W sklepie u taty Saida na ulicy Broca

Tymek lubi ciągle nowe historie. Piotruś zwykle po zakończeniu z radością krzyczy: jeszcze raz, ku utrapieniu i złości swojego brata. Jeśli więc Tymek mówi: tak, możemy, bo to jest fajne — a my proponujemy znaną mu książkę, to musi być ona naprawdę fajna.

Opowieści z ulicy Broca

Pamiętam, kiedy pierwszy raz zetknęłam się z „Opowieściami z ulicy Broca” Pierre’a Gripariego (już jako osoba dorosła i matka)… To było bardzo orzeźwiające — książka, która nie przypominała żadnej innej: zabawna, absurdalna, w dziecięcy sposób obrazoburcza (nikt inny, tak jak dzieci, nie potrafi zadawać trudnych pytań i podsumowywać świata). Byłam zachwycona i śmiałam się w głos, a w raz ze mną moje dzieci i mój mąż. Słuchaliśmy jej podczas jazdy samochodem w świetnej interpretacji Piotra Mustafy, a potem Tymek przyniósł ze szkoły kolejny audiobook.

Opowieści z ulicy Broca

We wstępie Pierre Gripari pisze, że bajki powstały przy współudziale dzieci i ja święcie w to wierzę — sam dorosły chyba nie byłby w stanie tego wymyślić. To nie jest książka, której autor puszcza oko do dorosłych. Historie są tak nieprawdopodobne i absurdalne, że ostatnio nawet Tymek śmiał się, że musiało w ich powstaniu musiało brać udział jakieś (przynajmniej jedno) dziecko.

No to od początku… Na ulicy Broca w Paryżu (taka ulica naprawdę istnieje, przynajmniej według Wikipedii)

Opowieści z ulicy Broca

jest sklep prowadzony przez Tatę Saida, szczęśliwego ojca czwórki dzieci. Do tego sklepu zaglądał czasami dziwny Pan Piotr. Jedynie dzieci od razu rozpoznały, że tak naprawdę jest starą czarownicą (dzieci mają oko do takich rzeczy) i szybko go oswoiły (bo tak się przecież robi ze starymi czarownicami, które wtedy stają się całkiem niegroźne — nie wiedzieliście?). Pan Piotr opowiadał dzieciom bajki, a potem zaproponował, by wymyślały je razem z nim. Tak powstały opowieści.

Na ulicy Broca dzieje się wiele różnych rzeczy. Czasami Nadię porywa stara czarownica (bo dowiedziała się, że może stać się młoda i piękna, gdy zje dziewczynkę o imieniu na N w sosie pomidorowym), czasami w piwnicy sklepu Taty Saida ukrywa się kłamliwa różowa świnka, która zjadła Gwiazdę Polarną (i nie chce jej oddać), a czasami trafia tam Czerwony Diabełek, który bardzo chce stać się dobry, tylko nie wie, od czego zacząć. Poznajemy historię zakochanej pary butów, zarozumiałej pani ziemniakowej, która chciała być frytką (bo nie wiedziała, że frytki się zjada), i czarownicy z szafy na szczotki. 

W opowieściach to, co prawdziwe, miesza się z tym, co zmyślone i dopowiedziane. Papież ma tutaj bezpośrednie połączenie telefoniczne z Najświętszą Panienką (ja uważam, że na taki pomysł mogło wpaść tylko dziecko). Zresztą sporo jest tutaj wątków boskich. Opis stworzenia świata przez małego boga, którego pilnuje mama bóg jest cudowny (sama musiałam odpowiadać na pytania, czy bóg ma mamę i gdzie ona jest), a diabełek pragnący czynić dobro jest w niebie egzaminowany przez Pana Boga, Pana Jezusa i Maryję (no a kto ma go w niebie egzaminować?). Rozbawiło mnie takie pomieszanie wątków i — dla mnie przynajmniej — dodaje to książce uroku (i jeszcze bardziej uprawdopodabnia informację ze wstępu, że w tworzeniu tej książki brały udział dzieci). Rozmowa Olbrzyma w Czerwonych Skarpetkach z chińskim czarownikiem rozśmieszyła mnie do łez. Chiński to bardzo prosty język, wszystko można w nim powiedzieć jednym zdaniem, tylko trzeba zmieniać intonację (też nie wiedzieliście?). Piotruś słuchał tych bajek jak urzeczony i musieliśmy ich odsłuchać od początku do końca (jedynie wstęp dla dorosłych trochę go znudził). Tymek nie zaprotestował ani razu, mimo że słuchał tej książki kolejny raz. Na ulicy Broca chyba rzeczywiście zakrzywia się czasoprzestrzeń.

Dzieci nie dziwią się niczemu, a ich świat zaludniają krasnoludy, ufoludki, anioły, zmory, duchy, czarownice i prądowacze (tak, tak, ciągle u nas mieszkają). Rodzice dzieci też zwykle nie dziwią się niczemu i pozwalają temu całemu towarzystwu szwendać się po mieszkaniu. Jeśli należycie do takich rodziców, to „Opowieści z ulicy Broca” powinny się wam podobać. Jestem bardzo ciekawa, czy rzeczywiście tak jest.

 

Pierre Gripari, Opowieści z ulicy Broca, Nasza Księgarnia

 

PS. A dla osłody kawałek bajki, którą wymyślili moi chłopcy podczas spaceru po mokrym lesie (każdy miał mówić jedno zdanie): Daleko, daleko na morskiej plaży siedział sobie rybak i płakał, bo miał ogromnie długą brodę. Broda była tak długa, że ciągnęła się na kilometr. I wtedy wyszedł z wody rudy fryzjer z fryzurą afro i powiedział: chodź no tu. A rybak podbiegł, bo to dodało mu sił. I fryzjer ścinał włosy, a każdy włos się zamieniał w belkę. I z nieba strzelił piorun i zabrzmiał głos: nie będziesz ścinał tych włosów. Jedyną osobą, która próbowała w tę narrację wprowadzić odrobinę mniej absurdu była ich matka, która wyraźnie psuła chłopakom zabawę.