O wierszykach

Dzisiaj mamy Światowy Dzień Poezji. Co prawda mam wrażenie, że codziennie mamy ostatnio dzień czegoś, ale akurat Dzień Poezji świętować warto i trzeba. Dzieci są niesamowicie czułym i wrażliwym odbiorcą poezji — w sposób naturalny bawią się słowami i szukają nowych znaczeń, dostrzegają humor w zwyczajnych połączeniach, wymyślają rymowanki i piosenki.

Z okazji Dnia Poezji najlepiej czytać wiersze. Poczytacie z nami? Nie silę się na żadne obiektywne zestawienie ani przegląd pozycji dostępnych w księgarniach. Znajdziecie tutaj utwory i książki, które były ważne dla nas, bo dzięki nim odkryliśmy kogoś nowego. A czasami dlatego, że bawiliśmy się przy nich tak dobrze, że wierszyki weszły do naszego języka i ciągle się do nich odwołujemy. Na pewno nie uda mi się napisać o wszystkim — chociażby dlatego, że nie będę pisać o Tuwimie i Brzechwie (proszę powstrzymać słowa oburzenia ;-)). Oczywiście, że kochamy „Lokomotywę”, a „Baśń o korsarzu Palemonie” należy do naszych ulubionych. Nie warto jednak ograniczać się tylko do tych dwóch Mistrzów. Macie swoje ulubione wiersze dla dzieci? Też macie utwory, które są z wami stale? I takie, które wprowadzają w świat „dorosłej” poezji?

Na początku, gdy Tymek, a potem Piotruś byli jeszcze całkiem maleńcy, bawiliśmy się w ludowe przyśpiewki i śpiewanki. „Miała baba koguta”, „Gdzieżeś ty bywał czarny baranie” i „Jadą, jadą misie”. Zostało nam to do dzisiaj. Pewnie kierowcy innych samochodów pukają się w głowę, gdy widzą wydzierającą się i zaśmiewającą do łez rodzinę w samochodzie stojącym w korku.

Miała baba dziobaka, dziobaka

Wsadziła go do chlebaka…

Spróbujcie stworzyć zwrotkę z flamingiem — ktoś podejmie wyzwanie? Bo krokodyl czy chomik to pikuś. Chłopaki do tej pory nie chcą nikomu oddać śpiewanek z Muchomora.

Jadą, jadą misie

Jadą, jadą misie

 

 

 

 

 

 

 

Jakiś czas później przyszła pora na bardziej „poważne” lektury. Wtedy przybyły do naszego domu „Tygryski” Joanny Papuzińskiej. I już zostały.

Moja piżama — cała w tygrysy.

Moje tygrysy — straszne urwisy.

Moje tygrysy nie chcą spać nocą,

fikają kozły, skaczą i psocą.

Joanna Papuzińska, Tygryski

Joanna Papuzińska, Tygryski

Gdzieś po drodze mignęła nam Janina Porazińska. Jej wierszyki, moje ukochane w dzieciństwie, odrobinę się zestarzały i troszkę trącą myszką, ale i tak bawiliśmy się świetnie, bo przecież wchodzi kotek po drabinie, po drabinie, po drabinie. Już ostatni miał szczebelek, a wtem – frr – uciekł wróbelek. A potem, przy okazji jesiennych wycieczek, znowu zaczarowała nas Papuzińska:

Na pierwsze danie — szyszek zbieranie,

suchych gałązek trzask.

Na drugie danie — dymu wąchanie,

niech w nos i w oczy wyszczypie nas.

Trzecie danie — długie czekanie,

na to, co w ogniu upiec się ma.

A na deser każdy dostanie

czarne, parzące ziemniaki dwa.

Joanna Papuzińska, Stare i nowe wierszyki domowe

Czy ktoś u Was reaguje śmiechem na pytanie „gdzie się podziały moje daktyle?”. U nas to fraza-klucz — od razu wszystko wiadomo. Ale ulubionych wierszy Danuty Wawiłow mamy co najmniej kilka. „Daktyle” oczywiście do nich należą, ale tak samo mocno lubimy „Kałużystów”, „Damę i prosie”, „Jak tu ciemno”, „Wilki” — mogłabym wymieniać i wymieniać. Piotr ostatnio najbardziej lubi „Babcię i pudla”.

Była sobie babcia,

miała serce złote,

miała także pudla, 

wielkiego niecnotę.

Poszła do ogródka

narwać trochę marchwi,

wraca i co widzi?
Pudel leży martwy!

Danuta Wawiłow dzieciom

Mamy jeszcze dwie ulubione książki z wierszami. Jedna z nich to „Wiersze, że aż strach!” Małgorzaty Strzałkowskiej.

Na ulicy Batorego

szło trawnikiem COŚ STRASZNEGO,

szło i wyło, i trąbiło.

Co to było? Co to było?

Małgorzata Strzałkowska, Wiersze, że aż strach!

Małgorzata Strzałkowska, Wiersze, że aż strach!

A druga to „Biały niedźwiedź” Marcina Brykczyńskiego.

Biały niedźwiedź na krze siedział

I rozmyślał tydzień cały,

Czemu taki los niedźwiedzia,

Że jest do znudzenia biały.

Marcin Brykczyński, Biały niedźwiedź

Im dłużej piszę, tym więcej wierszy mi się przypomina. Bo przecież poezja dla dzieci, to nie tylko Julian Tuwim, Jan Brzechwa i Maria Konopnicka. To także Marcin Brykczyński, Michał Rusinek, Dorota Gellner, Natalia Usenko, Wanda Chotomska, Agnieszka Frączek i mnóstwo innych nazwisk. Chyba muszę postawić tutaj kropkę, bo inaczej pisałabym do jutra. Bardzo lubię szukać nowych wierszy dla dzieci. Bo poezja dla dzieci wcale nie musi być dziecinna ani łatwa, a na pewno uczy wrażliwości i otwiera głowę.

Czytajcie z dziećmi wiersze. Może spotkacie także Poetę 🙂

Był sobie raz poeta.

Nie wiem, czy wiecie o nim?

Chodził z głową w obłokach…

i z kapeluszem w dłoni.

Można go było spotkać 

wędrującego szosą

albo na przełaj przez łąki,

tam dokąd oczy poniosą…

A czasem go widywano 

na leśnych ustronnych ścieżkach,

jak szukał podobno… bajki —

że niby w paprociach mieszka!

To wiersz z książki „Kapelusz pełen bajek” Haliny Szayerowej.

Halina Szayerowa, Kapelusz pełen bajek

Reklamy

Jak przeklinać, to przynajmniej oryginalnie

Zdarza Wam się czasami przekląć? Chyba każdemu się zdarza. Takie czasy. Mnie też, choć bardzo, bardzo staram się nie używać słów paskudnych. Moje dzieci brzydkie wyrazy znają, choć wypowiadają rzadko (nie wiem, jak jest, gdy nie słyszę, ale skarg nie było). Nie jestem w stanie ochronić ich przed wulgaryzmami, bo atakują z każdej strony. Pamiętam zaabsorbowanie mojego syna, gdy na ławeczce koło nas przysiadło dwóch młodzieńców. Potem odkryłam, że dziecię moje liczyło — nie wulgaryzmy, tylko zwykłe słowa. Mamo, tylko 15! Śmiać się czy płakać?

Jak przekręcać

Co robić? Jak chronić dzieci? Jak dbać o język? Jak pokazać, że emocje można oddać w różny sposób? Od dzisiaj mam jedną radę — trzeba koniecznie, ale to koniecznie przeczytać Jak przekręcać i przeklinać Michała Rusinka, a potem zaopatrzyć się w notes i długopis i zacząć słuchać i tworzyć. Zgodnie z radą na okładce:

Gdy gra na nerwach ktoś lub coś ci,

gniew budzi, drażni, wścieka, złości,

raczej nie ciskaj się w amoku,

nie gryź i nie niszcz sprzętów wokół,

lecz zawrzyj złość swą w takich słowach,

co się nie mieszczą w zwykłych głowach,

i ciśnij nimi o podłoże…

To ci pomoże!

To świetna książka dla dzieci i dorosłych. Barwna i radosna, przykuwająca uwagę od pierwszej strony. Kolorowe buzie na okładce pokazujące różne emocje to strzał w dziesiątkę, a w środku jest jeszcze lepiej — Joanna Rusinek bawi się kolorem, tak samo jak Michał Rusinek bawi się słowem. Z przyjemnością oglądałam ilustracje, czytałam wierszyki i śmiałam się w głos, a belwebraidź do sęka chyba na stałe zagoszczą w moim repertuarze.

 Jak przekręcać

Warto poczytać tę książkę, gdy ma się kiepski nastrój. Będzie doskonałym lekarstwem na nudę i chandrę. No bo jak się nie śmiać lub przynajmniej nie uśmiechnąć?

Skoro są TE NISÓWKI,

Powinny być i TAMTE przecież.

Wiedzą to nawet półgłówki,

więc z czego się śmiejecie?

Wierszyki Michała Rusinka są lekkie, dowcipne, zabawne, kunsztowne. Aż zazdrość bierze, że człowiek tak nie potrafi. Ale, ale… Może warto spróbować i stworzyć własny język, do prywatnego użytku? Może nie będzie aż tak wyszukany, za to własny i pełen prywatnych znaczeń. Ten tomik zachęta do zabawy słowami, do słuchania języka dzieci, do przetwarzania i przekręcania, do szukania w słowach drugiego i trzeciego dna, do zabawy najbardziej absurdalnymi skojarzeniami, do wymyślania własnego repertuaru słów mocnych i pełnych emocji, które niczyich uszu nie urażą. Przypomnijmy sobie dzieci uczące się mówić, wyłapujmy lapsusy językowe i zabawne przestawki, wyjdźmy poza „niech to dunder świśnie” i „kurczę blade”. Ta lektura bardzo zachęca do kreatywności językowej. Mocne słowa są nam w życiu potrzebne, więc wymyślmy własne. Oporni i przyzwyczajeni do konwencji mogą zacząć zabawę, korzystając z listy przekręceń i przekleństw zamieszczonych w książce.

Jak przekręcać

Wyobraziłam sobie właśnie piękną przyszłość. Idę z chłopakami na spacer, a tu z orlika dobiega przepiękna polszczyzna: komba bruca, gdzie strzelasz, chłopie! No rusz się, ofel! A ten co, raptem totem! Ech, jakby było pięknie! Czytajmy naszym dzieciom Rusinka, niech przekręcają i wydziwiają językowo. Niech zobaczą, jak pięknie można się językiem bawić i jak wiele można stracić, ograniczając się do piętnastu słów.

Zdjęcia pochodzą ze strony wydawnictwa Znak.

Recenzja ukazała się także w portalu Miasto Dzieci.

 

Michał Rusinek, Jak przekręcać i przeklinać, Znak 2016

Daktyle, kałużyści i czekolada

Znacie twórczość Danuty Wawiłow? Tutaj generalnie oczekuję gwałtownego potakiwania, twierdzących pomruków i innych odgłosów zrozumienia. A wszyscy, których dzieci jeszcze wierszy Danuty Wawiłow nie znają, powinni natychmiast zacząć szukać jej książek, a jest ich ostatnio w księgarniach całkiem sporo. W pokoju chłopców na samym wierzchu leży tom wydany przez Naszą Księgarnię „Danuta Wawiłow dzieciom”. I mamy niesamowicie dużo radości z lektury — nie tylko wierszy, ale także opublikowanych tam opowiadań, które wcale, ale wcale się nie zestarzały, wciąż zachwycają, bawią i wzruszają.

Danuta Wawiłow dzieciom

Wiersze Danuty Wawiłow to cudowna zabawa słowem, trochę absurdu i trochę liryki. A do tego dowcip i cudowny, mądry humor. Moje dzieci ją uwielbiają, tylko nie mogą się zdecydować, który wiersz lubią najbardziej. Wyliczanka „Dziwny pies” to nasza ulubiona piosenka do wchodzenia po schodach – bardzo szybko się wtedy wchodzi 🙂 „Gdzie się podziały moje daktyle” znamy chyba wszyscy na pamięć, „Kałużyści” przypominają nam się zawsze, gdy przestaje padać i idziemy na spacer wśród kałuż. Uczyłam dzieci figur geometrycznych, czytając im „Bajkę nową, prostokątną i kwadratową”, bajkę o „Trójkątnej Karolinie” i „Trójkątną bajkę”. W naszym domu Danuta Wawiłow ma status równy Brzechwie i Tuwimowi, a początek „Bajki o stu królach Lulach” stał się standardowym początkiem prawie wszystkich opowiadanych bajek. No bo jak go nie pokochać:

Daleko, daleczko,

za polem, za rzeczką,

za łąką, gdzie hasa

baranek z owieczką,

za płotem bielonym,

za lasem zielonym,

za morzem głębokim,

i gorzkim i słonym…”

Przecież tak może zaczynać się każda wspaniała, tajemnicza i cudowna historia. Dla mnie wiersze Danuty Wawiłow to także powrót do dzieciństwa. Pamiętam „Daktyle” z zabawnymi ilustracjami Lutczyna

Danuta Wawiłow, Daktyle

i „Strasznie ważną rzecz”

Danuta Wawiłow, Strasznie ważna rzecz

Danuta Wawiłow ma cudowną umiejętność patrzenia na świat oczami dziecka i ubierania dziecięcych wyobrażeń w doskonale dobrane słowa, mądre, proste, ale nie naiwne. A od jakiegoś czasu lekturze wierszy towarzyszą piosenki Danuty Wawiłow w wykonaniu zespołu Nie Wiem Kto – kto nie słyszał, niech żałuje, poszuka singli Nie Wiem Kto na YouTubie i posłucha 🙂

Te wiersze to także doskonałe ćwiczenie pamięci – łatwo wpadają w ucho i doskonale się je zapamiętuje. A jakie scenki można potem odgrywać – warto wypróbować.

Król Lul Doskonały, czyli o bajkach wierszem

Staram się czytać z Tymkiem nie tylko bajki, baśnie i powieści. A raczej powinnam napisać: nie tylko prozę. Zaczęliśmy od Tuwima i Brzechwy, potem pojawiła się Strzałkowska, Kulmowa, Porazińska i Papuzińska. Chciałabym, żeby wiersze były obecne w życiu mojego synka, żeby znał trochę więcej niż kilkaset podstawowych słów i wiedział, że słowami można się bawić i czarować. Na początku sięgaliśmy po wiersze krótkie (choć od maleńkości Tymek słuchał „Lokomotywy”, „Rzepki” i „Ptasiego radia”). A potem zaczęliśmy zaglądać do bajek – poematów: czytaliśmy „Konika Garbuska”, „Pana Maluśkiewicza i wieloryba” (widzieliście przecudny, ogromny reprint wydania z ilustracjami Bohdana Butenki wydany przez Dwie Siostry?), a także „Bajkę o stu królach Lulach” Danuty Wawiłow i Olega Usenki.

To jedna z książek, które Tymek bardzo lubi czytać. Śliczna, mądra bajka o królu Lulu Doskonałym, który mieszkał:

Daleko, daleczko,

za polem, za rzeczką,

za łąką, gdzie hasa

baranek z owieczką,
za płotem bielonym,
za lasem zielonym,
za morzem głębokim
i gorzkim, i słonym (…) 

Król Lul był oczywiście doskonały. W każdym innym władcy widział wady i braki (król Migdał źle siedzi w siodle, król Gwizdał nie zna się na wierszach, król Bimbał ma fatalne maniery), więc uznał, że najlepiej będzie czuł się we własnym towarzystwie. Podczas takich rozmyślań zerknął do lustra, w którym zobaczył swą doskonałą postać, i wymyślił lustrzany zamek. Oczywiście bajka kończy się dobrze, Lul odkrywa wartość przyjaźni i obcowania z innymi ludźmi. I rozbija zwierciadła pokazujące stu wytwornych i doskonałych królów Lulów.

Odmienni jak drzewa i zmienni jak woda…
W tym mądrość jest świata i świata uroda!…

To mądra bajka, można po lekturze rozmawiać i rozmawiać. Ale przede wszystkim jest napisana wspaniałą polszczyzną. Rewelacyjny jest chór dworzan, przyklaskujący każdej decyzji króla, wspaniałe są powtórzenia potęgujące napięcie. Bardzo podoba mi się także sposób, w jaki oddano rozmowy zwykłych ludzi pod pałacem zastanawiających się, co też król wymyślił.

Wokół pałacu hałas i gwar,
jakby strzelano z tysiąca ar…,
Co to za łomot, co to za huk,
jakby się olbrzym z olbrzymem tłukł
Wybuch wulkanu? Trzęsienie zie…?
Bzdura! Akurat! Słuchajcie mnie!
Król sobie kupił dzikiego lwa!
Właśnie, że słonia!
Właśnie, że dwa! (…)

Słychać w tym wierszu przekrzykujących się ludzi. Niewiele wiedzą, ale każdy chce dowieść własnej racji. Słychać gwar, stukot, okrzyki i słychać ciszę. Bardzo, bardzo ją lubię.

Tymek lubi także oglądać obrazki w książce wydanej przez Naszą Księgarnię w serii Moje poczytajki. Ilustracje namalowała Wiola Sowa. Wspaniale uzupełniają one treść bajki. Mój synek lubi zgadywać, gdzie schował się lub stoi król. I stara się odgadnąć, który to król (mamo, to chyba będzie Gwizdał…). Doskonały test na słuchanie ze zrozumieniem….

 

Śpiewanki z Muchomora

Trwa wielki remanent na półkach: przeglądanie, oglądanie, wyrzucanie… Najgorzej jest z tym ostatnim, bo książek wyrzucać nie potrafię. I Tymek odziedziczył po mnie tę cechę: nie pozwala wyrzucić żadnej zadrukowanej kartki — czasami cierpię z tego powodu okrutnie, gdy próbuję pozbyć się z domu gazetek typu Power Rangers edycja 125 czy nowe przygody Spidermana i innych superbohaterów, a mój syn broni ich z zaciekłością tygrysa. Najczęściej przegrywam, bo są to niestety bohaterowie współczesnych trzylatków. Całe szczęście, że nie ma (chyba) gazet o gormitach.

Śpiewanki wydane przez Muchomor pewnie powędrują do innych dzieci, ale jeszcze przez chwilę chcemy (hmm, ja czy Tymek?) się nimi nacieszyć. Nazwałam je śpiewankami, bo są to książeczki z tekstami dziecięcych piosenek, znanych już naszym dziadkom zapewne (wyjątkiem jest „Ptaszek z Łobzowa”). Pamiętam je z dzieciństwa, tę o czarnym baranie śpiewał mój dziadek, choć jego wersja nie była tak pogodna. Kartonowe książeczki wydane przez Muchomora można oglądać, czytać i wyśpiewywać.

    
    

Książeczki są ładne, dziecięco naiwne. „Miała baba koguta” zilustrowała Joanna Jung, „Gdzieżeś ty bywał, czarny baranie” i „Jadą, jadą misie!” Agnieszka Żelewska, a „Jedzie pociąg z daleka” Ewa Kozyra-Pawlak. Choć w tym wypadku należało by raczej powiedzieć: wyszyła i uszyła.

Bardzo lubię ilustracje Pani Agnieszki Żelewskiej. Są jakby dziecięce, nie przerażają i nie onieśmielają swoją doskonałością. Tymek miał wrażenie, że on też może tak narysować. I próbował — jego misie miały po kilka głów albo składały się tylko z głowy, a baran tylko z nóg… Efekt nie był ważny — ilustracje są bardzo inspirujące, zachęcają dziecko (i mamę też) do twórczości. A na dodatek podpowiadają fajne pomysły: że trójkąty można wykorzystać do narysowania drzew, a misie to wyglądają właśnie tak…

    

 
 

To niesamowite, że tak prostymi — wydawało by się — środkami, można wyczarować tak wspaniały świat.

„Miała baba koguta” jest również wspaniale ilustrowana.

 

I bardzo inspirująca. Dla nas była ratunkiem w czasie podróży, szczególnie w korkach, gdy Tymek zaczynał odmawiać siedzenia w foteliku. Najpierw oglądaliśmy książeczkę i sprawdzaliśmy, gdzie baba umieściła zwierzęta. Potem szukaliśmy, kto na te zwierzęta czyha (na przykład na kurę łypie rudy lis). A potem zaczynał się koncert. Śpiewaliśmy tekst z książeczki na trzy głosy, później rozpoczynała się improwizacja: miała baba krokodyla, wsadziła go do badyla, miała baba konika, wsadziła go do chlewika, miała baba chomika, wsadziła go do słoika. W trakcie samochodowych występów czasami okazywało się, że trudno dopasować dalszą część zwrotki do początku, że rymu brakuje, bo polski to jednak trudny język. Najlepiej bawiliśmy się jednak, gdy Tymek zaczął już mówić i włączał się do zabawy. Śpiewać nie śpiewał, ale podrzucał pomysły: „a teraz ma być o antylopie gnu” albo „a teraz słonia”. Zwykle następował taki moment, gdy mocno schrypnięci, przeklinaliśmy w myślach babę, co to nie miała dosyć i ciągle gdzieś wsadzała biedne zwierzęta, a Tymek, śmiejąc się w głos, żądał dalszej zabawy. Na szczęście zwykle właśnie zajeżdżaliśmy pod dom…

Tygryski

„Tygryski” Joanny Papuzińskiej to kolejna odgrzebana książka, a raczej książeczka. To prześliczny wierszyk o rozbrykanych tygryskach z piżamy, które strasznie psocą i w ogóle nie chcą spać. Mama zbiera je więc z piżamy, zamyka w szafie, a rano swawolny wiatr wywiewa tygryski przez okno i trzeba wszystkie pozbierać. Jeden tygrysek zaginął? Co się mogło stać?

Książka wydana przez wydawnictwo Pierwsze jest bardzo ładna. Ilustracje namalowała Małgorzata Fürst. Strony są sztywne, ale cieńsze niż karton. W naszym przypadku książeczka okazała się odporna na działanie dziecięcych łapek.

  

Wiersz zapada w pamięć. Tymek dopowiadał zakończenia wersów i zwrotek. Zresztą, jak nie zapamiętać tak melodyjnej frazy:

Moja piżama — cała w tygrysy.
Moje tygrysy — straszne urwisy.
Moje tygrysy nie chcą spać nocą,
fikają kozły, skaczą i psocą.

„Tygryski” to debiut Joanny Papuzińskiej — każdy autor mógłby pozazdrościć takiego debiutu. Wyczytałam, że ten wiersz ma już 40 lat, a w ogóle się nie zestarzał. A ile przy nim zabawy: można słuchać historii zagubionego tygryska, szukać tygrysków rozrzuconych przez wiatr po ogrodzie i liczyć je, wymyślać nowe miejsca, gdzie może być zgubiony tygrysek.
A potem… zacząć czytać inne wiersze Pani Joanny Papuzińskiej, np. ten o „Pimsie, którego nie ma”. Albo „Ucztę”:

Na pierwsze danie — szyszek zbieranie,
suchych gałązek trzask.
Na drugie danie — dymu wąchanie,
niech w nos i w oczy wyszczypie nas.
Trzecie danie — długie czekanie,
na to, co w ogniu upiec się ma.
A na deser każdy dostanie
czarne, parzące ziemniaki dwa.

Za każdym razem, gdy czytam z Tymkiem ten wierszyk, mam ochotę pobiec do lasu albo na łąkę, rozpalić ognisko i potem wybierać z niego gorące ziemniaki.

PS. Wiersz „Uczta” pochodzi z książki „Stare i nowe wierszyki domowe” wydanej przez Literaturę.

   

Czarno-białe

„Białego niedźwiedzia” Marcina Brykczyńskiego kupiłam przez przypadek. Wcześniej nie słyszałam o tej książce. Wstyd się przyznać, ale nazwisko „Brykczyński” także niewiele mi mówiło. Spodobał mi się pomysł umieszczenia drugiego wiersza „do góry nogami” i okładka, tak bardzo wyróżniająca się na tle innych: byle jakich i powielających jeden jedynie słuszny typ ilustracji i urody. Wiele o tej książce można powiedzieć, ale na pewno nie to, że jest tandetna.

 

Zakup okazał się strzałem w dziesiątkę. Tymkowi spodobał się pomysł odwracania książki do góry nogami. W końcu mógł to robić bezkarnie i nikt nie zwracał mu uwagi, że niewłaściwie trzyma książkę. Mógł ją trzymać jak chciał i zawsze było dobrze.
Oba wierszyki są wspaniałe. Wpadają w ucho, zapadają w pamięć, są zabawne i inteligentne. To przykład doskonałej, wypracowanej i niebanalnej literatury dla dzieci.
 
Biały niedźwiedź na krze siedział
I rozmyślał tydzień cały,
Czemu taki los niedźwiedzia,
że jest do znudzenia biały?

Doskonałym dopełnieniem są ilustracje Grażki Lange, które pokazują, jak z bieli wyłania się coś, a raczej ktoś…

Drugi wiersz, o krowie lekomance, to prawdziwy majstersztyk. Czytaliśmy go przez kilka dni, a mąż wprawił w osłupienie panią w aptece, wypytując ją, co to jest oxyterracyna i czy mogą ją zażywać krowy.
W moim prywatnym rankingu te dwa wiersze Pana Marcina Brykczyńskiego sąsiadują z wierszami Tuwima i Brzechwy, to naprawdę literatura dla dzieci najwyższych lotów.