Atlas mitów

Jak wiele mitologii znacie? A wasze dzieci? Na pewno grecką, bo ciągle uczą się o niej w szkole. Może nordycką? Znajdą ją w wielu książkach fantasy. Pewnie kojarzą egipskich bogów z głowami zwierząt. Być może wiedzą coś o hinduskiej. A przecież mitologii jest tak dużo, jak ludów. Pamiętamy historie, na których opierały się wielkie cywilizacje, ale mitologia nie jest wyłącznie ich domeną. Swoje historie o bogach, bohaterach i stworzeniu świata mieli Aztekowie i ludy Polinezji, Słowianie i plemiona z głębi Afryki, pewnie wszystkie ludy świata. Thiago de Moraes zaprasza na wędrówkę po niektórych z nich.

Thiago de Moraes, Atlas mitów

„Atlas mitów” (Nasza Księgarnia) to ogromna i ciekawie zilustrowana podróż przez mitologie. Napisana i narysowana z myślą o dzieciach, ale przeczytałam ją z dużym zainteresowaniem. Autor prowadzi nas przez różne kontynenty i ludy, od starożytnych Greków po afrykański lud Jorubów czy pochodzących z Amazonii Janomamów. Jak napisał wydawca w przedmowie do wydania brytyjskiego:

„Atlas mitów” to przystępne wprowadzenie do dwunastu spośród najbardziej fascynujących kultur na naszej planecie. Niektóre z opisywanych wierzeń stanowią dziś już tylko część historii, natomiast inne są nadal święte dla wielu ludzi na całym świecie. My jednak nie próbowaliśmy objaśniać współczesnych praktyk religijnych, ponieważ nie jest to tematem naszej książki. Najważniejsze są tutaj opowieści przekazywane przez wieki z pokolenia na pokolenie, pomagające w zrozumieniu ludzkiej egzystencji i otaczającego świata. (s. 2)

Thiago de Moraes dodał, że inspiracją do stworzenia tej książki były jego dzieci. Czytał im książki, które sam lubił w dzieciństwie, a przy okazji wyobrażał sobie te wszystkie wspaniałe, cudowne i niesamowite krainy. Teraz my możemy cieszyć się nimi razem z naszymi dziećmi.

Thiago de Moraes, Atlas mitów

Każda część dotycząca jednej mitologii jest tak samo skonstruowana. Najpierw dostajemy ogólny opis wierzeń. Nie znajdziecie tutaj suchych informacji i poważnych faktów. Thiago de Moraes potrafi popatrzeć na mity z przymrużeniem oka i z humorem krótko podsumować najważniejsze fakty. Piotrek przeczytał mi ze śmiechem cały tekst wprowadzający do mitologii azteckiej, który zaczyna się tak:

Ogień, powodzie, jaguary i kilku bardzo głodnych bogów. Nie uwierzycie, na ile okropnych sposobów może dojść do końca świata. (s. 31)

Powstrzymalibyście się przed lekturą dalszej części? Ja i moje dziecko byliśmy ogromnie ciekawi, co było dalej i o co chodzi.

Thiago de Moraes, Atlas mitów

Każde wprowadzenie kończy się króciutką notką „Gdzie?”, która wskazuje, gdzie zawędrowaliśmy. Warto wiedzieć, czy akurat jesteśmy w Europie, w Indiach czy może w amazońskiej dżungli. Na początku książki dostajemy szczegółowe instrukcje, co zawiera każda część i jak poruszać się po książce.

Thiago de Moraes, Atlas mitów

Po ogólnej planszy czas na mapę. Thiago de Moraes zaszalał: cała kosmogonia na jednej planszy. Rewelacyjna. Do długiego studiowania i wnikliwego obserwowania. I rozpaczliwego poszukiwania, gdzie jest ten numerek, bo — jak dla mnie — kolejność tych numerów jest znana tylko autorowi. Ale zabawa przy tym przednia, a i informacji całkiem sporo.

Thiago de Moraes

Thiago de Moraes, Atlas mitów

Następną część stanowią opowieści charakterystyczne dla danej mitologii oraz plansza z artefaktami i postaciami. Coś dla smaku i pobudzenia apetytu na więcej.

Thiago de Moraes, Atlas mitów

Thiago de Moraes, Atlas mitów

„Atlas mitów” nie stanowi wyczerpującego kompendium mitów i kultury danego obszaru. Historie zostawiają niedosyt i zachęcają do dalszych badań i lektur. Piotr po lekturze atlasu wyciągnął z półek inne mitologie i szuka w nich informacji o mumiach, trzęsieniach ziemi, bogach i potopach. Pewne mity i historie zdają się być uniwersalne i powtarzać niezależnie od kultury. Niektóre są całkiem odmienne i stanowią świadectwo innych warunków życia i zaskakującego dla nas spojrzenia na świat.

Książka Thiago de Moraesa uczy nas pokory. Pokazuje, jak mało wiemy i jak wiele fascynujących historii zostało jeszcze do odkrycia. Niezależnie od tego, w co wierzymy, możemy cieszyć się bogactwem ludzkiej wyobraźni i podziwiać sposoby, w jakie ludzie tłumaczyli sobie świat — od fiordów Norwegii po polinezyjskie wyspy. Warto wyruszyć w tę podróż.

No i znajdziecie w tym atlasie świat Słowian. Co prawda przytoczone opowieści wywodzą się bardziej z kultury rosyjskiej niż polskiej, ale dobrze, że się tutaj znalazły. Pewnie znawcy słowiańskiej mitologii mieliby dużo do powiedzenia, ale ja się ogromnie cieszę, że moje dziecko mogło przeczytać nie tylko o Odynie i Zeusie, ale także o Świętowicie, Mokoszy i Marzannie. To tylko jedna z wersji tej historii, ale przecież od czegoś trzeba zacząć.

Thiago de Moraes, Atlas mitów

Thiago de Moraes, Atlas mitów, tł. Anna Nowak, Nasza Księgarnia 2018

Reklamy

Mitologia i labirynty

Wiem, wiem, wszyscy już widzieli. Każdy miał w ręku. Na każdym blogu już było. Co ja poradzę, że jakoś mi trudno ostatnio znaleźć czas na pisanie? Ale o tej książce muszę napisać — i to nie tylko dlatego, że wpasowuje się w mitologiczną pasję Młodszego. Po prostu jest wspaniała i piękna — rację mieli ci wszyscy, co tak pisali. Wcale nie jest dla małych dzieci, a osoby o słabszym błędniku zaczyna na jej widok boleć głowa. Poznajcie „Nić Ariadny” Jana Bajtlika.

Piotr czyta Nić Ariadny

„Nić Ariadny” poraża. Naprawdę. To bardzo przemyślana opowieść o greckiej mitologii oferująca dużo więcej niż piękne labirynty. Labirynt to tylko pretekst i gra w skojarzenia. Zagadki są jednak jak najbardziej realne. Z każdego labiryntu zawsze jest tylko jedno wejście i jedno wyjście. Droga zwodzi na manowce, zakręca i łudzi. Czasami wydaje się, że już blisko, że za chwilę uda nam się przejść dalej. Nie wierzcie, to złudzenie. Będziecie przez te labirynty podróżować długo, poznając przy okazji greckich bogów i herosów, pałacowe freski i potwory zaludniające wyobraźnię starożytnych. Przyda się nić Ariadny, a czasami pomoże wiedza. Każdą rozkładówkę można oglądać długo, błądząc z ogromną przyjemnością. Samo przejście przez labirynt staje się wtedy dużo mniej istotne.

Jan Bajtlik, Nić Ariadny

Piotrek spędził masę czasu przy ilustracjach, które na pierwszy rzut oka wydawały się statyczne. Długo zastanawiał się nad historią Syzyfa, badał kadry, pozycje i warianty — na pozór monotonna strona zafascynowała go na długo, wcale nie dlatego, że nie potrafił znaleźć wyjścia.

Jan Bajtlik, Nić Ariadny

Jan Bajtlik stworzył pełną, barwną i niesamowicie wciągającą opowieść o starożytnym świecie. Znajdziecie tutaj genealogię greckich bogów i herosów, a także wiele mitów i opowieści ważnych dla europejskiej kultury. Autor książki powoli wprowadza czytelnika w dawny świat. Uważny czytelnik-oglądacz dowie się, jak Grecy postrzegali świat, jak mieszkali, tańczyli i świętowali. Jan Bajtlik prowadzi nas przez świat najbardziej znanych mitów (spotykamy tutaj m.in. Prometeusza, Minotaura, Jazona, Heraklesa, Syzyfa czy Edypa). Poznajemy także Wojnę Trojańską i dowiadujemy się, jak Odyseusz wracał do domu.

Jan Bajtlik, Nić Ariadny

Jan Bajtlik, Nić Ariadny

Jan Bajtlik, Nić Ariadny

Jan Bajtlik, Nić Ariadny

Na końcu książki zebrano trochę przydatnych informacji — to pomoc dla tych, którzy mitologię pamiętają tylko ze szkoły. Przy każdej rozkładówce znajduje się podpowiedź, na której stronie szukać potrzebnych informacji. One naprawdę się przydają, bo nie tylko dziecko ma ochotę dowiedzieć się, dlaczego Tyfona uwięziono w Etnie. Nie wierzę także, że młodego czytelnika nie zainteresują mityczne bestie: Meduza, smok tebański, tryton, sfinks czy hydra lernejska — w tej książce znajdziecie ich dużo, dużo więcej.

Zachwycam się jak inni? No to co? To książka, która uwiedzie dorosłego tak samo, jak dziecko. Równie dużo czasu potrafi spędzić przy niej rodzic, dziadek, co dziecko. Do „Nici Ariadny” na pewno będziemy często wracać. Dla mnie konwencja labiryntu to tylko pretekst i zabawa, która prowadzi nas przez starożytny świat pokazany tak ciekawie, że nie ma się wcale ochoty szukać z niego wyjścia.

 

Jan Bajtlik, Nić Ariadny. Mity i labirynty, Dwie Siostry 2018

Benji Davis

Bycie chorym rodzicem trochę starszych dzieci ma swoje zalety. Dzieci idą do szkoły! Można pobyć przez chwilę w samotności. Poleżeć, poczytać, odpocząć od hałasu i przejrzeć książki, które Młodszy pracowicie ułożył w stosik na krawędzi stołu w dużym  pokoju. To taki stosik najbardziej podręczny, książki do przeglądania i czytania w wolnej chwili, do zaglądania na moment i zanurzania się na długo. Znalazłam tam „Afrykę Kazika” Łukasza Wierzbickiego, komiks o Królu Lwie, „Strrrraszną historię” Terry’ego Deary, ilustrowany atlas zwierząt i dwie książki Benjiego Daviesa (Wydawnictwo Znak). Przeglądając je, zastanawiałam się, czego szuka w nich mój młodszy syn i dlaczego zaintrygowały go na tyle, że położył je właśnie w tym miejscu.

Benji Davies to mistrz nastroju i tematów niełatwych. Obie jego książki: „Mój wieloryb” i „Cudowna wyspa dziadka” opowiadają o sytuacjach trudnych i niełatwych emocjach — słowem i obrazem. Może nawet bardziej obrazem, bo tekstu nie ma w nich dużo. Pozwalają oswoić zdarzenia i emocje, z którymi nawet dorosłym bywa trudno: rozstanie, śmierć, samotność, tęsknota, poczucie straty. Pomagają w mądry sposób przygotować się na życie, w którym przecież spotykają nas także te gorsze chwile.

Benji Davies, Mój wieloryb

Jak się okazało, można je czytać na wiele różnych sposób. Dla mnie „Mój wieloryb” to opowieść o tęsknocie. Okazało się, że dla Piotrka to historia o przyjaźni i odpowiedzialności — za innych.

Bohater książki, mały Noi, mieszka z tatą nad brzegiem morza. Tato codziennie rano wyrusza na połów, wraca dopiero wieczorem. Noi czeka. Pewnego dnia znajduje małego wieloryba, którego sztorm wyrzucił na brzeg. Zabiera go ze sobą do domu.

Benji Davies, Mój wieloryb

Benji Davies, Mój wieloryb

Piotrek od razu zauważył, że Noi nie karmi wieloryba odpowiednio. Przecież wieloryby nie jedzą ryb — taki komentarz usłyszałam przy pierwszej lekturze. Bardzo przeżywał jednak rozstanie chłopca z nowym przyjacielem. Noi znał wieloryba bardzo krótko, ale zrobił wszystko, by mu pomóc. Wieloryb stał się jego sposobem na samotność i czekanie. Wiedział jednak,  że musi pozwolić mu odejść, bo miejsce wieloryba nie jest w wannie, nawet najwygodniejszej.

Benji Davies, Mój wieloryb

Benji Davies, Mój wieloryb

Dla mnie opowieść Benjiego Daviesa była historią o czekaniu — ciągle na coś czekamy. Na koniec lekcji czy pracy, na powrót ze szkoły, na mamę/tatę/babcię, która odbierze ze świetlicy. Noi czeka na tatę. Ale jego historia to także historia odpowiedzialności za kogoś innego. Opowieść o tym, że czasami w imię przyjaźni czy poczucia, że tak należy, robimy coś, co nie sprawia nam przyjemności, że rezygnujemy z własnych chęci i pragnień, by pomóc komuś innemu.  Bardzo lubię ilustrację, na której Noi i jego tato w żółtych kurtkach patrzą na znikający ogon wieloryba. Świadomość, że postąpiło się „jak trzeba”, może odrobinę wynagrodzić stratę.

Druga książka Daviesa na stosiku to „Cudowna wyspa dziadka”. W „Moim wielorybie” dominują szarości, żółcie i błękity — w końcu to opowieść raczej północna. „Cudowna wyspa dziadka” porywa kolorem i przenosi nas w tropiki.

Benji Davies, Cudowna wyspa dziadka

Ta bajecznie kolorowa książka opowiada o śmierci, o rozstaniu ostatecznym, a jednocześnie zostawia mnóstwo nadziei i daje pociechę. Jej bohaterem jest Syd. Jego dziadek mieszka w domku na tyłach ogrodu — chłopiec zawsze był tam mile widzianym gościem. Dziadek Syda to typ przyjaciela, najbliższej osoby, powiernika. Pewnego dnia Syd nigdzie nie może znaleźć dziadka. W końcu staruszek odnajduje się na strychu, gdzie chłopiec jeszcze nigdy nie był. Odkrywa tam drzwi prowadzące na okręt, który potrafi płynąć wśród stromych dachów i morskich fal. Razem z dziadkiem Syd płynie w fantastyczny rejs, odkrywa cudowną wyspę i zaprzyjaźnia się z jej mieszkańcami. Ale kiedy nastaje czas powrotu, dziadek postanawia zostać na wyspie — tutaj nie potrzebuje laski i otaczają go przyjaciele.

Benji Davies, Cudowna wyspa dziadka
Benji Davies, Cudowna wyspa dziadka

Powrót bez dziadka był dłuższy, a świat stał się mniej kolorowy, co widać na ilustracjach. Syd nigdy już nie mógł odnaleźć żelaznych drzwi, ale wiedział, że jego dziadkowi jest bardzo dobrze na cudownej wyspie. Czy ta książka na pewno odpowiada o śmierci? Dla mnie tak. Delikatnie pokazuje rozstanie, na które nie mamy wpływu. Możemy jednak wierzyć, że gdzieś tam daleko jest miejsce, w którym naszym bliskim jest dobrze. A kto wie, może ich tam kiedyś spotkamy?

Czy takie książki są dzieciom potrzebne? Nie mam wątpliwości, że tak. Szczególnie takie, jak książki Daviesa, które można oglądać i czytać na kilka sposobów. Przemawiają do dziecka obrazem, zachęcają do opowiedzenia własnej historii i przemyślenia smutków. I oferują wiele wariantów opowieści. Można je tylko oglądać, można czytać (i zajmie to tylko chwilę), można marzyć o własnym wielorybie. Mam nadzieję, że dzięki takim lekturom trochę łatwiej potem zmierzyć się z życiem.

 

Benji Davies, Mój wieloryb, tł. Małgorzata Pietrzyk, Znak 2018

Benji Davies, Cudowna wyspa dziadka, tł. Małgorzata Pietrzyk, Znak 2018

Anatomia natury

Co ja poradzę na to, że lubię patrzeć? Moje dzieci też lubią, to pewnie zaraźliwe. Wysiada takie z samochodu i nagle słyszę: mamo, patrz, jaki piękny wieczór. Co z tego, że ciemno, zimno i późno, skoro piękne chmury kłębią się po niebie i księżyc tak zabawnie prześwituje przez gałęzie? Jest na co patrzeć. Tyle wokół liści, drzew, ptaków, kamieni… Piotrek z każdego spaceru wraca ze skarbami, których urodę dostrzega czasami tylko on. Szary kamyk w kształcie serca, zadziwiająco wygięty patyk, liść, którego czerwień przyciąga oczy, skorupka orzecha, guzik po przejściach. Więc gdy ktoś mówi, że w mieście nie ma niczego do oglądania (oprócz zabytków), to zwykle się dziwię. I cieszę się, że powstają takie książki, jak „Anatomia natury’ Julii Rothman (Entliczek). Książki, która narodziły się z ciekawości i patrzenia.

Julia Rothman, Anatomia natury

Julia Rothman podbiła mnie niesamowitą „Anatomią farmy„, która do tej pory ogromnie lubimy przeglądać. Było dla mnie oczywiste, że „Anatomia natury” też do nas trafi, choć odrobinę obawiałam się, czy przypadkiem nie przeżyję rozczarowania. Nic z tych rzeczy — zazdroszczę jedynie Amerykanom, że ktoś tak pięknie napisał o ich przyrodzie. Cudnie by było mieć taki przewodnik po polskiej naturze, w którym znalazłabym informacje o tym, co bliskie i na wyciągnięcie ręki. Nic straconego… Planujemy z Piotrkiem nasz własny przewodnik po tym, co nas interesuje — bo Julia Rothman naprawdę potrafi czytelnika zainspirować.

Julia Rothman, Anatomia natury

O czym to jest? Hmm… Jakby odpowiedzieć na to pytanie… Właściwie o wszystkim. O wszystkim, co w przyrodzie interesuje autorkę. Może warto posłuchać, co sama ma do powiedzenia:

Myślę o tym projekcie jako o MOJEJ książce przyrodniczej. Są tu informacje, które mnie interesowały, rzeczy, które chciałam narysować i namalować. Mimo że jest to zaledwie wierzchołek góry lodowej, dało mi to możliwość zapoznania się z roślinami, zwierzętami, drzewami, owadami, opadami atmosferycznymi, rzeźbami terenu i akwenami, których nazwy chciałam znać, kiedy spotykałam je na swojej drodze. (s. 7)

Julia Rothman, Anatomia natury

Trzeba przyznać, że Julię Rothman bardzo wiele rzeczy interesuje. Ziemia i niebo, małe i duże rośliny, owady, zwierzęta, lasy, grzyby, ptaki. Rozdziałów jest siedem, a w każdym znajdziecie jeszcze co najmniej kilka podrozdziałów. Na początku autorka nakłoni was do popatrzenia pod nogi. A jak już dowiecie się wiele o minerałach, kataraktach, powstawaniu skał, skamieniałościach i krajobrazach, zachęci was do spojrzenia wysoko w górę. Może zobaczycie tęczę? Albo będziecie podziwiać krople deszczu? A może usłyszycie ostatnią letnią burzę? Lub przez lupę popatrzycie na pierwsze płatki śniegu? I będziecie mieli wiele pytań, a w książce Julii Rothman znajdziecie dużo odpowiedzi.

Julia Rothman, Anatomia natury

Nie trzeba czytać od początku. Można od końca albo od środka, albo w dowolnym miejscu. Piotrek rozpoczął oglądanie od rozdziału o mrówkach, a potem przeskoczył do pszczół (czemu mnie to nie zdziwiło?). Mnie zauroczyły strony przedstawiające drzewa, zachwyt nad kształtem liści, urodą porostów czy fakturą kory. Kiedy ostatnio patrzyliście uważnie na pnie drzew? Julia Rothman przekonuje, że warto.

Julia Rothman, Anatomia natury

Znajdziecie tutaj podpowiedzi, która roślina nadaje się do jedzenia i jak zbierać rośliny, by rosły w danym miejscu przez wiele lat. Dowiecie się,  jak różnorodne i przedziwne mogą być ptasie jaja i dzioby, zachwycicie się różnorodnością grzybów i wspaniałością wodnych istot. Lubię książki, które zmuszają do zatrzymania i skłaniają do tego, by uważnie rozejrzeć się wokoło, pokręcić głową, nadstawić ucha, a potem zacząć zadawać pytania.

„Anatomia natury” nie pretenduje do roli encyklopedii czy wyczerpującego kompendium, a jednak świetnie przybliża otaczający nas świat. Pokazuje, że można zacząć od małych kroków, od uważnego patrzenia wokoło i stawiania pytań. Wystarczy uważnie przejść się po parku, popatrzeć w niebo, pooglądać liście, a potem poszukać odpowiedzi, jaki ptak śpiewał w parku, na jakim drzewie rosną te wielkie strąki i czego szuka wiewiórka jesienią. Odpowiedzi na niektóre pytania są proste, inne będą wymagać sięgnięcia do sieci albo pogrzebania w książkach. W ten sposób uczymy dzieci, że ciekawość świata to furtka do poważnej nauki i wyczerpujących badań, a poznawanie może zacząć się od zachwytu fakturą kory czy kształtem łapy.

Julia Rothman, Anatomia natury

Julia Rothman, Anatomia natury

Książka Julii Rothman nie przytłacza ani nie przeraża. Mnóstwo tutaj ilustracji i krótkich tekstów. Można potraktować „Anatomię natury” jako wprowadzenie do nauk przyrodniczych, bo przecież czytelni dowie się z niej, co to jest bagno, torfowisko i step, jak wygląda delta i co to są niesporczaki. Wydaje mi się jednak, że takie podejście zubaża tę książkę. Wolę myśleć o niej jako o przewodniku po świecie przyrody, którego zadaniem jest pokazanie nam, że większość cudów mamy na wyciągnięcie ręki. Wystarczy iść na spacer. Wybierzecie się z nami?

Julia Rothman (pomoc: John Niekrasz), Anatomia natury, tł. Barbara Bocian, Wydawnictwo Entliczek 2018

 

Pszczoły

Świat ekscytuje się drugą książką Piotra Sochy („Drzewa” za chwilę zdominują blogosferę, bo każdy będzie chciał je mieć i się pochwalić), a ja z Piotrusiem z zapałem zapoznajemy się z jego „Pszczołami”. Dopiero teraz. A co!

Piotr Socha, Pszczoły

Dlaczego teraz? Oczywiście widzieliśmy książkę Piotra Sochy wcześniej, oglądaliśmy w księgarni i u przyjaciół pierwsze wydanie, ale wtedy jakoś przeszła przez echa. No tak, piękna! No tak, duża! Tak, tak, można obejrzeć i odłożyć na bok. Po prostu nie wywołała wtedy tego „ach!”, które sprawia, że natychmiast, już i od razu chce się mieć tę książkę na półce.

Minęło trochę czasu i Piotra zafascynowały owady społeczne. „Pszczoły” pojawiły się u nas ponownie i tym razem powaliły całą rodzinę na kolana. Że piękna, że ogromna, że ciekawa, że tyle informacji, że się nie spodziewałam, że mądra, że, że, że… No właśnie! Książka musi trafić na swój czas. A u nas teraz panuje moda na „Pszczoły”.

Piotr Socha, Pszczoły

Żeby w pełni docenić „Pszczoły”, trzeba spędzić nad tą książką trochę czasu, uważnie poprzyglądać się planszom i wczytać w tekst. Dopiero wtedy dociera do człowieka ogrom pracy, jaką wykonał Piotr Socha, i ogrom wiedzy, jaką z tej książki można zdobyć (tutaj trzeba się głęboko ukłonić przed autorem tekstu, Wojciechem Grajkowskim). A na dodatek wszystko jest napisane przyjaźnie, ale nie infantylnie. To nie jest książka dla maluchów. To książka dla każdego.

Piotr Socha, Pszczoły

Czego tutaj nie ma! Wszystko jest! I o pochodzeniu pszczół, i o tym, jak wyglądają, i o tym, jak robią miód, i o tym, jak tańczą. Aaaa…. I jeszcze mnóstwo o tym, jak i kiedy życie pszczół splotło się z życiem człowieka. Znajdziecie tutaj wiele interesujących informacji, ciekawostek i anegdot. Wiedzieliście, że pszczoła musi pokonać 150 tys. kilometrów, żeby powstał 1 kg miodu? Robi wrażenie, prawda?
Piotr Socha, Pszczoły

Bardzo zaimponował mi sposób zakomponowania tekstu i jego związek z ilustracjami. Lekturę „Pszczół” można traktować jako ćwiczenia na skupienie i uważność. Elementy niektórych ilustracji są ponumerowane — wyjaśnienie znajdziecie w tekście, ale nie po kolei. Nawet sobie nie wyobrażacie, z jaką uwagą Piotrek śledził notatkę o ulach, żeby dowiedzieć się, gdzie używane są poszczególne konstrukcje. I do tej pory przepytuje, czy wolałabym ul w kształcie niedźwiedzia, czy jednak Adama i Ewę.

Piotr Socha, Pszczoły

Pszczoły towarzyszyły już ludziom pierwotnym, są obecne na ilustracjach pochodzących ze starożytnego Egiptu, Grecy uważali go za pokarm bogów, a Napoleon uczynił pszczołę jednym z symboli swojego cesarstwa.  W „Pszczołach” zajdziecie wiele takich informacji. Czyta się to wszystko z narastającym zachwytem i coraz większą ciekawością. Świetna książka. Niech żyją pszczoły!

Piotr Socha, Pszczoły

No to biegnę szukać „Drzew” w małych księgarniach, a wszystkim, którzy jeszcze „Pszczół” nie oglądali, gorąco je polecam.

Piotr Socha, Pszczoły, op. tekstu Wojciech Grajkowski, Wydawnictwo Dwie Siostry 2015

Przez las

„Przez las” Emily Carroll (Wydawnictwo Entliczek) leży u nas na stole w kuchni. Czyli w miejscu, gdzie zwykle składowane są najpotrzebniejsze rzeczy synów — książki, które właśnie czytają i oglądają, rysunki, nad którymi pracują, łamigłówki, stosy papierów, kredki, nożyczki i kleje. Wszystko. Dobrze, że mamy duży stół. I na szczycie wszystkiego leży „Przez las” — bo nie można przestać jej oglądać, zachwycać się i zastanawiać. Czasami można jeszcze znaleźć tę książkę na kanapie lub na parapecie. Zwykle jednak widać ją w Piotrowej dłoni, choć wcale nie dla Młodszego była przeznaczona.

Emily Carroll, Przez las

Ta niesamowicie zilustrowana książka to właściwie komiks-horror. W środku znajdziecie kilka niedopowiedzianych i bardzo nastrojowych historii, pełnych szelestów, szmerów i lęków. Fabuła zahacza o nieocenzurowane wersje baśni braci Grimm, mnie kojarzy się także z opowieściami Neila Gaimana i powieścią gotycką. Wszystkie opowieści mają niejednoznaczne i otwarte zakończenia — to od czytelnika zależy, co wybierze i którą ścieżką podąży, jak dokończy opowieść. Książka przeznaczona jest raczej dla młodzieży i dorosłych.

Emily Carroll, Przez las

Jak to się stało, że trafiła w ręce Piotrusia? To proste — zrozumie mnie ktoś, kto ma w domu buntującego się nastolatka. Tymek zerknął i rzucił do kąta, a Piotruś dojrzał. Dojrzał i nie mógł nie zajrzeć. Jak już zajrzał, to wsiąkł i nie mógł przestać czytać. Wtedy to miał miejsce monolog, który przejdzie do historii naszej rodziny: Nie patrz na mnie teraz, bo zaraz mi zabierzesz tę książkę. Bo pewnie powiesz, że się boję i że to nie dla mnie. A to jest dla mnie, bo ja się wcale nie boję, choć te ilustracje tobie będą się wydawać straszne. A one wcale nie są straszne. To znaczy są trochę straszne, ale nie tak bardzo straszne. I ja się nie boję, no może troszeczkę. Ale to jest takie ciekawe i ja muszę to przeczytać, rozumiesz. A ty pewnie będziesz chciała mi zabrać, jak będziesz patrzyć. I powiesz, że to straszne. A to raczej takie smutne. No dobra, trochę straszne też, ale bardziej smutne. Nie patrz na mnie, nie będę się bał.

Emily Carroll, Przez las

Długo trwała ta przemowa, a ja nie miałam serca zabrać dziecku książki z ręki. Przeczytał ją od deski do deski, z rumieńcami na policzkach. A potem jeszcze raz. Później przeczytał ją babci (Babciu, przeczytam ci taki kryminał o zombie), i tacie. I sobie samemu. Do szkoły nie pozwoliłam zanieść. Najzabawniejsze jest to, że potem przeczytał ją Tymek, bo udzieliło mu się podniecenie brata. Przeczytał i docenił: niejednoznaczność zakończeń, narastające poczucie zagrożenia, nastrój (lęk pochodzi z nas, uznał mój syn, bo książka tylko sugeruje, a my dopowiadamy resztę — mądre mam czasami dziecko, nie?).

Emily Carroll, Przez las
Książka jest niesamowita. Wydano ją z pietyzmem — samo dotykanie okładki, która łączy kilka rodzajów faktur papieru, to radość dla zmysłów i ogromna przyjemność. Plansze Emily Carroll , dopieszczone, wspaniale łączące kolory, by spotęgować nastrój, można oglądać bez końca. Głębokie czernie przełamane bielą, intensywny błękit, czerwone plamy. Artystka doskonale wie, co chce osiągnąć i jak to zrobić.

Emily Carroll, Przez las

Emily Carroll, Przez las

Główną rolę w „Przez las” odgrywają ilustracje. To one najsilniej budują nastrój. Tekst jednak doskonale z nimi współgra, nie pełni jedynie roli służebnej. Nie jest wypełniaczem — dopowiada to, czego na planszach nie dało się pokazać. Po lekturze zostaje w nas jakiś niepokój, lęk, czasami niechęć do obejrzenia się za siebie lub sięgnięcia po coś w ciemność. Doskonała pożywka dla wyobraźni. Autorka znakomicie ogrywa ludzkie pierwotne lęki i strachy — przed ciemnością, lasem, tym, co inne i nieznane — a jednocześnie zaprasza na wędrówkę, której trudno się oprzeć.

Emily Carroll, Przez las

Warto się zastanowić, zanim podsuniecie tę książkę młodszy dzieciom, ale gorąco zachęcam, by do „Przez las” zajrzeć. Warto towarzyszyć dziecku i obserwować jego reakcje. Można ją podsunąć wielbicielom komiksów. To zresztą książka dla każdego, kto ceni dobrą ilustrację i dopracowany pomysł. Nie lubię się bać, ale dla tej książki jestem w stanie przezwyciężyć swoje lęki.

 

Te ładniejsze ilustracje pochodzą ze strony Wydawnictwa Entliczek.

 

Emily Carroll, Przez las, tł. Marta Bręgiel-Benedyk, Entliczek 2016

Wielka księga robali

Piotrek kocha robale. Marzy o własnym pajączku, choćby maleńkim, i z radością wita w łazience każdego gościa o kilku odnóżach. Prywatne mrowisko to by było dopiero coś. W ogrodzie dziadków pracowicie wynajduje mrówcze ścieżki, śledząc z zacięciem zabiegane owady i tropiąc ich tajemnice. Do każdego odkrycia dorabia historię. O mrówczej wojnie, o wielkim martwym żuku, o ataku czerwonych gryzących mrówek, o zagubionym pędraku. Jego zachwyt wzbudza odkrycie gniazda skorków w starej szufladzie. Z radością przyjąłby atak termitów lub przemarsz mrówek legionistek — najlepiej, gdyby przy tej okazji zjadły jakiegoś konia. W domu przewraca się mnóstwo książek o owadach — szczególnie tych społecznych, bo zwyczaje mrówek, pszczół, termitów, szerszeni, os, trzmieli (na pewno o jakichś zapomniałam) są po prostu fascynujące. Zgadzacie się? Jeśli tak, to zajrzyjcie z nami do „Wielkiej księgi robali” Yuvala Zommera (Wydawnictwo Wilga).

Yuval Zommer, Wielka księga robali

Nasze pierwsze zetknięcie z tą książką nie było zbyt udane, przyznam od razu. „Wielka księga robali” jest duża i piękna, ale nie zalewa ogromem wiedzy. Jest tutaj sporo informacji, ale nie tak dużo, jak się spodziewałam. Przeznaczona jest dla dzieci, które dopiero odkrywają fascynujący mikroświat. Te, które z wypiekami na twarzy obejrzały „Mikrokosmos”, a po nocach studiują atlasy owadów, mogą poczuć się rozczarowane…. bo po prostu nie jest to książka dla nich!

„Wielka księga owadów” zafascynuje jednak każdego, kto na widok pająka zaczyna histerycznie krzyczeć. A także tego, kto myli mrówkę z termitem i uważa ćmę za nieudanego motyla. Tato Piotrusia uświadomił mi, że „normalni” rodzice (to znaczy tacy, którzy nie wysłuchują codziennie informacji o zwyczajach żywieniowych mrówek, nie uzupełniają co jakiś czas wielkiego rysunku mrowiska, nie wiedzą, co robi królowa pszczół po wykluciu, i w żaden sposób nie kojarzą Aleksandra Macedońskiego z miodem) mogę być zaskoczeni niektórymi informacjami z książki. Fakt, mogą.

Yuval Zommer, Wielka księga robali

Może na początek spis treści, który doskonale współgra z tematyką książki. Miło obcować z czymś tak przemyślanym pod względem edytorskim i tłumaczeniowym. W środku „Wielkiej księgi robali” bzyczy 18 rozdziałów o robalach (od biedronek po pająki i dżdżownice). Uwaga: nie mylić robali z owadami, bo to nie to samo. Na początku lektury znajdziecie rozdział, w których wszystko zostało dokładnie wyjaśnione na drzewie rodowym robali. Oprócz informacji o rodzajach robali dostajemy w pigułce informacje o ich zwyczajach żywieniowych, jak je najłatwiej podglądać, gdzie mieszkają, jak się rodzą — to wiedza bardzo przydatna, bo ułatwia powstrzymanie pierwotnych odruchów gonienia i zgniatania wszystkiego, co lata i ma odnóża.

Yuval Zommer, Wielka księga robali

Rozkładówki nie są przeładowane wiedzą. Większość przestrzeni zajmuje rysunek owadów — można z niego wywnioskować, co lubią i gdzie żyją. Każda ilustracja została uzupełniona kilkoma krótkimi informacjami o najbardziej charakterystycznych cechach danego gatunku. Dodatkowo na prawie każdej rozkładówce dziecko znajdzie zadanie do wykonania. Najczęściej trzeba kogoś/coś znaleźć — siedmio- czy ośmiolatek nie powinien mieć z tym problemów, ale — przyznajcie sami — które dziecko nie lubi takich zadań?

Yuval Zommer, Wielka księga robali

Autorzy książki — Yuval Zommer korzystał z pomocy specjalistki od owadów, Barbary Taylor — zatroszczyli się o informacje, które nie są oczywiste i skłaniają do dalszych poszukiwań. Wiedzieliście, że wije są starsze niż dinozaury, a pająki mają 48 kolan? Aż ma się ochotę pogrzebać w książkach i w sieci, by to sprawdzić. Na wieść o tym, że naukowcy wysłali biedronki w kosmos, mój młodszy syn przybiegł zaaferowany z pytaniem, czy przeżyły. A jak już zaprzyjaźnicie się z owadami, zaakceptujecie komary i zaczniecie z sympatią myśleć o karaluchach, zostanie wam zbudowanie stołówek dla owadów.

Yuval Zommer, Wielka księga robali

„Wielka księga robali” dużo obiecuje. I można powiedzieć, że spełnia te obietnice, o ile trafi we właściwe ręce. Na okładce pojawia się informacja, że dzięki tej książce poznacie wszystkie rodzaje fruwających, biegających i żądlących owadów z różnych stron świata. Rodzaje może i tak, gatunki już nie. Dowiecie się jednak sporo i możecie być zaskoczeni — o ile wcześniej robalami się nie interesowaliście. Warto ją podsunąć dzieciom, które boją się owadów lub bezmyślnie je zabijają — na pewno pomoże wytłumaczyć, co robią pszczoły i dlaczego nie wolno pastwić się nad owadami. Nad niczym zresztą nie wolno. Wielkim plusem tej książki jest indeks — nie tylko ułatwia wyszukiwanie informacji, ale przede wszystkim sprawia, że dziecko może dowiedzieć się, jak wygląda książka popularnonaukowa w wersji light. A potem możecie już zacząć liczyć niebieskie muszki (są na każdej stronie).

A tak wyglądał plakat mojego syna na szkolny festiwal talentów.

Piotr, plakat

Yuval Zommer, Wielka księga robali, tł. Michał Brodacki, Wilga 2017

 

Wilki w ścianach

„Wilki w ścianach”, książka napisana przez Neila Gaimana z ilustracjami Dave’a McKeana, nie wydawała mi się najlepszym wyborem dla Piotrka. Syn miał jednak odmienne zdanie, bo przecież sam ją znalazł na bibliotecznej półce, sam przejrzał jeszcze w bibliotece — przydają się pufy rozstawione między bibliotecznymi półkami — i sam, acz z oporami, podał Pani Bibliotekarce. Jak mi potem powiedział, trochę się bał, że Pani Bibliotekarka z jakichś powodów mu jej nie wypożyczy i schowa pod ladę, skuszona mroczną okładką. Bo mamo, w tej książce są takie fajne wilki… Trudno się nie zgodzić. Piękne są. I straszne.

Neil Gaiman, Wilki w ścianach

„Wilki w ścianach” to trochę opowieść, trochę komiks. Ważny jest w niej nastrój: przerażający i nerwowy, podkreślany przez ilustracje Dave’a McKeana — to nie jest pogodna i standardowo „ładna” książka dla grzecznych dzieci. To książka o dziecięcych strachach i dziecięcej wyobraźni, która cieniom, szeptom, skrzypieniom i trzaskom nadaje dodatkowe sensy.

Neil Gaiman, Wilki w ścianach

Główna bohaterka Lucy odkrywa, że dom jest pełen dziwnych dzięków. Pochodzą one z wnętrza ścian. To tam coś tupie, brzęczy, trzeszczy i szura. Lucy wie, że to wilki, ale nikt w domu nie chce jej uwierzyć. Aż w końcu wilki wyszły ze ścian, a rodzina Lucy musiała uciekać do ogrodu…

Neil Gaiman, Wilki w ścianach

Neil Gaiman, Wilki w ścianach

Opowieść jest absurdalna i niesamowita. Trochę straszna, czasami śmieszna, zaskakująca. Obraz, pełen cieni, załamań i zagięć, wciąga w głąb tekstu i kusi, by iść dalej, mimo iż robi się trochę strasznie. Piotrek przeczytał tę książkę samodzielnie co najmniej kilka razy, a obejrzał jeszcze więcej. Uznał też, że to lektura dla odważnych — ci mniej odważni powinni mieć blisko mamę, bo przecież te wilki mogą przestraszyć.

Neil Gaiman, Wilki w ścianach

Neil Gaiman, Wilki w ścianach

Wypędzona z domu rodzina Lucy radzi sobie nieźle, ale jak długo można mieszkać w ogrodzie? W końcu postanawiają odbić swój dom. I wtedy okazuje się, że wilki także się czegoś boją. A najbardziej tego, co czai się w ścianach.

Neil Gaiman, Wilki w ścianach

W domu wszystko wróciło do normy. Lucy jednak nie przestała być czujna i znowu coś usłyszała… Zapętlenie historii bardzo się Piotrowi spodobało. Odczytał je jak zaproszenie do zabawy w wyobraźnię, w zgadywanki, w potwory, która jemu pomaga oswoić własne lęki przed ciemnością i dziwnymi nocnymi trzaskami. Każdy strach się czegoś boi.

„Wilki w ścianach” były wydane już dość dawno, więc szukajcie ich raczej w bibliotekach. To szczególnie jeśli lubicie odrobinę się bać, jak to u Gaimana, i lubicie wilki. Ilustracje Dave’a McKeana są świetne. Nie są klasycznie ładne, ilustrator bawi się kolorami i odcieniami, miesza techniki — nie widać tego na moich zdjęciach, ilustracje nie są żółte, brązy, zielenie, beże, cała gama różnych odcieni szarości, wszystko podporządkowane jest atmosferze opowieści. Bardzo interesująca lektura.

 

Neil Gaiman, Wilki w ścianach, tł. Paulina Braiter, il. Dave McKean, Mag 2004

Zapachniało wakacjami…

Tak, tak, zapachniało wakacjami mimo listopada, paskudnej mżawki i wiatru, który szarpie gałęziami. U Dziadków spadły z drzew ostatnie liście, a zachwycone dzieci odkryły, gdzie zimuje jeż i podziwiały zwinną wiewiórkę, doskonale widoczną wśród nagich gałęzi. A ja położyłam przy łóżku książkę i zaglądam do niej co chwila, szukając słońca, łagodnego szumu wody i zapachu kwiatów. Nie spodziewałam się, że aż tak mną zawładnie, gdy brałam ją w bibliotece z półki dla dzieci.

Do góry brzuchem

„Brzuchem do góry” Urszuli Palusińskiej (Dwie Siostry 2017) przykuwa wzrok od razu. Jej okładka sprawia, że ma się ochotę potrząsnąć głową — coś jest nie tak. Nie chodzi nawet o ciekawie zakomponowany tytuł. Zaskoczyła nas przede wszystkim perspektywa — rzadko (chyba zbyt rzadko) zdarza nam się oglądać świat od dołu. Cała książka Urszuli Palusińskiej jest właśnie taka, jak okładka — pokazuje nam świat z pozycji leżącej i zaraża zachwytem nad swobodnym letnim leniuchowaniem bez winy i wstydu. Czy ktoś za tym nie tęskni?

Rozmarzyłam się, wspominając hamak, dmuchawce na wietrze, motyle i słońce lśniące w liściach gruszy. Urszuli Palusińskiej udało się zakląć lato na kartkach książki, choć na jej ilustracjach nie znajdziecie feerii barw, sporo na nich także czerni. Fabuła nie jest skomplikowana: dziecko wędruje po podwórku i okolicy i widzi ludzi, którzy właśnie znaleźli chwilę tylko dla siebie: wujka czytającego gazetę, listonosza roznoszącego listy, ciocię, Karola, Emilię czy Euzebka (to chyba ulubiona plansza Piotrka). Najpierw widzimy bohatera z góry, by potem zobaczyć świat z fascynującej, leżącej perspektywy.

Brzuchem do góry

Brzuchem do góry

Nie wiem, jak to Urszula Palusińska zrobiła, ale dla mnie ta książka to esencja lata, lato w pigułce, doskonały lek na jesienne chłody. Tyle w niej słońca, pogody, spokoju, upału zaczarowanego w każdym źdźble trawy narysowanym czarnym tuszem, każdej plamie słonecznego blasku prześwitującej przez kapelusz czy dziurawy dach. Autorka książki rewelacyjnie operuje plamą i kreską, jej obrazy są czasami rozmyte — czyż nie jest tak, gdy próbujemy patrzeć prosto w słońce?

Brzuchem do góry

 Brzuchem do góry

To także książka o uważności, pielęgnowaniu chwili, pełna zachwytu nad „tu i teraz”, nad rzeczami zwykłymi: tańcem ciem w świetle latarki, kłębami dymu unoszącego się nad ogniskiem, światłem gwiazd odbitych w jeziorze.

Brzuchem do góry Brzuchem do góry

Zazdroszczę autorce umiejętności zachwytu i dostrzegania piękna w rzeczach zwykłych. I bardzo się cieszę, że wyciągnęłam tę książkę z bibliotecznej półki — lata nie wrócimy, ale jesienią też można poleżeć na podłodze i popatrzeć na sufit, szukając historii zaklętych w cieniach, zatrzymać się w parku i podpatrywać gawrony szukające orzechów czy podziwiać chmury na niebie. Bardzo jestem wdzięczna za tę lekcję uważności. Dobrze jest czasami poleżeć brzuchem do góry.

Urszula Palusińska otrzymała za tę książkę nagrodę Chen Bochui w kategorii „Najlepsza książka obrazkowa roku” na Międzynarodowych Targach Książki Dziecięcej w Szanghaju. Jury miało doskonały gust.

Urszula Palusińska, Brzuchem do góry, Dwie Siostry 2017

W poszukiwaniu Czerwonego Smoka

Książki do wyszukiwania są stale obecne w biblioteczce Piotrusia. Bardzo je lubimy: samo wyszukiwanie szczegółów to dopiero początek zabawy. Można przecież opowiadać własne historie, śledzić przygody pobocznych bohaterów, wytyczać trasy, budować labirynty. Możliwości jest moc. Bardzo się więc oboje ucieszyliśmy, gdy znaleźliśmy „W poszukiwaniu Czerwonego Smoka” (Nasza Księgarnia) na bibliotecznej półce.

W poszukiwaniu czerwonego smoka

Na pierwszy rzut oka jest to książka-bliźniaczka „W poszukiwaniu Niebieskiej Marchewki”, o której już tutaj pisałam. Piotr ciągle do Marchewki zagląda i świetnie się bawi. Wciąż intrygują go ilustracje Sébastienna Telleschiego, choć wymyśla do nich swoje własne historie. Do „Czerwonego Smoka” zajrzał raz, obejrzał i odłożył na bok — szczerze mówiąc, wcale mu się nie dziwię.

W poszukiwaniu czerwonego smoka

Pomysł na historię jest całkiem niezły — Księżniczka znalazła swojego Rycerza, więc jej towarzysz, Czerwony Smok, może już wyruszyć w świat, poszukać szczęścia i miłości. Powód jednocześnie banalny i wzniosły, a Smok przemierza w poszukiwaniu wybranki cały świat. Kolejne etapy jego trasy poznajemy na kolorowych planszach.

W poszukiwaniu czerwonego smoka

Przyznaję, że mam problem z ilustracjami Maud Lienard. Oglądałam je na blogu artystki — znacznie lepiej, moim zdaniem, wyglądają pojedyncze detale niż cała plansza. Nie wiem, z czego to wynika, może te lekko zgeometryzowane formy dają wrażenie chaosu, a może to po prostu kwestia gustu. Ja mam wrażenie, że na każdej planszy oglądam bardzo podobne motywy, trudno mi odróżnić jedną od drugiej. Na dodatek na planszach przemieszano teraźniejszość i przeszłość — w Europie obok Big Bena i Wieży Eiffla mamy wikińskie drakkary, rzymski rydwan i chyba starożytnych Greków. Na każdej planszy dziecko powinno odnaleźć Czerwonego Smoka — nie jest to trudne zadanie, a twórcom książki zabrakło pomysłu na inne zabawy. Plansze są podobne, ale nie da się na nich chociażby odnaleźć tych samych postaci i snuć opowieści o innych bohaterach.

Cała książka puszcza zresztą oko do dorosłego. Na planszach można śledzić nawiązania do bohaterów literackich czy znanych postaci (Marylin Monroe), a sam tekst skierowany jest chyba tylko do dorosłych odbiorców. Piszę „chyba”, bo po prostu nie wiem. Tekst miał być żartobliwy i zabawny, to widać. Pełno w nim związków frazeologicznych, ukrytych rymów, zabaw słownych. Małe dziecko raczej ich nie dostrzeże, a czy rodzic doceni?— mnie raczej drażniły. To może przykład: Nauczyłem się grać na dziwacznym instrumencie muzycznym, czyś w rodzaju bardzo długiego fletu. Moim profesorem był Didier Ridoo.

W poszukiwaniu czerwonego smoka

Zakończenie książki rozłożyło mnie na łopatki co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, Czerwony Smok zakochuje się w latawcu. Co prawda jest to wspaniały smoczy latawiec, ale ta metafora jak dla mnie zbyt niezrozumiała. Po drugie, książka ma morał. Tak, tak, morał. Brzmi on tak:

A ty, czytelniku, pewnie się zastanawiasz, jaki wniosek wyciągnąć z podróży Czerwonego Smoka? To łatwe: miłość trzyma się tylko na sznurku (nie ma powodu zmieniać się w kłębek nerwów!). Znalazłeś za gruby sznurek? Jeśli jednak to nie jest grubymi nićmi szyte i daje się rozsupłać węzły, życie okazuje się pełne niespodzianek. Szczęśliwym można być jedynie z dwoma końcami sznurka. Wystarczy umieć tworzyć więzi.

Odpadam. Nie lubię książek z morałem. Nie lubię książek, w których autor mi tłumaczy, co powinnam czuć i jak rozumieć jego tekst. Tych słów kompletnie nie rozumiem i nie podejmuję się wytłumaczyć. Jak dla mnie logiki nie ma w nich wcale. Wszystko jest za grubymi nićmi szyte.

Muszę być jednak uczciwa: to nie jest brzydka książka. Ilustracje są kolorowe, zwierzęcy bohaterowie mogą się podobać. Została bardzo starannie wydana i może przyciągnąć uwagę dzieci. W kategoriach książek do wyszukiwania zdecydowanie polecałabym jednak inne pozycje, chociażby Detektywa Pierra, Miasteczko Mamoko czy Jaki to miesiąc Marcina Strzembosza.

 

Frédéric Bagères, W poszukiwaniu Czerwonego Smoka, il. Maud Lienard, tł. J. Sztuczyńska, Nasza Księgarnia 2017