Co czytała Babcia, gdy była mała?

Jak już wiecie, lubimy buszować po bibliotece Dziadków. Można tam znaleźć prawdziwe skarby i zobaczyć, co czytali Dziadkowie, gdy byli mali. Dzisiaj będzie o starych książkach, które podobają się także moim synkom. Książkach, po których widać upływ czasu — przeszły przez wiele rąk. Czasami śmieszy język, czasami bawią formy gramatyczne, ale opisane w nich historie ciągle bawią i wzruszają. Poznajcie cztery książki z czasów dzieciństwa Babci i Dziadka (kolejność przypadkowa).

1. Grzegorz Timofiejew, „Wiersze dla dzieci”, il. J. M. Szancer, Biuro Wydawnicze Ruch, Warszawa 1957 r.

Wiersze dla dzieci

Wiersze Grzegorza Timofiejewa są bardzo proste. W zbiorze jest ich sześć, wszystkie przepięknie zilustrowane przez Jana Marcina Szancera. Ilustracje są ogromnym atutem tej książki, można ją oglądać bez końca. Jest tutaj jednak jeden wierszyk, który zachwycał moich synków od zawsze: Bajka o sześciu jajkach.

Na stolnicy leżały jajka:

Dwa na kotlety,

Cztery na omlety.

Tak długo się kręciły,

Aż się pomyliły,

Które na kotlety, 

Które na omlety.

Wiersze dla dzieci

Kłótnia zamieniła się w awanturę, a jajka tak się piekliły, aż zgłupiały:

— Ja na pierogi! Ja na baranie rogi!

— Ja na rybie filety! Ja na ślepe krety!

— Ja na migdałową babkę!

— Ja na zieloną żabkę!

— Ja na racuchy! Ja na karaluchy!

Wiersze dla dzieci

Obu moich synów kłótnia jajek bawiła do łez i bardzo chętnie obaj zaglądają do tej książki. No i te ilustracje 🙂

Wiersze dla dzieci

Wiersze dla dzieci

2. Benedykt Hertz, „Taś Taś”, il. Józef Czerwiński, Nasza Księgarnia 1956 r.

To książka szczególna. Nagroda Dziadka za dobre wyniki w nauce w klasie pierwszej. Dziadek ma dowód dla wnuczków, że uczył się dobrze, a „Taś Taś” Benedykta Hertza był jedną z ulubionych lektur dziadkowych dzieci. Wnukowie też chętnie do niej zaglądają. 

Taś Taś

„Taś Taś” to sympatyczna historia dość przemądrzałego kaczątka:

Było jedno kaczątko zupełnie młodziutkie — nawet nie miało roku, tylko może dziesięć, może dwanaście dni. Pokryte było żółtym puszkiem i nazywało się Taśtaś (chłopczyk to był, kaczorek). Wiadomo, między kaczkami znane jest przysłowie:

„Póki puszek masz na grzbiecie,

matki swej się pilnuj, dziecię”.

Nieraz powtarzała to mama Taśtasia. (…) Ale Taśtaś nie lubił słuchać tych uwag i często nie pilnował się matki.

Taś Taś

Pewnego dnia Taśtaś zgubił mamę i tak zaczęła się jego przygoda na podwórku, pięknie zilustrowana przez Józefa Czerwińskiego. Bardzo lubię jego ilustracje, jakby akwarelowe, rozmyte, a jednocześnie pełne szczegółów. Widać w nich bystre oko dobrego obserwatora przyrody.

Taś Taś

Historia niegrzecznego kaczątka budzi uśmiech i wzruszenie. Benedykt Hertz zadedykował ją swojej córce. Czuje się ten gawędziarski ton i tęsknotę — opowieść płynie powoli, jest jakby stworzona do czytania dziecku wieczorem. Chłopcy bardzo, bardzo ją lubią.

Taś Taś

3. Elżbieta Ostrowska, „Nocne kłopoty zabawek Doroty”, il. Janusz Jurjewicz, Nasza Księgarnia 1959 r.

Nocne kłopoty zabawek Doroty

Mam wrażenie, że to dobrze znana książka. Elżbieta Ostrowska opowiedziała znaną historię lalki zostawionej na podłodze przez Dorotkę. Lalka Małgorzatka spada z łóżka. Na ratunek śpieszy jej dzielny Murzynek (oj, mało poprawna politycznie jest ta książeczka).

Nocne kłopoty zabawek Doroty

 Zabawki muszą dotrzeć do doktora z książeczki, ale okazuje się, że nic nie leży na swoim miejscu. A na półce z książkami stoi tylko bucik Dorotki.

Nocne kłopoty zabawek Doroty

Moi synkowie (Tymek kiedyś, Piotruś do teraz) słuchali tej historii z zapartym tchem. Kibicowali dzielnemu Murzynkowi, budzili zaspanego misia. Co prawda i tak nie mieli ochoty na sprzątanie zabawek wieczorem, ale Piotrusiowi do tej pory zdarza się zaduma nad nocnym życiem zabawek. Bo to przecież ciekawe, co nasze zabawki wyrabiają nocą.

Nocne kłopoty zabawek Doroty

4. Krystyna Artyniewicz, „Agnieszka z orzeszka”, il. Wacław Szulc, Nasza Księgarnia 1954 r.

To książeczka, na którą Babcia spogląda z rozrzewnieniem. Jedna z jej pierwszych lektur, zapamiętana na zawsze przygoda laleczki zrobionej z orzeszka przez przedszkolaków.

Agnieszka z orzeszka

Pac! — łupinka spadła z drzewa. —

Orzech! Kto by się spodziewał!

Drzewo jest na pewno sosną,

skąd orzechy na niej rosną?

Obraca Ala w palcach łupinę.

i wciąż zdziwioną ma jeszcze minę

Sosna ma szyszki. Któż tego nie wie?

Orzechy rosną w sadzie na drzewie.

To włoski orzech? Jeśli nie orzech,

no to co w takim razie być może?

Czy sklejone dwie łódki

albo wagi dwie szalki?

Czy po prostu malutki 

łebek — w sam raz dla lalki.

Agnieszka z orzeszka

W ten sposób powstała Agnieszka, laleczka z orzeszka. I tak zaczęły się jej przygody. Całe przedszkole polubiło nową mieszkankę, ale śledziły ją także bystre, zazdrosne oczka kogoś, kto nie miał ochoty pogodzić się z utratą orzecha.

Agnieszka z orzeszka

Dużo pracy miała lalka Agnieszka, a jej gospodarstwo ciągle się rozrastało. Czytałam tę książeczkę wiele razy jako dziecko i zawsze żałowałam, że nie umiem stworzyć z orzeszka i kasztana takich pięknych lalek. A jakie tutaj były wspaniałe zwierzęta. Dzieci z czasów mojej mamy miały chyba zręczniejsze palce. Zwykle staram się przypominać chłopcom tę książkę jesienią, bo nabierają wtedy zapału do lepienia i tworzenia kasztanowych i żołędziowych ludzików. 

Agnieszka z orzeszka

Agnieszka z orzeszka

Agnieszka z orzeszka

Książki są stare i zniszczone. Widać na nich ślady dziecięcych rączek. Czasami ktoś coś na nich napisał, ktoś inny domalował własny rysunek. Wielokrotnie były klejone i naprawiane. Na pożółkłe stronice niewiele można poradzić. Dla nas są cenną pamiątką i świadectwem, że Dziadek i Babcia też kiedyś byli mali. A historie, które ich bawiły, cały czas wywołują uśmiech na twarzy. 

Macie ochotę na więcej?

Dom, rodzina i matematyka

Wiecie co? Fajnie, że ciągle są biblioteki, w których można znaleźć ciekawe książki. Często chodzimy do miejskiej biblioteki i zwykle udaje nam się wygrzebać na półkach coś interesującego, przynajmniej dla Piotrusia. Czasami są to książki, o których istnieniu nie miałam pojęcia, więc wszyscy mamy frajdę. U nas na dodatek można polecić bibliotece książki do kupienia i one rzeczywiście po jakimś czasie lądują na półkach. Nieźle mamy 🙂

Z biblioteki przywędrowała do nas książka wydana już kilka lat temu przez Wytwórnię.  Od razu skojarzyła mi się z „Klapu klap” i nic dziwnego — za jej szatę graficzną odpowiada ta sama osoba, Magdalena Matoso. 

W naszym domu jest

Bardzo mi się ta książeczka podoba… I nie tylko mnie. Piotruś przy jej lekturze świetnie się bawił, nawet Tymek do niej zajrzał, bo skusiły go nasze chichoty. „W naszym domu jest” Isabel Minhós Martins to zabawa matematyką i liczeniem, która zachęca do rozmyślania o własnej rodzinie i zastanawiania się, kim i jacy jesteśmy.

W naszym domu jest

W naszym domu jest nas czworo, jest u nas osiem nóg i kilkanaście płetw (ostatnio trudno mi się doliczyć, ile mamy właściwie rybek, bo akwarium przypomina zieloną dżunglę). Apetyty też nam dopisują — szczególnie, gdy mróz trzaska za oknem i nie chce się nosa wyściubiać z domu. Chętkę na rzeczy tłuste i słodkie można więc bezkarnie zwalić na aurę — mamo, upieczemy babeczki na kolację? takie czekoladowe…

W naszym domu jest

„W naszym domu jest” to krótka książeczka, która nadaje się już dla bardzo młodego czytelnika, ale na pewno spodoba się przedszkolakom. Wszystko w niej jest dopracowane: grafika, czcionka, kolory.  To bardzo nowoczesna książka, w której litery i znaki graficzne nawzajem się uzupełniają i przenikają — to jak zabawa w szukanie tropów i śladów. 

W naszym domu jest

Można tę książkę czytać po prostu, strona po stronie. Nie ma ich zbyt wiele, więc pójdzie szybko. Można także zacząć się bawić i uczyć już od pierwszej strony. No więc, ile mamy razem piegów? Czy ryby mają nosy i czy można je doliczyć do puli? Ile włosów ma pies dziadków? Przeliczamy nasze własne palce, paluchy i paznokcie. Bardzo lubię tego typu książki, które nienachalnie i jakby od niechcenia aktywizują całą rodzinę i sprawiają, że zaczynamy się bawić i myśleć. Świat zaczyna się wykrzywiać i pokazuje drugie oblicze.

W naszym domu jest

W „W naszym domu jest” matematyka przeplata się z anatomią, kształty wabią, a kolory grają. Warto do niej zajrzeć. I warto chodzić do biblioteki i szukać tam skarbów sprzed kilku i wielu lat.

 

Zdjęcia pochodzą ze strony wydawnictwa Wytwórnia.

Isabel Minhós Martins, W naszym domu jest, il. Magdalena Matoso, Wytwórnia 2013

Anatol, Plotek i Ola, czyli co dzieje się w parku

Piotruś poszedł do szkoły i ostatnio czytamy książki łagodne. Pogodne, radosne, życzliwie nastawiające do świata. Trudno się odnaleźć w nowym miejscu, z nową Panią, z nowymi dziećmi, otoczenie wydaje się trochę groźne, a trochę dziwne — potrzebna jest więc lektura, która doda wiary w siebie i oswoi codzienność. I — przyznaję bez bicia — trochę wyciszy mojego synka, który po powrocie ze szkoły nie przestaje skakać, krzyczeć, biegać, szaleć, turlać się, wrzeszczeć, śpiewać… Kiedyś trzeba jednak iść spać. Z pomocą przyszły mi książki z serii Poduszkowce (Wydawnictwo Literatura). Co prawda moje dziecko przy nich nie zasypia, a raczej zasypuje mnie gradem pytań, ale i tak czytać je warto.

Anatol i przyjaciele

Co się dzieje, gdy jakiś pluszak gubi się w parku? Właściciel pluszaka — wiadomo — rozpacza i płacze, ale co dzieje się z zabawką? Zastanawialiście się nad tym? Anatol to pluszowy zając, który kiedyś się zgubił i teraz mieszka w parku, w domku z czerwonym dachem. Przez długi czas mieszkał sam, ale potem dołączył do niego Plotek, zielony pluszowy dinozaur (też się zgubił). Prawdziwe przygody zaczęły się jednak dopiero wtedy, gdy w małym domku zadomowiła się Ola, poszukująca przygód mrówka. Och, jak bardzo Piotruś się śmiał, gdy czytaliśmy o Oli:

Ola jestem — przedstawiła się. — Czyli o mało nie rozdeptałeś Oli — dodała. Wcześniej mieszkałam w mrowisku, ale parę dni temu poczułam, że wzywa mnie przygoda i ruszyłam w świat. Czyli Ola rusza w świat. — Odważna jesteś — mruknął Anatol. […] Ola zdążyła już wdrapać się na stół i wejść do cukierniczki. — Wiem, wiem — mruknęła. — Ola wie. Jakie to smaczne to białe.

Ola przewróciła uporządkowany świat Anatola i Plotka do góry nogami. Ich życie na pewno stało się mniej przewidywalne i bardziej zwariowane, ale chyba także szczęśliwsze i ciekawsze. 

Anatol i przyjaciele

O czym są te historyki? O rzeczach prostych i zwyczajnych: o przyjaźni, o tym, że trzeba się troszczyć o innych i o tym, jak ta troska może wyglądać, o spełnianiu marzeń i o złości, o przepraszaniu i o tym, że czasami słowa mogą zranić. To nie są banale tematy, ale opowiedziane tak, że dotrą do każdego dziecka. Można je czytać przed snem, ale warto o nich rozmawiać. A czasami wystarczy się wspólnie śmiać.

Na stronie Wydawnictwa Literatura widnieje informacja, że nakład jest wyczerpany, ale w sieci można znaleźć dwie historyki o przygodach nietypowej pary przyjaciół. Jedną z nich można znaleźć na stronie Wydawnictwa, drugą na stronie autorki — Beaty Ostrowickiej. Mam nadzieję, że Wam się też spodobają.

 

Beata Ostrowicka, Anatol i przyjaciele, Wydawnictwo Literatura

Edzio i przyjaciele

Książka o Edziu przywędrowała do nas w bibliotecznej torbie. Od jakiegoś czasu staram się nie ingerować za bardzo w książki wyciągane przez chłopców z półek (no oprócz wyjmowania Starszemu horrorów z ręki i przekonywania Młodszego, że może nie warto wypożyczać tego samego, co właśnie oddaliśmy). Edzia wypatrzył Piotruś — zastanawiałam się, czy książeczka nie jest dla niego za dziecinna, ale skoro może sam wybierać…

Edzio

W domu przeczytaliśmy ją raz, potem drugi raz, a potem jeszcze raz. Piotruś miał ochotę na kolejne i bez końca oglądał ilustracje Marca Boutavanta. Historia spodobała mu się tak bardzo, że nieustająco pytał, czy są następne książki o Edziu.

„Edzio. Przyjęcie w blasku księżyca” to pierwsza książka Astrid Desbordes o przygodach małego wiewiórka wydana przez Wytwórnię. Edzio mieszka w dziupli wielkiego kasztana. Lubi robić pompony i smażyć konfitury, ale jest bardzo samotny, mimo że wokół mieszka wiele innych sympatycznych zwierząt.

Edzio

Wiewiórek jest bardzo nieśmiały i nie potrafi nawiązywać znajomości, nie wie, jak zacząć rozmowę i czy ktokolwiek chciałby się z nim bawić. Wszytko zmienia się pewnego dnia, gdy do jego dziupli wpada puchacz Jerzy, zwabiony pysznym zapachem powideł.

Edzio

Historia Edzia to świetny początek do rozmowy o nieśmiałości, ale także o tym, że każdy jest inny, ale wszyscy mamy podobne potrzeby i pragnienia. Długo zastanawialiśmy się nad dziwnym dla Piotrusia hobby Jerzego. Podziwialiśmy misia, który wydawał wspaniałe przyjęcia. Próbowaliśmy nawet robić pompony, a Piotruś oddawał książkę do biblioteki z wyraźną niechęcią. Przekonał go argument, że inne dzieci też chcą poznać historię Edzia.

Książka jest napisana prostym językiem. Ładne ilustracje i stosunkowo niewiele tekstu sprawiają, że dobrze nadaje się już dla młodszych dzieci. Na pewno wytrzymają lekturę i myślę, że także będą czekać na kolejne historie o Edziu.

Ilustracje pochodzą ze strony wydawnictwa Wytwórnia.

Astrid Desbordes, Edzio. Przyjęcie w blasku księżyca, il. Marc Boutavant, Wytwórnia

Niech żyje różnorodność!

„Pięciu nieudanych” Beatrice Alemagna (wydawnictwo Dwie Siostry, seria „Polecone z Zagranicy”) to druga książka o pięciu bohaterach, którą czytamy w tym tygodniu. Tymek ją obejrzał i przeczytał, ale jest to zdecydowanie książka dla młodszych dzieci. Mój starszy syn uznał, że jest za krótka i niewiele się w niej dzieje, a on szuka ostatnio głównie wartkiej akcji.

Historia napisana i zilustrowana przez Beatrice Alemagna przykuwa uwagę ilustracjami, które są nieoczywiste, namalowane jakby od niechcenia, wydają się być równie „nieidealne”, jak bohaterowie książki.

Jest ich pięciu: innych, nieudanych, niezbyt pięknych, zadowolonych z siebie i raczej szczęśliwych. Jeden jest dziurawy, drugi, a raczej druga, ciągle stoi na głowie, a torebkę nosi na nodze, trzeci jest z gazety chyba i cały poskładany, czwarty – sflaczały – przypomina rozciągnięty balonik, z którego zeszło powietrze, i ciągle śpi, a piąty felerny, a wygląda jak przerośnięty kartofel. Nie są śliczni. Mieszkają w krzywym domku, tak samo dziwacznym jak oni sami, i wydaje się, że nic więcej nie jest im do szczęścia potrzebne.

Pięciu nieudanych

Pewnego dnia pojawia się nieproszony gość – cały idealny i doskonały (Piotruś skomentował, że on jest całkiem dziwaczny i jemu się nie podoba) i próbuje wszystko zmienić. A wtedy okazuje się, że nieudana piątka bardzo lubi swoje wady, jest świadoma swoich zalet i wcale się zmieniać nie ma ochoty.

Ta książeczka wydaje się niepozorna, ale przyciąga uwagę i nie pozwala o sobie zapomnieć. W dzisiejszym świecie, gdy wszyscy powinniśmy być piękni, młodzi, szczupli i wygimnastykowani bycie innym bywa trudne, a bycie innym i na dodatek zadowolonym z siebie – bardzo trudne. Bohaterowie tej książki pokazują, że można inaczej, że można akceptować siebie i być zadowolonym z życia, nawet nie wyglądając zgodnie z ustalonym i promowanym wzorem. A i wzorzec przy bliższym przyjrzeniu się wcale nie jest taki idealny. Piotruś w pewnym momencie stwierdził, że gdyby wszyscy byli tacy sami byłoby nudno – i ma rację. Wady, jak mówi Felerny, pozwalają nam cieszyć się z małych zwycięstw i codziennych sukcesów. Lubię takie nieoczywiste książki, o których potem długo można myśleć i które sprawiają, że rozmowa z dziećmi przeradza się w długą dyskusję i zbacza na różne tematy.

Tygryski

„Tygryski” Joanny Papuzińskiej to kolejna odgrzebana książka, a raczej książeczka. To prześliczny wierszyk o rozbrykanych tygryskach z piżamy, które strasznie psocą i w ogóle nie chcą spać. Mama zbiera je więc z piżamy, zamyka w szafie, a rano swawolny wiatr wywiewa tygryski przez okno i trzeba wszystkie pozbierać. Jeden tygrysek zaginął? Co się mogło stać?

Książka wydana przez wydawnictwo Pierwsze jest bardzo ładna. Ilustracje namalowała Małgorzata Fürst. Strony są sztywne, ale cieńsze niż karton. W naszym przypadku książeczka okazała się odporna na działanie dziecięcych łapek.

  

Wiersz zapada w pamięć. Tymek dopowiadał zakończenia wersów i zwrotek. Zresztą, jak nie zapamiętać tak melodyjnej frazy:

Moja piżama — cała w tygrysy.
Moje tygrysy — straszne urwisy.
Moje tygrysy nie chcą spać nocą,
fikają kozły, skaczą i psocą.

„Tygryski” to debiut Joanny Papuzińskiej — każdy autor mógłby pozazdrościć takiego debiutu. Wyczytałam, że ten wiersz ma już 40 lat, a w ogóle się nie zestarzał. A ile przy nim zabawy: można słuchać historii zagubionego tygryska, szukać tygrysków rozrzuconych przez wiatr po ogrodzie i liczyć je, wymyślać nowe miejsca, gdzie może być zgubiony tygrysek.
A potem… zacząć czytać inne wiersze Pani Joanny Papuzińskiej, np. ten o „Pimsie, którego nie ma”. Albo „Ucztę”:

Na pierwsze danie — szyszek zbieranie,
suchych gałązek trzask.
Na drugie danie — dymu wąchanie,
niech w nos i w oczy wyszczypie nas.
Trzecie danie — długie czekanie,
na to, co w ogniu upiec się ma.
A na deser każdy dostanie
czarne, parzące ziemniaki dwa.

Za każdym razem, gdy czytam z Tymkiem ten wierszyk, mam ochotę pobiec do lasu albo na łąkę, rozpalić ognisko i potem wybierać z niego gorące ziemniaki.

PS. Wiersz „Uczta” pochodzi z książki „Stare i nowe wierszyki domowe” wydanej przez Literaturę.