Opowieść o szarym chłopcu z życzeniami kolorowego roku

Pewnego dnia w pewnej rodzinie urodziło się dziecko. Dziecko nietypowe, niepodobne ani do mamy, której rodzina miała skórę o odcieniu raczej zielonkawym, ani do taty o skórze w odcieniu krewetkowym, takim jak wszyscy w rodzinie Śpiewakowskich. Marcinek był szary, a najgorsze było to, że był szary nie tylko na zewnątrz – był szary także w środku.

Szary chłopciec

Wydana przez Entliczek książka „Szary chłopiec” Lluísa Farré z ilustracjami Gustiego to historia życia bez emocji. Marcinek ma problem, bo nic nie jest w stanie go poruszyć: ani żarty, ani strach, ani piękno. Po prostu niczego nie czuje. Rodzina, która na początku ze wszystkich sił starała się go wyleczyć, w końcu zaakceptowała fakt, że chłopczyk jest inny i wyobrażała sobie, że jako dorosły będzie w szarym garniturze chodził do szarego biura i produkował szare dokumenty. Aż pewnego dnia wydarzyło się coś, co sprawiło, że Marcinek nabrał kolorów…

Nie chcę opowiadać całej historii, ale warto do niej zajrzeć i o niej rozmawiać. Nie jest to ulubiona książka chłopców, ale czytaliśmy ją kilka razy, zawsze z dużym zainteresowaniem. A jakie potem toczyliśmy rozmowy – o emocjach, o tym, co to jest szarość i dlaczego warto się śmiać, o tym, do czego służy strach i czemu jednym coś się podoba, a innym nie. Doskonałym uzupełnieniem historii są ilustracje Gustiego.

W Nowym Roku chciałabym więc Wam życzyć jak najwięcej kolorów i jak najwięcej emocji, by ubarwiły życie, jak najwięcej ciekawych książek – do czytania samemu i razem z dziećmi – a potem wielu mądrych i ciepłych rozmów!

 

Reklamy

Na grzyby z tatusiem – to dopiero jest przygoda!

Dzisiaj będzie o jednej z naszych ulubionych książek, a jednocześnie o jednej z najbardziej zabawnych, czyli o „Tato, pojedźmy na grzyby” Markusa Majaluomy, wydanej przez wydawnictwo Bona.

Tato, pojedźmy na grzyby!

Kiedy myślę o tej książce, zaczynam się od razu uśmiechać. Ten sam syndrom zauważyłam u swoich synków. Trudno bowiem nie lubić zwariowanej rodziny Różyczków składającej się z tatusia, trójki dzieci (Olafa, Konstantego i Anny Marii) i mamy. Mamę umieściłam na końcu, bo jest właściwie nieobecna, ciągle na zebraniu albo konferencji, choć jest jednocześnie niesamowicie wyrozumiała. Do rodziny należy także sąsiad Różyczków, pan Rurka. Niby sąsiad, ale zawsze gotowy przybiec na każde zawołanie i z chęcią uczestniczy w każdej zabawie. A wszystkie książki z tej serii mówią o tym, co może się zdarzyć, gdy tatuś i dzieci są w domu sami, a pomaga im uczynny sąsiad.

Tym razem pan Paweł Różyczko przyjechał do domu nowym autem (koniecznie trzeba je zobaczyć), które mnie przypomniało czasy, gdy razem z rodzicami i czwórką rodzeństwa jeździliśmy maluchem na wyprawy do lasu i nad rzekę 🙂 Tatuś jest dumny i zmęczony, chciałby odpocząć, ale dzieci nabrały ochoty na wyprawę do lasu. Cóż więc ma robić biedy tato? Musi pojechać, inaczej się po prostu nie da… A do lasu koniecznie trzeba wziąć atlas grzybów, książkę o zwierzętach i o dinozaurach, jakby się jakiś przypadkiem uchował. Gdyby ktoś nie wiedział, to trzeba z sobą wziąć także maszt flagowy, to rzecz po prostu niezbędna. A w lesie mogą się przydarzyć przeróżne odkrycia. Tutaj musi być cytat, w przypadku tej książki bez cytatów się nie da:

„A kiedy tata otworzył książkę, włosy stanęły mu dęba, a fajka wypadła z ust… (…) O wy.. yyh!… co za bałwan… wytłumaczcie mi, kto z was… wy jedni….! Otworzył książkę. Dzieci wpatrywały się w rysunki grzybów, z których każdy został starannie zamalowany. (..) Ten jest mój – powiedział z dumą Olaf. – Łatwo poznać, bo prawie nie wychodziłem za linię. – Ten jest mój – oświadczył Konstanty. – Od razu wiadomo, bo jest czarny. Czarny to mój ulubiony kolor. – A to jest kolol dziewcynek! – oświadczyła Anna Maria, otwierając książkę na stronie zamazanej od góry do dołu różowymi zawijasami.”

I mniej więcej wszystko wiadomo, prawda? Markus Majaluoma ma cudowną umiejętność uważnego obserwowania rzeczywistości i doprawiania jej odrobiną groteski. Wszystko wygląda niby tak, jak w życiu, ale jest troszeczkę wykrzywione, ciepło wykoślawione i przejaskrawione. Tylko na tyle, by móc się w tym lustrze obejrzeć, rozpoznać i roześmiać. Czytając tę książkę, ma się jednocześnie wrażenie, że wszystko jest tak jak w życiu i jednak nie tak jak w życiu, bo chyba nie znam tatusia, który pozwoliłby swoim dzieciom zapakować do samochodu maszt flagowy. To świetna historia do czytania, bo bawią się przy niej także dorośli, choć czasami śmieją się przy innych rzeczach. Chłopaków rozbawiły majtki tatusia na maszcie flagowym, mnie bardziej monologi Pawła Różyczko (No proszę, rodzina była już gotowa do wyjścia, a on jeszcze nie nakrzyczał na dzieci. Coś wspaniałego! – brzmi znajomo, nieprawdaż?). Autobus Bździąg rozbawił nas wszystkich i bardzo długo o nim rozmawialiśmy.

Piotruś tę książkę bardzo lubi i wysłuchuje w skupieniu od początku do końca, a potem biegnie po następną z serii. Dla mało wprawionych słuchaczy może być odrobinę za długa i troszeczkę przegadana, więc wtedy warto rozłożyć lekturę na raty. Moi chłopcy z dużą przyjemnością oglądają autorskie rysunki Markusa Majaloumy, szczególnie mapy miasta na wyklejkach, na których tropią domek Różyczków. Zresztą na ilustracjach można znaleźć mnóstwo skarbów, takich jak chleb tostowy na półce z książkami. Dopóki sama nie znalazłam kabanosa służącego jako zakładka nie myślałam, że to możliwe.

A na zakończenie cytat z mamy Różyczko:

„Słuchaj, Paweł – powiedziała. – Domyślam się, że mieliście dziś miły dzień, ale gdybym zapytała, skąd przed naszym domem wzięła się ta krowa, to… czy potrafiłbyś mi powiedzieć? – Hmm… nie potrafiłbym – odparł tata. Mama westchnęła głęboko. – Tak też myślałam, moje słońce.”

Duch z butelki, czyli jeszcze raz o Uno i Mattim

Całkiem niedawno pisałam o spotkaniu Mattiego i Uno z yeti, więc wypadałoby opowiedzieć o innej książce. „Duch z butelki” przywędrował do nas w worku Mikołaja, Piotruś od razu polubił tę opowieść, więc na blogu też pojawi się od razu. Tymek, zaglądając mi przez ramię (nie cierpię tego zwyczaju mojego syna), stwierdził, że „Yeti” to ciekawsza historia i już, ale ta druga też może być.

Duch z butelki

O czym więc jest ta historia? Uno i Matti byli na pchlim targu. Znaleźli tam mnóstwo skarbów, a wśród nich niebieską, zakorkowaną butelkę. Po jej otwarciu przed oczami chłopców pojawił się prawdziwy duch, strażnik starego lasu. Duch jest bardzo szczęśliwy, że w końcu wydostał się z butelki, obiecuje więc spełnić trzy życzenia chłopców (mamo, a jeśli on będzie niebezpieczny, tak jak ten dżin od rybaka? – to była obawa Piotrusia, któremu nie tak dawno czytałam opowieść o „Geniuszu i rybaku”). Ten duch jest jednak bardzo przyjacielski, choć trochę znużony przebywaniem w zakmnięciu. Kto by jednak nie był znużony po czterech tysiącach lat?

Chłopcy wybierają się z nim w podróż do lasu, choć chyba nie są przygotowani na wszystkie niespodzianki.

Piotrusiowi bardzo się ta historia podobała, a najbardziej podobało się to, że jest tutaj mama. Od razu po rozpakowaniu prezentu przejrzał książkę, a potem przybiegł podekscytowany: „zobacz, jest ich mama! To znaczy, że w tamtej książce pewnie była w drugim pokoju. Albo wyszła do pracy!”

Historia o Mattim i Uno jest krótka i zwarta. Życzenia chłopców są cudownie dziecięce, tak samo, jak brak zaskoczenia, że z butelki może wyjść duch (może nie może? u mnie w domu mieszka mnóstwo niewidzialnych stworów:-)). Trzylatek wysłucha tej opowieści bez problemów, tym bardziej że ilustracje są barwne, szczegółowe i zajmujące. Pięciolatek wprawiony w słuchaniu bajek może być trochę rozczarowany, że już się skończyło, ale przecież zawsze można zacząć od początku. Czytaliśmy tę historię już kilka razy, pierwszy raz tuż po Wigilii, bo przecież nie dało się już dłużej czekać.

Albert Albertson

Znacie Alberta? Jeśli nie, to koniecznie musicie poznać, bo Albert – tutaj zacytuję opis z Zakamarków – jak każdy „kilkulatek czasem ma problemy z zasypianiem, potrafi rano strasznie się grzebać przed wyjściem do przedszkola i jest niezwykle pomysłowy, zwłaszcza jeśli bardzo czegoś chce. Dzieci rozpoznają w Albercie swoje zachowania i emocje – radość zabawy, ciekawość świata, nieograniczoną fantazję, ale też złość, zazdrość czy strach”. Nic dodać, nic ująć – przygody Alberta to lektura obowiązkowa każdego przedszkolaka.

Piotruś z radością słucha każdej książeczki o Albercie, ale ma swoje ulubione. Jedną z nich jest „Dobranoc Albercie Albertsonie”, którą po cichu nazywamy z mężem „poradnikiem, jak dręczyć rodzica”.

Dobranoc, Albercie Albertsonie

Obaj moi synowie zaśmiewali się z Taty Alberta, który przyniósł sok, wytarł podłogę, zmienił pościel, tropił lwa… Wszytko po to, by jego synek w końcu zasnął. Czy jest jakiś rodzic, któremu nie zdarzyło się zasnąć przed dzieckiem lub razem z nim? Mnie się zdarza, więc ta książeczka trafia także do mnie. Bałam się przez moment, że chłopcy będą powielali pomysły Alberta dla samej zabawy i chęci odgrywania scenek, ale spotkało mnie przyjemne zaskoczenie. Obaj stwierdzili, że nie wolno się tak zachowywać i już. Wymyślają więc własne sposoby na wydłużenie i utrudnienie (rodzicom) procesu usypiania.

Drugą książką o Albercie bardzo lubianą przez Piotrusia jest „Nieźle to sobie wymyśliłeś, Albercie”.

Nieźle to sobie wymyśliłeś, Albercie

Tym razem Tatuś chciałby spokojnie poczytać gazetę, więc pozwala Albertowi pobawić się swoją skrzynką z narzędziami. Ech, chyba każdy wie, o co chodzi. Jak miło czasami nie patrzeć, co robi dziecko i zająć się swoimi sprawami. A że później czasami spotyka nas niespodzianka, no to cóż 🙂

Gunilla Bergström cudownie portretuje świat dziecka i jego relacji z dorosłymi. Zdumienie tym, jak dziwni i naiwni bywają dorośli. Próby wciągnięcia dorosłych do zabawy i sprawdzenia, czy dadzą się nabrać. Chęć naśladowania dorosłych prac. Potrzebę wspólnego przebywania i zabawy z nawet najbardziej zajętym Tatą (mamą też). Moi synowie rozpoznają w zachowaniach Alberta swoje emocje i uczucia, łatwiej im przyznać, że sami się zachowują podobnie, łatwiej im także ocenić, czy tak można, czy nie. Autorka na kilku stronach potrafi nakreślić prawdziwy, choć odrobinę przejaskrawiony, obraz relacji dorosłego i dziecka – pozbawiony jakiegokolwiek dydaktyzmu. Warto zajrzeć do książeczek o Albercie.

Yecik, plecik, plums

Do pisania o tej książce przymierzałam się już od dawna, bo to jedna z ulubionych lektur Piotrusia. Czytaliśmy ją także dzieciom w przedszkolu i ogromnie się im podobała. Zresztą trudno nie ulec urokowi tej historyjki. Wracamy do niej szczególnie często zimą, gdy mój synek z utęsknieniem czeka na śnieg.

Eva Susso, Benjamin Chaud, Yeti

Uno i Mati, dwaj chłopcy mieszkający z Tatusiem w małym domku wśród wzgórz doczekali się śniegu i mogli w końcu pojeździć na deskach. Po zjeździe postanowili poszukać innej drogi, żeby nie musieć wspinać się na górę, i zagubili się w lesie. A tam spotkali… prawdziwego człowieka śniegu, białego, kudłatego i wielkostopego. Piotruś ma nadzieję, że kiedyś gdzieś, może w lesie, a może wśród wzgórz, uda się nam/jemu także spotkać yeti. Właśnie takie: przyjazne, uśmiechnięte, sympatyczne, rymujące radośnie: yecik, plecik, plums, yecik, plecik, piruecik. Można potem skakać po domu i wyśpiewywać śmieszne rymowanki: yecik, plecik, bambolecik, yecik, krecik, pistolecik, yecik, śmiecik, kotlecik.

Uno i Mati to kolejni bohaterowie, którzy są blisko związani z tatusiami. Nie ma tutaj postaci mamy. To tato wiąże szaliki, smaży naleśniki, pakuje chłopakom mandarynki do kieszeni, żeby mieli co jeść. To taki zwyczajny tato na co dzień, który ma czas dla swoich dzieci. Moi synowie bardzo lubią, gdy tę książkę czyta im właśnie Tato, bo przecież – jak mówią – to historia o synkach i tatusiu, a takie są bardzo potrzebne.

Może ktoś ma przepis na zupę szyszkowo-jagodową? Bo po każdej lekturze szukam wymówek, dlaczego nie mogę ugotować tej pysznej potrawy yeti 🙂

A co, jeśli się nie podoba?

Któregoś dnia mój starszy obudził mnie o wpół do siódmej informacją, że właśnie przeczytał lekturę i że gdyby wszystkie książki były takie nudne, to on nigdy nie polubiłby czytania. Wyobraźcie sobie: sobota, za oknem szaro, do pracy iść nie trzeba, a tu taki problem na horyzoncie. No i wątpliwość rodzica: na ile można krytykować lektury?

W tym przypadku problem okazał się podwójny. Tymek czytał „Jesień liścia Jasia” Leo Buscagliego, reklamowaną jako opowieść o życiu dla małych i dużych. Znam tę opowiastkę i doceniam jej urodę, ale teraz spróbowałam popatrzeć na nią oczami mojego dziewięciolatka.

Jesień liścia Jasia

„Jesień liścia Jasia” to krótka opowiastka o życiu i o przemijaniu. Zaczyna się, gdy liście są jeszcze zielone, kończy nadejściem zimy. W spokojny sposób pokazuje wartość życia, powolną przemianę i dojrzewanie, oswaja z odchodzeniem. Główny bohater Jaś, liść klonu, spadając na ziemię, czuje dumę, że był częścią tak wielkiego drzewa i umierając, staje się częścią wielkiego łańcucha życia. Dla mnie świetna opowieść, skłaniająca do namysłu i zadumy, dla mojego syna: kompletna nuda, nic się tu nie dzieje i nie ma o czym rozmawiać, bo wszystko jasne. To po prostu nie jest ciekawe, jaka żałoba, przecież po liściu Jasiu nikt nie tęskni – no i jak tu zacząć teraz rozmawiać i przekonywać, że jednak powinno się podobać?

Przeczytałam opowieść Piotrusiowi, któremu się spodobała. Rozmawialiśmy o przemijaniu i odchodzeniu, o tym, że każdy, nawet najmniejszy listek, jest ważny i ma swoje marzenia. Pomyślałam, że może to kwestia wieku i lektur. Są książki, które szybciej doceni dorosły niż dziecko. Są bajki, które przemawiają do małych dzieci i do dorosłych, a irytują (ho, ho!) młodszą młodzież, bo do takiej kategorii aspiruje mój starszy syn. Do Tymka bardziej przemawiają historie, w których się coś dzieje, a opowieść jest mniej metaforyczna, więc łatwiej mu odnieść ją do swojego życia. Dużo rozmawialiśmy po przeczytaniu książkiMój dziadek był drzewem czereśniowym. Chłopcy długo przeżywali lekturę „Czy tato płacze”, „Bracia Lwie Serce” do tej pory budzą emocje i pytania. Dla Tymka „Jesień liścia Jasia” jest za bardzo metaforyczna, jak powiedział „przekłamana”, bo przecież ludzie to nie liście, liść nie mógł zmienić swojego losu i nikt po nim nie cierpiał, a po odejściu człowieka zostaje ból. I to już był dobry wstęp do rozmowy. Nie starałam się przekonać syna, że książka jest wspaniała, mądra itd. Nie sądzę nawet, by musiał do niej dorastać i że „w końcu zrozumie”. Po prostu jednej osobie może się coś podobać, innej nie, ma do tego prawo. Mam jednak nieodparte poczucie, że udałoby się wpisać na listę lektur trzecioklasisty mądre i głębokie książki, które mogłyby bardziej dzieci wciągnąć i o których może trochę łatwiej byłoby z nimi rozmawiać.

A gdyby tak mieć 999 dzieci?

Niedawno znajomy zarzucił mi, że czytam z Piotrusiem nieodpowiednie książki: za dorosłe, za poważne, a w ogóle to on nic z tego nie rozumie, a ja się nad nim znęcam. Potwór, nie matka. Wysłuchałam grzecznie, ale mam wrażenie, że mój synek rozumie całkiem dużo, a książki testujemy i odrzucamy, gdy okazuje się, że Piotruś nie potrafi się na nich skupić lub kompletnie go nie interesują. Dużo potem rozmawiamy – nie sądzę, by moje dziecko domagało się ponownych lektur „Lwa, czarownicy i starej szafy” tylko dlatego, żeby w końcu zrozumieć, o co tam chodzi 🙂

Dzisiaj będzie jednak o prostej książeczce, która ogromnie Piotrusiowi przypadła do gustu i nadaje się nawet dla bardzo małych dzieci.

999 kijanek

Wyobrażaliście sobie kiedyś, jak to jest, gdy ma się naprawdę dużo dzieci? Nie czworo, pięcioro czy sześcioro, ale 999? Właśnie tylu żabek dorobiła się pewna miła żabia para zamieszkująca mały staw. Trudno się dziwić, że w stawie zrobiło się ciasno, a rodzice postanowili poszukać innego mieszkania. Bezpieczne przeprowadzenie z jednego miejsca do drugiego takiej gromadki dzieci, które na dodatek nie mają ochoty być posłuszne, to prawdziwe wyzwanie.

Historia oczywiście kończy się dobrze, a Piotrusiowi podobała się bardzo – oglądał, liczył kijanki, zastanawiał się, jakie jeszcze niebezpieczeństwa mogły im grozić, projektował domy dla żabich rodzin, dumał, czy ludzie też mogliby mieć tyle dzieci. Popróbujcie wytłumaczyć pięciolatkowi, że ludzie nie mogą mieć tyle dzieci, co żaby – ja poniosłam sromotną klęskę, bo Piotruś uznał, że przecież „na pewno jakoś by się dało”. Bardzo podobały mu się ilustracje: proste i czytelne, skłaniające wręcz do naśladowania – Piotrek zamalował żabkami całe stosy kartek. Tekst jest krótki i zabawny – bardzo fajna lektura dla młodszych dzieci.