Mitologia i labirynty

Wiem, wiem, wszyscy już widzieli. Każdy miał w ręku. Na każdym blogu już było. Co ja poradzę, że jakoś mi trudno ostatnio znaleźć czas na pisanie? Ale o tej książce muszę napisać — i to nie tylko dlatego, że wpasowuje się w mitologiczną pasję Młodszego. Po prostu jest wspaniała i piękna — rację mieli ci wszyscy, co tak pisali. Wcale nie jest dla małych dzieci, a osoby o słabszym błędniku zaczyna na jej widok boleć głowa. Poznajcie „Nić Ariadny” Jana Bajtlika.

Piotr czyta Nić Ariadny

„Nić Ariadny” poraża. Naprawdę. To bardzo przemyślana opowieść o greckiej mitologii oferująca dużo więcej niż piękne labirynty. Labirynt to tylko pretekst i gra w skojarzenia. Zagadki są jednak jak najbardziej realne. Z każdego labiryntu zawsze jest tylko jedno wejście i jedno wyjście. Droga zwodzi na manowce, zakręca i łudzi. Czasami wydaje się, że już blisko, że za chwilę uda nam się przejść dalej. Nie wierzcie, to złudzenie. Będziecie przez te labirynty podróżować długo, poznając przy okazji greckich bogów i herosów, pałacowe freski i potwory zaludniające wyobraźnię starożytnych. Przyda się nić Ariadny, a czasami pomoże wiedza. Każdą rozkładówkę można oglądać długo, błądząc z ogromną przyjemnością. Samo przejście przez labirynt staje się wtedy dużo mniej istotne.

Jan Bajtlik, Nić Ariadny

Piotrek spędził masę czasu przy ilustracjach, które na pierwszy rzut oka wydawały się statyczne. Długo zastanawiał się nad historią Syzyfa, badał kadry, pozycje i warianty — na pozór monotonna strona zafascynowała go na długo, wcale nie dlatego, że nie potrafił znaleźć wyjścia.

Jan Bajtlik, Nić Ariadny

Jan Bajtlik stworzył pełną, barwną i niesamowicie wciągającą opowieść o starożytnym świecie. Znajdziecie tutaj genealogię greckich bogów i herosów, a także wiele mitów i opowieści ważnych dla europejskiej kultury. Autor książki powoli wprowadza czytelnika w dawny świat. Uważny czytelnik-oglądacz dowie się, jak Grecy postrzegali świat, jak mieszkali, tańczyli i świętowali. Jan Bajtlik prowadzi nas przez świat najbardziej znanych mitów (spotykamy tutaj m.in. Prometeusza, Minotaura, Jazona, Heraklesa, Syzyfa czy Edypa). Poznajemy także Wojnę Trojańską i dowiadujemy się, jak Odyseusz wracał do domu.

Jan Bajtlik, Nić Ariadny

Jan Bajtlik, Nić Ariadny

Jan Bajtlik, Nić Ariadny

Jan Bajtlik, Nić Ariadny

Na końcu książki zebrano trochę przydatnych informacji — to pomoc dla tych, którzy mitologię pamiętają tylko ze szkoły. Przy każdej rozkładówce znajduje się podpowiedź, na której stronie szukać potrzebnych informacji. One naprawdę się przydają, bo nie tylko dziecko ma ochotę dowiedzieć się, dlaczego Tyfona uwięziono w Etnie. Nie wierzę także, że młodego czytelnika nie zainteresują mityczne bestie: Meduza, smok tebański, tryton, sfinks czy hydra lernejska — w tej książce znajdziecie ich dużo, dużo więcej.

Zachwycam się jak inni? No to co? To książka, która uwiedzie dorosłego tak samo, jak dziecko. Równie dużo czasu potrafi spędzić przy niej rodzic, dziadek, co dziecko. Do „Nici Ariadny” na pewno będziemy często wracać. Dla mnie konwencja labiryntu to tylko pretekst i zabawa, która prowadzi nas przez starożytny świat pokazany tak ciekawie, że nie ma się wcale ochoty szukać z niego wyjścia.

 

Jan Bajtlik, Nić Ariadny. Mity i labirynty, Dwie Siostry 2018

Pszczoły

Świat ekscytuje się drugą książką Piotra Sochy („Drzewa” za chwilę zdominują blogosferę, bo każdy będzie chciał je mieć i się pochwalić), a ja z Piotrusiem z zapałem zapoznajemy się z jego „Pszczołami”. Dopiero teraz. A co!

Piotr Socha, Pszczoły

Dlaczego teraz? Oczywiście widzieliśmy książkę Piotra Sochy wcześniej, oglądaliśmy w księgarni i u przyjaciół pierwsze wydanie, ale wtedy jakoś przeszła przez echa. No tak, piękna! No tak, duża! Tak, tak, można obejrzeć i odłożyć na bok. Po prostu nie wywołała wtedy tego „ach!”, które sprawia, że natychmiast, już i od razu chce się mieć tę książkę na półce.

Minęło trochę czasu i Piotra zafascynowały owady społeczne. „Pszczoły” pojawiły się u nas ponownie i tym razem powaliły całą rodzinę na kolana. Że piękna, że ogromna, że ciekawa, że tyle informacji, że się nie spodziewałam, że mądra, że, że, że… No właśnie! Książka musi trafić na swój czas. A u nas teraz panuje moda na „Pszczoły”.

Piotr Socha, Pszczoły

Żeby w pełni docenić „Pszczoły”, trzeba spędzić nad tą książką trochę czasu, uważnie poprzyglądać się planszom i wczytać w tekst. Dopiero wtedy dociera do człowieka ogrom pracy, jaką wykonał Piotr Socha, i ogrom wiedzy, jaką z tej książki można zdobyć (tutaj trzeba się głęboko ukłonić przed autorem tekstu, Wojciechem Grajkowskim). A na dodatek wszystko jest napisane przyjaźnie, ale nie infantylnie. To nie jest książka dla maluchów. To książka dla każdego.

Piotr Socha, Pszczoły

Czego tutaj nie ma! Wszystko jest! I o pochodzeniu pszczół, i o tym, jak wyglądają, i o tym, jak robią miód, i o tym, jak tańczą. Aaaa…. I jeszcze mnóstwo o tym, jak i kiedy życie pszczół splotło się z życiem człowieka. Znajdziecie tutaj wiele interesujących informacji, ciekawostek i anegdot. Wiedzieliście, że pszczoła musi pokonać 150 tys. kilometrów, żeby powstał 1 kg miodu? Robi wrażenie, prawda?
Piotr Socha, Pszczoły

Bardzo zaimponował mi sposób zakomponowania tekstu i jego związek z ilustracjami. Lekturę „Pszczół” można traktować jako ćwiczenia na skupienie i uważność. Elementy niektórych ilustracji są ponumerowane — wyjaśnienie znajdziecie w tekście, ale nie po kolei. Nawet sobie nie wyobrażacie, z jaką uwagą Piotrek śledził notatkę o ulach, żeby dowiedzieć się, gdzie używane są poszczególne konstrukcje. I do tej pory przepytuje, czy wolałabym ul w kształcie niedźwiedzia, czy jednak Adama i Ewę.

Piotr Socha, Pszczoły

Pszczoły towarzyszyły już ludziom pierwotnym, są obecne na ilustracjach pochodzących ze starożytnego Egiptu, Grecy uważali go za pokarm bogów, a Napoleon uczynił pszczołę jednym z symboli swojego cesarstwa.  W „Pszczołach” zajdziecie wiele takich informacji. Czyta się to wszystko z narastającym zachwytem i coraz większą ciekawością. Świetna książka. Niech żyją pszczoły!

Piotr Socha, Pszczoły

No to biegnę szukać „Drzew” w małych księgarniach, a wszystkim, którzy jeszcze „Pszczół” nie oglądali, gorąco je polecam.

Piotr Socha, Pszczoły, op. tekstu Wojciech Grajkowski, Wydawnictwo Dwie Siostry 2015

Kęstutis Kasparavičius

Niektóre książki mieszkają na naszych półkach długo, a nawet bardzo długo. Inne trafiają do nas na krócej — lektury, które mniej się nam podobają albo książki, z których chłopcy wyrośli i z którymi nie wiążą się wyjątkowe wspomnienia. Takie książki wędrują na wymiankę. To świetna inicjatywa, dzięki której książki mogą krążyć wśród ludzi zamiast kurzyć się na półkach. Z jednej z takich wymianek przynieśliśmy dwie książki litewskiego artysty Kęstutisa Kasparavičiusa, wydane przez wydawnictwo Martel. Chyba zadomowią się u nas na dłużej.

Kęstutis Kasparavičius

Najpierw widać obrazki. Ilustracje Kęstutisa Kasparavičiusa potrafią przyciągnąć uwagę na długo. Są szczegółowe, dopracowane, dokładne i… szykowne. Tak, to chyba dobre słowo. Postacie na obrazkach Kasparavičiusa są eleganckie, pełne gracji, takie dorosłe. Piotrka ilustracje zaczarowały na długo. Oglądał je i zastanawiał się, jakie historie kryją inni bohaterowie ilustracji.

„Florian Ogrodnik” to opowieść o misiu ogrodniku. Florian żyje w mieście — poznajemy także jego sąsiadów: misię Śpiewaczkę o głosie słodkim jak miód, misię Jagodniczkę o ciemnoniebieskim uśmiechu, misia Piekarza i misia Pszczelarza. Każdy mieszkaniec miasta ma swoje zadanie, a jak już ma dość, może iść do misia Burmistrza i zmienić nazwisko. Zwykle jakieś jest wolne.

Kęstutis Kasparavičius, Florian Ogrodnik

Kęstutis Kasparavičius, Florian Ogrodnik

Pewnego dnia Florian spotyka na targu niedźwiedzicę Królową, która przypomniała sobie o czarnych różach, podobno wyhodowanych kiedyś przez dziadka Floriana. Trudno czasami przyznać, że się czegoś nie ma albo nie potrafi, więc Florian wymyśla jakąś wymówkę i obiecuje Królowej czarne róże. Przepis na ich stworzenie znajduje w książeczce dziadka pod znaczącym tytułem „Szkodliwe i podejrzane rośliny”.

Czy warto spełnić zachciankę Królowej? Dlaczego czarne róże to szkodliwe rośliny? I czy Florian będzie potrafił dobrze wybrać? Na wszystkie te pytania znajdziecie w tej książeczce odpowiedź. Towarzyszymy misiowi kochającemu rośliny w jego poszukiwaniach, a przy okazji zaglądamy do innych misiów. Świat Kasparavičiusa, choć tak podobny do naszego, jest bardzo magiczny. Zafascynowały mnie błyszczące oczy misia Włóczęgi, który szukał swojego miejsca.

Kęstutis Kasparavičius, Florian Ogrodnik

Kęstutis Kasparavičius, Florian Ogrodnik

„Floriana Ogrodnika” Piotruś czyta jak magiczną bajkę, trochę niezrozumiałą, choć bardzo ładną. Druga książka Kęstutisa Kasparavičiusa przypadła mu do gustu nawet bardziej.
Wyobraźcie sobie, że w pewnymi mieście, w pewnej zajęczej rodzinie żył sobie Zajączek Marchewka. Bardzo żałował, że jest taki malutki, więc postanowił jeść tylko słodycze, tak jak silny sąsiad niedźwiedź. I tak z małego zajączka powstał Marchewiusz Wielki.

Kęstutis Kasparavičius, Marchewiusz Wielki

Kęstutis Kasparavičius, Marchewiusz Wielki

Menu Marchwiusza fascynuje Piotra, oj fascynuje. I nie ma tutaj słowa o próchnicy…

Na początku zjadał nieduży kawałek piaskowego ciasta brzoskwiniowego, nieco większy kawałek tortu karmelowego Babuni i świeżutką bułeczkę z nadzieniem truskawkowym. Potem przychodziła kolej na struclę drożdżową, wprawiające w romantyczny nastrój ciasto kokosowe ciotki Sylwii i biszkopt orzechowy, którego skromnie spożywał tylko połowę. Bez mrugnięcia okiem pochłaniał ćwierć tortu marcepanowego, kilka niepozornych ciasteczek z kremem czekoladowym i jedną trzecią keksu marmurkowego.

Uwierzcie — na tym śniadanie się nie kończyło. Marchewiusz stał się wielki, tak wielki, że aż straż pożarna musiała mu pomagać wyjść z domu. I nie wiadomo, czy historia skończyłaby się dobrze, gdyby pewnego dnia nie spotkał białej Króliczki.

Kęstutis Kasparavičius, Marchewiusz Wielki

Historia Marchewiusza jest pisana serio, ale jednocześnie jest niesamowicie zabawna. Autor traktuje młodego czytelnika poważnie, nie ma tutaj mrugania okiem do dorosłego odbiorcy, ale jednocześnie miałam wrażenie, że gdzieś w tle tej historii słychać śmiech. Taki życzliwy i pełen ciepła. Bohaterowie Marchewiusza są sympatyczni i sympatycznie niezdarni. W tym magicznym świecie doskonale widać nasze ludzkie słabości: nieumiejętność zabronienia czegoś dziecku, myślenie stereotypami. Kęstutis Kasparavičius lubi jednak swoich bohaterów, a dzięki słabością stają się nam jeszcze bliżsi.

Dwie inne książki Kęstutisa Kasparavičiusa wydało Wydawnictwo Ezop. Bardzo jesteśmy ich ciekawi. Piotruś uznał, że „Marchewiusz Wielki” i „Florian Ogrodnik” na razie będą mieszkać na naszej półce.

Kęstutis Kasparavičius, Marchewiusz Wielki, tł. Alina Kuzborska, Martel
Kęstutis Kasparavičius, Florian Ogrodnik, tł. Alina Kuzborska, Martel

Wilki z Nowego Meksyku

„Wilki z Nowego Meksyku” przynieśliśmy z biblioteki, nie do końca wiedząc, czego się spodziewać. Nie widziałam poprzedniej książki Williama Grilla, ale dużo o niej czytałam. Książka była zagadką, bardzo kuszącą zagadką. W bibliotece leżała na półce dla najmłodszych (nie najszczęśliwszy wybór), a w domu niesamowita okładka przyciągnęła i Młodszego, i Starszego.

Wilki z Nowego Meksyku

Tymek docenił piękno tej książki i z uwagą obejrzał wszystkie plansze. Tematyka go nie poruszyła — chwilę wcześniej połknął „Wilki” Adama Wajraka, więc „Wilki z Nowego Meksyku” były dla niego jeszcze jedną krótką, ciekawie zilustrowaną historyjką o wilkach. Trochę za krótką. Za to Piotruś się w tej książce zakochał…

William Grill przenosi nas do dawnej Ameryki – Dziki Zachód powoli przestaje być dziki. Osadnicy są wszędzie, przejmują we władanie dziewicze obszary, zakładają farmy, przeganiają i tępią dzikie zwierzęta.

Wilki z Nowego Meksyku

W Nowym Meksyku żyje wataha wilków, prowadzona przez starego i mądrego Lobo, z którą nikt nie jest w stanie wygrać. Wilki omijają wszystkie pułapki, a sława Lobo dociera do najodleglejszych zakątków Ameryki i ściąga do Nowego Meksyku myśliwych i traperów, którzy marzą o schwytaniu legendarnego wilka. Przybywa tutaj także Ernest Thompson Seton — to jego opowiadanie stało się podstawą historii Grilla. 

Wilki z Nowego Meksyku

„Wilki z Nowego Meksyku” to nie bajka, ale prawdziwa historia zmagań człowieka z przyrodą i stopniowego budzenia się podziwu i szacunku dla natury. Spotkanie z Lobo zmieniło Setona — został obrońcą przyrody, założył skauting i chronił dziedzictwo Indian. William Grill pięknie pokazał przemianę myśliwego w człowieka, który zaczyna dostrzegać całość, widzi przyczyny i skutki, i uświadamia sobie, że bez pomocy ludzi świat zwierząt nie przetrwa.

Wilki z Nowego Meksyku

Książka to dokument, komiks i nostalgiczna bajka w jednym. Mój Młodszy dokładnie obejrzał wszystkie pokolorowane kredkami plansze, a potem długo milczał. Lektura historii Williama Grilla to wspaniały sposób, by zacząć mówić o ekologii i ochronie przyrody. Koniecznie do niej zajrzyjcie.

A ja zastanawiam się, jak chłopcy zareagowaliby na Curwooda. Na pewno to sprawdzę.

 

Ilustracje pochodzą ze strony wydawcy, Kultury Gniewu.

William Grill, Wilki z Nowego Meksyku, Kultura Gniewu 2017

Bogaś z Zielonej Łąki

Na ogromnej, ogromnej łące żył sobie mały, maluśki rycerzyk o imieniu Bogaś. Miał on małego, maluśkiego jabłkowitego konika Rogasia. Rogaś był Rogasiem, bo na czole miał róg.

Tak spokojnie i bajkowo zaczyna się łagodna i pełna czaru bajka Ingridy Vizbaraité. „Bogasia z Zielonej Łąki” wydało wydawnictwo Ezop w serii „Nasza mała biblioteka”.

Bogaś z Zielonej Łąki

Najpierw zauroczyły nas ilustracje. Marija Smirnovaité wyczarowała przepiękny, czarodziejski, delikatny i niesamowicie oddziałujący na wyobraźnię świat. Piotruś oglądał tę książkę długie chwile i w pełni go rozumiem, bo odmalowana na ilustracjach kraina jest niesamowicie wciągająca i sugestywna, wręcz magiczna. Z zapartym tchem oglądaliśmy piękną łąkę i jej mieszkańców, ciemną puszczę i żółtą pustynię z zieloną oazą kaktusów. Sami zresztą popatrzcie.

Bogaś z Zielonej Łąki

Bogaś z Zielonej Łąki

A jak się już naoglądaliśmy, mogliśmy zacząć czytać historię Bogasia, bardzo zajętego rycerzyka z Zielonej Łąki. Bogaś całymi dniami opiekował się łąką: czesał kudłate trzmiele, czyścił skorupki ślimakom, dbał, by dla wszystkich starczyło kropel rosy, bawił się z biedronkami. Jego wierny Rogaś towarzyszył mu każdego dnia. Kiedyś, w dniu, który nie różnił się niczym od innych, nad łąką pojawił się biały obłoczek, całkiem okrąglutki, i Bogaś nie mógł przestać o nim myśleć. Aż wreszcie wyruszył w podróż, by odnaleźć tajemniczą chmurkę.

Bogaś z Zielonej Łąki

Długa była droga przed Bogasiem. Musiał opuścić gościnną, znajomą Zieloną Łąkę. Podróżował przez Puszczę Szeptocji, przez bagna i przez pustynię, goniąc swoje marzenie. Różne miał przygody i spotkał w czasie swojej wędrówki różne stworzenia.

Bogaś z Zielonej Łąki

Opowieść jest spokojna, a Piotruś słuchał jak zaczarowany. Przeczytaliśmy tę książkę „na raz”, a potem mój synek zaniósł ją do łóżka, żeby zapamiętać, że mamy ją czytać także przed snem. Doskonale się zresztą do tego celu nadaje. Historia Bogasia jest opisana w dziewięciu krótkich rozdziałach — akurat na wieczorne czytanie. Ta śliczna opowieść o wierności swoim ideałom dobrze się nadaje dla wszystkich małych rycerzy jako pretekst do rozmowy, co to właściwie jest rycerskość. A potem można znowu zacząć oglądać magiczne ilustracje, które zdają się wciągać oglądającego wgłąb, a jednocześnie wydają się świecić i czarować. Według wydawnictwa „Bogaś z Zielonej Łąki’ nadaje się dla dzieci od szóstego roku życia, ale moim zdaniem spokojnie mogą poznać jego historię także młodsi czytelnicy, którzy na pewno polubią dzielnego i szlachetnego rycerzyka.

Ingrida Vizbaraité, Bogaś z Zielonej Łąki, Ezop 2015

Kot, który gada – i nie jest to kot w butach!

Był sobie raz staruszek Pettson, samotny i smutny, który mieszkał w małym domu trochę na uboczu i już nie potrafił się śmiać. Pewnego szczęśliwego dnia przyszła do niego sąsiadka, Beda Anderson, popatrzyła, a jakiś czas później przyniosła mu kotka. Kotek był malutki, zadziorny i śliczny, więc Pettson od razu się w nim zakochał, a na dodatek w końcu miał do kogo mówić. Jak się do kogoś dużo mówi, to ten ktoś sam może zacząć mówić. Kotek Findus, kiedy już zaczął mówić, gadał bez końca i Pettsonowi już nigdy nie było nudno. A dzięki temu my możemy z uśmiechem czytać o przygodach tej cudownej pary.

Sven Nordqvist, Kiedy mały Findus się zgubił

„Kiedy mały Findus się zgubił”, książka wydana przez Media Rodzinę, to jedna z wielu opowieści o przyjaźni trochę zbzikowanego staruszka i zwariowanego gadającego kota w zielonych spodenkach. Każdą część można czytać oddzielnie, ale moi chłopcy byli zachwyceni faktem, że w końcu wiedzą, jak to się wszystko zaczęło.

Autorem tekstu i ilustracji jest Sven Nordqvist. Mam wrażenie, że jego obrazki towarzyszą Tymkowi i Piotrusiowi od zawsze. Obaj lubili i lubią Mamę Mu, obaj z zachwytem ciągle szukają siostry w „Gdzie jest moja siostra„. Moi synowie bardzo lubią szukać na ilustracjach ciągle nowych szczegółów – obrazki Svena Nordqvista są bardzo dynamiczne, szkatułkowe, przy długim oglądaniu odkrywają tajemnice i sekrety. Często pokazują świat wielowarstwowy, oprócz znanych nam istot zaludniają je różne dziwne stwory i stworki. Czasami mam wrażenie, że zmieniają się z czasem, gdy nagle odkrywamy jaką dziwną chatynkę pod łopianem, a wydaje nam się, że tydzień temu, gdy czytaliśmy tę samą książkę, raczej jej nie było.

Sven Nordqvist, Kiedy mały Findus się zgubił

Czytaliśmy chyba wszystkie opowieści o Findusie, kilka mamy w domu, a w podróży często słuchamy audiobooka w świetnej interpretacji Jerzego Stuhra. Ten zwariowany kot, którego wszędzie pełno, to kwintesencja dziecka. Jest ciekawski, kreatywny, wygadany, zaborczy, ruchliwy, zadaje mnóstwo pytań i zawsze ma energię do zabawy. Staruszek Pettson to uroczy dziwak, a jego relacje z otoczeniem są genialne. Cała okolica (czyli tak naprawdę sąsiad Gustavson) traktuje go jak wariata i szaleńca, a on niewiele sobie z tego robi.

Lubię początek tej opowieści, bo przypomina mi moje dzieci. Findus, bezpieczny w domu, prosi Pettsona, by opowiedział mu, jak to było, gdy był mały i się zgubił. (Piotruś uwielbia takie historie o samym sobie, jak to było, gdy był malutki). A potem toczy się wspaniała opowieść, przy której moje dzieci raz po raz wybuchają śmiechem. Czasami opowieści o Findusie są odrobinę przegadane, ale w niczym to nie przeszkadza. Mam nadzieję, że też go polubicie.

Z Findusem i Pettsonem można się także poznać na stronie z grami – można na niej poukładać puzzle, zagrać w memory lub wydrukować figurki bohaterów książki. A przede wszystkim pooglądać wspaniałe ilustracje Svena Nordqvista.

Wilczek

Mamo, a o Wilczku już napisałaś — spytał mój syn, gdy dowiedział się, że piszę bloga o książkach dla dzieci. Przecież Wilczek jest fajny… A potem zaczął wymieniać inne książki, o których powinnam napisać. Chyba masz kropkę, stwierdził w końcu. Przez chwilę patrzyłam na niego zdumiona, a potem przypomniałam sobie rozmowę Tymka podczas budowania zamku z klocków: „Tato, jak zbudujemy dach? No nie wiem, synku, jestem w kropce”.
No więc mam kropkę, a właściwie nie mam, bo muszę przecież napisać o Wilczku.

 

Wilczek (Tatarak, 2007) to bohater książki Gerdy Wagener wspaniale zilustrowanej przez Józefa Wilkonia. Ilustracje są tutaj bardzo ważne, stanowią doskonałe dopełnienie tekstu. Na początku zresztą Tymka zaciekawiły głównie ilustracje. Nie chciał słuchać opowieści o Wilczku, chciał tę książkę oglądać.Wilczek jest inny niż reszta rodzeństwa: lubi szczaw, bawi się z zającami, a do wody wchodzi nie po to, by łapać pstrągi, ale po to, by robić tęczę. Nikt się go nie boi, nawet Mysz. Mysz postanawia Wilczkowi pomóc i przynosi mu podarunki od swoich przyjaciół, dzięki którym Wilczek ma być straszny i groźny: pasiaste futro od tygrysa, kolce od jeża, kły od lwa. Ha, ha, zaśmiewał się Tymek, przecież on wcale nie wygląda groźnie. A potem nagle spoważniał i stwierdził: mamo, to przecież znaczy, że ta Mysz nie bała się ani lwa, ani tygrysa, no nie? Mądre mam dziecko :-)„Wilczek” to opowieść o różnicach i o akceptacji. Mądra bajka, a o ilustracjach można by mówić i mówić. Są pełne magii, wiele rzeczy jest tylko zasugerowanych plamą lub kreską. Naprawdę świetne. Chyba lepsze niż tekst, który przy pierwszym czytaniu wydał mi się trochę niedokończony. Teraz, po wielu lekturach, wydaje mi się kompletny i „taki, jaki trzeba”, ale ogromnym atutem tej książki są ilustracje. Sądzę, że bez nich albo z innymi obrazkami „Wilczek” mógłby wydawać się jedną z wielu książek o odmienności, wcale nie aż tak wyjątkową.

A na marginesie: uwielbiam słowotwórstwo mojego synka. I nie mogę wyjść ze zdumienia, jak twórczo i wspaniale przetwarza frazeologizmy i jak śmiele sobie poczyna z gramatyką. Zdanie „mamo, no wechodź już do tego sezama” (bawiliśmy się w grotołazów) weszło chyba do rodzinnego słownika. Tak samo jak zwrot „iść łeb za łeb”. A na dodatek Tymek zaczyna prowadzić rozważania językowe: mamo, lama to zawsze pani, prawda. Dlaczego? Bo zobacz, ta mama i ta lama, a wielbłąd to zawsze pan, prawda? I jest tak dumy ze swoich odkryć, że trudno mu wyjaśnić, że może być inaczej. Aż żałuję, że tak dużo mi umyka i tak wiele zapominam.