznej półki, a Piotrka zafascynował tak bardzo, że niechętnie go oddawał. Wypożyczył go zresztą ponownie przy pierwszej nadarzającej się okazji. Ogląda i podczytuje tę książkę z narastającą fascynacją, którą zresztą doskonale rozumiem. To świetna pozycja — nie tylko o dinozaurach, ale chyba przede wszystkim o rozwoju nauki. Nie będziecie mogli się od „Dinozaurów. Skamielin i piór’ oderwać (Nasza Księgarnia).

MK Reed, Joe Flood, Dinozaury. Skamieliny i pióra

Mało które dziecko nie ulega fascynacji dinozaurom. Wielkie i groźne stworzenia intrygują także dorosłych. MK Reed i Joe Flood w swojej książce pokazali narodziny i rozwój paleontologii. Skupili się nie tylko na informacjach o tym, jak wyglądały i żyły prehistoryczne gady, ale także na tym, jak my — ludzie dochodziliśmy do tych informacji. I dla mnie ta warstwa była chyba nawet ciekawsza.

MK Reed, Joe Flood, Dinozaury. Skamieliny i pióra

Gotowi na wyprawę w głęboką przeszłość? Zacznę tak, jak autorzy komiksu: przez 165 milionów lat dinozaury kroczyły po ziemi, a potem niespodziewanie zniknęły. Ludzie odkrywali ich kości od najdawniejszych czasów. Te znaleziska wpływały na wyobraźnię i prawdopodobnie przyczyniły się do powstania wielu legend i baśni. Gryfy, mitologiczne stwory, chińskie smoki — prawdopodobnie stworzyliśmy je na wzór wielkich kości, które odkrywaliśmy wokół siebie. Fascynacja zaczęła narastać na początku rewolucji przemysłowej, gdy zaczęliśmy głębiej kopać i odkrywać tajemnice schowane w ziemi. MK Reedowi i Joemu Floodowi udało się niesamowicie spójnie połączyć historię dinozaurów z opowieścią o nas samych i o tym, jak zmieniała się nasza świadomość. Może wróćmy do książki:

W roku 1800…

Ziemia miała 6006 lat.

Dinozaury są znane jako potwory.

Żyły kilka tysięcy lat temu.

Zginęły w czasie biblijnego potopu.

Żadne dinozaury nie żyją w tym czasie na Ziemi.

Jesteśmy tego wszystkiego pewni.

MK Reed, Joe Flood, Dinozaury. Skamieliny i pióra

Taką wiedzę mieliśmy raptem 200 lat temu. Z narastającym zainteresowaniem czytałam o kolejnych odkryciach, o sporach między naukowcami, o teoriach i kontrteoriach. Naukowcy walczyli ze sobą słowem, paszkwilem, plotką i pomówieniem. Niektórzy z nich zdobywali ogromną sławę i popularność. Inny umierali w biedzie i zapomnieniu, ale wielkie kości skryte w ziemi nie przestawały fascynować. Marsh i Cope prowadzili regularną wojnę — rzucali w siebie kamieniami, podkupywali swoje znaleziska, podrzucali sobie fałszywki, a nawet niszczyli stanowiska dynamitem, żeby drugi badacz nie był w stanie niczego znaleźć. Dinozaury rozpalały świat nauki do czerwoności.

MK Reed, Joe Flood, Dinozaury. Skamieliny i pióra

Autorzy komiksu zadbali także o to, by pokazać rolę kobiet. Piszą o badaczkach, poszukiwaczkach — kobietach, które często w ogromnym stopniu wspierały naukowców, dostarczały znaleziska i materiały. Poszukiwały świadectw przeszłości z ogromnym poświęceniem, ale ich nazwiska usuwano z oficjalnych publikacji lub traktowano je protekcjonalnie. Nie mogę tutaj nie wspomnieć o „Drzewie kłamstw„, które pokazuje pozycję kobiety w nauce z trochę innej strony. W naukomiksie kobiety odzyskują należne im miejsce, a były zaangażowane w badania nad dinozaurami właściwie od samego początku.

Wstawki takie, jak cytowana powyżej (Jest rok…) przewijają się przez cały komiks. Stanowią kamienie milowe, zaznaczają upływ czasu, pozwalają na chwilę zatrzymać się i pomyśleć, czego się dowiedzieliśmy. Pod koniec książki znajdujemy podsumowanie naszej wiedzy z 2000 roku. Minęło 200 lat.

W roku 2000…

Ziemia ma 4,5 miliarda lat.

Dinozaury są znane jako wymarli gadzi przodkowie ptaków.

Żyły 250-65 milionów lat temu.

W dzisiejszych czasach żyją potomkowie dinozaurów. 

Jesteśmy prawie pewni tego wszystkiego.

Czy wiemy już wszystko? Na pewno nie? Ciągle jest wiele do odkrycia. Dinozaury wciąż fascynują. Kluczowe zdaje się jedno słowo „prawie”. Nauczyliśmy się trochę pokory. Już wiemy, że kolejne znaleziska mogą niektóre nasze teorie przewrócić do góry nogami. Największa wartość „Dinozaurów. Skamielin i  piór” polega na tym, że pokazuje zmianę i dynamikę nauki. Nic nie jest dane tu i teraz. Ta książka nie powiela schematów i nazw, ale stara się pokazać, że nasza wiedza ciągle się zmienia. I że kolejne odkrycia ciągle czekają. Może właśnie na młodych czytelników naukomiksu?

Aha, nigdy już nie spojrzę tak samo na kury.

 

MK Reed, Joe Flood, Dinozaury. Skamieliny i pióra. Nasza Księgarnia 2018

 

 

Polska w odsłonach

Narzekania, jak w Polsce jest źle, są powszechne. Łatwiej zachwycać się czymś, co cudze i inne. Trudniej zobaczyć to, co czasami mamy tuż pod nosem. Jeśli więc szukacie pomysłu, co pokazać dzieciom, by pokazać, że Polacy mają się czym pochwalić, zajrzyjcie do książki „Moja Polska” Katarzyny Sołtyk (Wilga).

Katarzyna Sołtyk, moja Polska

Przyznaję, że ta książka sprawia mi problem. Długo nie potrafiłam się do niej przekonać. Przeglądałam, podczytywałam, odkładałam na półkę i zastanawiałam się, co o niej napisać. Rozumiem i doceniam zamysł autorki, ale jednocześnie odrzuca mnie samo wykonanie. Ale może do rzeczy.

„moja Polska” to książka powstała z dumy — autorka napisała o tym we wstępie:

Ręka do góry, kto jest dumy z tego, że jest Polakiem! Sama podniosę pierwsza! (…) Na stronach tej książki znajdziecie dziesiątki, a nawet setki powodów do narodowej dumy — postacie, osiągnięcia, miejsca czy osobliwości.

Katarzyna Sołtyk, moja Polska

I te dwa zdania właściwie streszczają całą treść książki. Katarzyna Sołtyk zebrała w niej wszystko, co — jej zdaniem — może być powodem do dumy z Polski. Trochę w duchu „radujmy się” i ku pokrzepieniu serc. W efekcie powstał straszliwy miszmasz, przez który trudno mi się przebić. Znajdziecie tutaj bociana, żubra i Biebrzę. Bitwę pod Grunwaldem i wycinanki. Szopena i Kieślowskiego. Muzeum Polin i enigmę. Abakany i kopalnie soli.

Katarzyna Sołtyk, moja Polska

No wszystko po prostu! Na początku chaos mnie przerażał, a potem zaczęłam się nim z chłopakami bawić. Czytamy tę książkę trochę na zasadzie: a to znacie? znamy! No to idziemy dalej. Najbardziej brakuje mi w niej indeksu czy spisu nazwisk — ale może chodziło o niespodziankę? Ciągle nie rozumiem, dlaczego coś następuje po czymś innym. Najbardziej przypomina mi zwariowany pokaz slajdów, które ktoś ustawił, a potem zaczął losowo odtwarzać. I dlatego mamy Tatry, potem polskich zdobywców Himalajów, a tuż za nimi produkty made in Poland. Może chodziło właśnie o to, by nie było zbyt patetycznie? By nauczyć dzieci cieszyć się tym, co mamy i bawić polskością?

Katarzyna Sołtyk, moja Polska

Na pewno książka Katarzyny Sołtyk uświadamia, że ludzi i rzeczy, z których możemy być dumni, jest dużo. Wspaniałe jest to, że autorka sięga do czasów odległych i całkiem bliskich. Mamy tutaj Kościuszkę i Paderewskiego, Wałęsę, Mazowieckiego i Mickiewicz. Momentami brakuje mi refleksji historycznej — możemy się szczycić Malborkiem, ale w notce o zamku zabrakło mi informacji o burzliwej historii polsko-krzyżackiej. (Krzyżacy są oczywiście wspomniani, ale jakoś tak nieoczywiście). Książka kreuje pewien mit polskości, kraju płynącego mlekiem i miodem, pełnego życzliwych ludzi i wspaniałych miejsc. Trochę cukierkowaty obrazek i dla mnie odrobinę wybrakowany. Brakuje mi w tej książce pogłębienia i odrobiny ostrości. 

Katarzyna Sołtyk, moja Polska

Trudno mi zaakceptować chwalenie się liczbą sprawiedliwych wśród narodów świata bez wspominania o trudnej historii polsko-żydowskiej. Przy czytaniu nieodparcie miałam wrażenie, że to projekcja, pewien wyidealizowany model polskości, ucukrowana wersja świata. Nie wiem, czy duma wyklucza rzeczy smutne i czasami wstydliwe? Na pewno nie pasują one do modelu przyjętego przez autorkę, ale mnie niektóre braki rażą. 

Katarzyna Sołtyk, moja Polska

Można mieć do tej książki zastrzeżenia, ale na pewno znajdziecie w niej mnóstwo pomysłów, co pokazać dzieciom i czym możemy się chwalić. No bo może jeśli nie historia, to może jednak oscypek, skoczkowie i Biebrza? 

 

Katarzyna Sołtyk, moja Polska, il. E. Moyski, Wilga 2018 

 

Kto to jest patriota?

No właśnie… Piotrek przyniósł takie pytanie ze szkoły i zaczęliśmy się zastanawiać. Kto to jest patriota? Dziecię uznało, że odpowiedź jest prosta… Trzeba bronić ojczyzny i za nią umrzeć. I już! Włosy mi się zjeżyły… A potem opadły, bo przypomniały mi się własne szkolne czasy, „Bagnet na broń”, „ze spuszczoną głową powoli wraca żołnierz z niemieckiej niewoli”, „Czerwone maki na Monte Cassino” i „Kiedy się wypełniły dni i przyszło zginąć latem”. Pewnie moim rodzicom włos się jeżył tak samo jak mi… Nasza polska historia była trudna i krwawa, a teraz moja rola, by zacząć się z dzieckiem zastanawiać, kto jest patriotą dzisiaj. I co to znaczy bronić ojczyzny dzisiaj. I jak można ją chronić z szacunkiem dla innych. Ten trochę przydługi wstęp jest po to, by pokazać książkę, która bardzo pomaga rozmawiać o patriotyzmie i obowiązkach wobec ojczyzny.

Eliza Piotrowska, A ja jestem Polak mały

„A ja jestem Polak mały, moim krajem jest świat cały” Elizy Piotrowskiej (Czarna Owieczka) to jedna z lepszych książek dla dzieci poruszających temat patriotyzmu i miłości do ojczyzny we współczesnym świecie. Bardzo podoba mi się definicja patriotyzmu, którą tutaj znalazłam:

Patriota to ktoś taki, kto myśli nie tylko o sobie, ale też o innych, nie kłamie, potrafi słuchać, chce się rozwijać i stara się być dobry. 

Eliza Piotrowska, A ja jestem Polak mały

To dopiero początek rozważań. Autorka prowadzi wywód w prosty, zrozumiały dla dzieci sposób. Jest tutaj sporo o tym, co było i dlaczego teraz używamy słowa „ojczyzna” rzadziej niż kiedyś.

Bohaterem książki jest mały Krzyś, który jeszcze nie wszystko rozumie i zadaje dużo pytań — chłopiec na każdym obrazku ubrany jest w koszulkę i majteczki, czego nijak nie mógł zrozumieć Piotrek. Bo niby dlaczego ten Krzyś chodzi w bieliźnie? Warstwa ilustracyjna „A ja jestem Polak mały” może się nie podobać, ale autorce udało się naprawdę dobrze pokazać dylematy współczesnego świata, zaznaczyć, jak różne brzmienia i znaczenia może mieć słowo „ojczyzna” i zadać sporo ważnych pytań. Chociażby takie, co się dzieje, gdy spotka się patriota z patriotą, a każdy z nich pochodzi z innego kraju. Zdarza się wam myśleć o patriotyzmie innych i jak ci inni mogą reagować na nasz patriotyzm?

Eliza Piotrowska, A ja jestem Polak mały

Dobrze było porozmawiać o  tym, co to jest mała ojczyzna i czy ojczyzną może być cały świat. I co to właściwie znaczy. Eliza Piotrowska podrzuca bardzo sensowne odpowiedzi i stawia mądre pytania, które mogą zaskoczyć nie tylko dziecko. Aż dziw, że taka cieniutka książeczka może tak bardzo (pozytywnie) zamącić w głowie i otworzyć oczy. To bardzo nowoczesny i przemawiający do mnie model patriotyzmu, w którym jest miejsce na miłość do symboli, na pamięć o historii i szacunek dla innych oraz mądrą troskę o współczesność.

 

Eliza Piotrowska (tekst i ilustracje), A ja jestem Polak mały, moim krajem jest świat cały, Czarna Owieczka 2013

 

Anatomia natury

Co ja poradzę na to, że lubię patrzeć? Moje dzieci też lubią, to pewnie zaraźliwe. Wysiada takie z samochodu i nagle słyszę: mamo, patrz, jaki piękny wieczór. Co z tego, że ciemno, zimno i późno, skoro piękne chmury kłębią się po niebie i księżyc tak zabawnie prześwituje przez gałęzie? Jest na co patrzeć. Tyle wokół liści, drzew, ptaków, kamieni… Piotrek z każdego spaceru wraca ze skarbami, których urodę dostrzega czasami tylko on. Szary kamyk w kształcie serca, zadziwiająco wygięty patyk, liść, którego czerwień przyciąga oczy, skorupka orzecha, guzik po przejściach. Więc gdy ktoś mówi, że w mieście nie ma niczego do oglądania (oprócz zabytków), to zwykle się dziwię. I cieszę się, że powstają takie książki, jak „Anatomia natury’ Julii Rothman (Entliczek). Książki, która narodziły się z ciekawości i patrzenia.

Julia Rothman, Anatomia natury

Julia Rothman podbiła mnie niesamowitą „Anatomią farmy„, która do tej pory ogromnie lubimy przeglądać. Było dla mnie oczywiste, że „Anatomia natury” też do nas trafi, choć odrobinę obawiałam się, czy przypadkiem nie przeżyję rozczarowania. Nic z tych rzeczy — zazdroszczę jedynie Amerykanom, że ktoś tak pięknie napisał o ich przyrodzie. Cudnie by było mieć taki przewodnik po polskiej naturze, w którym znalazłabym informacje o tym, co bliskie i na wyciągnięcie ręki. Nic straconego… Planujemy z Piotrkiem nasz własny przewodnik po tym, co nas interesuje — bo Julia Rothman naprawdę potrafi czytelnika zainspirować.

Julia Rothman, Anatomia natury

O czym to jest? Hmm… Jakby odpowiedzieć na to pytanie… Właściwie o wszystkim. O wszystkim, co w przyrodzie interesuje autorkę. Może warto posłuchać, co sama ma do powiedzenia:

Myślę o tym projekcie jako o MOJEJ książce przyrodniczej. Są tu informacje, które mnie interesowały, rzeczy, które chciałam narysować i namalować. Mimo że jest to zaledwie wierzchołek góry lodowej, dało mi to możliwość zapoznania się z roślinami, zwierzętami, drzewami, owadami, opadami atmosferycznymi, rzeźbami terenu i akwenami, których nazwy chciałam znać, kiedy spotykałam je na swojej drodze. (s. 7)

Julia Rothman, Anatomia natury

Trzeba przyznać, że Julię Rothman bardzo wiele rzeczy interesuje. Ziemia i niebo, małe i duże rośliny, owady, zwierzęta, lasy, grzyby, ptaki. Rozdziałów jest siedem, a w każdym znajdziecie jeszcze co najmniej kilka podrozdziałów. Na początku autorka nakłoni was do popatrzenia pod nogi. A jak już dowiecie się wiele o minerałach, kataraktach, powstawaniu skał, skamieniałościach i krajobrazach, zachęci was do spojrzenia wysoko w górę. Może zobaczycie tęczę? Albo będziecie podziwiać krople deszczu? A może usłyszycie ostatnią letnią burzę? Lub przez lupę popatrzycie na pierwsze płatki śniegu? I będziecie mieli wiele pytań, a w książce Julii Rothman znajdziecie dużo odpowiedzi.

Julia Rothman, Anatomia natury

Nie trzeba czytać od początku. Można od końca albo od środka, albo w dowolnym miejscu. Piotrek rozpoczął oglądanie od rozdziału o mrówkach, a potem przeskoczył do pszczół (czemu mnie to nie zdziwiło?). Mnie zauroczyły strony przedstawiające drzewa, zachwyt nad kształtem liści, urodą porostów czy fakturą kory. Kiedy ostatnio patrzyliście uważnie na pnie drzew? Julia Rothman przekonuje, że warto.

Julia Rothman, Anatomia natury

Znajdziecie tutaj podpowiedzi, która roślina nadaje się do jedzenia i jak zbierać rośliny, by rosły w danym miejscu przez wiele lat. Dowiecie się,  jak różnorodne i przedziwne mogą być ptasie jaja i dzioby, zachwycicie się różnorodnością grzybów i wspaniałością wodnych istot. Lubię książki, które zmuszają do zatrzymania i skłaniają do tego, by uważnie rozejrzeć się wokoło, pokręcić głową, nadstawić ucha, a potem zacząć zadawać pytania.

„Anatomia natury” nie pretenduje do roli encyklopedii czy wyczerpującego kompendium, a jednak świetnie przybliża otaczający nas świat. Pokazuje, że można zacząć od małych kroków, od uważnego patrzenia wokoło i stawiania pytań. Wystarczy uważnie przejść się po parku, popatrzeć w niebo, pooglądać liście, a potem poszukać odpowiedzi, jaki ptak śpiewał w parku, na jakim drzewie rosną te wielkie strąki i czego szuka wiewiórka jesienią. Odpowiedzi na niektóre pytania są proste, inne będą wymagać sięgnięcia do sieci albo pogrzebania w książkach. W ten sposób uczymy dzieci, że ciekawość świata to furtka do poważnej nauki i wyczerpujących badań, a poznawanie może zacząć się od zachwytu fakturą kory czy kształtem łapy.

Julia Rothman, Anatomia natury

Julia Rothman, Anatomia natury

Książka Julii Rothman nie przytłacza ani nie przeraża. Mnóstwo tutaj ilustracji i krótkich tekstów. Można potraktować „Anatomię natury” jako wprowadzenie do nauk przyrodniczych, bo przecież czytelni dowie się z niej, co to jest bagno, torfowisko i step, jak wygląda delta i co to są niesporczaki. Wydaje mi się jednak, że takie podejście zubaża tę książkę. Wolę myśleć o niej jako o przewodniku po świecie przyrody, którego zadaniem jest pokazanie nam, że większość cudów mamy na wyciągnięcie ręki. Wystarczy iść na spacer. Wybierzecie się z nami?

Julia Rothman (pomoc: John Niekrasz), Anatomia natury, tł. Barbara Bocian, Wydawnictwo Entliczek 2018

 

Pszczoły miodne i niemiodne

Pszczoły są w modzie — i słusznie. Ciągle o nich słyszymy, możemy je nawet adoptować (na przykład tutaj — gorąco zachęcam), ale czy naprawdę wiemy dużo o ich życiu? No tak, wszystkim wiadomo, że pszczoły są pożyteczne, zapylają kwiaty i żyją w ulach… To jednak tylko część prawdy. W Polsce jest ok. 450 gatunków pszczół, a na świecie prawie 20 tys. Nie wszystkie produkują miód, zwyczaje żywieniowe niektórych mogą się wydawać odrażające, są takie, które preferują życie samotne lub zachowują się jak owadzie kukułki. Wszystko to wiem z książki Justyny Kierat, która w „Pszczołach miodnych i niemiodnych” zaprasza nas do fascynującego świata pszczół.

Justyna Kierat, Pszczoły miodne i niemiodne

Murarka, miesierka, kornutka, nożycówka, lepiarka, porobnica, spójnica — tak! zgadliście, to wszystko pszczoły. Wiele z nich możemy dostrzec w ogrodach i na łąkach. Patrzymy na nie, nie mając pojęcia, że ten „robaczek” zalicza się do pszczół i — tak samo, jak pszczoły miodne — wykonuje masę pożytecznej roboty. W książce Justyny Kierat przeczytacie o każdym z tych gatunków, a także o wielu innych.

Justyna Kierat, Pszczoły miodne i niemiodne

Autorka skonstruowała książkę bardzo przemyślnie. Z początkowych rozdziałów możemy się dowiedzieć, jak rozpoznać różne pszczoły, czym różnią się od much i os, jaką mają broń. Kolejne rozdziały objaśniają nam życie najbardziej znanego przedstawiciela tego gatunku, czyli pszczoły miodnej: jest trochę o ulu, o wosku, o plastrach, barciach, członkach pszczelej rodziny i o tym, jak powstaje miód. Uwaga, nie dotarliśmy nawet do połowy książki.

Justyna Kierat, Pszczoły miodne i niemiodne

Po prezentacji pszczół miodnych Justyna Kierat przedstawia innych fascynujących przedstawicieli pszczelej rodziny. W książce znajdziecie nasze ulubione kosmate trzmiele oraz mnóstwo informacji o pszczołach samotnicach. Ich odkrywcy wykazywali się ogromną inwencją, gdy wymyślali ich nazwy. Cześć nazw wskazuje na zwyczaje czy miejsce występowania owadów, a inne wydają się bardzo tajemnicze (każdy zgadnie, co robi murarka czy lepiarka, ale dlaczego miesierka nazywa się własnie tak?).

Justyna Kierat, Pszczoły miodne i niemiodne

Książka wydaje się cienka, ale zawiera ogrom wiedzy. Dowiecie się z niej, jak pszczoły widzą, co jedzą, jak ze sobą rozmawiają, jak długo żyją, jakich mają wrogów. To taka miniencyklopedia pszczół dla dzieci — mnie zaciekawiła w równym stopniu, co Piotrka. Uwierzcie, piszę i piszę, co znajdziecie w tej książce, a wcale nie wyczerpałam tematu.

Wszystkie teksty są napisane prostym, zrozumiałym językiem, ale przede wszystkim są naprawdę ciekawe. Widać w nich miłość do przyrody i chęć dzielenia się widzą i pasją z innymi. Justyna Kierat z wykształcenia jest biologiem — jej prace i blog poświęcony przyrodzie możecie znaleźć tutaj. To bardzo przemyślana książka — mam wrażenie, że każde dziecko, które dotrze do końcowych rozdziałów o tym, jak pomagać pszczołom, natychmiast zapragnie chociażby zbudować dla nich domek. I będzie doskonale wiedziało, jak bezpiecznie obserwować pszczoły — tak, żeby ich nie skrzywdzić. Piotr już zaplanował, jakie rośliny miododajne posiejemy w doniczkach wiosną, bo przecież to, że nie mamy ogrodu w niczym nie przeszkadza. A może przejdziemy się po mieście i w każdym dzikim miejscu wysiejemy barwne kwiaty? Ta książka otwiera oczy i serce na pszczoły.

Justyna Kierat (tekst i rysunki), Pszczoły miodne i niemiodne, Multico 2018