Czekając na jednorożce

W domu mogę obserwować dwa modele czytelnicze. Starszy czyta głównie to, czego jeszcze nie czytał (nawet jak był całkiem mały, to preferował raczej nowe lektury), a Młodszy czyta chętniej to, co już zna i co oswojone, kilka razy to samo. Doskonale się te strategie uzupełniają — jedna odpowiada za pojawianie się na półkach ciągle nowych pozycji, dzięki drugiej książki nie obrastają w pajęczyny.  Ponieważ Piotrek akurat pochłania książki, które już czytał, albo książki, które ja już czytałam razem z Tymkiem, mogłam pobuszować po półce Starszego. Tak wyszło, że zaczęłam od „Czekając na jednorożce” — to książka nominowana w plebiscycie Lokomotywa. Absolutnie nie żałuję.

Beth Hautala, Czekając na jednorożce

Wzruszyłam się przy tej lekturze. Nawet bardzo — łzy same zaczęły mi płynąć po policzkach. Beth Hautala napisała piękną opowieść o śmierci, żałobie, radzeniu sobie z tęsknotą i szukaniu sił do dalszego życia. To opowieść pełna emocji, a jednocześnie ciszy — wiele tutaj dzieje się pomiędzy słowami albo bez słów.

Bohaterką jest dwunastoletnia Talia, która wyjeżdża z tatą do Arktyki. Jej tato jest naukowcem, bada walenie. Mama jakiś czas wcześniej zmarła na raka. Dziewczynka musi sobie poradzić nie tylko ze śmiercią jednego z rodziców, ale także z nieobecnością drugiego, bo jej tato jest ciągle zajęty. Talia ma wrażenie, że pomiędzy nią, a jej tatą wyrasta przepaść i cisza, pustka o kształcie matki.

„Czekając na jednorożce” to nie jest prosta lektura. Trudno czyta się o odchodzeniu, o emocjach dziecka i bólu dorosłego, który wie, że musi zostawić swoje dziecko. Beth Hautala potrafiła jednak smutek i żal zamienić w nadzieję i pokazać, że trzeba żyć dalej. Tal musi zmierzyć się z bólem i rozstaniem. Musi umieć porzucić swoje życzenia, w tym to największe o spotkaniu jednorożca, który spełnia życzenia i pozwoli jej pożegnać się z mamą. To przepiękna i mądra opowieść o etapach żałoby, o akceptacji bólu i tworzeniu w życiu miejsca na coś nowego. Na nowe uczucia, nowe emocje, nowych przyjaciół. Patrzenie w przeszłość jej nie zmieni, a sprawi, że życie przepłynie między palcami.

To jednocześnie opowieść o tym, że trzeba naprawdę przeżyć swoje życie, że mamy na nie wpływ, że warto szukać okazji, by je zmienić lub naprawić. Śmierć czy zagrożenie sprawiają, że widzimy, co w życiu liczy się naprawdę, co jest prawdziwe i co ma wartość. Czasami te najważniejsze rzeczy umykają nam w codziennej bieganinie. Warto się więc zatrzymać i pomyśleć, a lektura „Czekając na jednorożce” na pewno do myślenia skłania. To naprawdę mądra i ważna książka, także dla dorosłych.

 

Beth Hautala, Czekając na jednorożce, tł. Zuzanna Byczek, Biała Plama 2018

Reklamy

Dziewczynka, która wypiła księżyc

To jedna z najpiękniejszych baśni, jakie przeczytałam w zeszłym roku. Nie miałam ochoty opuszczać tej pełnej uroku opowieści o lesie, dobrej i złej czarownicy, smoku i ludziach, którzy nie potrafili się uśmiechać. Kelly Barnhill wzięła motywy i postacie z innych bajek, dodała trochę magii i origami, wszystko wymieszała i stworzyła przepiękną opowieść o miłości — o miłości rodzica do dziecka i o miłości do świata. Miłości tak wielkiej, że nie cofa się przed żadnym poświęceniem. Moje dziecko kompletnie się ze mną nie zgadza 🙂 Dla niego to piękna bajka o księżycu i walce dobra ze złem. Też ma rację.

Kelly Barnhill, Dziewczynka, która wypiła księżyc

Daleko, daleko była sobie zagubiona w lasach wioska, której mieszkańcy byli bardzo smutni. Każdego roku musieli składać jedno dziecko w ofierze dla złej wiedźmy  — nikt nie odważył się przeciwstawić. Aż pewnego roku zdarzyło się coś nieprzewidzianego. Daleko, daleko w lesie mieszkała czarownica Xan razem z potworem Glerkiem i maleńkim smokiem Fyrianem. Fyrian był przekonany, że jest wielkim smokiem, tylko jakimś cudem znalazł się w krainie liliputów, a Glerk był poetą. Każdego roku Xan wędrowała w pobliże smutnej i mglistej wioski, by ocalić porzucone dziecko i znaleźć dla niego kochającą rodzinę. Aż pewnego roku zdarzyło się coś nieprzewidzianego. W życiu Xan pojawiła się Luna — dziewczynka, która wypiła księżyc. Więcej możecie przeczytać na tylnej stronie okładki, ale na szczęście nie wyjaśniono tam wszystkich tajemnic.

Pojawienie się dziecka sprawiło, że bohaterowie musieli zejść z utartych ścieżek i zacząć żyć niezgodnie z ustalonymi schematami. Stare zasady zaczęły się kruszyć, a niewzruszone prawdy okazały się nie takie niewzruszone. Dziecko bada, testuje, sprawdza i pyta. Widzi więcej i nie zadowala się wymijającymi odpowiedziami. Mała Luna przewróciła świat leśnej wiedzmy do góry nogami, a że jako niemowlę opiła się magią księżyca, to potrafiła narozrabiać jeszcze bardziej niż zwykle dziecko. Xan musiała wyjść ze swojej bezpiecznej roli ratującej dzieci i zacząć zastanawiać się, dlaczego w ogóle ktoś je porzuca. I co kryje się w wiosce okrytej mgłą.

Opowieść Kelly Barnhill jest pełna magii — tej rodem z fantasy i tej pochodzącej z życia, bo przecież miłość, szacunek, przyjaźń to także magia. Czasami silniejsza niż czary. Rządzi tutaj poetyka baśni i snu — nie wszystko jest jasne i nie na każde pytanie znajdziecie odpowiedź. Historia wciąga czytelnika coraz głębiej i głębiej, przeszłość miesza się z teraźniejszości, przyszłość staje się na naszych oczach, a wszystko oblane jest srebrnym blaskiem księżyca. Czytelnik musi rozprostować ścieżki, rozsupłać zagadki. Nie zawsze jest to łatwe, czasami autorka sprowadza nas na manowce, bo jej bohaterowie, choć fantastyczni, są jednocześnie ludzcy: zapominają, błądzą, podejmują niewłaściwe decyzji kierowani słusznymi pobudkami, próbują uniknąć odpowiedzialności lub odpowiedzi na trudne pytania. Zawsze jednak w końcu znajdują właściwy kierunek, bo kierują się uczuciami i emocjami, bo miłość daje im siłę, by walczyć nie tylko o siebie.

„Dziewczynka, która wypiła księżyc” uwodzi magią słów. To przepięknie napisana (i świetnie przetłumaczona) opowieść, w której każde zdanie, każda fraza jest na swoim miejscu. Kraina staje się nam bliska — widzimy wielki las, małego smoka i szalone papierowe ptaki, mimo że w książce nie ma ilustracji. Słowa wystarczą — przecież chyba taka jest ich rola, by dało się w nich zamknąć cały świat. I to taki, z którego w ogóle nie chce się wychodzić.

Kelly Barnhill, Dziewczynka, która wypiła księżyc, tł. Marta Kisiel-Małecka, Wydawnictwo Literackie 2018

Atlas mitów

Jak wiele mitologii znacie? A wasze dzieci? Na pewno grecką, bo ciągle uczą się o niej w szkole. Może nordycką? Znajdą ją w wielu książkach fantasy. Pewnie kojarzą egipskich bogów z głowami zwierząt. Być może wiedzą coś o hinduskiej. A przecież mitologii jest tak dużo, jak ludów. Pamiętamy historie, na których opierały się wielkie cywilizacje, ale mitologia nie jest wyłącznie ich domeną. Swoje historie o bogach, bohaterach i stworzeniu świata mieli Aztekowie i ludy Polinezji, Słowianie i plemiona z głębi Afryki, pewnie wszystkie ludy świata. Thiago de Moraes zaprasza na wędrówkę po niektórych z nich.

Thiago de Moraes, Atlas mitów

„Atlas mitów” (Nasza Księgarnia) to ogromna i ciekawie zilustrowana podróż przez mitologie. Napisana i narysowana z myślą o dzieciach, ale przeczytałam ją z dużym zainteresowaniem. Autor prowadzi nas przez różne kontynenty i ludy, od starożytnych Greków po afrykański lud Jorubów czy pochodzących z Amazonii Janomamów. Jak napisał wydawca w przedmowie do wydania brytyjskiego:

„Atlas mitów” to przystępne wprowadzenie do dwunastu spośród najbardziej fascynujących kultur na naszej planecie. Niektóre z opisywanych wierzeń stanowią dziś już tylko część historii, natomiast inne są nadal święte dla wielu ludzi na całym świecie. My jednak nie próbowaliśmy objaśniać współczesnych praktyk religijnych, ponieważ nie jest to tematem naszej książki. Najważniejsze są tutaj opowieści przekazywane przez wieki z pokolenia na pokolenie, pomagające w zrozumieniu ludzkiej egzystencji i otaczającego świata. (s. 2)

Thiago de Moraes dodał, że inspiracją do stworzenia tej książki były jego dzieci. Czytał im książki, które sam lubił w dzieciństwie, a przy okazji wyobrażał sobie te wszystkie wspaniałe, cudowne i niesamowite krainy. Teraz my możemy cieszyć się nimi razem z naszymi dziećmi.

Thiago de Moraes, Atlas mitów

Każda część dotycząca jednej mitologii jest tak samo skonstruowana. Najpierw dostajemy ogólny opis wierzeń. Nie znajdziecie tutaj suchych informacji i poważnych faktów. Thiago de Moraes potrafi popatrzeć na mity z przymrużeniem oka i z humorem krótko podsumować najważniejsze fakty. Piotrek przeczytał mi ze śmiechem cały tekst wprowadzający do mitologii azteckiej, który zaczyna się tak:

Ogień, powodzie, jaguary i kilku bardzo głodnych bogów. Nie uwierzycie, na ile okropnych sposobów może dojść do końca świata. (s. 31)

Powstrzymalibyście się przed lekturą dalszej części? Ja i moje dziecko byliśmy ogromnie ciekawi, co było dalej i o co chodzi.

Thiago de Moraes, Atlas mitów

Każde wprowadzenie kończy się króciutką notką „Gdzie?”, która wskazuje, gdzie zawędrowaliśmy. Warto wiedzieć, czy akurat jesteśmy w Europie, w Indiach czy może w amazońskiej dżungli. Na początku książki dostajemy szczegółowe instrukcje, co zawiera każda część i jak poruszać się po książce.

Thiago de Moraes, Atlas mitów

Po ogólnej planszy czas na mapę. Thiago de Moraes zaszalał: cała kosmogonia na jednej planszy. Rewelacyjna. Do długiego studiowania i wnikliwego obserwowania. I rozpaczliwego poszukiwania, gdzie jest ten numerek, bo — jak dla mnie — kolejność tych numerów jest znana tylko autorowi. Ale zabawa przy tym przednia, a i informacji całkiem sporo.

Thiago de Moraes

Thiago de Moraes, Atlas mitów

Następną część stanowią opowieści charakterystyczne dla danej mitologii oraz plansza z artefaktami i postaciami. Coś dla smaku i pobudzenia apetytu na więcej.

Thiago de Moraes, Atlas mitów

Thiago de Moraes, Atlas mitów

„Atlas mitów” nie stanowi wyczerpującego kompendium mitów i kultury danego obszaru. Historie zostawiają niedosyt i zachęcają do dalszych badań i lektur. Piotr po lekturze atlasu wyciągnął z półek inne mitologie i szuka w nich informacji o mumiach, trzęsieniach ziemi, bogach i potopach. Pewne mity i historie zdają się być uniwersalne i powtarzać niezależnie od kultury. Niektóre są całkiem odmienne i stanowią świadectwo innych warunków życia i zaskakującego dla nas spojrzenia na świat.

Książka Thiago de Moraesa uczy nas pokory. Pokazuje, jak mało wiemy i jak wiele fascynujących historii zostało jeszcze do odkrycia. Niezależnie od tego, w co wierzymy, możemy cieszyć się bogactwem ludzkiej wyobraźni i podziwiać sposoby, w jakie ludzie tłumaczyli sobie świat — od fiordów Norwegii po polinezyjskie wyspy. Warto wyruszyć w tę podróż.

No i znajdziecie w tym atlasie świat Słowian. Co prawda przytoczone opowieści wywodzą się bardziej z kultury rosyjskiej niż polskiej, ale dobrze, że się tutaj znalazły. Pewnie znawcy słowiańskiej mitologii mieliby dużo do powiedzenia, ale ja się ogromnie cieszę, że moje dziecko mogło przeczytać nie tylko o Odynie i Zeusie, ale także o Świętowicie, Mokoszy i Marzannie. To tylko jedna z wersji tej historii, ale przecież od czegoś trzeba zacząć.

Thiago de Moraes, Atlas mitów

Thiago de Moraes, Atlas mitów, tł. Anna Nowak, Nasza Księgarnia 2018

Bystrzak

Dzisiaj będzie o książce zdecydowanie dla nastolatków. W moim odczuciu nawet tych odrobinę starszych — dwunastolatkowi nie za bardzo przypadła do gustu. Uznał, że jest dziwna i chyba czuł się chwilami odrobinę niezręcznie — w książce jest sporo erotyzmu i odkrywania seksualności. Najwięcej jest w niej jednak o odmienności — i to takiej, o której najczęściej nie mamy ochoty myśleć.

Marie-Aude Murail, Bystrzak

„Bystrzak” Marie-Aude Murail (Dwie Siostry) to historia siedemnastoletniego Klébera, który przyjeżdża do Paryża do szkoły. Towarzyszy mu starszy brat, Barnabé — starszy tylko wiekowo, bo umysłowo zatrzymał się na poziomie trzyletniego dziecka. Ich mama zmarła, ojciec postanowił się ponownie ożenić i w jego nowym życiu zabrakło miejsca dla Bystrzaka, bo tak wszyscy nazywają Barnabé — czyli po prostu gu-pka, jak sam o sobie mówi. Nowa partnerka ojca boi się go wręcz panicznie — a gdy zachodzi w ciążę, jej strach jeszcze się nasila (znamy to, prawda?). Bystrzakowi towarzyszy przytulanka-królik, Pan Kickicek: przyjaciel, towarzysz zabaw, sprawca wszelkich szkód, a czasami psotny duszek namawiający do złego.

Bystrzak jest inny. Patrzy na świat oczami dziecka i dużo dostrzega, więcej niż byśmy chcieli. Czasami mówi prawdę prosto z mostu, czasami ujawnia sekrety, czasami wszystko psuje, szukając — jak dziecko — prostego wyjaśnienia tajemnic (no przecież ktoś musi siedzieć w zegarku, skoro chodzi i tyka, to oczywiste). Kléberowi nie jest łatwo, ale nie mógł patrzeć, jak brat marnieje i gaśnie w ośrodku dla osób upośledzonych. Choć Malicorix bardziej przypomina hotel niż szpital, Bystrzak wspomina pobyt tam jak piekło. W Paryżu bracia trafiają do mieszkania studenckiego, więc opowieść o upośledzeniu i inności osadzona jest na tle życia młodych ludzi. Mieszkanie wynajmuje Aria i Emmanuel, para studentów medycyny, brat Arii Enzo i jego przyjaciel Corentin: czasami się uczą, czasami imprezują, czasami przeklinają (Bystrzak zawsze reaguje tak samo: Ojej, jakie brzydkie słowo), flirtują, zakochują się, uprawiają seks. Wrzucenie w ten miarę uporządkowany tryb życia Bystrzaka trochę pokomplikuje sytuację i zmieni układ sił.

Przy lekturze książki Marie-Aude Murail świetnie się bawiłam i często wybuchałam śmiechem. Potem zastanawiałam się, czy wypada — bo przecież nauczono mnie (nas), że z inności i upośledzenia śmiać się nie należy. Zderzenie Bystrzaka z codziennym życiem niesie jednak ze sobą ogromne pokłady komizmu, a jednocześnie pokazuje, jak odbieramy osoby upośledzone i czego się czasami boimy. Oraz że czasami to my-normalni jesteśmy niedołężni, upośledzeni i ograniczeni — w okazywaniu uczuć i emocji, odczytywaniu prawdziwych intencji, dostrzeganiu prawdy. Często się boimy, często udajemy, a zderzenie z innością potrafi zedrzeć z nas maski i zmusić do pokazania prawdziwego oblicza.

Bardzo jasnym punktem tej książki jest tło, na którym rozgrywa się historia braci. Fascynacja Klébera koleżankami, pierwsze nieśmiałe doświadczenia seksualne, damsko-męskie gierki nasto- i dwudziestolatków. Próby odnalezienia się w dorosłym świecie, z jednej strony poszukiwanie niezależności i własnej drogi, z drugiej finansowa zależność od rodziców.

Czy to książka doskonała? Moim zdaniem nie. Jest trochę za gładka i za oczywista. Role są tutaj od razu rozpisane — te postacie są złe, te dobre. Bystrzak, chociaż momentami irytuje Klébera i współmieszkańców, jest uroczy, zabawny i mimo wszystko dość niekłopotliwy. Kléber nie musi martwić się o pieniądze, bo ma spadek po matce. Wiadomo, że prawie wszyscy współlokatorzy Bystrzaka zaakceptują i polubią, a nawet łatwo przewidzieć, kto będzie miał z tym problem. Dość oczywiste jest, że dzięki niemu ich życie stanie się pełniejsze i prawdziwsze. Mnie dorosłą ten idealizm i łatwość pokonywania trudności trochę drażnił — ale ta książka nie jest przeznaczona dla mnie, tylko dla młodzieży. Mam wrażenie, że mówi w prosty i, hmm, młody sposób o sprawach ważnych, a często przemilczanych. „Bystrzak” wskazuje kierunkowskaz i pokazuje, jak powinno być i co się dzieje, gdy jest tak, jak być powinno. Idealizm? I owszem, ale w bardzo przyjemnym wykonaniu.

Mimo tych zastrzeżeń, to naprawdę dobra lektura — zabawna, przyciągająca uwagę, zachęcająca do rozmyślań i zadawania pytań. Uczy akceptacji i tolerancji. Wskazuje, co w życiu ważne. Pokazuje fałsz ukryty pod uśmiechem i nieczułość skrywaną przez profesjonalizm. Warto do „Bystrzaka” zajrzeć i warto podsunąć go nastolatkom (uwaga, jak już pisałam, w książce znajdziecie brzydkie wyrazy — mam zresztą wrażenie, że swobodny i lekki język tłumaczenia to duży atut „Bystrzaka”, który może zachęcić młodzież do lektury).

 

Marie-Aude Murail, Bystrzak, tł. Bożena Sęk, Dwie Siostry 2018

Lokomotywa

Nie, nie, wcale nie chodzi o Tuwima. Lokomotywa to plebiscyt na najlepszą książkę roku 2018, w którym nominują blogerzy piszący o literaturze dla młodszych i trochę starszych.

Głosować możecie tutaj:

http://goo.gl/forms/MS0WUir4f09DJd5i2

Najpierw przedstawmy nominujących.

Wszyscy jesteśmy blogerami książkowymi. Niektórzy z nas piszą częściej, inni rzadziej, ale wszyscy śledzimy literaturę dla dzieci i młodzieży i staramy się popularyzować to, co nas urzekło i ujęło. Plebiscyt książkowy Lokomotywa 2018 to nasza próba dotarcia z wartościową książką do jak najszerszego grona, aby w efekcie książki trafiły w ręce dziecięcego czytelnika. 

Do Lokomotyw nominowali:

Zosia Gwardyś Mała czcionka
Alicja Szyguła W Nieparyżu
Marta Pilarska Mała Ka f ka
Paulina Zaborek Poczytaj dziecku
Karolina Obrzut Dżin z tomikiem
Agnieszka Dobrowolska Mały Pokój z Książkami
Maja Kupiszewska Maki w Giverny
Olga Kromuszczyńska O tym, że
Magdalena Koziarek Synkowe czytanie
Bartek Wokan Co czytam Konstantemu i Matyldzie

A teraz to, co najważniejsze, czyli nominacje 🙂 Kategorii jest 6.

Lokomotywa - kategorie

Wszystkie nominacje przedstawiamy w porządku alfabetycznym. Dziesięcioro blogerów, więc dziesięć nominacji w każdej kategorii.

I. FABUŁA

Lokomotywa - nominacje w kategorii Fabuła

1. „Babcocha”, Justyna Bednarek, il. Daniel de Latour, Poradnia K.

Justyny Bednarek powrót do formy. Dużo skojarzeń literackich z powieściami nurtu chłopskiego, historiami Andrzeja Stasiuka i filmami Kolskiego. Rzecz o czarownicy Babcosze przybywającej do wsi na Podkarpaciu, która pomaga ludziom w prostowaniu życiowych dróg. Feeria pomysłów i pokaz nieszablonowej wyobraźni autorki. Realizm magiczny w wersji dla niedorosłych.

2. „Drzewo życzeń”, Katherine Applegate, il. Sara Olszewska, tł. Małgorzata Glasenapp, Dwie Siostry

Nieczęsto zdarza się, żeby narratorem książki było drzewo. A tak jest właśnie w tej wzruszającej, mądrej, pełnej uroku powieści. To książka o oswajaniu inności, o nienawiści, która rośnie i rozprzestrzenia się bardzo szybko, o tym, że taka nienawiść może oplątać pień starego Dębu. To książka, która jest przyczynkiem do rozmów z dzieckiem – także o ekologii, ale tej głębokiej, wskazującej i podkreślającej nasz związek z wszystkimi organizmami, które żyją na ziemi.

3. „Dziewczynka, która wypiła księżyc”, Kelly Barnhill, tł. Marta Kisiel-Małecka, Wydawnictwo Literackie.

„Dziewczynka, która wypiła księżyc” to magiczna i pełna poezji baśń o lesie, dobrej i złej wiedźmie, poszukiwaniu i walce ze złem. Jest to także jedna z najpiękniejszych opowieści o miłości do dziecka, ogromnej i bezinteresownej. Sporo tutaj czarów i zaklęć, ale najwięcej jest magii słów, smutku, miłości i prawdy. Książkę Kelly Barnhill czyta się jednym tchem, a zakończenie nadchodzi zbyt szybko.

4. „Felix, Net i Nika oraz Koniec Świata Jaki Znamy”, Rafał Kosik, Powergraph.

To już piętnasty tom cyklu o trójce warszawskich gimnazjalistów, ale można go czytać, nie znając poprzednich części. Tym razem bohaterowie muszą zmierzyć się ze skutkami burzy magnetycznej, która powoduje awarię zasilania w skali całej planety, a jest to niestety scenariusz bardziej prawdopodobny, niż chcielibyśmy przypuszczać. Kolejne części tego cyklu (co rzadkie!) trzymają poziom i dzięki temu utrzymują zainteresowanie kolejnych roczników czytelników, którzy do ich czytania dorastają.

5. „Nigdy, nigdy”, Jurek Zielonka, Poławiacze Pereł.

Wyrazisty i autentyczny portret osoby nastoletniej, w której zraniona duma i poczucie zdrady walczą z potrzebą akceptacji, miłości, bezpieczeństwa. W obliczu dramatycznych zdarzeń bohaterka książki musi porzucić swoje naiwne dziecięce myślenie o świecie i nauczyć się „czytać” ludzi. Lekcja życia Agaty to inspirująca „jazda testowa” dla młodych odbiorców tej powieści.

6. „Piraci oceanu lodowego”, Frida Nilsson, il. Alexander Jansson, tł. Marta Wallin, Zakamarki.

Powieść przenosi czytelnika w miejsca, w których hula wiatr, a mróz odmraża policzki – na zimne wody północy i wysepki, gdzie strach się zapuszczać. To dobrze napisana i skonstruowana powieść przygodowa – są tu odwaga i niebezpieczeństwo, moralne dylematy, trudna i ryzykowna podróż, intrygujące postaci i wydarzenia oraz wiara, że pewne rzeczy trzeba zrobić bez względu na konsekwencje. Plus piękna przyjaźń, która łączy dorosłego i dziecko. Trzyma w napięciu przez 400 stron!

7. „Pyszna środa”, Iva Procházková, il. Kasia Michałkiewicz-Hansen, tł. Julia Różewicz, Afera.

W 2018 roku ta książka podbiła serce mojej ośmioletniej córki. I wcale mnie to nie dziwi. Jaka jest? Nietuzinkowa, z elementami absurdu, ciepła, zabawna, lekka, choć traktująca o ważnych sprawach. Jakby tego było mało – jest pięknie wydana. Zawartość, ilustracje, cały projekt graficzny – pyszna książka!

8. „Raz, dwa, trzy, zaśnij ty!”, Dorota Kassjanowicz, il. Gosia Herba, Znak.

W poezji za nadmierną dyscypliną w rymowaniu i turkoczącym rytmem idzie często brak wyobraźni i językowe ubóstwo. W wierszach o spaniu Doroty Kassjanowicz rytm to jest mechanika, ale przywodzi na myśl tykającą wskazówkę zegara. Rym zaś ujawnia wspaniałe poczucie humoru. Sytuacje wierszowe dobrane są pysznie i aż dziw, że w tak niewielu słowach udało się wyczarować oszołomienie, oczarowanie i kpinę. Poezję kochamy za  językowe olśnienia, a tych u Kassjanowicz mnóstwo.

9. „Szeptane”, Paweł Beręsewicz, Nasza Księgarnia.

Jak łatwo ulegamy reklamom, nie zastanawiając się nawet, kto jest ich nadawcą i czy naprawdę wierzy w prawdziwość swojego przekazu! „Szeptane” to fascynująca refleksja nad współczesnym marketingiem, w której autor przedstawia różne punkty widzenia i ukazuje dylematy, z którymi mierzą się internetowi „szeptacze”. Bez moralizowania i bez prostych odpowiedzi, za to z typowym dla siebie poczuciem humoru, Paweł Beręsewicz uświadamia, jak trudno jest w świecie postprawdy oddzielić ziarna od plew.

10. „Sznurówka, ptak i ja”, Ellen Karlsson, il. Eva Lindström, tł. Katarzyna Skalska, Zakamarki.

Książka przepełniona letnimi zapachami, nieskrępowaną wolnością i trudną sztuką kompromisów. W spektrum zainteresowania staje wakacyjna przyjaźń z jej przypadkowością i ulotnością. Ellen Karlsson świetnie imituje dziecięcy sposób postrzegania świata. Komentuje zdarzenia, posługując się logiką kilkulatka, nie pozorną, udawaną, nacechowaną infantylnością, ale autentyczną i pełną wrodzonej inteligencji. Jesteśmy Selmą, czujemy Selmą. Gdyby autorka zdradziła swoją obecność, popełniłaby niewątpliwe faux pas.

II. FAKT

Lokomotywa - nominacje w kategorii Fakt

1. „Archistoria. Opowieść o architekturze”, Magdalena Jeleńska, opr. graf.  Acapulco Studio, Muchomor.

Dużo ostatnio książek o architekturze – ta mnie ujęła przede wszystkim treścią, chociaż graficznie też trudno jej cokolwiek zarzucić. Autorka, z wykształcenia architektka, przedstawia architekturę tematycznie (np. Cegła, Szkło, Dom czy Kopuła), przywołując określone realizacje. Dużo tutaj współczesnych obiektów, czyli takich, które zwykle traktuje się w podobnych wydawnictwach po macoszemu. Tymczasem to właśnie najnowsza architektura jest najczęściej tą nierozumianą. Ciekawe kompendium wiedzy o pomysłach architektów XX- i XXI-wiecznych.

2. „Dinozaury – skamieliny i pióra”, M.K. Reed, il. Joe Flood, tł. Anna Studniarek-Więch, Nasza Księgarnia.

Brawa za pomysł, by temat dinozaurów udramatyzować, robiąc z niego komiks. Autorzy przekuli fakty i domniemania w serię dynamicznych, czasami zabawnych, scen. Poznamy klasyfikację dinozaurów, tryb życia, ale także badaczy z imienia – amatorów i profesjonalistów. Jest to również zgrabna opowieść metanaukowa, przekazująca trud i triumf naukowców. Partie narracyjne przeplatają się z encyklopedycznymi schematami, tekstu jest dość, a obraz jest ekspresyjny i angażujący.

3. „Drzewa”, Wojciech Grajkowski, il. Piotr Socha, Dwie Siostry.

O przyrodzie powstaje wiele książek, jednak nie wszystkie mają w sobie to coś, co zatrzymuje na długo i młodych, i dorosłych czytelników. Wielkoformatowy, międzypokoleniowy album niesie ze sobą nie tylko wspaniały obraz, ale i treść – nie tylko dostarcza dużo wiedzy o drzewach, ale sprawia, że patrzymy na nie innym okiem, z zafascynowaniem i miłością. Zaszczepia wdzięczność i pokorę wobec przyrody, odkrywa to, czego nie dostrzegamy, pokazuje jej potęgę. Drzewa są niezwykłe, majestatyczne i silne. Nie tylko te egzotyczne, z odległych stron, ale i te zwyczajne, które rosną pod naszym oknem.

4. „Innymi słowy. Niezwykłe słowa z różnych stron świata”, Yee-Lum Mak, il. Kelsey Garrity-Riley, tł. Michał Rusinek i Kuba Rusinek, Egmont.

„Innymi słowy” to zbiór 64 słów pochodzących z kilkunastu języków, które opisują szczególne emocje i sytuacje. Książka Yee-Lum Mak formalnie przypomina słownik, jednak jej głównym celem jest dostarczenie czytelnikom rozrywki na wysokim poziomie, pobudzenie wrażliwości i zachęta do spojrzenia na otaczającą rzeczywistość w inny sposób. Przykład? Jeśli kupujecie tak dużo książek, że nie macie już gdzie ich trzymać i układacie bez czytania w stosach na podłodze, niezawodnie dotknęło Was tsundoku.

5. „Nić Ariadny. Mity i labirynty”, Jan Bajtlik, Dwie Siostry.

„Nić Ariadny” to książka fantastycznie wykorzystująca znany z mitologii motyw labiryntu. Jej czytelnicy, wędrując zawiłymi ścieżkami przez wielkie, pełne szczegółów karty, poznają mity, historię i życie starożytnej Grecji. Książka zarówno dla zupełnych debiutantów, dla których będzie początkiem fascynującej przygody, jak i dla tych, którzy już się tą tematyką interesują. Wszyscy znajdą w niej coś ciekawego.

6. „Odpowiedz mi! Dzieci pytają o intymne sprawy”, Katharina von der Gathen, il. Anke Kuhl, Anna Magdziarz, Dwie Siostry.

Niemiecka edukatorka seksualna zebrała pytania, które anonimowo zadawali uczniowie szkół podstawowych. I udzieliła na nie odpowiedzi. Krótkich i na temat. Bez tabu. Czasem z sympatycznym mrugnięciem oka, ale zawsze bez oceniania czy szydzenia. Anke Kuhl dodała do tego wszystkiego ilustracje, dopasowując się do stylu tekstu. Jest bezpośrednio i zabawnie. Bardzo ważna książka, którą docenią uważni i otwarci na rozmowę, naprawdę na każdy temat, rodzice i pedagodzy.

7. „Poczet królowych polskich”, Anna Kaszuba-Dębska, Znak.

Piękne w formie i ciekawe w treści przybliżenie młodym czytelnikom postaci polskich władczyń oraz zachęcenie do pogłębiania wiedzy historycznej. Tak opowiedziana historia, a w zasadzie HERstoria, wychodzi poza kanon szkolnej nudy i skłania młodego odbiorcę do własnych eksploracji. Pokazuje też, że polskie władczynie miały swoje ambicje, uczucia i życiowe plany oraz realny wpływ na losy naszego kraju.

8. „Pszczoły miodne i niemiodne”, Justyna Kierat, Multico.

Justyna Kierat potrafi pisać o owadach i robi to z pasją. Jej książka jest fascynująca i doskonale przemyślana. Murarka, miesierka, kornutka, nożycówka, lepiarka, porobnica, spójnica – po zakończeniu lektury wszystkie te nazwy brzmią znajomo, a czytelnik – nawet ten wcześniej nieprzepadający za „robalamiˮ – ma ochotę ustawiać domki dla owadów i siać dookoła miododajne rośliny. Doskonale też wie, jak bezpiecznie obserwować pszczoły – tak, żeby ich nie skrzywdzić.

9. „Warszawiacy”, Małgorzata Ruszkowska, il. Marta Ruszkowska, Dwie Siostry.

Małgorzata Ruszkowska umiejętnie przełamała konwencję i nie pokusiła się o książkę stricte biograficzną. „Warszawiacy” to w istocie zbiór krótkich, fabularyzowanych anegdot, pisanych przeważnie w czasie teraźniejszym, które nakreślają realia epoki, ale koncentrują się głównie na epizodach z życia przywołanych postaci. Lekki styl i świetnie utrwalona chronologia dają dużą przyjemność czytania i poczucie, że książka – mimo niewielkiej objętości – buduje obraz całej historii miasta.

10. „Zrób sobie komiks”, Piotr Kasiński, il. Robert Trojanowski, Znak.

To książka niepozorna, ale genialna. To książka wielowymiarowa, jakiej jeszcze nie było na polskim rynku. To po trosze historia komiksu, instrukcja jak stworzyć swój własny komiks, zeszyt ćwiczeń, a do tego pozycja, która udowadnia, że każdy z nas jest kreatywny. Mała, poręczna i napisana przez znawców tematu – scenarzystę komiksowego i rysownika.

III. OBRAZ

Lokomotywa - nominacje w kategorii Obraz

1. „Dobranocki na Gwiazdkę”, Grażyna Bąkiewicz, Justyna Bednarek, Paweł Beręsewicz, Zofia Beszczyńska, Manuela Gretkowska, Roksana Jędrzejewska-Wróbel, Barbara Kosmowska, Beata Ostrowicka, Zofia Stanecka, Małgorzata Strękowska-Zaremba, Agnieszka Tyszka, Ewa Beniak-Haremska, Nasza Księgarnia.

Motywem przewodnim swoich ilustracji do „Dobranocek na Gwiazdkę” Ewa Beniak-Haremska uczyniła koronkę. Misterne wzory zdobią nie tylko ubrania bohaterów i choinki, ale pojawiają się również na nocnym niebie, w zaprzęgu świętego Mikołaja i na białych połaciach. Koronki przywodzą na myśl dawne tradycje, w szczególności bogato zdobione obrusy, które wyciągamy z bieliźniarek na naprawdę wyjątkowe okazje. Odświętna szata graficzna idealnie koresponduje ze świąteczną treścią zebranych w tomie opowiadań.

2. „Horror”, Madlena Szeliga, il. Emilia Dziubak, Gereon.

Nowatorskie sportretowanie popularnych warzyw i owoców w obliczu codziennej katastrofy. Barokowe ilustracje Emilii Dziubak w tej książce to majstersztyk – antropomorficzne warzywa i owoce szokują autentycznością emocji, a każda wielkoformatowa ilustracja przyciąga klimatem grozy. Dziubak stworzyła wysmakowany, eksperymentalny coffee table book, w którym wyjątkowo soczyście prezentują się kolory i światłocienie typowe dla jej prac.

3. „Jajo. Jajka w gnieździe i kosmosie, czyli kogel-mogel dla dociekliwych”, Eliza Piotrowska, il. Asia Gwis, Nasza Księgarnia.

Asia Gwis jest autorką oprawy graficznej także do wcześniejszej książki pt. „Grzyby. Dziwne fakty z życia grzybów, o których nie mieliście pojęcia” (teksty Liliana Fabisińska). „Jajo” (teksty Eliza Piotrowska) to druga pozycja serii, ale tożsama pod względem graficznym. Styl Gwis określiłbym jako uporządkowane szaleństwo. Kolorystyka odważna, acz przygaszona, a do tego kocioł, w którym bulgoczą różne techniki ”– kolaż, wycinanka, klasyczne rysunki i „przemysłowe” tekstury. Ożywczy i zachęcający koktajl, chociaż powstał z jajek i grzybów.

4. „Ja wielkolud, ty kruszynka”, Lilli L’Aronge, tł. Maria Kwiatkowska, Wytwórnia.

„Ja wielkolud, ty kruszynka” to błyskotliwa i wzruszająca autorska całość z łasicami w roli głównej. Lilli l’Arronge robi prawdziwe czary, pokazując relacje Dużego i Małego prosto i olśniewająco trafnie. Intymnie małe obrazki pokazują, jak Mały i Duży różnią się i dopełniają, a opozycje między nimi pokazują rodzinną grę oddziaływań, w której dojrzewa bliskość. Kreskówkowe postaci narysowano śmiało i z humorem; rozkoszą jest tropić zaciekawienie, złość, czułość, frustracje w plamkach i kreskach.

5. „Księżycowy sorbet”, Heena Baek, tł. Edyta Matejko-Paszkowska, Kwiaty Orientu.

Ta książka to coś zupełnie wyjątkowego! Jej autorka – artystka, pisarka, ilustratorka, lalkarka, animatorka – Beak Heena, stworzyła makietę wilczej kamienicy i grając światłem, a przy okazji naszym zachwytem, zilustrowała książkowe dzieło sztuki.

6. „Mały atlas motyli Ewy i Pawła Pawlaków”, Ewa Kozyra-Pawlak, Paweł Pawlak, Nasza Księgarnia.

„Mały atlas motyli Ewy i Pawła Pawlaków” to druga po atlasie ptaków autorska książka tej pary ilustratorów, poświęcona stworzeniom, które odwiedzają ich dom i ogród. Motyle malowane, sfotografowane, wyaplikowane z materiałów i stworzone z patyczków, liści i sznurków – a wszystkie jak żywe! I co najważniejsze – żaden motyl nie ucierpiał podczas powstawania tej książki, która przepięknie zachęca do obserwacji stworzeń fruwających dookoła nas, a także do własnoręcznego ich uwieczniania.

7. „Mitologia. Przygody słowiańskich bogów”, Melania Kapelusz, il. Ewa Poklewska-Koziełło, Egmont.

Zbiór pięciu niezwykłych mitów, dzięki którym dziecko może poznać wierzenia Słowian, mistrzowsko zilustrowany przez Ewę Poklewską-Koziełło. Magiczne stworzenia, bogactwo roślinności, inspirowane ludowością wzory, powtarzający się motyw drzewa (również w formie wycinanki na początku książki), wszystko w nasyconych, mocnych kolorach – czerwieniach, niebieskościach i zieleniach. Świetny duet ilustracji z tekstem.

8. „Nić Ariadny. Mity i labirynty”, Jan Bajtlik, Dwie Siostry.

W książce Jana Bajtlika labirynt staje się pretekstem do podróży przez starożytną Grecję, a jednocześnie metaforą opisującą odkrywanie wiedzy o antycznym świecie. To przepiękna książka –precyzyjne, szczegółowe i dopracowane rysunki, intrygujące rozwiązania graficzne (np. zachwycająca plansza o Syzyfie), przemyślana konstrukcja labiryntu prowadząca od historii do historii, kreska nawiązująca do sztuki starożytnej Grecji. Wspaniała i bardzo konsekwentnie zaprojektowana książka.

9. „Parzyziółko”, Dorota Wojciechowska-Danek, Tadam.

Wyrafinowana prostota „Parzyziółka” fascynuje już od pierwszej strony okładki. Dorota Wojciechowska-Danek po mistrzowsku utrzymuje uwagę czytelnika, koncentrując ją na delikatnej powierzchowności ziół i niezwykłych rytuałach starego zielarza. Pozbawiona zbędnych elementów szata graficzna udowadnia, że mniej znaczy lepiej. Ciekawy, poręczny format, czerwona kapitałka i wysmakowana wyklejka dodają subtelności całemu projektowi.

10. „Wilczki”, Svenja Herrmann, il. Józef Wilkoń, tł. Anna Urban, Media Rodzina.

Obrazy lasu i wilcząt Józefa Wilkonia wprowadzają czytelnika w tajemniczy, dziki świat przyrody i sztuki. Wilkoń nie boi się czerni i surowości – nie wygładza świata ani go nie retuszuje, tylko w charakterystyczny dla siebie sposób pokazuje wędrujące wilczki i otaczające je cuda – a to migoczące gwiazdy na niebie, a to obrazy odbijające się w tafli wody, a to innych mieszkańców lasu. Sprawia, że nie tylko widzimy, ale i czujemy i zachwycamy się razem z wilczkami tym, co napotykają na swojej drodze.

IV. KOMIKS

Lokomotywa - nominacje w kategorii Komiks

1. „Bajka na końcu świata 3. Ożywczy deszcz”, Marcin Podolec, Kultura Gniewu.

Brawa dla Autora za kolejny znakomity odcinek brawurowego projektu – komiksu postapo dla najmłodszych. Pomysł przedni: dziewczynka Wiktoria w poszukiwaniu swoich rodziców wędruje po świecie w towarzystwie suczki Bajki. Dookoła dzieją się rzeczy dziwne i niepokojące, związane tym razem z padającym deszczem, a one dwie muszą przeżyć, decydować, komu ufać, ale i wystarczyć sobie. Konsekwentnie posępna paleta kolorów, minimalistyczne dialogi, znakomicie utrzymane napięcie – Autor potrafi przykuć do książki.

2. „Dinozaury – skamieliny i pióra”, M.K. Reed, il. Joe Flood, tł. Anna Studniarek-Więch, Nasza Księgarnia.

Doskonałe połączenie komiksu i książki o historii paleontologii. Na kolorowych i pełnych humoru planszach pokazano, jak narastała w ludziach fascynacja skamieniałościami, prowadząc czasami do prawdziwych wojen badaczy. Komiks MK Reed i Joego Flooda nie tylko przybliża naukowców (także zapomniane kobiety badaczki), dzięki którym świat poznał dinozaury, ale także zachęca do zdobywania wiedzy, pokazując, jak pozornie błahe odkrycia zmieniały całą ludzką wiedzę o świecie.

3. „Jane, lis i ja”, Fanny Britt, il. Isabelle Arsenault, Kultura Gniewu.

Piękne, subtelne ilustracje rozłożone na dwa głosy: szarości odzwierciedlającej życie Hélène i koloru, który wnosi w nie świat literatury Charlotte Brontë, w którym bohaterka znajduje ukojenie. Plus mocny i ważny temat wykluczenia z grupy rówieśniczej. Stawia pytania, nie zawsze dając odpowiedzi – trzeba poszukać ich samemu. Oszczędność w formie i słowach oraz pewna niedosłowność sprawiają, że lektura komiksu porusza i na długo zapada w pamięć.

4. „Kinderland”, Markus Witzel Mawil, tł. Grzegorz Janusz, Kultura Gniewu.

Mawil (rocznik ‘76), ze względu na wdzięk i dowcip, z jakim punktuje otaczającą rzeczywistość, nazywany Woodym Allenem niemieckiego komiksu, wyciąga na światło dzienne wszystko to, czym żyły i o czym marzyły dzieciaki końcówki lat 80. XX w. we wschodnim Berlinie. Ale te marzenia nie stają się dominantą. Podobnie jak nie jest nią nostalgia za utraconym rajem dzieciństwa. Mawil zabiera nas w rzeczywistość żywą, nie czarno-białą, w której turniej ping-ponga ma szansę konkurować z wieczorem wolności za zburzonym murem.

5. „Marzi. Dzieci i ryby głosu nie mają”, sc. Marzena Sowa, il. Sylvain Savoia, Egmont.

Polska lat 80. zamknięta w obrazkach. Prawie 200 stron w twardej oprawie, a każda rozkładówka to wehikuł czasu. I ta historia w tle! Autorka wyjechała z Polski w 2001 r., a jej opowieści z dzieciństwa narysował francuski rysownik, prywatnie jej życiowy partner. Wspaniale, że się spotkali, bo efekt ich wspólnej pracy cieszy oko, wzrusza i bawi.

6. „Obiecanki”, Agnieszka Świętek, Kultura Gniewu.

Aktualna i bliska współczesnemu nastolatkowi opowieść inicjacyjna. Jej bohaterka zostawia za sobą szczęśliwe dzieciństwo, by zmierzyć się z problemami: rozstaniem rodziców, agresją rówieśników, depresją matki, samotnością. Subtelność kreski Świętek, precyzyjnie oddającej emocje buzujące w nastoletniej głowie, młodzieżowy język i wiarygodni psychologicznie bohaterowie sprawiają, że ta komiksowa opowieść pomaga młodym w oswajaniu trudnych doświadczeń.

7. „Oskar i Fabrycy. Dyliżans widmo”, sc. Maciej Kur, il. Mieczysław Fijał, Egmont.

To nie jest komiks doskonały, ale z pewnością warto zwrócić na niego uwagę (także na część pierwszą pt. „Straszne smoczysko”). Przede wszystkim swojsko wyglądająca kreska kojarząca się i z „Fistaszkami”, i z Lucky Lukiem, i wreszcie z Christą (patronem konkursu, w którym komiks został nagrodzony), potem sporo nawiązań do klasyki polskiego komiksu (tutaj Baranowski i westernowa księga Tytusa), wreszcie historia odświeżająca zabawę w Indian i kowbojów, niezbyt może oryginalna, ale dla dzieci angażująca. Dobry komiks środka.

8. „Pewnego lata”, sc. Mariko Tamaki, il. Jillian Tamaki, tł. Łukasz Buchalski, Kultura Gniewu.

To komiks dla nastolatków. A właściwie dla tych, którzy dopiero się nimi stają. Którzy są jeszcze trochę dziećmi, a już trochę dorosłymi – to delikatne twory, do których trzeba mówić specyficznym językiem, którym trzeba podsuwać specyficzne lektury. Ten komiks jest komiksem o nich samych. Nie daje łatwych odpowiedzi, ale stawia pytania. Dokładnie takie, jakie lęgną się w ich głowach. I do tego jest fenomenalnie narysowany. Majstersztyk!

9. „Rufus. Wilk w owczej skórze”, sc. Bartosz Sztybor, Agnieszka Świętek, Egmont.

„Rufus. Wilk w owczej skórze” to komiks o dojrzewaniu i poszukiwaniu własnej tożsamości. Ubrana w kostium zwierzęcy i z aluzjami do znanych z literatury motywów historia jest uniwersalną opowieścią, w której wielu młodych ludzi odnajdzie własne problemy i wątpliwości. Prosta kreska w połączeniu z zaskakującym kadrowaniem (np. niektóre ilustracje nie są ujęte w ramy i stanowią tło dla pozostałych kadrów, dymki i fragmenty postaci wychodzą poza granice kadrów) przydaje całości dynamicznego charakteru.

10. „Zguba zębiełków”, Tomasz Samojlik, Kultura Gniewu.

Kolejny, czwarty już tom przygód Dobrzyka i jego przyjaciół nie jest ani trochę gorszy od pierwszego. Zawrotne tempo, nieoczekiwane zwroty akcji, przygoda, pościgi, trochę miłości, trochę morału, dużo wiadomości o zimowym życiu mieszkańców lasu – to wszystko jak zwykle znajdziemy u naczelnego polskiego rysownika-biologa. Siła Samojlika polega bowiem na tym, że daje doskonałą fabułę, a w środku ukrywa solidną dawkę wiedzy. A do tego rozbudza wrażliwość. Taki to Samojlikowy pakiet.

V. PRZEKŁAD

Lokomotywa - nominacje w kategorii Przekład

1. „Czekając na jednorożce”, Beth Hautala, tł. Zuzanna Byczek, Biała Plama.

Jest w tej książce dużo spokoju i ciszy, choć pełna jest emocji i obrazów. To jedna z tych opowieści, które zapadają głęboko w serce, a z bohaterami nie rozstajemy się zaraz po przeczytaniu. Z ogromną wrażliwością, delikatnością i wnikliwością autorka przygląda się 12-letniej dziewczynce, która straciła mamę, a za chwilę straci i swój dom, by wraz z ojcem przenieść się na kilkumiesięczne badania naukowe na Arktyce. To książka do delektowania się słowem, które pięknie wybrzmiewa pośród ciszy Arktyki. Jeśli, czytając ją, usłyszycie śpiew waleni – pomyślcie życzenie…

2. „Enola Holmes. Sprawa zaginionego markiza”, Nancy Springer, tł. Elżbieta Gałązka-Salamon, Poradnia K.

Nominuję po nazwisku:) Elżbieta Gałązka-Salamon jest autorką słynnego tłumaczenia „Pulp Fiction”. Wiem, że język tamtego przekładu filmu Tarantino trudno uznać za idealny dla niedorosłego czytelnika, jednak swoją bezkompromisowość i pomysłowość tłumaczka potrafi wykorzystać także w tłumaczeniu powieści popularnej dla młodzieży. Ta jest spin-offem Conan Doyle’a i traktuje o Enoli Holmes, siostrze Sherlocka, która uwielbia jazdę na rowerze i walkę ze stereotypami płciowymi. Tłumaczka plastycznie pokazuje mroczny świat wiktoriańskiego Londynu i bawi się nazwami dawnych przedmiotów i sprzętów. Myślę, że powinna wziąć się teraz za jakiegoś Dickensa…

3. „Ja wielkolud, ty kruszynka”, Lilli L’Aronge, tł. Maria Kwiatkowska, Wytwórnia.

Krótka, rymowana książka obrazkowa wymaga wyjątkowej staranności przekładu, by oddać ducha opowieści i zapewnić miłą, nienużącą, zwykle wielokrotną lekturę. „Ja wielkolud, ty kruszynka” w polskim tłumaczeniu Marii Kwiatkowskiej uwypukla czułą i zażyłą więź dużej i małej łasicy. Więź, której ciepła aura w niezwykły sposób wydostaje się z kartek książki i promieniuje na dorosłego i jego małego słuchacza. Kilkuwyrazowe, dowcipne frazy zapadają w pamięć jak najlepsza wyliczanka.

4. „Mały pokój z książkami”, Eleanor Farjeon, il. Edward Ardizzone, tł. Hanna Januszewska, Ewa Rajewska, Dwie Siostry.

Wznowienie po blisko pięćdziesięciu latach – tym razem kompletne i z oryginalnymi ilustracjami – legendarnego już zbioru baśni i opowiadań Eleanor Farjeron. Z dwudziestu siedmiu zawartych w nim historii dziewiętnaście  przetłumaczyła przed laty Hanna Januszewska, a osiem, które ukazały się teraz po raz pierwszy, Ewa Rajewska. Udało jej się znakomicie uchwycić klimat i język zarówno oryginału, jak i poprzedniego przekładu, a dzięki temu ten zbiór stanowi całość.

5. „Mama Gęś”, Małgorzata Strzałkowska, il. Adama Pękalski, Bajka.

Małgorzata Strzałkowska po mistrzowsku przyswoiła językowi polskiemu tradycyjne angielskie nonsensowne wierszyki, znane od kilkuset lat jako opowieści Mamy Gęsi. Nie tylko przetłumaczyła je, ale także wykonała ogromną pracę, aby wyjaśnić i opisać ich pochodzenie, sens i konteksty kulturowe, które im towarzyszą. Ilustracje Adama Pękalskiego znakomicie wpisują się w nastrój tej książki.

6. „Najgorsze dzieci świata”, David Walliams, il. Tony Ross, Karolina Zaremba, Mała Kurka.

Tłumaczenie pięknych książek jest bardzo trudne. Tłumaczenie książek napisanych potocznym językiem, pełnym neologizmów i gier słownych bywa jeszcze trudniejsze, szczególnie w przypadku literatury dla dzieci. Karolina Zaremba, tłumaczka „Najgorszych dzieci świata”, poradziła sobie z tym zadaniem śpiewająco – jej tłumaczenie bawi, śmieszy, brzmi naturalnie i zachwyca różnorodnością synonimów na określenie zwykłych i niezbyt wzniosłych czynności. Doskonała robota.

7. „Odkrywca”, Katherine Rundell, tł. Paweł Łopatka, Poradnia K.

Tłumaczenie Pawła Łopatki jest pełne dbałości o szczegóły, bardzo klarowne językowo, a jednocześnie nastrojowe, świetnie oddające ducha powieści nawiązującej stylistyką do klasycznej anglosaskiej literatury dziecięcej. Są tu zabawy słowne, żywe dialogi, są też znakomite liryczne passusy oraz intrygujące porównania. Łopatka potrafi bez najdrobniejszego zgrzytu językowego przeskakiwać z emocji w emocje, pozwalając czytelnikowi śmiać się pod nosem, a za chwilę płakać.

8. „Piotruś Pan w Ogrodach Kensingtońskich”, James Matthiew Barrie, il. Marcin Minor, Aleksandra Wieczorkiewicz, Media Rodzina.

W tej książce oczarował mnie język. Wyrafinowany, melodyjny i zupełnie niedzisiejszy. Aleksandra Wieczorkiewicz stanęła przed nie lada wyzwaniem, by zachować ten jego urok. Tak poetyckie frazy zapewne nie było łatwo obłaskawić w ojczystym języku. Ale jej się udało, ubłagała wszystkie wróżki i elfy, żeby się jej dały zamknąć w polskich literach, zaprosiła Piotrusia Pana i on przyjął jej zaproszenie, doskonale wpasowując się w polskie znaki, moszcząc się w polszczyźnie jak w Gnieździe Drozda.

9. „Ze zwierzyną pod pierzyną”, Nadia Budde, tł. Łukasz Żebrowski, Hokus Pokus.

Łukasz Żebrowski zasłużył na brawa: wmyślił się w Nadię Budde i przełożył książkę autorską, w której obraz i słowo są wyjątkowo spójne. Tekstu jest tak niewiele, że każdy błędny wybór osłabiłby efekt. A gra toczyła się o wiele: o absurdalny humor, nieprzeciętną fantazję, cudowne językowe łamańce. To, co w oryginale prostsze, czasem Tłumacz komplikował, zawsze jednak mając na względzie prostotę i dobitność Autorki, wyciskając, ile się da z polskiej składni i gramatyki. Udało się zachować mrocznawy humor i uniknąć pęknięcia między tekstem i obrazem.

10. „Zwierzoobjaśniarka”, Sergio Olivotti, tł. Joanna Wajs, Nasza Księgarnia.

„Zwierzoobjaśniarka” to skrząca humorem parodia rozpraw naukowych poświęcona nieistniejącemu urządzeniu, dzięki któremu ludzie mogą porozumiewać się ze zwierzętami. Gdyby nie tytaniczna praca tłumaczki Joanny Wajs (oraz jej otwarty umysł, trafne skojarzenia, giętki język i duże poczucie humoru), nie poznalibyśmy Pandy Minelli i Kylie Minog, nie dowiedzielibyśmy się, o czym piszą w „Haute Kocúr” czy „M jak Mru”, ani nie połamalibyśmy sobie języka, sylabizując „autotelodenzynwoltuinterlokutor”.

VI. OD A DO Z

Lokomotywa - nominacje w kategorii Od A do Z

1. „Ballady i romanse”, Adam Mickiewicz, opr. Emilia Kiereś, il. Marianna Sztyma, Egmont.

Wszystko tutaj zagrało. Mickiewicz przemówił jako młody chłopak i odnowiciel literackiej estetyki początku XIX wieku. Emilia Kiereś znalazła sposób, żeby wyjaśnić zawiłości Mickiewiczowskiego wiersza, trudnego do zrozumienia dla dzisiejszych młodych czytelników. A Marianna Sztyma idealnie wpasowała się w klimat litewskich gajów i jezior. Bardzo udana książka, która nie miała prawa się udać.

2. „Bjorn. Sześć opowieści z lasu”, Delphine Perret, tł. Paweł Łapiński, Wytwórnia.

„Bjorn. Sześć opowieści z lasu” to jedna z tych książek, którą chcesz mieć cały czas blisko siebie, głaskać ją, oglądać, czytać wciąż na nowo. To książka, o której mówisz każdej napotkanej osobie. To książka niepozorna, ale mająca w sobie taki ładunek pozytywnej energii, że po prostu cały czas się ją przytula do policzka. Pięknie narysowana – z wyczuciem i w duchu minimalizmu. I ma niebieskie kartki!

3. „Drzewa”, Wojciech Grajkowski, il. Piotr Socha, Dwie Siostry.

„Drzewaˮ znają wszyscy. Każdy wie, że stworzył je Piotr Socha. I niewiele osób pamięta o autorze tekstów, Wojciechu Grajkowskim. A przecież „Drzewaˮ stanowią spójną całość. Równie istotne są wspaniałe, wielkie i szczegółowe plansze, jak i interesujące, pobudzające ciekawość informacje, które zachęcają do eksplorowania świata i imponują erudycją. Dzięki wspólnej pracy powstała zapierająca dech w piersiach książka.

4. „Jak ciężko być królem”, Janusz Korczak, Iwona Chmielewska, Muzeum Polin i Wolno.

Iwona Chmielewska odczytuje współcześnie książkę „Król Maciuś pierwszy”, która powstała niemal sto lat temu. Dla dzieci urodzonych w początku nowego wieku i tysiąclecia proza Starego Doktora bywa trudna do czytania, a przecież stawia pytania aktualne także dziś. Przytłoczony zbyt dużą koroną chłopiec o twarzy małego Henryka z fotografii, która towarzyszyła pierwszemu wydaniu książki o Maciusiu, spotyka się tutaj ze starym Januszem Korczakiem, który już wie, że nie jest łatwo naprawić świat…

5. „Kropka z Błędem”, Anna Taraska, il. Daria Solak, Dwie Siostry.

Za okładką, która imituje domek zrobiony z zeszytu, kryje się świat podobny do naszego, jednak do głębi przesiąknięty szkolno-ortograficzną stylistyką. Urokliwe, ale nieprzesłodzone, ilustracje „Kropki z Błędem” naśladują dziecięcą kreskę i dobrze korespondują z rytmicznym, prostym językiem. Sama historia ma swój niebagatelny atut w postaci bardzo dobrze wyważonej narracji, spisanej lekkim i utrzymanym w ryzach, szykownym, ale nie górnolotnym, stylem. Niemal sto stron książki świetnie czyta się na głos, bez zadyszki, ale i bez cienia nudy.

6. „Księga pytań”, Pablo Neruda, il. Isidro Ferrer, tł. Filip Łobodziński, Tako.

Pytania bez odpowiedzi, zatrzymane na moment chwile, ulotne myśli, drobiazgowo konkretne lub swobodne, wręcz oniryczne. Intrygująco zilustrowane czarno-białymi kolażami Isidro Ferrera. „Księga pytań” to poetyckie dzieło Pablo Nerudy, wieńczące jego pisarski i życiowy dorobek. Pełne metafor i surrealizmu, czasem głęboko filozoficzne i poważne, czasem groteskowe i purnonsensowe dorosłemu czytelnikowi stwarza okazję do refleksyjnego namysłu, dziecięcemu – do rozwinięcia skrzydeł wyobraźni.

7. „Moja mama, mój tata”, Małgorzata Swędrowska, il. Joanna Bartosik, Wytwórnia.

Pisarka Małgosia Swędrowska i ilustratorka Joanna Bartosik zrobiły książkę w doskonałej harmonii. Niezwykle lakoniczny, a lotny tekst dzięki ilustracjom nabiera nowych znaczeń. Poruszamy się miedzy dosłownością a przenośnią, na naszych oczach ze zdań i ilustracji lepi się opowieść o domu, w którym rodzice mają uczucia, chęci, umiejętności, ciała – są ludźmi, nie monumentami. Książka jednocześnie śmiała i kojąca, poetycka i przyjemnie przyziemna, bezpretensjonalnie uwzniośla trud budowania rodziny. A co najpiękniejsze – dla malutkich, większych i całkiem dużych.

8. „O tym można rozmawiać tylko z królikami”, Anna Höglund, tł. Katarzyna Skalska, Zakamarki.

Picturebook dla nastolatków i dorosłych. Mała książka, ciemna okładka. Nie rzuca się w oczy, ale kiedy weźmiemy ją do ręki, zaczniemy czytać – uderzy nas jest siła. Dawkowane oszczędnie słowa idealnie współgrają z mrocznymi obrazami – ładunek emocjonalny ukryty w nich jest ogromny! Dla niedopasowanych i tych, którym niewygodnie, dla wycofujących się i innych, i bardzo samotnych. Anna Höglund dotyka słowem i obrazem, ale nie robi tego po to, żeby zabolało (choć i tak boli). Wyciąga rękę i przeprowadza bohatera przez jego zagubienie i wewnętrzny mętlik, dając mu poczucie bezpieczeństwa i nadzieję.

9. „Zwierzokracja”, Aleksandra Woldańska-Płocińska, Papilon.

38 sporych rozkładówek, świetnie zilustrowanych, na których zamieszczone są krótkie teksty na temat zwierząt – wiele bardzo różnorodnych informacji i ciekawostek. „Zwierzokracja” nie grzmi, nie grozi palcem, nie tupie i nie obraża. Nie uważa się za wyrocznię, nie jest zarozumiała. Daje nam szansę – na rozmowę, wspólne pochylenie się nad problemami, podjęcie decyzji, co my – w naszej rodzinie – możemy zrobić, by zwierzętom na świecie było lepiej.

10. „Zwierzyniec”, Maciej Byliniak, opr. graf. Ewa Stiasny, Międzynarodowe Centrum Kultury i Wydawnictwo Dwie Siostry.

Intrygujący album zawiera reprodukcje dzieł sztuki i przedmiotów codziennego użytku, których wspólnym mianownikiem jest zwierzęca tematyka. Okazy do „Zwierzyńca” wybrał ze zbiorów polskich muzeów i bibliotek i opatrzył zupełnie nieencyklopedycznymi (za to bardzo zabawnymi) komentarzami Maciej Byliniak. Lektura „Zwierzyńca” przypomina zwiedzanie według klucza kolejnych sal muzealnych. Zaskakujące zestawienia, zróżnicowane kroje pisma, gruby papier i świetnie opracowany spis reprodukcji składają się na edytorskie cacko.

 

KONIEC. Pozostało zagłosować:

http://goo.gl/forms/MS0WUir4f09DJd5i2

Dajcie znać, czy zgadzacie się z naszymi nominacjami.

 

Drzewo życzeń

Tak się jakoś złożyło, że początek roku upłynął pod znakiem gadających drzew. Pierwsza opowiadała mirabelka — o przyjaźni, wojnie i pamięci. Drugi zabrał głos stary dąb czerwony — i też mówił o przyjaźni, akceptacji i pamięci. Trzeba słuchać drzew, bo są mądre i widziały znacznie więcej niż my.

Katherine Applegate, Drzewo życzeń

„Drzewo życzeń” Katherine Applegate to opowieść starego dębu — ma już 216 słojów, czyli dwieście szesnaście lat. Z punktu widzenia człowieka bardzo dużo, z punktu widzenia dębu może mieć przed sobą jeszcze wiele lat życia — dęby czerwone mogą rosnąć nawet 500 lat. Ten dąb jest wyjątkowy — nie tylko zapewnia schronienie wielu zwierzętom, które zgodnie bytują wśród jego konarów, ale także jak na drzewo jest bardzo rozmowny, choć z zasady nie odzywa się do ludzi (tak zresztą nakazują prawa przyrody). Ludzie z miasteczka traktują go jak drzewo życzeń — zawsze 1 maja przytwierdzają do jego gałęzi karteczki z życzeniami i marzeniami, mając nadzieję, że pomoże im spełnić pragnienia. Tym razem jednak drzewo ma własne życzenie, a Dzień Życzeń może być jego ostatnim dniem jego życia.

Katherine Appelgate, Drzewo życzeń

Katherinne Applegate napisała piękną opowieść o przyjaźni i obcości, o niechęci i strachu wynikającym z niewiedzy i o tym, jak wspomnienia pomagają przezwyciężać trudności. Do miasteczka sprowadzają się nowi mieszkańcy. I choć dąb pamięta ludzi mówiących różnymi językami, przybysze otoczeni są niechęcią i wrogością. Drzewo nie rozumie, co się dzieje — powiedzcie sami, czy chusta na głowie może być przyczyna aż takiej niechęci? Ponieważ jednak polubiło małą Samar, która każdej nocy przychodzi posiedzieć pod dębem, postanawia jej pomóc. Dziewczynka przypomina mu także kogoś innego, kto dawno temu miał podobne problemy.

Historia opowiedziana przez dąb uczy, że warto pamiętać i uczyć się na cudzych doświadczeniach, by nie popełniać tych samych błędów i zobaczyć, co w życiu naprawdę ważne. To książka, która porusza lęki współczesnego świata i pokazuje strach przed obcością i innością — taki sam od wieków, gdy już zapominamy, że sami kiedyś byliśmy obcy i inni.
Katherine Applegate, Drzewo życzeń

To także bardzo ekologiczna historia. Wcale nie chodzi jedynie o ochronę drzew czy dbałość o przyrodę, ale o spojrzenie na naturę jako całość, o szacunek wobec innego bytu. Rośliny i zwierzęta w powieści Applegate są bardziej ludzkie niż człowiek: współpracują, szanują się, potrafią przestrzegać praw i stanąć w obronie tego, co kochają.

Katherine Applegate, Drzewo życzeń

„Drzewo życzeń” to bardzo piękna książka. Porusza emocje i skłania do zastanowienia. Pokazuje także bardzo dobitnie, że warto uczyć się otwartości od dzieci, bo one jeszcze nie wiedzą, że „trzeba” się bać i „należy” postępować w określony sposób. To może cytat na koniec.

Niektóre rzeczy się zmieniły. Inne — nie. Ale jestem optymistą i mam nadzieję na przyszłość.

Rodzice Samar porzucili myśl o przeprowadzce, przynajmniej na razie.

Stephen i Samar się zaprzyjaźnili. Czasem odrabiają lekcje na trawniku przy moim pniu.

Ich rodzice nadal ze sobą nie rozmawiają.

Nie wiem, czy kiedyś zaczną. (s. 171)

Po lekturze tej książki mam ochotę posiedzieć pod drzewem i uważniej słuchać moich dzieci. Dopóki jeszcze mają w sobie otwartość, której mogę się od nich uczyć. Warto przeczytać tę książkę razem z dzieckiem i warto o niej później rozmawiać.

 

PS. Nie podoba mi się jedynie okładka. Po prostu drzewo na okładce nie przypomina dębu tylko wierzbę, a liście-wstążki z życzeniami bardzo to wrażenie pogłębiają. Wolałabym jednak, żeby na okładce był dąb.

 

Katherine Applegate, Drzewo życzeń, tł. Małgorzata Glasenapp, il. Sara Olszewska, Wydawnictwo Dwie Siostry 2018

Mirabelka

„Mirabelka” Cezarego Harasimowicza to ostatnia książka, jaką przeczytałam w 2018 r., jeszcze przed sesją gier planszowych z synami, którą uczciliśmy Sylwestra. Szukałam książki o Historii i o Zagładzie, a znalazłam lekturę opowiadającą o trudnych czasach i splątanych polskich losach. Ta książka uczy, jak patrzeć z nadzieją w przyszłość, jak z przeszłości wyłania się to, co jest dzisiaj i jak my dzisiaj możemy i musimy zadbać o pamięć o tym, co było.

Cezary Harasimowicz, Mirabelka

Uprzedzam, wstęp będzie nieco przydługi. Sięgnęłam po „Mirabelkę”, poszukując książek, które pokażą całkiem niedawną historię, tak aby poruszyć, ale nie przerazić. Podczas jednej z rozmów z moim inteligentnym i oczytanym Starszym zrozumiałam, że moje dziecko nie wie niczego o czasach, które dla mnie są ciągle bliskie. To znaczy zna fakty, daty i nazwiska, ale jednocześnie niczego nie rozumie. W ferworze dyskusji nagle palnął, że przecież pobyt w obozie koncentracyjnym, to była taka przygoda, może trochę straszna. Potem nie mógł zrozumieć mojego oburzenia, zgorszenia, złości, a ja zastanawiałam się, czy mogę dać dwunastolatkowi Borowskiego i Hannę Krall do czytania.

Dla mojego pokolenia, wychowanego w czasach późnego komunizmu (tak, tak, pamiętam te czasy), wiedza o tym, czym były obozy koncentracyjne i obozy pracy, jak wyglądała okupacja zdaje się czymś naturalnym. Ciągle jeszcze dowiadujemy się oczywiście, że pewne fakty z naszej historii powinny być interpretowane inaczej, ale wojny doświadczaliśmy nie tylko na podstawie książek. Była obecna w słowach, a czasami w milczeniu Dziadków, w rodzinnych historiach, we łzach ciotek, które zapalały świeczki przy grobie nieznanego żołnierza. Pamiętam obrzydzenie, z jakim moja babcia patrzyła, jak zajadamy się rzepą wyszabrowaną z cudzego ogrodu. Potem, z trudem dobierając słowa, opowiedziała nam o obozie. Dla mojego dziecka to tylko historia, jedna z wielu opowieści o jakiejś babci i jakimś dziadku, których nigdy nie poznał. Z powszechnego obiegu zniknęła literatura obozowa — trudną ją znaleźć na bibliotecznych półkach. Historia w szkole — ech, każdy wie. Dzieci nie widzą grozy, bólu i lęku — za to świetnie bawią się na rekonstrukcjach bitew. Przecież to przygoda… Ściska mnie lęk, że wygładzając przeszłość i chroniąc nasze dzieci przed opowieściami pełnymi bólu, brudu i płaczu wychowujemy pokolenie, które nie rozumie.

Stąd wzięła się w moim domu „Mirabelka” — mądra i przejmująca książka o polskiej historii z przepięknymi, nastrojowymi ilustracjami Marty Kurczewskiej. Na jej rysunki można się patrzeć bardzo, bardzo długo.

Cezary Harasimowicz, Mirabelka

Narratorem jest drzewo — zwykła mirabelka, jedna z wielu pokoleń mirabelek rosnących na warszawskim Muranowie. Kto nie zna mirabelek? Słodkich, żółtych jak słońce śliwek, które opadają na ziemię pod ciężarem soku? Bardzo lubimy kompot z mirabelek. Sąsiedzi mirabelki z książki też lubią kompot, dlatego pod drzewo przychodzi Dorka w czerwonym płaszczyku, córka pracownika banku, której mama czytuje poezję, Chaim, syn praczki i kupca handlującego śledziami na Krecelaku, bracia Alfusowie, właściciele małej fabryczki produkującej stroje karnawałowe, Izaak, który tak pięknie gra na skrzypcach, że aż zmieniają się od tego ludzkie serca. Ten Muranów sprzed II wojny światowej to inne miasto, pełne obcych dla nas dzisiaj imion i zwyczajów. Tylko marzenia ludzkie są takie same: o miłości, szczęściu, rodzinie. Mirabelka zna tutaj wszystkich. Dzieci potrafią ją usłyszeć i z nią rozmawiać. Na dorosłych także się stara wpłynąć i czasami jej się udaje.

Cezary Harasimowicz, Mirabelka

Młode, radosne drzewko rosnące i dorastające tuż obok swojej mamy jest świadkiem świąt, wesel, ukrytych pocałunków i cicho szeptanych obietnic. Jasna przyszłość zaczyna się jednak chmurzyć, pojawiają się niepokojące głosy, plotki, smutne nowiny. Przynoszą ją mirabelce ludzie i drzewa, bo przecież drzewa też potrafią ze sobą rozmawiać (a kasztany to znani plotkarze). Nadchodzi wojna, a wraz z nią zagłada całego znanego mirabelce świata — tutaj, gdzie rośnie, powstaje getto.

Cezary Harasimowicz, Mirabelka

Oczami kolejnych pokoleń mirabelek oglądamy wojnę, powstanie w getcie, odbudowę stolicy. Cezary Harasimowicz prowadzi tę historię aż do naszych czasów. Widzimy Marzec 68 roku, potem stan wojenny i coraz bardziej kolorowy świat, w którym — jak się okazało — niekoniecznie jest miejsce na mirabelki. Na szczęście ta historia ma happy end, i to zarówno w książce, jak i w życiu.

„Mirabelka” opisuje historię prawdziwego miejsca i prawdziwego drzewa, choć nie wszystkie występujące w niej postacie żyły naprawdę. Cezary Harsimowicz dorzucił do opowieści kilka postaci-symboli. Spotykamy na jej kartach Irenę Sendlerową i Mordechaja Anielewicza — pasują tutaj doskonale. W efekcie powstała niezwykle poetycka, wzruszająca i wciągająca opowieść o kolejnych pokoleniach warszawiaków, którzy wracali do swojego miejsca za życia i po śmierci. Opowieść pełna smaków, zapachów i muzyki, w której duchy opiekują się żywymi, ale same pragną być zapamiętane.

Cezary Harasimowicz, Mirabelka

Ciągle myślę o tej książce. O pamięci drzew. O podziemnych miastach, po których chodzimy nieświadomi, że pod stopami ukrywa się wielowiekowa historia zmieciona z powierzchni ziemi, o nieczułości jednych, którzy wycinają drzewo-symbol, bo ważniejsze jest wykorzystanie każdego skrawka terenu, i pasji drugich, którzy o przywrócenie tego symbolu walczą. Mirabelka wróciła na Muranów — blisko miejsca, gdzie rosła pierwotnie. I nie jakaś tam zwykła mirabelka, ale praprawnuczka tej, która od lat obdarzała w tym miejscu ludzi swoimi owocami. Dobrze jest pamiętać i walczyć o to, by to, co ważne, nie zostało zapomniane.

Napijcie się kompotu z mirabelek. A jak nie macie, to poczekajcie do lata i poszukajcie żółtych śliwek. Przy okazji rozejrzyjcie się — może gdzieś koło was też kryje się tajemnica? Może dobre duchy przeszłości ciągle się wami opiekują, mając nadzieję, że ktoś przypomni ich historię?

 

Cezary Harasimowicz, Mirabelka, il. Marta Kurczewska, Zielona Sowa 2018