Daktyle, kałużyści i czekolada

Znacie twórczość Danuty Wawiłow? Tutaj generalnie oczekuję gwałtownego potakiwania, twierdzących pomruków i innych odgłosów zrozumienia. A wszyscy, których dzieci jeszcze wierszy Danuty Wawiłow nie znają, powinni natychmiast zacząć szukać jej książek, a jest ich ostatnio w księgarniach całkiem sporo. W pokoju chłopców na samym wierzchu leży tom wydany przez Naszą Księgarnię „Danuta Wawiłow dzieciom”. I mamy niesamowicie dużo radości z lektury — nie tylko wierszy, ale także opublikowanych tam opowiadań, które wcale, ale wcale się nie zestarzały, wciąż zachwycają, bawią i wzruszają.

Danuta Wawiłow dzieciom

Wiersze Danuty Wawiłow to cudowna zabawa słowem, trochę absurdu i trochę liryki. A do tego dowcip i cudowny, mądry humor. Moje dzieci ją uwielbiają, tylko nie mogą się zdecydować, który wiersz lubią najbardziej. Wyliczanka „Dziwny pies” to nasza ulubiona piosenka do wchodzenia po schodach – bardzo szybko się wtedy wchodzi 🙂 „Gdzie się podziały moje daktyle” znamy chyba wszyscy na pamięć, „Kałużyści” przypominają nam się zawsze, gdy przestaje padać i idziemy na spacer wśród kałuż. Uczyłam dzieci figur geometrycznych, czytając im „Bajkę nową, prostokątną i kwadratową”, bajkę o „Trójkątnej Karolinie” i „Trójkątną bajkę”. W naszym domu Danuta Wawiłow ma status równy Brzechwie i Tuwimowi, a początek „Bajki o stu królach Lulach” stał się standardowym początkiem prawie wszystkich opowiadanych bajek. No bo jak go nie pokochać:

Daleko, daleczko,

za polem, za rzeczką,

za łąką, gdzie hasa

baranek z owieczką,

za płotem bielonym,

za lasem zielonym,

za morzem głębokim,

i gorzkim i słonym…”

Przecież tak może zaczynać się każda wspaniała, tajemnicza i cudowna historia. Dla mnie wiersze Danuty Wawiłow to także powrót do dzieciństwa. Pamiętam „Daktyle” z zabawnymi ilustracjami Lutczyna

Danuta Wawiłow, Daktyle

i „Strasznie ważną rzecz”

Danuta Wawiłow, Strasznie ważna rzecz

Danuta Wawiłow ma cudowną umiejętność patrzenia na świat oczami dziecka i ubierania dziecięcych wyobrażeń w doskonale dobrane słowa, mądre, proste, ale nie naiwne. A od jakiegoś czasu lekturze wierszy towarzyszą piosenki Danuty Wawiłow w wykonaniu zespołu Nie Wiem Kto – kto nie słyszał, niech żałuje, poszuka singli Nie Wiem Kto na YouTubie i posłucha 🙂

Te wiersze to także doskonałe ćwiczenie pamięci – łatwo wpadają w ucho i doskonale się je zapamiętuje. A jakie scenki można potem odgrywać – warto wypróbować.

Reklamy

Mamo, chcę kolejny tom, czyli o czytaniu serii – cz. 1

Zabierałam się do tego wpisu już bardzo długo. Bywam bowiem absolutną przeciwniczką dawania dziecku do ręki pierwszego tomu czegokolwiek – szczególnie po kolejnej awanturze w stylu: „ja muszę wiedzieć, co było dalej, w bibliotece nie ma, ja chcę, kup natychmiast, ja muszę wiedzieć itd.” Wtedy zwykle obiecuję sobie, że ostatni raz pozwoliłam czytać cokolwiek, co ma więcej niż jeden tom. Potem mi przechodzi, bo przecież ciekawość, co było dalej, jest wpisana w ludzką naturę. A serii w księgarniach jest mnóstwo i sama chętnie do wielu zaglądam, choć niekoniecznie do tych dla dzieci 🙂

Seria, moim zdaniem, to jeden z lepszych sposobów „przymuszenia” dziecka do czytania, bo jak już się wciągnie i przebrnie przez, powiedzmy, pięć tomów, to pewnie potem będzie czytać. Mój najmłodszy, sporo młodszy ode mnie brat, uważa, że jego zafascynowanie czytaniem zaczęło się od Harrego Pottera. Po tej lekturze po prostu nie mógł przestać czytać, więc szukał kolejnych książek, które byłyby równie ciekawe. Wady także są. I kłótnie z dziećmi oraz kombinowanie, jak zdobyć kolejny tom, wcale nie należą do najpoważniejszych. Nie wszystkie części serii bywają równie dobrze napisane, zdarza się, że kolejne tomy powielają te same schematy fabularne i językowe, które sprawdziły się w pierwszych tomach. Nie każdemu autorowi starcza pomysłu i siły, by dobrze serię zakończyć. Czasami fascynacja jednym gatunkiem zostaje do końca życia i nawet dorosły człowiek czyta tylko książki o smokach. Żeby było jasne: nie mam nic przeciwko smokom, tylko jest tyle fascynujących rzeczy do czytania, że szkoda ograniczać się do jednego gatunku 🙂

Mogę sobie marudzić, ale o seriach muszę napisać, bo niektóre Tymek czytał z wypiekami na twarzy, a inne dopiero przed nami. Zaczęło się od Harrego Pottera, a potem przyszła kolej na „Zwiadowców” Johna Flanagana

O „Zwiadowcach” słyszeli już chyba wszyscy.

Zwiadowcy

„Zwiadowcy” to historia korpusu zwiadowców, a właściwie kilku jego członków. Głównym bohaterem jest młody chłopak, wychowany w sierocińcu Will Treaty, który w Dniu Wyboru zostaje przyjęty do Korpusu Zwiadowców, elitarnej jednostki na usługach króla Araluenu. W kolejnych tomach opisane jest dorastanie i szkolenie Willego, którego mentorem zostaje Halt, jeden z najlepszych i najbardziej mrukliwych zwiadowców Araluenu. Taki zwiadowca to ktoś w rodzaju Jamesa Bonda – szpieg, doskonały żołnierz i strzelec, o wręcz niesamowitych umiejętnościach kamuflażu, które sprawiają, że ludzie po prostu się zwiadowców boją i posądzają ich o uprawianie magii.

Akcja powieści osadzona jest świecie stylizowanym na średniowiecze, bez trudu można odkryć, z historii których krajów czerpał Flanagan, tworząc Araluen, Skandię, Clonmel czy Nihon-Ja.

Tymek czytał „Zwiadowców” z zachwytem i ogromnymi emocjami. Co chwila zadawał mnóstwo pytań dotyczących wyposażenia zwiadowców, rodzajów broni czy kolejnych przygód. Moim zdaniem, te książki doskonale nadają się dla ośmio- czy dziewięciolatka. To powieść o dorastaniu, wartości przyjaźni, powolnym dochodzeniu do doskonałości dzięki długim, trudnym i często nudnym ćwiczeniom. Nie ma w niej zbyt „opisowych” scen przemocy, bohaterowie są jednoznaczni: od razu wiadomo, kto jest dobry, a kto zły. I wiadomo także, że dobry zawsze wygra i nic złego mu się nie stanie, a złego spotka zasłużona kara. Przygody toczą się warto, akcja jest szybka – dobra lektura, aby pokazać, że czytanie może być fascynujące. Najlepsze są chyba pierwsze trzy tomy, potem akcja robi się dość schematyczna i właściwie bez trudu można przewidzieć, co będzie dalej. Ponieważ Tymek lubi dyskutować o książkach, czytałam je razem z nim, i dla mnie przebrnięcie przez środkowe tomy było pewnym problemem – pewnie dlatego, że mam już trochę więcej niż 9 lat. Mój dziewięcioletni bratanek czytał je z równą fascynacją, co Tymek. Toczyli potem długie dyskusje, czy lepiej byłoby trafić do Hogwartu, czy na naukę do zwiadowcy.

Przyznaję jednak, że po skończeniu przez Tymka jedenastego tomu odetchnęłam z ulgą, że nie ma następnych. I odmówiłam wypożyczenia „Drużyny”, kolejnej serii Flanagana, której akcja toczy się w tym samym średniowiecznym świecie i ma wielu tych samych bohaterów. Pomyślałam, że całej rodzinie przyda się chwila oddechu od świata Araluenu.

Anatomia farmy, czyli podręcznik rolnictwa dla początkujących i zaawansowanych

Miało być o czymś innym, ale będzie o książce, która od Świąt fascynuje mnie przeogromnie. Przyznaję, że moje dzieci fascynuje odrobinę (ale tylko odrobinę) mniej, choć to one dostały ją pod choinkę od pewnego Świętego z białą brodą. To może od razu powiem, że chodzi o „Anatomię farmy” Julii Rothman wydaną przez wydawnictwo Entliczek.

Anatomia farmy

Mogę jedynie powtórzyć słowa z opisu książki: Zachwycające, jak wiele jest do odkrycia! W większości osób w różnym wieku, które oglądały tę książkę, budzi ona zachwyt przemieszany ze zdumieniem i zarazem nieposkromioną ciekawość, co można w niej jeszcze znaleźć. Jest tam po prostu wszystko, od opisu kombajnu i klatki dla królików po spis jadalnych roślin, przepisy kulinarne i zasady podkuwania koni. Dla każdego coś ciekawego. A jednocześnie książka nie nuży, nie nudzi, nie pachnie cepeliadą ani skansenem. Czuje się, że opisano w niej prawdziwe życie, w takiej postaci, w jakiej przed chwilą istniało i ciągle istnieje, stare przenika się tutaj z nowym, mikser widnieje na rysunku obok ręcznego młynka do kawy i łuskarki do grochu. Moje dzieci z radością odkrywały u babci w szufladzie sprzęty jak z książki: babciu, babciu, a ten dziwny nożyk to radełko, tak? A czemu ta forma do ciasta nie ma takich wzorków?

Anatomia farmy

Najchętniej wybrałyby się teraz gdzieś na wieś, żeby sprawdzić, czy krowę rzeczywiście doi się tak, jak opisała to Julia Rothman w swojej książce i czy używa się właśnie takich urządzeń do pasteryzacji mleka.

Anatomia farmy

Książka fascynuje dzieci i dorosłych. Mój syn z powagą oglądał rodzaje siekier, a mój ojciec, a jego dziadek, ze zdumieniem odkrył nowy sposób peklowania mięsa i teraz nie może się doczekać, kiedy go wypróbuje. Po prostu lektura uniwersalna.

Anatomia farmy

„Anatomia farmy” składa się z siedmiu rozdziałów: „Aby obrodziło”, „W stodole”, „Narzędzia pracy”, „Zasianie ziarna”, „Kozy, owce i inne zwierzęta”, „Wiejska biesiada”, „Kręć się kręć wrzeciono”. Już sam spis treści budzi podziw. Z książki można się dowiedzieć, jak kosić zboże, które kwiaty są jadalne, jakie są rodzaje kogucich grzebieni, jak wyprodukować ser i upiec mięso, a także jak utkać chodniczek ze szmatek. Ta książka nie tylko wywołuje zachwyt bogactwem świata, ale także zachęca do eksperymentów i zadawania pytań.

„Anatomia farmy” to nie jest książka do czytania od deski do deski, to książka do oglądania, która jednocześnie uczy patrzeć na świat w inny sposób i pozwala zachwycać się jego bogactwem i różnorodnością. A oprócz tego moje dziecko już wie, jak wekować fasolkę i prawidłowo pokroić kurczaka. Nie wątpię, że kiedyś ta wiedza może mu się po prostu przydać.