Opowieść o szarym chłopcu z życzeniami kolorowego roku

Pewnego dnia w pewnej rodzinie urodziło się dziecko. Dziecko nietypowe, niepodobne ani do mamy, której rodzina miała skórę o odcieniu raczej zielonkawym, ani do taty o skórze w odcieniu krewetkowym, takim jak wszyscy w rodzinie Śpiewakowskich. Marcinek był szary, a najgorsze było to, że był szary nie tylko na zewnątrz – był szary także w środku.

Szary chłopciec

Wydana przez Entliczek książka „Szary chłopiec” Lluísa Farré z ilustracjami Gustiego to historia życia bez emocji. Marcinek ma problem, bo nic nie jest w stanie go poruszyć: ani żarty, ani strach, ani piękno. Po prostu niczego nie czuje. Rodzina, która na początku ze wszystkich sił starała się go wyleczyć, w końcu zaakceptowała fakt, że chłopczyk jest inny i wyobrażała sobie, że jako dorosły będzie w szarym garniturze chodził do szarego biura i produkował szare dokumenty. Aż pewnego dnia wydarzyło się coś, co sprawiło, że Marcinek nabrał kolorów…

Nie chcę opowiadać całej historii, ale warto do niej zajrzeć i o niej rozmawiać. Nie jest to ulubiona książka chłopców, ale czytaliśmy ją kilka razy, zawsze z dużym zainteresowaniem. A jakie potem toczyliśmy rozmowy – o emocjach, o tym, co to jest szarość i dlaczego warto się śmiać, o tym, do czego służy strach i czemu jednym coś się podoba, a innym nie. Doskonałym uzupełnieniem historii są ilustracje Gustiego.

W Nowym Roku chciałabym więc Wam życzyć jak najwięcej kolorów i jak najwięcej emocji, by ubarwiły życie, jak najwięcej ciekawych książek – do czytania samemu i razem z dziećmi – a potem wielu mądrych i ciepłych rozmów!

 

O wyobraźni i wędrowaniu

Jako dziecko uwielbiałam wędrować palcem po mapie. Niszczyłam wychuchane atlasy mojego ojca, wyrysowując na nich podróże moich ulubionych bohaterów. Każda wyprawa Tomka Wilmowskiego była wyrysowana innym kolorem. Tato przestał się gniewać, gdy odkrył, że bez błędu wyliczam długość i szerokość geograficzną i mogę z nim dyskutować o klimacie Indii, a ćwiczenia z geografii wypełniam „od deski do deski” we wrześniu. Uznał, że pomazane atlasy to stosunkowo niska cena.

Teraz próbuję zarazić pasją do wędrowania po mapie moich synków. Na ich półkach stoi wiele różnorodnych atlasów: świata, poszczególnych kontynentów czy krajów.  Najchętniej zawiesiłabym na ścianach mapy, żeby moje dzieci ćwiczyły wyobraźnię. I jest kilka fajnych książek, które naprawdę w tym pomagają.

Pierwsza z nich to „Mapy” wydane przez Dwie Siostry. Dokładnie można je sobie obejrzeć na stronie wydawnictwa oraz na stronie autorów, państwa Mizielińskich. O „Mapach” powiedziano już chyba wszystko: że piękne, że ogromne, że ciekawe, że dla każdego, że mnóstwo informacji, że, że, że….

Mizielińscy. Mapy

„Mapy” to nie jest typowy atlas. To książka, która skłania do tworzenie mnóstwa planów i organizowania podróży. Moich chłopcy już od dawna wiedzą, gdzie pojadą i co obejrzą. Piotrek ogląda mapy bardziej wybiórczo: był czas, gdy szukał na nich tylko pociągów, teraz bardziej interesują go zamki, więc zamiast Japonii, planuje odwiedzić Europę. Tymka fascynuje ogrom informacji zawartych w obrazkach. On już nie wyobraża sobie, że można nie czytać, a tutaj odkrywa, że wiedza niekoniecznie musi być zawarta w literach. To prawie jak odkrycie znaczenia hieroglifów w starożytnym Egipcie.

Mimo że „Mapy” są ogólnie znane, nie mogłam odmówić sobie przyjemności wrzucenia ilustracji 🙂

Mizielińscy. Mapy

Mapy narysowane przez Aleksandrę i Daniela Mizielińskich przypominają mi starożytne freski. To wiedza zawarta w obrazkach, bez skali geograficznej, bez bardzo uproszczonych symboli. Świat jest bogaty, a jednocześnie łatwiejszy do zaakceptowania i przyswojenia niż na tradycyjnych mapach. Wydaje się ogromny, ale jest także bardziej przyjazny, łatwiejszy do oswojenia i wspaniały w swojej różnorodności.

Drugą książką, którą podsuwam swoim chłopakom, jest „Dokąd iść? Mapy mówią do nas” Heekyound Kim z ilustracjami Krystyny Lipki-Sztarbałło, wydana przez Entliczek.

Dokąd iść. Mapy mówią do nas

Trudno mi ubrać w słowa to, co myślę o tej książce. Są tam przeróżne mapy: mapa krwiobiegu i londyńskiego metra, mapa z patyczków i kamyków używana dawno temu przez mieszkańców Wysp Marshalla i mapa starożytnego Rzymu, mapa genomu i mapy azjatyckie, wybijające nas trochę z europejskiej dumy i zmuszające do zastanowienia nad naszą pozycją w świecie. Z całej tej książki bije szacunek do inności i fascynacja ludzkimi próbami uporządkowania tego, co nas otacza, i tego, co ciągle jest tajemnicą.

Dokąd iść. Mapy mówią do nas

Dokąd iść. Mapy mówią do nas

Książka kończy się słowami: „Wiemy, że mapy mówią nam różne rzeczy. Istnieją mapy, których mowy nie można zrozumieć: mapa turecka, narysowana 8200 lat temu; mapa twoich myśli; mapa, którą narysowałaś/eś na pościeli… (W Korei, gdzie dziecko zrobi siusiu do łóżka, mówi się, że „narysowało mapę”). Co te mapy nam mówią?”

Wcale mnie nie dziwi, że co jakiś czas przyłapuję moich synów na przeglądaniu tej książki. Świat wokół nas może jawić się jako wielka mapa, którą musimy nauczyć się odczytywać. A wypatrywanie tropów wokół to doskonały sposób, by ten świat poznać. Możemy śledzić emocje, szukać śladów przeszłości, patrzeć, jak powstają nowe drogi, szukać nowych ścieżek. Można wyrysować mapę swojego domu i mapę swojej rodziny – świetna książka, która prawie siłą namawia do działania, rozmowy i uważnego patrzenia.

A na koniec trzecia książka… Czy myśleliście kiedyś, żeby pojechać tam, gdzie jeszcze nikt nie był? Albo odkryć coś, co jeszcze nie zostało odkryte? Wtedy warto zajrzeć do „Atlasu wysp odległych” wydanego przez Dwie Siostry.

Atlas wysp odległych

Jak napisała w podtytule sama autorka, Judith Schalansky, to pięćdziesiąt wysp, na których nigdy nie była i nigdy nie będzie.

Wyobraźmy sobie wyspy maleńkie jak okruszek. Tak małe, że w zwykłych atlasach nawet nie są zaznaczone lub są maleńkim ziarenkiem rzuconym na ocean. Ich nazwa zwykle zajmuje dużo więcej miejsca, niż zaznaczona na mapie powierzchnia. I właśnie takie wyspy zostały opisane w atlasie.

Atlas wysp odległych

To książka bardziej dla Tymka niż dla Piotrka.

Atlas wysp odległych

A może nawet bardziej dla jeszcze starszych dzieci? Jak cudownie jest planować podróże i marzyć, że gdzieś na oceanie jest wyspa tak maleńka, że jeszcze nikt jej nie odkrył? Ta książka to opis wysp, ale także wypraw, które doprowadziły do ich odkrycia. Świat staje się bliski, na wyciągnięcie ręki. Wyspy zaczynają być prawdziwe i realne, przestają być tylko punktem na mapie. Ta książka to chwila oddechu w  zagonionym świecie i doskonały powód, by ciągle marzyć.

Miłych wypraw palcem po mapie.

Anatomia farmy, czyli podręcznik rolnictwa dla początkujących i zaawansowanych

Miało być o czymś innym, ale będzie o książce, która od Świąt fascynuje mnie przeogromnie. Przyznaję, że moje dzieci fascynuje odrobinę (ale tylko odrobinę) mniej, choć to one dostały ją pod choinkę od pewnego Świętego z białą brodą. To może od razu powiem, że chodzi o „Anatomię farmy” Julii Rothman wydaną przez wydawnictwo Entliczek.

Anatomia farmy

Mogę jedynie powtórzyć słowa z opisu książki: Zachwycające, jak wiele jest do odkrycia! W większości osób w różnym wieku, które oglądały tę książkę, budzi ona zachwyt przemieszany ze zdumieniem i zarazem nieposkromioną ciekawość, co można w niej jeszcze znaleźć. Jest tam po prostu wszystko, od opisu kombajnu i klatki dla królików po spis jadalnych roślin, przepisy kulinarne i zasady podkuwania koni. Dla każdego coś ciekawego. A jednocześnie książka nie nuży, nie nudzi, nie pachnie cepeliadą ani skansenem. Czuje się, że opisano w niej prawdziwe życie, w takiej postaci, w jakiej przed chwilą istniało i ciągle istnieje, stare przenika się tutaj z nowym, mikser widnieje na rysunku obok ręcznego młynka do kawy i łuskarki do grochu. Moje dzieci z radością odkrywały u babci w szufladzie sprzęty jak z książki: babciu, babciu, a ten dziwny nożyk to radełko, tak? A czemu ta forma do ciasta nie ma takich wzorków?

Anatomia farmy

Najchętniej wybrałyby się teraz gdzieś na wieś, żeby sprawdzić, czy krowę rzeczywiście doi się tak, jak opisała to Julia Rothman w swojej książce i czy używa się właśnie takich urządzeń do pasteryzacji mleka.

Anatomia farmy

Książka fascynuje dzieci i dorosłych. Mój syn z powagą oglądał rodzaje siekier, a mój ojciec, a jego dziadek, ze zdumieniem odkrył nowy sposób peklowania mięsa i teraz nie może się doczekać, kiedy go wypróbuje. Po prostu lektura uniwersalna.

Anatomia farmy

„Anatomia farmy” składa się z siedmiu rozdziałów: „Aby obrodziło”, „W stodole”, „Narzędzia pracy”, „Zasianie ziarna”, „Kozy, owce i inne zwierzęta”, „Wiejska biesiada”, „Kręć się kręć wrzeciono”. Już sam spis treści budzi podziw. Z książki można się dowiedzieć, jak kosić zboże, które kwiaty są jadalne, jakie są rodzaje kogucich grzebieni, jak wyprodukować ser i upiec mięso, a także jak utkać chodniczek ze szmatek. Ta książka nie tylko wywołuje zachwyt bogactwem świata, ale także zachęca do eksperymentów i zadawania pytań.

„Anatomia farmy” to nie jest książka do czytania od deski do deski, to książka do oglądania, która jednocześnie uczy patrzeć na świat w inny sposób i pozwala zachwycać się jego bogactwem i różnorodnością. A oprócz tego moje dziecko już wie, jak wekować fasolkę i prawidłowo pokroić kurczaka. Nie wątpię, że kiedyś ta wiedza może mu się po prostu przydać.

Gender dla chłopaka

Jak się ma dwóch chłopaków, to trzeba zadbać, by wiedzieli, czym różni się dziewczyna od chłopaka 🙂 A serio, to moi chłopcy doskonale niby wszystko wiedzą, ale w pewnym momencie zaczęli jęczeć, że dziewczyny to jednak nie to… Co prawda Tymkowi imponują jego koleżanki dżudoczki, a Piotruś uwielbia w przedszkolu Helenkę, ale jednocześnie uważają, że dziewczyny są nudne, chodzą ubrane tylko na różowo, mają kokardki i chcą się bawić tylko w dom albo w królewny, ale bez smoków. Matka co prawda gra z nimi w piłkę, ale jak wiadomo matka to nie dziewczyna. I tutaj na pomoc przyszła nam Zuza i wydawnictwo Entliczek, które ja po prostu pokochałam.

Czy Zuza ma siurka?

Książka jest po prostu super, trafia do młodszych i starszych. Chłopcy po lekturze rysowali mamuty. A lektura utwierdziła ich w przekonaniu, że chłopcy i dziewczynki są odmienni, ale równie ważni. I nikomu niczego nie brakuje. Ech, kusi, żeby napisać, jak Maks dzieli ludzi, ale przecież warto nie pisać wszystkiego.

Zuza to krótki test, dość duże litery, zabawne ilustracje. U mnie sprawdziła się także jako lektura do głośnego czytania Piotrusiowi przez Tymka. Ani jeden, ani drugi nie zdążą się znudzić – i obaj się zgodnie śmieją. A to wcale nie jest takie proste do osiągnięcia.