Ach, jak wesoło bywa w Zatoce Pękatej Matyldy

Co jakiś czas Piotruś domaga się „Ronji, córki zbójnika” i „Braci Lwie Serce”. Bywa, że ma ochotę słuchać tych historii na okrągło, ale ostatnio po zakończeniu czytania poprosił o coś wesołego. Sięgnęłam więc po „Gofrowe serce” Marii Parr i okazało się, że był to strzał w dziesiątkę.

Gofrowe serce

Od razu wolę uprzedzić, że książka nie ma walorów uspokajających i nasennych, tak lubianych wieczorami przez rodziców. Słuchacze chichoczą, chichrają się, a chwilami wręcz zanoszą od śmiechu, choć są i takie momenty, że zamierają pod kołdrą i z napięciem czekają na dalszy ciąg. Im bliżej końca, tym robi się poważniej. 

Theobald Rodrik (rodzice potem żałowali, że tak go nazwali) Danielsen Yttergard, zwany przez rodzinę Kręciołkiem, mieszka w niewielkiej wiosce nad brzegiem zatoki zwanej Pękatą Matyldą. Jego najbliższą sąsiadką i najlepszą przyjaciółką jest Lena Lid. Nad zatoką mieszka także dziadziuś, rodzeństwo i rodzice Kręciołka oraz mama Leny. Jest jeszcze ciocia-babcia, wujek Tor i Izaak, lekarz — gdy ma się temperament Leny Lid, znajomość z lekarzem bardzo się przydaje.

Bohaterowie Marii Parr są blisko spowinowaceni z mieszkańcami Bullerbyn, choć jeszcze bliżej im do Lotty z ulicy Awanturników i do chłopca z pewnej zagrody ze Smalandii. Pokrewieństwo z Emilem zauważył nawet Piotruś. Kiedy tatuś Kręciołeczka krzyczał: Ty i Lena nigdy nie robicie tego samego dwa razy. Za każdym razem wymyślacie jakieś nowe wariactwo!, mój synek roześmiał się i stwierdził, że dobrze, że tato Kręciołka nie ma stolarni. Starszy westchnął za to znacząco, gdy brat Kręciołka stwierdza, że jego młodszy brat jest po prostu nienormalny. Każdy czytelnik znajdzie tutaj odrobinę z własnych doświadczeń.

Lena Lid to silna dziewczynka, która z oddaniem poznaje świat i nie lubi kompromisów. Jest bezpośrednia, nie boi się pytać i zawsze dąży do celu. Lena to chodzący wulkan ulegający emocjom. Kręciołek z zapałem jej towarzyszy, choć jest bardziej wycofany i bardziej refleksyjny. Zdarza się jednak, że to one jest główną sprężyną wydarzeń (cudowna opowieść o domu starców dla koni). Lena i Kręciołek to najlepsi przyjaciele, choć niewiele o tym mówią. 

Historia zaczyna się mocno: od kolejki linowej na wysokości pierwszego piętra i materaca z łóżka rodziców, a potem jest jeszcze lepiej. Czego tutaj nie ma: gnojówka i jałówka, poszukiwanie taty i kolędy na deptaku w środku lata, rozbijanie statku i próba stworzenia arki Noego, skoki na sankach i wielkie oblężenie. Wszystkie przygody wydają się jak najbardziej prawdopodobne — wyobraźnia dziewięciolatków bywa bezgraniczna. Mnie samą przeraża trochę liczba urazów i wstrząśnień mózgu, którym ulegają bohaterowie, ale cóż… Odpowiedzi na pytania same się nie znajdą, a doświadczenia same nie przeprowadzą. Od razu przyznaję: nie jestem tak wyrozumiała dla wyskoków moich synów i pewne pomysły tępię w zarodku (na przykład próbę wystrzelenia Młodszego z ogromnej procy — a jakże, były takie próby). Wolę także, jeśli obijają się z trochę mniejszym natężeniem.

„Gofrowe serce” to coś więcej niż tylko zestawienie zabawnych historyjek z życia dziewięciolatków i ich rodziców. Marii Parr udało się nakreślić wspaniałą, radosną, pełną wiary w ludzi, choć trochę staroświecką (tak w najlepszym stylu) opowieść o życiu i przyjaźni. Z powieściami Astrid Lindgren łączy tę książkę nie tylko pewien schemat opowieści (niewielka społeczność, otwarte, obdarzone wyobraźnią, kreatywne dzieci i cierpliwie towarzyszący im dorośli), ale także wiara w dobroć, beztroska i dziecięca naiwność. W życiu Kręciołka i Leny zdarzają się trudne i bolesne chwile, dzieci muszą zmierzyć się ze zmianami, na które ale pomagają im dorośli (cudowny dziadziuś), a i ich przyjaźń się wzmacnia i cementuje. Smutek przeplata się tutaj z radością, a bohaterowie stają się bliscy i dorosłym, i dziecięcym czytelnikom. Momentami wzruszenie chwytało mnie za gardło, a oczy Piotrusia robiły się coraz większe i większe. 

Warto poświęcić trochę czasu, by przez rok (w takich ramach czasowych zamyka się powieść) potowarzyszyć Kręciołkowi i Lenie i poczuć się, jak ogarnia nas, nawet zimą, prawdziwe lato. A przed nami lektura Tonji – już nie mogę się doczekać 🙂

Maria Parr, Gofrowe serce, il. Heleen Brulot, Dwie Siostry 2016

Reklamy

Znowu będzie o Morciszku….

Wiem, wiem, o tej książce wspomniano już chyba na każdym blogu. Zrozumcie… Piotrek kocha Morciszka i Babcię, uwielbia słuchać o przygodach ośmiorga rodzeństwa, a pytanie: czy ciężarówka się cieszyła, zwykle pada podczas czytania przynajmniej kilka razy. Nie mogę nie pisać, to po prostu imperatyw kategoryczny, bo „8+2 i pierwsze święta” to wymarzona, wytęskniona książka, o którą mój synek pytał wiele razy po lekturze pierwszych dwóch części serii. 

8+2 i pierwsze święta

Żeby Was nie zanudzić, poniżej znajdziecie dziesięć powodów, dla których warto zajrzeć do najnowszej części książki 🙂

1. Możecie się dowiedzieć, jak rodzicom i dzieciom mieszka się zimą w domku w lesie.

2. Poznacie noworoczne życzenie Marty.

3. Dowiecie się, co wymarzyła sobie Babcia i jak to się skończyło.

4. Zrozumiecie, że taca do kawy może mieć wiele różnych zastosowań.

5. Dostaniecie praktyczny poradnik, jak załatwiać pewne rzeczy w urzędach.

6. Nauczycie się korzystać z telefonu (jeśli do tej pory nie umieliście).

7. Zobaczycie inne oblicze zwykłego ziemniaka.

8. Poznacie ducha ze strychu.

9. Odkryjecie, co to znaczy tani wyjazd w góry.

10. Będziecie się po prostu świetnie bawić.

8+2 i pierwsze święta

Przyznaję, że my podczas lektury świetnie się bawiliśmy: i Piotruś, i ja. Ta książka nieustannie przypomina mi, co jest naprawdę ważne w życiu. Chciałabym tak pięknie umieć cieszyć się z rzeczy małych i tak mocno wierzyć, że dla chcącego nie ma nic trudnego. A teraz czekamy na kolejną część — mam nadzieję, że wydawnictwo Dwie Siostry zdecyduje się je wydać.

Anne-Cath Vestly, 8+2 i pierwsze święta, il. Marianna Oklejak, Dwie Siostry 2016

Twoje dziecko dostaje książki?!

Ktoś mnie zapytał, czy Mikołaj 6 grudnia przyniósł chłopakom jakieś książki i czy moi synowie nie byli zawiedzeni. Zamarłam… Co za pytanie! Oczywiście, że przyniósł i nie, nie byli zawiedzeni! Moje dzieci cieszą się z książek i lubią je dostawać. Książka jest fajnym prezentem i już. Inne rzeczy też dostają, ale z książek cieszą się ogromnie, tak jak wszyscy w domu. Znam co prawda dzieci, które książek nie lubią, ale im też zwykle dorzucam do prezentów jakieś książki w nadziei, że znajdzie się wśród nich taka, która sprawi, że czytanie stanie się przyjemnością. Gadałam już z tym drugim Mikołajem i on też w swoim worku będzie miał dla chłopaków książki. I wiem, że na ich widok podskoczą z radości pod sam sufit.

Co dostali tym razem? Tymek oglądał z pewną nieufnością cudowny, kreatywny zeszyt pod tajemniczym tytułem „To nie jest książka do matmy” (Dwie Siostry).

To nie jest książka do matmy

Dla jasności: Tymek bardzo lubi matematykę, ale w tej książce pojawiła się matematyka, z którą nie styka się zbyt często. Choć może inaczej: widzi ją, ale nie wie, że to matematyka. „To nie jest książka do matmy” Ann Weltman łączy matematykę i rysowanie. Nie jest to zwykły bazgroszyt, trzeba tutaj policzyć, pogłówkować, skorzystać z linijki czy cyrkla. 

To nie jest książka do matmy

Mamo, to nie jest łatwe! Nie jest, ale nie musi być. Nie jest łatwe, ale daje satysfakcję. Książka zapewnia mnóstwo zabawy z okręgami, parabolami, trójkątami, sześciokątami i mnóstwem różnych innych kształtów. Sporo jest tutaj łamigłówek i zagadek. Bardzo fajna pozycja, dla dzieci, które lubią główkować i rysować.

To nie jest książka do matmy

Powiem szczerze, że najchętniej bym Tymkowi tę książkę ukradła dla siebie. Też mam ochotę stworzyć własną kardioidę (tak fachowo nazywa się figura z zachodzących na siebie okręgów), pobawić się parabolami i stworzyć płatek Kocha albo fraktal. Hmm, może umieszczę ją na liście życzeń?

Piotruś nie dostał książki do bazgrolenia. Synek bardzo chciał jakąś „straszną” książkę, więc do naszego domu zawitała Nelly Rapp.

Nelly Rapp

Autorem książek o Nelly Rapp jest Martin Widmark, który napisał m.in. serię o Lassem i Mai. „Nelly Rapp i upiorna akademia” (Mamania) to pierwsza książka cyklu i Piotruś był odrobinę zawiedziony, że Nelly nie spotkała w niej za wielu potworów.

Pewnego deszczowego dnia rodzice Nelly otrzymują zaproszenie na przyjęcie. Nelly nie ma zbyt wielkiej ochoty jechać — przyjęcia zwykle bywają nudne, trzeba na nich grzecznie siedzieć, ładnie jeść i odpowiadać na głupie pytanie obcych ludzi. Stary zamek, siedziba wuja Hannibala, wygląda niesamowicie. Okazuje się także, że głównym powodem zaproszenia była sama Nelly: samodzielna, ciekawska, odważna i obdarzona dużą wyobraźnią.

Nelly Rapp

Tym razem Nelly nie spotyka zbyt wielu potworów – musi jednak udowodnić, że nadaje się na upiornego agenta, poskromiciela wampirów. Piotruś na początku obejrzał jednobarwne, sepiowe ilustracje i uznał, że tej książki nie będziemy czytać przed snem. Zaczął ją także podczytywać sam, ale niestety słowo „uśmiechnął” okazał się na tym etapie nie do pokonania. 

Nelly Rapp

To dobra lektura dla starszych przedszkolaków i młodszych szkolniaków. Nie jest straszna (nie sugerujcie się ilustracjami), choć Piotruś bardzo przeżywał egzamin Nelly. My przeczytaliśmy ją w jedno popołudnie — to 90 stron tekstu zapisanego dużą czcionką. Sposób wydania zachęca do prób czytelniczych dzieci, które dopiero zaczynają swoją przygodę z samodzielnym czytaniem. Akcja jest wartka, a Piotrek od razu dopisał kolejne przygody Nelly na listę wymarzonych prezentów od Świętego Mikołaja — przecież musi wiedzieć, co było dalej! Też jestem ciekawa, bo pierwsza część cyklu nie daje odpowiedzi, jak będą konstruowane kolejne części.

A wasze dzieci lubią, gdy Mikołaj przynosi im książki?

Martin Widmark, Nelly Rapp i upiorna akademia, Mamania 2016

Ann Weltman, To nie jest książka do matmy, Dwie Siostry 2015

Kiedy w końcu będzie Meto?

To pytanie zadaje mi od pewnego czasu Tymek. Za każdym razem, gdy grzebie po półkach w poszukiwaniu nowej książki i jego wzrok pada na dwa stojące obok siebie tomy trylogii. Zwykle słyszę wtedy: mamooo, sprawdź, czy już wydano trzeci tom! Sprawdzam, data wydania jest przesunięta, a moje dziecko jęczy: znooowu, no ile można czekać. Czekamy więc oboje niecierpliwie na trzeci tom przygód Meto, które — tak podano na stronie Dwóch Sióstr — ma się pojawić w styczniu 2017 r.

MetoMeto 2

 

 

 

 

 

 

 

 

To nie jest łatwa i przyjemna lektura i miałam trochę obaw przed daniem jej Tymkowi. Nie chodzi o styl opowieści, bo ten jest wartki i płynie żwawo, więc byłam pewna, że go wciągnie i pochłonie. Zastanawiałam się raczej, czy mój syn jest gotowy na antyutopię pokazaną od strony dzieci, na tak silny obraz podporządkowania i kontroli. „Meto” Yvesa Greveta to jednak książka skierowana do dzieci, a ja nie chcę serwować moim synom lukrowanego obrazu świata. Tymek książkę przeczytał i bardzo mu się spodobała (inaczej by co chwila nie jęczał i nie kazał mi sprawdzać, czy kolejny tom już się pojawił).

Meto to jeden z chłopców przebywających w szkole na wyspie ulokowanej w kraterze wygasłego wulkanu. Nie wie, kim był wcześniej, nie wie, jak trafił do szkoły, cała jego przeszłość została wymazana. Doskonale zna za to nieludzie zasady panujące w szkole: rozbudowany system kar, odczłowieczeni strażnicy, reguły wymuszające na dzieciach absolutne panowanie nad własnymi emocjami. Nie zna także swojej przyszłości — wie jedynie, że pozostanie w szkole dopóki nie złamie się pod nim cienka deska łóżka. Potem zniknie, tak jak wielu innych chłopców, a na jego miejscu pojawi się drugi chłopiec bez przeszłości. W Domu wiadomo, co trzeba robić, ale panujące tu zasady nie są racjonalne. Ich głównym celem jest przycięcie chłopców do jednego wzoru, zmuszenie do myślenia w jeden sposób, pozbawienie chęci do indywidualnego działania.

Obserwowanie, jak w chłopcach budzi się ciekawość, jak jest naprawdę, co dzieje się poza Domem i poza Wyspą jest fascynujące. Chłopcy chcą się dowiedzieć, kim są, skąd pochodzą — w ich rzeczywistości na te pytania niełatwo odpowiedzieć. Meto stara się być sobą w tym niełatwym świecie i pomagać innym, tak by sobie nie zaszkodzić. Cały czas czujemy atmosferę grozy i kontroli — komu można zaufać, jak zostanie odczytane dane zachowanie, co można powiedzieć, a kiedy trzeba milczeć, jak mocno można nagiąć reguły, by nie ściągnąć na siebie straszliwej kary? Czy przyjaciel rzeczywiście jest przyjacielem? Czy zwierzenie innego ucznia nie jest pułapką? Meto wie, że ciągle ktoś go obserwuje, że nawet we śnie nie jest bezpieczny.

Pierwszy tom kończy się ucieczką z Domu. Okazuje się jednak, że nie wszystko przebiegło tak, jak chłopcy zaplanowali. Z jednego brutalnego świata trafiają do drugiego, równie brutalnego, równie pełnego grozy, choć jednocześnie mniej przewidywalnego. Tom drugi jest — moim zdaniem — odrobinę słabszy, ale pozostawia po sobie wiele pytań i natychmiastową chęć dowiedzenia się, co było dalej. Doskonale więc rozumiem zniecierpliwienie Starszego. Uciekinierzy z domu są starsi, stają się mężczyznami — Yves Grevet świetnie potrafił pokazać ich dorastanie i przemianę. Trudna to była dla mnie lektura — spróbujcie sobie wyobrazić dorastanie chłopców od zawsze pozbawionych miłości, wychowywanych według brutalnych reguł, zanurzonych w świecie, gdzie liczy się siła. Nie chcę pisać za dużo, żebyście sami mogli odkryć, co przeżył Meto.

Warto do tych książek zajrzeć. Piotrusiowi ich jeszcze nie pokażę, jest na to za mały, choć na pewno atmosfera książki by go wciągnęła. Tymek zadawał pytania, ale potrafił odróżnić książkę i fantazję od otaczającego go świata. Wydawca poleca trylogię dla czytelników od dwunastego roku życia. Nadaje się także dla wyrobionego dziesięciolatka pod warunkiem, że nie będzie to pierwsza „bardziej dorosła” książka, jaką przeczyta i że ktoś później z nim o niej porozmawia. Zresztą zajrzyjcie do tej książki i sami oceńcie — Tymek powiedział, że świat książki wcale nie jest bardziej brutalny od świata niektórych gier, które poznał u kolegów. 

 

 Yves Grevet, Meto. Dom, Dwie Siostry 2014

 Yves Grevet, Meto. Wyspa, Dwie Siostry 2015

Popłynąć rzeką czasu

Są takie książki dla dzieci, do których trzeba dorosnąć. Są takie, z których nigdy się nie wyrasta. Są też takie, które urzekają wszystkich. Dla mnie taką książką jest właśnie „Rzeka czasu” Petera Goesa. Piotruś dostał ją na urodziny i myślę, że będzie wracał do niej jeszcze wielokrotnie. Początki nie były obiecujące: zajrzał i pobiegł do innych prezentów. A ona leżała i kusiła, kusiła. Widziałam, jak przyciąga: zajrzały do niej wszystkie dzieci i chyba wszyscy dorośli Piotrusiowi goście. Niektórzy dorośli nawet od razu ją zamówili dla swoich dzieci, tak bardzo spodobała im się rzeka wydarzeń, w której mogli się zanurzyć.

Rzeka czasu

Najpierw, bardzo dawno temu (choć nie aż tak dawno: 13,7 miliarda lat temu nie brzmi imponująco przy googolach i googolpleksach — Piotrusia, tak jak kiedyś Tymka, fascynują wielkie liczby, tak wielkie, że niewyobrażalne) zdarzyło się wielkie bum, które naukowcy nazywają Wielkim Wybuchem. Od niego zaczęło się wszystko, ale musiało minąć jeszcze bardzo dużo czasu, by na Ziemi pojawiło się życie, którego ślady możemy odszukać. Tutaj zaczyna się właściwa rzeka czasu. Wskakujecie z nami do łodzi?

Rzeka czasu

Rzeka płynęła na początku szerokim, wolnym strumieniem. Podczas żeglugi mijamy dinozaury, wielkie stwory, które na długi czas zdominowały planetę. Gdyby nie wyginęły, być może nie byłoby ludzi. 

Rzeka czasu

Gady zniknęły z powierzchni ziemi, wielkie wymieranie przetrwały mniejsze gatunki, a potem pojawili się ludzie. Rzeka powoli zaczyna przyspieszać. Migają nam przed oczami wielkie lasy, wielkie zwierzęta i mali ludzie z kamiennymi narzędziami kryjący się po jaskiniach. Trochę jeszcze niepodobni do nas, ale stopniowo coraz mocniej ujarzmiający przyrodę. Budują pierwsze osady, oswajają zwierzęta, uprawiają ziemię, wynajdują narzędzia…

Rzeka czasu

Z biegiem lat akcja przyspiesza, a z naszej łódki widać coraz więcej. Chłopcy z ogromnym zainteresowaniem oglądali kolejne plansze. Dwóch prawie jedenastolatków, Tymek i Olek, przybiegało z rewelacjami: tutaj jest Egipt! Widziałaś wieżę Babel? A wiedziałaś, ciociu, że Celtowie walczyli nago, a Attyla udusił się własną krwią?

Podpisy pod planszami nie są zbytnio rozbudowane. Ot, kilka, może kilkanaście zdań, by zrozumieć, gdzie akurat dopłynęliśmy. Za przykład niech nam posłużą wyprawy krzyżowe, które chłopaki długo kontemplowali.

Rzeka czasu

Gdy muzułmanie zajmowali coraz większe obszary Bizancjum, cesarz Aleksy I Komnen poprosił papieża Urbana II o pomoc. W 1095 roku papież wysłuchał jego prośby i wezwał do zbrojnej pielgrzymki (czyli krucjaty albo wyprawy krzyżowej) do Ziemi Świętej. W 1096 roku do Jerozolimy wyruszyły dwie wyprawy. Najpierw tak zwana wyprawa ludowa, złożona głównie z cywilów, która jednak została rozbita po drodze, a potem znacznie lepiej zorganizowana wyprawa rycerska. Po ciężkiej wędrówce wojska chrześcijańskie rozpoczęły oblężenie Jerozolimy, która poddała się 15 lipca 1099 roku. Jej zdobycie zakończyło się rzezią mieszkańców. Na opanowanych obszarach Palestyny i Syrii krzyżowcy założyli cztery chrześcijańskie państwa. W ich obronie wyruszyło jeszcze kilka krucjat. Ostatnia z nich odbyła się w latach 1271-1272. Okres wypraw krzyżowych zakończył się w 1291 roku, gdy muzułmanie zdobyli Akkę — ostatni bastion chrześcijański na tym terenie.

Tyle teorii — pozostają jeszcze podpisy na planszy. To właśnie one przykuły uwagę chłopaków i trudno im się dziwić. Można się z nich dowiedzieć, jak nazywały się wikińskie łodzie, jakie zwierzęta tresowano w starożytnych Chinach i w co wierzyli Inkowie. Rzeka czasu przepływa przez wszystkie kontynenty i wszystkie epoki. Tymek śledził polskie ślady i kilka znalazł — tajne Polskie Państwo Podziemne i znak Polski Walczącej, a potem logo Solidarności w latach osiemdziesiątych. Nie wiem, czy to zamysł autora książki, czy ingerencja wydawcy Dwóch Sióstr, ale te polskie ślady są bardzo inspirujące.

Rzeka czasu

Im bliżej współczesności, tym bardziej rzeka wiruje i zakręca, tym więcej mielizn i rozlewisk. Ostatnia plansza dotyczy lat po 2010 roku. Zostaje po jej obejrzeniu wiele pytań, na które już sami musimy odpowiedzieć.

Książka Petera Goesa to świetna lektura. To książka do czytania i oglądania — Piotrek ją ogląda, a Tymek czyta do poduszki. Plansze są przydymione, na każdej dominują właściwie dwa kolory: czerń i kolor tła, dzięki czemu każda barwna plama jest doskonale widoczna.

A jeśli ktoś ma jeszcze wątpliwości, czy warto mieć tę książkę, niech ją kupi dla walorów edukacyjnych. Może dziecko nie zdobędzie wielkiej wiedzy historycznej, ale przynajmniej odkryje, że jedne wydarzenia następują po drugich, dowie się, kiedy odkryto druk, a kiedy świat ogarnęła gorączka odkrywania nowych ziem. No i oczywiście będzie wiedzieć, że Attyla, Bicz Boży, wódz Hunów, którzy w IV wieku spustoszyli Europę, udusił się własną krwią — gwarantuję, że tę informację każdy chłopak zapamięta na pewno.

Peter Goes, Rzeka czasu. Podróż przez historię świata, Dwie Siostry 2016

Joachim Lis. Detektyw dyplomowany

Po lekturze przygód Maurycego i Ogryzka Piotruś ma ochotę głównie na książki o detektywach i rabusiach. Lassego i Maję znamy całkiem nieźle, więc padło na historię Joachima Lisa, detektywa dyplomowanego z Modrzejowa.

Joachim Lis

Książkę Ingemara Fjella (bardzo tajemniczy autor, trudno o nim cokolwiek znaleźć w sieci) wznowiło wydawnictwo Dwie Siostry w serii „Mistrzowie ilustracji”. Zilustrowała ją Teresa Wilbik, uczennica Jana Marcina Szancera. Bardzo lubię jej ilustracje, z dzieciństwa pamiętam „Jasia i Małgosię”, „Liść kapusty na pociechę” i Osiołka Gapę — choć dopiero teraz zorientowałam się, że wszystkie te książki ilustrowała właśnie Teresa Wilbik. Ilustracje do „Joachima Lisa. Detektywa dyplomowanego” są świetne: delikatne, czarno-białe. Dla mnie: angielskie i jak ze starego kryminału. Gdy je oglądam, przypominam sobie książki Agaty Christie i Conan Doyle’a — nic na to nie poradzę, po prostu tak mam 🙂

Joachim Lis

Joachim Lis mieszka w Modrzejowie, małym miasteczku zagubionym w lesie, tak małym, że nie ma go na żadnej mapie. Zamieszkują je wyłącznie zwierzęta. Joachim wykształcił się na szewca, tak jak jego ojciec i dziadek. Pewnego dnia uznał jednak, że życie szewca mu nie odpowiada i postanowił coś zmienić. Skończył z celującą oceną Korespondencyjny Kurs dla Detektywów Prywatnych, zmienił warsztat na biuro i oczekiwał na klientów. A traf chciał, że w tym samym czasie z domu kupca Bonifacego Borsuka zniknęło dziesięć słoików malinowych konfitur. Z czasem okazało się, że sprawcą tajemniczych kradzieży (bo na konfiturach się nie skończyło) jest Świszczący X (poczuliście ten dreszcz? — takiego imienia nie może nosić byle rabuś).

Joachim Lis

Historia Joachima wciągnęła Piotrusia bez granic. Nie mógł się doczekać, co będzie dalej i kiedy w końcu Joachim złapie rabusia. Słuchał z wypiekami na twarzy i niepokojem w oczach. W kącie pokoju urządził swoje własne biuro detektywistyczne: są tam kredki, nożyczki, trochę krzywo przyciętych karteczek, herbatniki i butelka wody (na wszelki wypadek). No i oczywiście dwie lupy oraz latarka. Na kartce widnieje szyld: Biuro Piotra. Tam mój synek od kilku dni czeka na klientów gotowych zlecić mu rozwiązanie nietypowej sprawy kryminalnej. Na razie co prawda szukał tylko zagubionych korali mamy oraz próbował rozwikłać zagadkę znikających samochodzików, ale ciągle wierzy, że pojawi się jakaś PRAWDZIWA sprawa. Dobrze, że wzorem Joachima nie kazał sobie sprawić kraciastej peleryny i nie zażądał fajki.

Joachim Lis

 

Zdjęcia pochodzą ze strony wydawnictwa Dwie Siostry

 

Ingemar Fjell, Joachim Lis, Wydawnictwo Dwie Siostry 2008

Ośmioro dzieci, ciężarówka i wiele więcej

Z Tymkiem czytaliśmy te książki już dawno temu, z Piotrusiem właśnie skończyliśmy i mój synek się zakochał. Przejrzałam mnóstwo internetowych stron w poszukiwaniu dalszych części w wersji anglojęzycznej, ale chyba nie ma — jeśli ktoś wie, gdzie je znaleźć, niech się podzieli tą informacją, uszczęśliwi tym sympatycznego prawie sześciolatka! 

8+2 i ciężarówka
8+2 i domek w lesie

 

 

 

 

 

 

Przygody wielkiej, wesołej i sympatycznej norweskiej rodziny wciągnęły Piotrusia na długo, choć najchętniej zmusiłby mnie do przeczytania jej „na raz”. Słuchał o przygodach Maren Dwanaście, Marcina Dziesięć, Marty Dziewięć, Madsa Osiem, Mony Sześć, Milly Pięć, Miny Cztery i Morciszka Dwa — Piotrek nie zaakceptował faktu, że drugą część tłumaczył ktoś inny, Morciszek miał zostać Morciszkiem, i już! — śmiał się w głos i co chwila komentował. Norweska rzeczywistość sprzed wielu lat wydawała mu się momentami dobrze znana, a chwilami bardzo egzotyczna. Najchętniej popróbowałby takiego życia i pojeździł tak fascynującą ciężarówką. Nieustająco także dopytywał, ile kto ma lat — aż zastanawiałam się, czy nie napisać sobie ściągawki.

W pierwszej części (8+2 i ciężarówka) poznajemy sympatyczną rodzinę mieszkającą w maleńkim mieszkaniu gdzieś w norweskim mieście. Nie jest to znana nam Norwegia — rodzina jest biedna, w domu nie ma łazienki, do dyspozycji mają tylko pokój i kuchnię. Aż trudno uwierzyć, jak bardzo zmieniła się Norwegia. Dzieci w tej książce są fascynujące: samodzielne, zaradne, myślące. Przy lekturze cały czas miałam wrażenie, że są takie, bo pozwolono im na to (i trochę muszą takie być przy tak wielkiej rodzinie). To też znak czasów: dzisiaj dzieci dużo dłużej są mało samodzielne, bo tak bardzo się o nie boimy. Razem z dziećmi, rodzicami i babcią (och, ta babcia!) chodzimy po mieście, oswajamy sąsiadów, wyjeżdżamy na wycieczki. Życie sympatycznej rodzinki wciąga i chcemy się z nimi zaprzyjaźnić na dłużej. 

W drugiej części (8+2 i domek w lesie) rodzina mieszka już gdzie indziej (tajemnica przeprowadzki wyjaśnia się pod koniec pierwszej części). Wokół ich domu jest las, cudowne miejsce na przeżywanie przygód. A na dodatek mieszka z nimi babcia — jedna z najbardziej niesamowitych książkowych babci. Piotrek marzył, by jego Babcia znała się na zabawie w Indian, zakładała pułapki nad drzwiami i udawała ducha na strychu. Nie każda babcia jednak to potrafi, a babci sympatycznej ósemki zdecydowanie na dobre wyszło opuszczenie domu dla staruszków i zamieszkanie w leśnym domku.

Wcale się nie dziwię, że historia wielkiej rodziny stworzona przez Anne-Cath Vestly należy do jednej z najpopularniejszych serii w Norwegii. Sama mam ochotę dowiedzieć się, co było dalej i wcale się nie dziwię Piotrusiowi, że po lekturze miał wielką ochotę na gofry i wycieczki. Jest w tych książkach jakieś ciepło i mądrość, które przypominają historie Astrid Lindgren. Znalazłam w nich także kilka pomysłów wychowawczych, które zamierzam skopiować w realnym życiu — zacznę od biegania wokół dzielnicy, by pozbyć się złości. Zobaczymy, ile kółek nam wystarczy. 

Anne-Cath Vestly, 8+2 i ciężarówka, Dwie Siostry 

Anne-Cath Vestly, 8+2 i domek w lesie, Dwie Siostry 

Niech żyje różnorodność!

„Pięciu nieudanych” Beatrice Alemagna (wydawnictwo Dwie Siostry, seria „Polecone z Zagranicy”) to druga książka o pięciu bohaterach, którą czytamy w tym tygodniu. Tymek ją obejrzał i przeczytał, ale jest to zdecydowanie książka dla młodszych dzieci. Mój starszy syn uznał, że jest za krótka i niewiele się w niej dzieje, a on szuka ostatnio głównie wartkiej akcji.

Historia napisana i zilustrowana przez Beatrice Alemagna przykuwa uwagę ilustracjami, które są nieoczywiste, namalowane jakby od niechcenia, wydają się być równie „nieidealne”, jak bohaterowie książki.

Jest ich pięciu: innych, nieudanych, niezbyt pięknych, zadowolonych z siebie i raczej szczęśliwych. Jeden jest dziurawy, drugi, a raczej druga, ciągle stoi na głowie, a torebkę nosi na nodze, trzeci jest z gazety chyba i cały poskładany, czwarty – sflaczały – przypomina rozciągnięty balonik, z którego zeszło powietrze, i ciągle śpi, a piąty felerny, a wygląda jak przerośnięty kartofel. Nie są śliczni. Mieszkają w krzywym domku, tak samo dziwacznym jak oni sami, i wydaje się, że nic więcej nie jest im do szczęścia potrzebne.

Pięciu nieudanych

Pewnego dnia pojawia się nieproszony gość – cały idealny i doskonały (Piotruś skomentował, że on jest całkiem dziwaczny i jemu się nie podoba) i próbuje wszystko zmienić. A wtedy okazuje się, że nieudana piątka bardzo lubi swoje wady, jest świadoma swoich zalet i wcale się zmieniać nie ma ochoty.

Ta książeczka wydaje się niepozorna, ale przyciąga uwagę i nie pozwala o sobie zapomnieć. W dzisiejszym świecie, gdy wszyscy powinniśmy być piękni, młodzi, szczupli i wygimnastykowani bycie innym bywa trudne, a bycie innym i na dodatek zadowolonym z siebie – bardzo trudne. Bohaterowie tej książki pokazują, że można inaczej, że można akceptować siebie i być zadowolonym z życia, nawet nie wyglądając zgodnie z ustalonym i promowanym wzorem. A i wzorzec przy bliższym przyjrzeniu się wcale nie jest taki idealny. Piotruś w pewnym momencie stwierdził, że gdyby wszyscy byli tacy sami byłoby nudno – i ma rację. Wady, jak mówi Felerny, pozwalają nam cieszyć się z małych zwycięstw i codziennych sukcesów. Lubię takie nieoczywiste książki, o których potem długo można myśleć i które sprawiają, że rozmowa z dziećmi przeradza się w długą dyskusję i zbacza na różne tematy.

Pod ziemią pod wodą, czyli o czytaniu na dywanie

Książki Aleksandry i Daniela Mizielińskich kochamy od dawna, od kiedy tylko pojawiły się na rynku. Chłopcy nieustająco wyciągają je z półek, oglądają i komentują. Niektóre budzą ogromne emocje („Domek”, seria „Mamoko”, „Mapy”, „Kto kogo zjada”), do innych Tymek i Piotruś zaglądają rzadziej, ale i tak zaliczają je do największych skarbów.

Całkiem niedawno do kolekcji dołączyła „Pod ziemią pod wodą”, książka wydana w zeszłym roku przed wydawnictwo Dwie Siostry, formatem w niczym nie ustępująca gigantycznym „Mapom”. Dostał ją Piotruś, ale jako pierwszy dorwał się do niej Tymek i wcale nie miał ochoty bratu oddawać. W końcu jednak doszliśmy do porozumienia i chłopaki obejrzeli ją wspólnie: od przodu, potem od tyłu, czyli od drugiego przodu, potem od środka, a potem znowu od początku.

Mizielińscy, Pod ziemią, pod wodą

Książka jest fantastyczna. Na wielkich rozkładówkach pokazane są różne ciekawostki ze świata podwodnego i podziemnego: zwierzęta i rośliny, ludzie i statki, wulkany i kopalnie, trochę historii i trochę współczesności. Obie części zbiegają się w środku, na stronie poświęconej jądru ziemi. To cudowna podróż przez najgłębsze jaskinie do najgłębszych kopalni i w głąb morskiej otchłani. Ilustracje uzupełnione są mnóstwem informacji. Aż sama się zdziwiłam, jak wiele wiedzy w niej zawarto. Po lekturze „Pod ziemią pod wodą” musiałam szukać dodatkowych informacji o Titanicu, Rowie Mariańskim, właściwościach topinamburu i sposobach jego uprawy. Piotruś zapragnął zwiedzić jakieś kanały i wybrać się do jaskini, Tymek rozważał, jak niebezpieczne było nurkowanie w danych czasach. Co jakiś czas synkowie rozkładają album na dywanie i z namaszczeniem przystępują do oglądania, bo na podłodze najwygodniej. Nic się nie zamyka, nic nie przeszkadza i można swobodnie obchodzić książkę wokoło.

Mizielińscy, Pod ziemią, pod wodą

Mizielińscy, Pod ziemią, pod wodą

 

Wiele ilustracji z tej książki można obejrzeć na stronie Hipopotam Studio.

Ta książka nie jest w stanie się znudzić, zaciekawi każdego i zmusza do zadawania pytań i szukania odpowiedzi. Jedyną trudność sprawia czasami znalezienie punktów odniesienia – ale to trudność tylko dla rodzica. Niełatwo bowiem odpowiedzieć na zadane znienacka pytanie: czy bylibyśmy w najgłębszej głębi, gdyby powierzchnia wody była tam, gdzie dach dziesięciopiętrowego bloku? Dla ułatwienia podpowiem, że dziesięciopiętrowy blok ma ok. 35 metrów, a Titanic znajduje się na głębokości -3800 m. Jeśli nie macie ochoty odpowiadać na pytanie, ile bloków trzeba na sobie postawić, by zobaczyć, jak to głęboko, nie kupujcie dzieciom tej książki. Ale tylko wtedy 🙂

O wyobraźni i wędrowaniu

Jako dziecko uwielbiałam wędrować palcem po mapie. Niszczyłam wychuchane atlasy mojego ojca, wyrysowując na nich podróże moich ulubionych bohaterów. Każda wyprawa Tomka Wilmowskiego była wyrysowana innym kolorem. Tato przestał się gniewać, gdy odkrył, że bez błędu wyliczam długość i szerokość geograficzną i mogę z nim dyskutować o klimacie Indii, a ćwiczenia z geografii wypełniam „od deski do deski” we wrześniu. Uznał, że pomazane atlasy to stosunkowo niska cena.

Teraz próbuję zarazić pasją do wędrowania po mapie moich synków. Na ich półkach stoi wiele różnorodnych atlasów: świata, poszczególnych kontynentów czy krajów.  Najchętniej zawiesiłabym na ścianach mapy, żeby moje dzieci ćwiczyły wyobraźnię. I jest kilka fajnych książek, które naprawdę w tym pomagają.

Pierwsza z nich to „Mapy” wydane przez Dwie Siostry. Dokładnie można je sobie obejrzeć na stronie wydawnictwa oraz na stronie autorów, państwa Mizielińskich. O „Mapach” powiedziano już chyba wszystko: że piękne, że ogromne, że ciekawe, że dla każdego, że mnóstwo informacji, że, że, że….

Mizielińscy. Mapy

„Mapy” to nie jest typowy atlas. To książka, która skłania do tworzenie mnóstwa planów i organizowania podróży. Moich chłopcy już od dawna wiedzą, gdzie pojadą i co obejrzą. Piotrek ogląda mapy bardziej wybiórczo: był czas, gdy szukał na nich tylko pociągów, teraz bardziej interesują go zamki, więc zamiast Japonii, planuje odwiedzić Europę. Tymka fascynuje ogrom informacji zawartych w obrazkach. On już nie wyobraża sobie, że można nie czytać, a tutaj odkrywa, że wiedza niekoniecznie musi być zawarta w literach. To prawie jak odkrycie znaczenia hieroglifów w starożytnym Egipcie.

Mimo że „Mapy” są ogólnie znane, nie mogłam odmówić sobie przyjemności wrzucenia ilustracji 🙂

Mizielińscy. Mapy

Mapy narysowane przez Aleksandrę i Daniela Mizielińskich przypominają mi starożytne freski. To wiedza zawarta w obrazkach, bez skali geograficznej, bez bardzo uproszczonych symboli. Świat jest bogaty, a jednocześnie łatwiejszy do zaakceptowania i przyswojenia niż na tradycyjnych mapach. Wydaje się ogromny, ale jest także bardziej przyjazny, łatwiejszy do oswojenia i wspaniały w swojej różnorodności.

Drugą książką, którą podsuwam swoim chłopakom, jest „Dokąd iść? Mapy mówią do nas” Heekyound Kim z ilustracjami Krystyny Lipki-Sztarbałło, wydana przez Entliczek.

Dokąd iść. Mapy mówią do nas

Trudno mi ubrać w słowa to, co myślę o tej książce. Są tam przeróżne mapy: mapa krwiobiegu i londyńskiego metra, mapa z patyczków i kamyków używana dawno temu przez mieszkańców Wysp Marshalla i mapa starożytnego Rzymu, mapa genomu i mapy azjatyckie, wybijające nas trochę z europejskiej dumy i zmuszające do zastanowienia nad naszą pozycją w świecie. Z całej tej książki bije szacunek do inności i fascynacja ludzkimi próbami uporządkowania tego, co nas otacza, i tego, co ciągle jest tajemnicą.

Dokąd iść. Mapy mówią do nas

Dokąd iść. Mapy mówią do nas

Książka kończy się słowami: „Wiemy, że mapy mówią nam różne rzeczy. Istnieją mapy, których mowy nie można zrozumieć: mapa turecka, narysowana 8200 lat temu; mapa twoich myśli; mapa, którą narysowałaś/eś na pościeli… (W Korei, gdzie dziecko zrobi siusiu do łóżka, mówi się, że „narysowało mapę”). Co te mapy nam mówią?”

Wcale mnie nie dziwi, że co jakiś czas przyłapuję moich synów na przeglądaniu tej książki. Świat wokół nas może jawić się jako wielka mapa, którą musimy nauczyć się odczytywać. A wypatrywanie tropów wokół to doskonały sposób, by ten świat poznać. Możemy śledzić emocje, szukać śladów przeszłości, patrzeć, jak powstają nowe drogi, szukać nowych ścieżek. Można wyrysować mapę swojego domu i mapę swojej rodziny – świetna książka, która prawie siłą namawia do działania, rozmowy i uważnego patrzenia.

A na koniec trzecia książka… Czy myśleliście kiedyś, żeby pojechać tam, gdzie jeszcze nikt nie był? Albo odkryć coś, co jeszcze nie zostało odkryte? Wtedy warto zajrzeć do „Atlasu wysp odległych” wydanego przez Dwie Siostry.

Atlas wysp odległych

Jak napisała w podtytule sama autorka, Judith Schalansky, to pięćdziesiąt wysp, na których nigdy nie była i nigdy nie będzie.

Wyobraźmy sobie wyspy maleńkie jak okruszek. Tak małe, że w zwykłych atlasach nawet nie są zaznaczone lub są maleńkim ziarenkiem rzuconym na ocean. Ich nazwa zwykle zajmuje dużo więcej miejsca, niż zaznaczona na mapie powierzchnia. I właśnie takie wyspy zostały opisane w atlasie.

Atlas wysp odległych

To książka bardziej dla Tymka niż dla Piotrka.

Atlas wysp odległych

A może nawet bardziej dla jeszcze starszych dzieci? Jak cudownie jest planować podróże i marzyć, że gdzieś na oceanie jest wyspa tak maleńka, że jeszcze nikt jej nie odkrył? Ta książka to opis wysp, ale także wypraw, które doprowadziły do ich odkrycia. Świat staje się bliski, na wyciągnięcie ręki. Wyspy zaczynają być prawdziwe i realne, przestają być tylko punktem na mapie. Ta książka to chwila oddechu w  zagonionym świecie i doskonały powód, by ciągle marzyć.

Miłych wypraw palcem po mapie.