12 miesięcy, czyli podróż po roku (i nie tylko) z Marcinem Brykczyńskim

Właściwie to nie będzie post tylko o „12 miesiącach” — ta książka stała się jedynie pretekstem, by powyciągać z półek inne zbiory wierszy Pana Marcina Brykczyńskiego i przeczytać je po raz kolejny. Naprawdę warto je poznać.

Zaczęło się od „12 miesięcy” (Wydawnictwo Literatura), pięknej książki o miesiącach i porach roku z ciepłymi, zaczarowanymi ilustracjami Ewy Poklewskiej-Koziełlo. 

12 miesięcy

Takiego Marcina Brykczyńskiego nie znaliśmy: nostalgicznego, lirycznego, delikatnego, uważnie patrzącego na otaczający świat. Jego wiersze prowadzą czytelnika przez rok, od zimowego, śnieżnego stycznia po ciemny grudzień. 

Zszarzała trawa na łące,

pod stopami szeleszczą liście, 

idzie listopad w szarej jesionce

i uśmiecha się mgliście.

Czytaliśmy te wiersze w listopadzie i zaczęliśmy właśnie od listopada. Najpierw oglądaliśmy je w towarzystwie ilustracji Ewy Poklewskiej-Koziełło, urokliwych, lirycznych, pełnych dzieci i ich zachwytu światem.

12 miesięcy

Potem Piotrek wyciągnął z półki „Jaki to miesiąc” (wydawnictwo Muchomor) — wiersze też pasowały. Obaj moi synowie marzą o śnieżnej zimie, o ślizgawkach i sankach. Chcieliby, żeby luty był właśnie taki:

Robi dzieciom ślizgawkę w parku,

sam ma wielkie łyżwy i buty,

tylko jasnych godzin w zegarze

wciąż mało ma pan luty.

Marcin Brykczyński odwołuje się do otaczającego nas świata, przywołuje zjawiska dobrze znane, które dzieci same mogą bez problemu dostrzec. Jego miesiące są bliskie i przyjazne, w pewien sposób oswojone — tak właśnie jest w styczniu, maju czy październiku, więc co za problem, by te nazwy zapamiętać? Tę „swojskość” podkreślają jeszcze ilustracje. Ewie Poklewskiej-Koziełło udało się w jakiś magiczny sposób uchwycić kwintesencję danego miesiąca, trudno mi już teraz wyobrazić sobie inny październik.

12 miesięcy

Po „12 miesiącach” przyszła pora na coś znacznie bardziej zabawnego, bo wiadomo, że nostalgia i dzieci niekoniecznie idą w parze. Czytaliśmy więc z Piotrusiem dwa zabawne wierszyki: „Trzy psy przyszły” i „Liczydełko” z ilustracjami Iwony Całej. 

Liczydełko

„Liczydełko” to pełen humoru przewodnik po liczbach: od 1 do 10. Krótkie wierszyki nie tylko w zabawny sposób przybliżają małemu czytelnikowi kolejne cyfry, ale także są wspaniałą propozycją do wspólnej zabawy. Można liczyć kury, palce, poduszki, dziury w serze. Wszystko da się policzyć. W każdym wierszyku dany liczebnik jest pogrubiony — my wykorzystywaliśmy tę książeczkę do nauki czytania.

Siedem miłych krasnoludków

mały domek ma w ogródku.

Każdy ma w tym domu łóżko

z ciepłą kołdrą i poduszką.

Siedem kołder, siedem łóżek

i kłopoty równie duże,

bo policzyć jeszcze muszę,

ile w domu jest poduszek?

Trzy psy przyszły

„Trzy psy przyszły” to historia wędrówki trzech piesków, które postanowiły odwiedzić swojego kolegę:

Raz do psa, co siedział w budzie,

trzy psy przyszły na odludzie,

bo powzięły w jednej chwili

myśl, by życie mu umilić.

Refren tego wierszyka-opowieści: „Pierwszy, stary i kulawy, drugi jeszcze dosyć żwawy, a ten trzeci był najmłodszy i jak szczekał, to trzy po trzy” bardzo łatwo wpada w ucho. Wędrówka piesków przedstawiona jest głównie na obrazkach. Daleko mieli do swojego przyjaciela, który w tym samym czasie martwił się, jak może przyjąć swoich gości. To wiersz – pochwała przyjaźni i wierności.

A na końcu czytaliśmy chyba nasz ulubiony zbiór „Czarno na białym i biało na czarnym” (Znak, 2007) z ilustracjami Janusza Stannego. Ech, lubimy opowieść o białym niedźwiedziu, któremu znudziła się biel, o krowie uzależnionej od proszków, o kotkach, które nie mogły się spotkać.

Czarno na białym

Trudno dzisiaj dostać tę książkę, ale zbiorów wierszy Marcina Brykczyńskiego jest na rynku kilka. To ciepła, mądra, zabawna i żartobliwa poezja dla dzieci. Warto pamiętać, że wiersze dla dzieci to nie tylko Tuwim i Brzechwa.

Marcin Brykczyński, 12 miesięcy, Literatura 2016

Marcin Brykczyński, Liczydełko, Literatura 2010 

Marcin Brykczyński, Trzy psy przyszły, Literatura 2010

Kto (nie) chce pieska?

Moje dzieci chcą. Pieska, kotka, papugę, tukana, tygrysa, chomika, myszoskoczka, meduzę… Na razie mamy rybki, które nie bardzo chcą się integrować. I chłopcy muszą się nimi zadowolić, bo ich matka nie uważa, że puste mieszkanie, którego mieszkańcy pojawiają się dopiero wieczorem, to dobre miejsce dla zwierzaka — rybki jakoś osamotnienie wytrzymują. Zamiast „mania” zwierzaka, czytamy o zwierzakach. Nie wystarcza na długo, marudzenia jest potem jeszcze więcej, ale nie da się obejść wszystkich książek o pieskach i kotkach szerokim łukiem.

Najpierw będzie o Ricie i Cośku, bohaterach książki Rita i Cosiek” Jean-Philippe’a Arrou-Vignoda, autora „Jaśków” (wydawnictwo Znak).

Rita i Cosiek

I teraz będzie wyznanie: Piotrek tę książkę pokochał bardzo, a jego matka trochę mniej. Rysunki podobały mi się ogromnie, fabuła jest prosta i zabawna, ale tekst momentami mi przeszkadzał, zwykle wtedy, gdy zaczynał się rymować. Może to kwestia wieku 🙂 — książka jest przeznaczona dla dzieci małych i mniejszych i im raczej będzie się podobać.

To może do rzeczy. W pewnym domu mieszka Rita. Rita bardzo marudzi, choć ma urodziny i wszystko jej przeszkadza — nawet prezenty.

Rita i Cosiek

Nagle jeden prezent zaczyna uciekać. Okazało się, że w paczce jest malutki piesek. Tak zaczyna się wspaniała przyjaźń między dziewczynką a Cośkiem.

Rita i Cosiek

Piotruś zaśmiewał się do łez, gdy Rita wymyślała imię dla Pieska, gdy prowadzili długie rozmowy lub pojechali na wycieczkę. Podobał mu się prosty tekst i z ogromnym zainteresowaniem śledził kolejne przygody Rity. Nie jest to spokojna dziewczynka. Lubi postawić na swoim i chętnie by rządziła całym światem. Cosiek nie jest jednak potulnym psem i ma swoje zdanie. Ta para bardzo się lubi.

Wielkim atutem książki są ascetyczne ilustracje Oliviera Talleca. Obrazki narysowane są delikatnymi pociągnięciami ołówka, nie epatują szczegółem. Świetnie rozegrany jest kolor: czerwone plamy i plamki przyciągają uwagę i podkreślają akcję. To dobra lektura dla przedszkolaków: tekstu jest mało, a żarty będą czytelne dla każdego dziecka.

Drugą książką o piesku, która wzbudziła entuzjazm mojego synka, był „Przemyt” Beaty Sroki. Tę książkę można niestety znaleźć chyba tylko w bibliotece, a nam spodobała się ogromnie. 

Przemyt

Bohaterem książki jest mały Jaś, który marzy o piesku. Jego mama wymyśla miliony przeszkód, bardzo zabawnie narysowanych przez Bognę Srokę-Muchę. Ona mówi całkiem jak ty — ponuro stwierdził Piotruś i trochę racji w tym, niestety, było. 

Pewnego dnia Jaś przemyca do domu pieska znalezionego przy śmietniku. Piesek, nazwany później Przemytem, jest bardzo sympatyczny i bardzo dobrze czuje się w domu Jaśka. A że nikt o nim nie wie, dochodzi do mnóstwa zabawnych sytuacji. Scenę, w której tatuś odkrywa efekty swojej walki z wielkim wężem, musiałam przeczytać chyba z piętnaście razy, a Piotruś ciągle nie miał dosyć. To zabawna, urocza i ciepła książka o tym, że marzenia czasami się spełniają i o tym, że czasami warto im pomóc.

Piotruś z zaciekawieniem oglądał dowcipne ilustracje Bogny Sroki-Muchy. Do jego ulubionych należy ta z psem zapakowanym w różne pudła i pudełka. Bawiła go także typografia: tekst zapisany jest różnymi czcionkami i moje dziecko z radością próbowało odcyfrować niektóre wyrazy. To świetna i zabawna książka, po którą warto sięgnąć, jeśli będzie leżeć na bibliotecznej półce.

Zdjęcia „Rity i Cośka” pochodzą ze strony wydawnictwa Znak.

 

Jean-Philippe Arrou-Vignod, Rita i Cosiek, Znak 2016

Beata Sroka, Przemyt, Muchomor 2008 

 

Gdy dziecko dopada chandra

Serwowany przez media i reklamy obraz dziecka to śliczny, uśmiechnięty bobasek/chłopaczek/dziewczynka — czyściutki, grzeczniutki i spokojniutki. Może są gdzieś takie dzieci, ale moje nie wpisują się w ten wzorzec. Bywają takie dni, że są „jak do rany przyłóż”, ale często się także złoszczą, buntują i wrzeszczą, ciągle się brudzą, a czasami są zrozpaczone lub po prostu smutne. Na taki smętno-jesienny nastrój, gdy nic się nie chce i nic nie cieszy, gdy nie wiadomo, o co chodzi, a smutek czai się w każdym kącie, najlepiej u nas działają bajki, choć nie takie zwykłe. To bajki mojego dzieciństwa, skrzętnie przechowane na półkach przez Babcię, a dawno temu zebrane i opracowane przez Wandę Markowską i Annę Milską.

Baśniach z dalekich wysp i lądów już kiedyś pisałam.  Ciągle należą do ukochanych i wciąż czytanych. Do grona tych najulubieńszych trafiły także inne baśnie, tym razem ze zbioru „Baśnie z dalekich mórz i oceanów”.

Baśnie z dalekich mórz i oceanów

Gdy Piotruś przychodzi i mówi: poczytaj mi o Gunnarze, żeglarzu siedmiu mórz, wiem, że trzeba synka utulić, uścisnąć i ucałować, nie pytać od razu, co się stało, tylko usiąść razem i zacząć czytać:

Był sobie raz dzielny marynarz imieniem Gunnar. Pływał po dalekich morzach, pod gwiazdami Północy i Południa, znał lądy i wyspy odległe, wiedział, kiedy i gdzie wieją silne wichry, gdzie gorące prądy opływają wybrzeża, gdzie zimują foki, gdzie ryby się gromadzą, by składać ikrę, gdzie się gnieżdżą pingwiny i pelikany, morskie gęsi i kaczki o barwnych piórach.

Potem towarzyszymy Gunnarowi w poszukiwaniach jego ukochanej, pięknej Dziewczyny Morskiej, więzionej przez złą Wiedźmę o Czerwonych Oczach. Spokojnie i łagodnie niesie nas baśń, a wszystkie smutki i żale znikają wśród morskich fal, które musiał przepłynąć dzielny żeglarz:

Żeby się dostać [do Dziewczyny Morskiej] musisz przepłynąć siedem mórz nieprzebytych. Na początku opłyniesz morze lodów, można tam żeglować tylko latem, kiedy słońce stoi wysoko. Potem znajdziesz się na morzu o falach białych jak mleko. Gdy przepłyniesz białe morze, kieruj się na południe, wciąż na południe, aż otoczą cię fale żółte jak miód. Gdy pokonasz wody żółtego morza, pożeglujesz dalej, aż dotrzesz do morza o falach czerwonych jak krew. Tam zdaj się na wiatry i prądy. Nie wolno ci chwytać za wiosła, owiń się w płótno żaglowe i bacz, by cię nie spryskały czerwone bryzgi fal, próżno byś bowiem chciał zetrzeć z siebie te krwawe piany, na zawsze weżrą się w ciało i nic ich nie zmyje. Dalej twa droga będzie wiodła w stronę morza o falach czarnych jak noc bez księżyca. Tam musisz wytężyć wszystkie siły, są to bowiem wody burzliwe i groźne, każdego śmiałka wciągają w swe smoliste tonie. Gdy i to morze przebędziesz zwycięsko, znajdziesz się na wodach o barwie fiołków. Ale nie daj się złudzić jego pięknym falom, kryją one bowiem pod swą powierzchnią mnóstwo raf niebezpiecznych i wirów zdradliwych. Na koniec dotrzesz do morza siódmego, ostatniego. Jego spokojne tafle są zielone jak trawa wiosenna, całe zarosłe długimi glonami o wężowych łodygach, które wiele już statków oplątały swymi śliskimi mackami i  ciągnęły na dno.

Baśnie z dalekich mórz i oceanów

Baśnie z dalekich mórz i oceanów

Jak nam Gunnar nie wystarczy, możemy czytać o piękniej Inie i wyspie Znikąd-Donikąd, o Olafie, który miał czarodziejską piszczałkę, o Ranirze ze Słonego Jeziora, o gadającej papudze, o Waju, który pokonał wieloryba. Bajki pochodzą z dalekiej Północy i z gorącego Południa, są w zbiorze baśnie rosyjskie i baśnie syberyjskie, z Madagaskaru i z Wyspy Wielkanocnej. Planujemy z chłopakami wyprawę palcem po mapie po wszystkich tych miejscach, których opowieści najbardziej przypadły nam do gustu.  Chłopcy lubią też oglądać urokliwe ilustracje Gizeli Bachtin-Karłowskiej. 

Baśnie z dalekich mórz i oceanów

Niedawno do domu przywędrował kolejny zbiór bajek w opracowaniu Wandy Markowskiej i Anny Milskiej i od razu wskoczył na półkę z tymi ulubionymi.

Baśnie księżycowe

Wszystkie baśnie zebrane w tym zbiorze łączy oczywiście motyw księżyca. Zbiór zaczyna się od Pana Twardowskiego, a potem pojawia się masa bohaterów, potworów i zwierzaków: smoki, żmije, wielkiej pająki. Piotrusiowi do gustu przypadła bajka o strasznym żmiju i trzech braciach — kołodzieju, drwalu i bartniku.

Baśnie księżycowe

Lubi bajkę o Zairze, którą Księżyc za mąż wydał, o Mrille, który za swoim zajączkiem na księżyc poleciał i tam króla księżycowego spotkał.

Baśnie księżycowe

Wszystkie bajki cechuje niesłychana melodyjność. Są napisane pięknym językiem, który potrafi zachwycić i wciągnąć w głąb opowieści. Baśnie są lekko archaiczne, ale w żaden sposób nie przeszkadza to w lekturze. Widać także, że zostały mądrze opracowane — zachowały lokalny koloryt, kuszą egzotyką, nie napotykamy na barierę zwyczajów, które byłyby dla nas tak obce, że niezrozumiałe. Bez problemu rozumiemy emocje Mrille, który chce odnaleźć swojego zająca, choć już dary księżycowego króla kuszą do zadania wielu pytań.

I król Księżyca obradował Mrillego wielkimi stadami krów i byków, owieczek białych i czarnych, pięknych baranów, dał mu też dużo kóz i mnóstwo osiołków jucznych, obładowanych worami ryżu, korzeniem manioku, orzeszkami ziemnymi, prosem, kukurydzą, bulwami yam, koko, patatów, owocami platanów, bananów, cytryn i pomarańczy.

Jeśli więc na zakurzonej półce znajdziecie gdzieś bajki przygotowane przez Panie Wandę i Annę, to nie wahajcie się ani chwili. Wyciągajcie i czytajcie — dajcie się wciągnąć do krainy marzeń, czarów i tajemnic. Aż żal, że tych wspaniałych baśni nie można — tak po prostu — kupić w księgarni.

 

Wanda Markowska, Anna Milska, Baśnie z dalekich mórz i oceanów, Wydawnictwo Morskie 1969

Wanda Markowska, Anna Milska, Baśnie księżycowe, Nasza Księgarnia 1972

Anatol, Plotek i Ola, czyli co dzieje się w parku

Piotruś poszedł do szkoły i ostatnio czytamy książki łagodne. Pogodne, radosne, życzliwie nastawiające do świata. Trudno się odnaleźć w nowym miejscu, z nową Panią, z nowymi dziećmi, otoczenie wydaje się trochę groźne, a trochę dziwne — potrzebna jest więc lektura, która doda wiary w siebie i oswoi codzienność. I — przyznaję bez bicia — trochę wyciszy mojego synka, który po powrocie ze szkoły nie przestaje skakać, krzyczeć, biegać, szaleć, turlać się, wrzeszczeć, śpiewać… Kiedyś trzeba jednak iść spać. Z pomocą przyszły mi książki z serii Poduszkowce (Wydawnictwo Literatura). Co prawda moje dziecko przy nich nie zasypia, a raczej zasypuje mnie gradem pytań, ale i tak czytać je warto.

Anatol i przyjaciele

Co się dzieje, gdy jakiś pluszak gubi się w parku? Właściciel pluszaka — wiadomo — rozpacza i płacze, ale co dzieje się z zabawką? Zastanawialiście się nad tym? Anatol to pluszowy zając, który kiedyś się zgubił i teraz mieszka w parku, w domku z czerwonym dachem. Przez długi czas mieszkał sam, ale potem dołączył do niego Plotek, zielony pluszowy dinozaur (też się zgubił). Prawdziwe przygody zaczęły się jednak dopiero wtedy, gdy w małym domku zadomowiła się Ola, poszukująca przygód mrówka. Och, jak bardzo Piotruś się śmiał, gdy czytaliśmy o Oli:

Ola jestem — przedstawiła się. — Czyli o mało nie rozdeptałeś Oli — dodała. Wcześniej mieszkałam w mrowisku, ale parę dni temu poczułam, że wzywa mnie przygoda i ruszyłam w świat. Czyli Ola rusza w świat. — Odważna jesteś — mruknął Anatol. […] Ola zdążyła już wdrapać się na stół i wejść do cukierniczki. — Wiem, wiem — mruknęła. — Ola wie. Jakie to smaczne to białe.

Ola przewróciła uporządkowany świat Anatola i Plotka do góry nogami. Ich życie na pewno stało się mniej przewidywalne i bardziej zwariowane, ale chyba także szczęśliwsze i ciekawsze. 

Anatol i przyjaciele

O czym są te historyki? O rzeczach prostych i zwyczajnych: o przyjaźni, o tym, że trzeba się troszczyć o innych i o tym, jak ta troska może wyglądać, o spełnianiu marzeń i o złości, o przepraszaniu i o tym, że czasami słowa mogą zranić. To nie są banale tematy, ale opowiedziane tak, że dotrą do każdego dziecka. Można je czytać przed snem, ale warto o nich rozmawiać. A czasami wystarczy się wspólnie śmiać.

Na stronie Wydawnictwa Literatura widnieje informacja, że nakład jest wyczerpany, ale w sieci można znaleźć dwie historyki o przygodach nietypowej pary przyjaciół. Jedną z nich można znaleźć na stronie Wydawnictwa, drugą na stronie autorki — Beaty Ostrowickiej. Mam nadzieję, że Wam się też spodobają.

 

Beata Ostrowicka, Anatol i przyjaciele, Wydawnictwo Literatura

Idziemy do szkoły

Dopiero wróciliśmy znad morza, ciągle jeszcze śni nam się plaża, słońce i meduzy (chłopcy się podzielili, Młodszy postanowił zostać badaczem meduz, Starszy obmyśla trucizny, jakimi można by je wyplenić). Trudno jednak uciec przed myśleniem o szkole, bo Piotruś w tym roku debiutuje jako pierwszoklasista i dopadły go lęki i strachy. Poprosił, żebym przeczytała mu znowu „Króla liter”, bo chciałby się z literami zaprzyjaźnić, tak samo jak Maks.

Wydany przez Hokus-Pokus „Król liter” Eveline Hasler (ilustracje Christine Sormann) to cieniutka książeczka właśnie o tym, że litery są bardzo fajne i można się z nimi zaprzyjaźnić.

Król liter

Jej bohaterem jest Maksymilian Kowalski, sympatyczny chłopak o silnych rękach (od pomagania mamie), które jednak wcale nie chcą ładnie pisać. Potrafią wiele rzeczy, ale nie chcą się zaprzyjaźnić z literami. Wszystko zmienia się pewnej nocy, gdy Maksa odwiedzają litery. Okazuje się, że bardzo lubią ładne pisanie i potrafią docenić każdy ładny napis — nawet ten wykonany kasztanem na murze szkoły.

Król liter

Maks dostaje w nagrodę czarodziejskie pióro, ale w szkole nikt nie chce mu uwierzyć. Zmienia się to, gdy litery wkraczają do klasy i zaczynają bawić się z dziećmi.

Król liter

Zabawa była przednia i my też wiele razy dobrze się przy tej lekturze bawiliśmy. W tekście wyróżnione są duże drukowane litery, więc Piotruś sprawdzał, czy dobrze je rozpoznał. Wymyślaliśmy, do czego jeszcze są podobne poszczególne litery, rysowaliśmy im nowe postacie, szukaliśmy wyrazów zaczynających się od litery występującej w tekście, malowaliśmy litery farbami. To króciutka książka, ale daje niesamowicie dużo możliwości, a często inicjatorem literkowych zabaw był właśnie Piotruś. Czasami jednak, tak jak teraz, czytamy ją tylko po to, by nabrać otuchy i przed rokiem szkolnym uwierzyć, że z literami naprawdę można się zaprzyjaźnić.

Wydawnictwo Hokus-Pokus poleca tę książkę dla dzieci od lat 6, ale sądzę, że może się spodobać dużo młodszym czytelnikom. Tekst jest krótki i przyjazny, ilustracje ładne, a literami interesują się przecież już dużo młodsze dzieci.

Eveline Hasler, Król liter, Hokus-Pokus

Edzio i przyjaciele

Książka o Edziu przywędrowała do nas w bibliotecznej torbie. Od jakiegoś czasu staram się nie ingerować za bardzo w książki wyciągane przez chłopców z półek (no oprócz wyjmowania Starszemu horrorów z ręki i przekonywania Młodszego, że może nie warto wypożyczać tego samego, co właśnie oddaliśmy). Edzia wypatrzył Piotruś — zastanawiałam się, czy książeczka nie jest dla niego za dziecinna, ale skoro może sam wybierać…

Edzio

W domu przeczytaliśmy ją raz, potem drugi raz, a potem jeszcze raz. Piotruś miał ochotę na kolejne i bez końca oglądał ilustracje Marca Boutavanta. Historia spodobała mu się tak bardzo, że nieustająco pytał, czy są następne książki o Edziu.

„Edzio. Przyjęcie w blasku księżyca” to pierwsza książka Astrid Desbordes o przygodach małego wiewiórka wydana przez Wytwórnię. Edzio mieszka w dziupli wielkiego kasztana. Lubi robić pompony i smażyć konfitury, ale jest bardzo samotny, mimo że wokół mieszka wiele innych sympatycznych zwierząt.

Edzio

Wiewiórek jest bardzo nieśmiały i nie potrafi nawiązywać znajomości, nie wie, jak zacząć rozmowę i czy ktokolwiek chciałby się z nim bawić. Wszytko zmienia się pewnego dnia, gdy do jego dziupli wpada puchacz Jerzy, zwabiony pysznym zapachem powideł.

Edzio

Historia Edzia to świetny początek do rozmowy o nieśmiałości, ale także o tym, że każdy jest inny, ale wszyscy mamy podobne potrzeby i pragnienia. Długo zastanawialiśmy się nad dziwnym dla Piotrusia hobby Jerzego. Podziwialiśmy misia, który wydawał wspaniałe przyjęcia. Próbowaliśmy nawet robić pompony, a Piotruś oddawał książkę do biblioteki z wyraźną niechęcią. Przekonał go argument, że inne dzieci też chcą poznać historię Edzia.

Książka jest napisana prostym językiem. Ładne ilustracje i stosunkowo niewiele tekstu sprawiają, że dobrze nadaje się już dla młodszych dzieci. Na pewno wytrzymają lekturę i myślę, że także będą czekać na kolejne historie o Edziu.

Ilustracje pochodzą ze strony wydawnictwa Wytwórnia.

Astrid Desbordes, Edzio. Przyjęcie w blasku księżyca, il. Marc Boutavant, Wytwórnia

Bogaś z Zielonej Łąki

Na ogromnej, ogromnej łące żył sobie mały, maluśki rycerzyk o imieniu Bogaś. Miał on małego, maluśkiego jabłkowitego konika Rogasia. Rogaś był Rogasiem, bo na czole miał róg.

Tak spokojnie i bajkowo zaczyna się łagodna i pełna czaru bajka Ingridy Vizbaraité. „Bogasia z Zielonej Łąki” wydało wydawnictwo Ezop w serii „Nasza mała biblioteka”.

Bogaś z Zielonej Łąki

Najpierw zauroczyły nas ilustracje. Marija Smirnovaité wyczarowała przepiękny, czarodziejski, delikatny i niesamowicie oddziałujący na wyobraźnię świat. Piotruś oglądał tę książkę długie chwile i w pełni go rozumiem, bo odmalowana na ilustracjach kraina jest niesamowicie wciągająca i sugestywna, wręcz magiczna. Z zapartym tchem oglądaliśmy piękną łąkę i jej mieszkańców, ciemną puszczę i żółtą pustynię z zieloną oazą kaktusów. Sami zresztą popatrzcie.

Bogaś z Zielonej Łąki

Bogaś z Zielonej Łąki

A jak się już naoglądaliśmy, mogliśmy zacząć czytać historię Bogasia, bardzo zajętego rycerzyka z Zielonej Łąki. Bogaś całymi dniami opiekował się łąką: czesał kudłate trzmiele, czyścił skorupki ślimakom, dbał, by dla wszystkich starczyło kropel rosy, bawił się z biedronkami. Jego wierny Rogaś towarzyszył mu każdego dnia. Kiedyś, w dniu, który nie różnił się niczym od innych, nad łąką pojawił się biały obłoczek, całkiem okrąglutki, i Bogaś nie mógł przestać o nim myśleć. Aż wreszcie wyruszył w podróż, by odnaleźć tajemniczą chmurkę.

Bogaś z Zielonej Łąki

Długa była droga przed Bogasiem. Musiał opuścić gościnną, znajomą Zieloną Łąkę. Podróżował przez Puszczę Szeptocji, przez bagna i przez pustynię, goniąc swoje marzenie. Różne miał przygody i spotkał w czasie swojej wędrówki różne stworzenia.

Bogaś z Zielonej Łąki

Opowieść jest spokojna, a Piotruś słuchał jak zaczarowany. Przeczytaliśmy tę książkę „na raz”, a potem mój synek zaniósł ją do łóżka, żeby zapamiętać, że mamy ją czytać także przed snem. Doskonale się zresztą do tego celu nadaje. Historia Bogasia jest opisana w dziewięciu krótkich rozdziałach — akurat na wieczorne czytanie. Ta śliczna opowieść o wierności swoim ideałom dobrze się nadaje dla wszystkich małych rycerzy jako pretekst do rozmowy, co to właściwie jest rycerskość. A potem można znowu zacząć oglądać magiczne ilustracje, które zdają się wciągać oglądającego wgłąb, a jednocześnie wydają się świecić i czarować. Według wydawnictwa „Bogaś z Zielonej Łąki’ nadaje się dla dzieci od szóstego roku życia, ale moim zdaniem spokojnie mogą poznać jego historię także młodsi czytelnicy, którzy na pewno polubią dzielnego i szlachetnego rycerzyka.

Ingrida Vizbaraité, Bogaś z Zielonej Łąki, Ezop 2015

Narysuj koło….

Wydawnictwa RM nie kojarzyłam z książkami dla dzieci. Lubię ich serie historyczne i albumy, ale książki dla dzieci? A tutaj niespodzianka: trafiła do nas wydana przez RM książka o rysowaniu „Narysuj koło. Narysujesz wszystko” z serii „Kolorowa edukacja”.

Narysuj koło

Mój młodszy syn wziął ją do rąk, a potem usiadł na podłodze i zaczął rysować. Najpierw dokładnie próbował odwzorować kolejne kroki, ale szybko poniosła go inwencja i zaczął tworzyć własne stwory i potworki. Piotruś rysuje dynamicznie, jego rysunki zmieniają się z minuty na minutę, razem z historią, która rozwija się w trakcie rysowania. Czasami efektem jest kompletnie zamazana kolorowa kartka, a synek opowiada o kolejnych etapach bitwy (bo zwykle są to bitwy), pokazując zakreślone fragmenty (i tutaj zaatakował go lodowy potwór, widzisz, jeszcze widać trochę niebieskiego, a potem on wypuścił dym, a potem…).

Wszystko zaczyna się od koła. W tej książce to podstawowy element rysunku, bez koła nie pójdziemy dalej. Nie oznacza to, że rysunek składa się z samych kół, to byłoby za proste. Koło zakreśla ramy, wskazuje kierunek, a potem trzeba do niego dorysować kolejne elementy, co wcale nie jest banalne. Mieliśmy z Piotrusiem dużo zabawy ze zgadywaniem, co wyszło z jego rysunków 🙂 Panda jakimś sposobem zamieniła się w szopa, byk szarżował na karatekę, a w tle czaił się szalony jeleń bez nóg. 

Narysuj koło

Goryl był już bardziej podobny do goryla, chociaż koniecznie musiał jeść fioletowego banana, bo takie rosną w zwariowanej dżungli.

Narysuj koło

Narysuj koło

W książce jest 50 propozycji rysunków, które można wykonać, zaczynając od zwykłego kółka. Są zwierzaki (pies, miś, panda, kangur, kaczka), są dziewczynki i syreny (ee, to nieciekawe – mogłam się takiego komentarza spodziewać), są samoloty i balony, ale przede wszystkim są złoczyńcy. Mamo rysujemy złoczyńców – zażądał mój młodszy syn. No to rysowaliśmy: człowieka lodu, pirata, szalonego naukowca, bandziora i grubasa rozbójnika. Może nie wszyscy noszą w książce akurat takie nazwy, ale co tam. Mieliśmy całe miasto złych. Najfajniej wyszedł troll.

Narysuj koło

Może nie wyglądał dokładnie tak, jak na wzorcowym obrazku, ale moim zdaniem był super.

Narysuj koło

Piotrusiowi nie starcza cierpliwości, by dokładnie wykończyć rysunki, pięknie je pomalować i zaznaczyć każdy szczegół. Szablony są dla niego inspiracją do swobodnej twórczości i kreowania własnych historii, ale tak właśnie powinno być. Widzę jednak, że jego kółka są coraz bardziej okrągłe, że zaczyna myśleć o tym, co warto narysować najpierw, a co później. Wzory z tej książki uczą uporządkowania i pokazują, że jedna figura może być osią spinającą cały rysunek. Ich odtworzenie wcale nie jest proste i może budzić frustrację – tutaj jest tak pięknie i pozornie prosto, a na naszej kartce wychodzą bazgroły, ale w końcu się udaje. A ręka i głowa cały czas pracują.  

Chris Hart, Narysuj koło. Narysujesz wszystko, Wydawnictwo RM 2016

Bardzo dziękuję Wydawnictwu RM za udostępnienie książki do recenzji.

Mój przyjaciel Ropuch

„O czym szumią wierzby” nie przypadły chłopakom do gustu. Próbowałam zachęcić ich do lektury książki Kennetha Grahame’a kilka razy, ale zawsze kręcili nosem. Może kiedyś jeszcze do niej wrócą, na razie jednak Piotruś polubił innych żabich bohaterów.

Wyprawa do biblioteki znowu skończyła się tak samo. Do domu przynieśliśmy wielką torbę wypchaną głownie książkami dla dzieci. Wśród nich były przygody Żabka i Ropucha autorstwa Arnolda Lobela.

  Żabek i Ropuch. PrzyjaźńŻabek i Ropuch. Razem

Żabek i ropuch. Dzień po dniu

Mój młodszy synek słuchał jak zaczarowany cały wieczór. Przeczytaliśmy przed snem cały jeden tom i pierwsze rozdziały następnego, bo przecież Piotruś musiał wiedzieć, co było dalej. A potem uśmiechnięty zasnął.

Trudno się zresztą na tej książce nie uśmiechać. To bardzo spokojna i bardzo ciepła opowieść o przyjaźni dwóch płazów: Żabka i Ropucha. Mieszkają bardzo blisko siebie i bardzo się lubią, nie potrafią spędzić bez siebie nawet jednego dnia, co nie oznacza, że nie bywają marudni czy irytujący. Piotruś przez prawie całe czytanie uśmiechał się, a czasami śmiał się w głos. Chyba najbardziej, gdy czytałam, jak Ropuch zachęcał swoje nasiona do kiełkowania: krzyczał na nie, prosił o wykiełkowanie, opowiadał im bajki, śpiewał piosenki, czytał wiersze, a one ciągle nie chciały zamienić się w roślinki. 

To nie są historyjki tylko do śmiania się. To są także opowiadania do pomyślenia i zadumy. Można po tej lekturze rozmawiać o tym, dlaczego warto lub nie warto zostawiać coś „na później”, czemu czasami chcemy być sami, co to znaczy przyjaźń i co robi prawdziwy przyjaciel, a nawet o tym, co to jest silna wola. Mnie samej przypomiał się Miś i Tygrysek Janoscha (musimy z Piotrusiem koniecznie wyciągnąć tę książkę z półki), a także Felek i Tola Sylvii Vanden Heede (bardzo niedawno czytaliśmy „Felka i Tolę na wyspie”). Wszystkie te książki cechuje prostota i — trudno mi znaleźć inne słowo — ciepło. Jakaś życzliwość, z którą autor patrzy na swoich bohaterów — niby zwyczajnych i swojskich, a jednocześnie tak cudownie pogodzonych z samymi sobą. Niezależnie od tego, jak pompatycznie to brzmi, te książki są o tym, jak cieszyć się życiem i jak to życie smakować: powoli, razem z innymi, dostrzegając piękno każdej chwili. Zamiast napuszonych poradników poczytajcie z dziećmi o Żabku i Ropuchu — efekt pewnie będzie ten sam, a lektura dużo przyjemniejsza 🙂

Książeczki są bardzo starannie wydane. Duże litery sprawiają, że dobrze nadają się dla początkujących czytaczy, a ich treść nadaje się już nawet dla młodszych przedszkolaków. Tekst w przekładzie Wojciecha Manna czyta się bardzo dobrze — aż kusi, by obejrzeć te książki w oryginale i sprawdzić, czy są równie ładnie napisane. 

 

Arnold Lobel, Żabek i Ropuch. Przyjaźń, Wydawnictwo Literackie 2015

Arnold Lobel, Żabek i Ropuch. Razem, Wydawnictwo Literackie 2015

Arnold Lobel, Żabek i Ropuch. Dzień po dniu, Wydawnictwo Literackie 2016

Co boli najbardziej na świecie?

Stało się… Chłopaki się pokłócili o książkę. Całkiem na serio i bardzo poważnie, bo mają skrajne opinie. Jednemu się podoba (wszystko), drugiemu się nie podoba (też wszystko, no prawie wszystko). Doskonały powód, by nauczyć się dyskutować i przedstawiać własne argumenty.

Poszło o książkę „Co boli najbardziej na świecie”, wydaną przez Tako

Co boli najbardziej na świecie

Piotrusiowi historia zająca i hieny bardzo się podobała, Tymek uważa, że jest dziwna i niesprawiedliwa. No to może od początku…

Zając i hiena poszli razem na ryby. Niestety, zamiast siedzieć cicho, jak to podczas wędkowania przystało, zaczęli rozmawiać o tym, co najbardziej boli na świecie. Zając uważał, że najbardziej boli kłamstwo. Hiena go wyśmiała. Zwierzęta postanowiły się założyć: hiena mogła ugryźć szaraka, a ten miał jej udowodnić, że jego teza jest prawdziwa. 

Do tego momentu wszystko było w porządku. Obaj chłopcy zgodnie przyznali, że w baśniach afrykańskich zające są przebiegłe i wszystkich kantują, a hien to nikt nie lubi. No cóż, taki obraz wyłania się z lektury baśni ze zbioru „Bajarka opowiada” i „Baśnie z dalekich wysp i lądów, które kochamy i często czytamy. Piotrkowi postawa zająca spodobała się ogromnie, a Tymek uważał, że po prostu skrzywdził hienę.

Cóż bowiem zrobił nasz szarak? Kiedy łapka mu wydobrzała, wybrał się wczesnym rankiem pod pałacowe drzwi i zostawił tam pamiątkę, która wcale nie była przyjemna. Mamo, on po prostu zrobił kupę, prawda? pytało zafacynowane Młodsze. Starsze krzywiło się z niesmakiem na takie pomysły. Zając na tym nie poprzestał, poprosił o pomoc muchy, jak wiadomo wybitne specjalistki od wszystkich rzeczy na k.

Co boli najbardziej na świecie

Żaden strażnik nie chciał powiedzieć królowi, co znaleziono na wycieraczce. A kiedy władca zrozumiał, co się stało, postanowił natychmiast odnaleźć sprawcę tej zniewagi. Wezwał wszystkie zwierzęta, ale żadne z nich nie chciało się przyznać.

Co boli najbardziej na świecie

W tej sytuacji postanowiono zasięgnąć rady specjalistów, a kto jest największym specjalistą od rzeczy na k? Oczywiście muchy. Możecie się domyślić, co było dalej i jak skończyła się ta historia dla hieny. 

Piotrek uważał, że bajka jest fajna, ilustracje są fajne, wszystko jest fajne i od razu możemy zacząć czytać od początku.  Hiena dostała to, na co zasłużyła, a Roger Olmos (to znaczy Pan Rysownik) stworzył ciekawe ilustracje, bo oczy widać z tej samej strony, głowy są spłaszczone, a wszystko wygląda trochę, jak odbite w krzywym lustrze. Piotrka fascynowały szczególnie oczy i szalony wygląd hieny.

Tymek przez chwilę siedział w ciszy, a potem powiedział, że jemu się nie podobało, bo hiena nie zasłużyła na takie traktowanie. No fakt, ugryzła zająca, ale sam się prosił, a metody, których użył zając, by ją przekonać, że kłamstwo boli najbardziej, są gorsze niż wszystko, co zrobiła hiena i że tak nie wolno. Głupia ta hiena była, mamo, i już! Ilustracje też mu się nie podobały. Powiedział, że są za bardzo powykręcane, dziwne, a w ogóle to przypominają mu tego malarza z cienkimi wąsami od zegarów. Tutaj matka chłopców zdębiała, bo nie posądzała syna o znajomość malarstwa Salvadora Dali, ale potem musiałam mu przyznać rację, bo ilustracje są bardzo surrealistyczne — może dlatego, że zarówno malarz, jak i ilustrator pochodzą z Hiszpanii.

Stanęło na tym, że przeczytałam Piotrusiowi bajkę jeszcze raz, a Tymek w tym czasie zajął się własnymi sprawami. Może to dobrze, że mają odmienne gusty.

Czytaliście już bajkę Paco Livána? Podobała się Wam?

Paco Liván, Co boli najbardziej na świecie, Wydawnictwo Tako 2016

Zdjęcia pochodzą ze strony wydawnictwa Tako.