Mirabelka

„Mirabelka” Cezarego Harasimowicza to ostatnia książka, jaką przeczytałam w 2018 r., jeszcze przed sesją gier planszowych z synami, którą uczciliśmy Sylwestra. Szukałam książki o Historii i o Zagładzie, a znalazłam lekturę opowiadającą o trudnych czasach i splątanych polskich losach. Ta książka uczy, jak patrzeć z nadzieją w przyszłość, jak z przeszłości wyłania się to, co jest dzisiaj i jak my dzisiaj możemy i musimy o zadbać o pamięć o tym, co było.

Cezary Harasimowicz, Mirabelka

Uprzedzam, wstęp będzie nieco przydługi. Sięgnęłam po „Mirabelkę”, poszukując książek, które pokażą całkiem niedawną historię, tak aby poruszyć, ale nie przerazić. Podczas jednej z rozmów z moim inteligentnym i oczytanym Starszym zrozumiałam, że moje dziecko nie wie niczego o czasach, które dla mnie są ciągle bliskie. To znaczy zna fakty, daty i nazwiska, ale jednocześnie niczego nie rozumie. W ferworze dyskusji nagle palnął, że przecież pobyt w obozie koncentracyjnym, to była taka przygoda, może trochę straszna. Potem nie mógł zrozumieć mojego oburzenia, zgorszenia, złości, a ja zastanawiałam się, czy mogę dać dwunastolatkowi Borowskiego i Hannę Krall do czytania.

Dla mojego pokolenia, wychowanego w czasach późnego komunizmu (tak, tak, pamiętam te czasy), wiedza o tym, czym były obozy koncentracyjne i obozy pracy, jak wyglądała okupacja zdaje się czymś naturalnym. Ciągle jeszcze dowiadujemy się oczywiście, że pewne fakty z naszej historii powinny być interpretowane inaczej, ale wojny doświadczaliśmy nie tylko na podstawie książek. Była obecna w słowach, a czasami w milczeniu Dziadków, w rodzinnych historiach, we łzach ciotek, które zapalały świeczki przy grobie nieznanego żołnierza. Pamiętam obrzydzenie, z jakim moja babcia patrzyła, jak zajadamy się rzepą wyszabrowaną z cudzego ogrodu. Potem, z trudem dobierając słowa, opowiedziała nam o obozie. Dla mojego dziecka to tylko historia, jedna z wielu opowieści o jakiejś babci i jakimś dziadku, których nigdy nie poznał. Z powszechnego obiegu zniknęła literatura obozowa — trudną ją znaleźć na bibliotecznych półkach. Historia w szkole — ech, każdy wie. Dzieci nie widzą grozy, bólu i lęku — za to świetnie bawią się na rekonstrukcjach bitew. Przecież to przygoda… Ściska mnie lęk, że wygładzając przeszłość i chroniąc nasze dzieci przed opowieściami pełnymi bólu, brudu i płaczu wychowujemy pokolenie, które nie rozumie.

Stąd wzięła się w moim domu „Mirabelka” — mądra i przejmująca książka o polskiej historii z przepięknymi, nastrojowymi ilustracjami Marty Kurczewskiej. Na jej rysunki można się patrzeć bardzo, bardzo długo.

Cezary Harasimowicz, Mirabelka

Narratorem jest drzewo — zwykła mirabelka, jedna z wielu pokoleń mirabelek rosnących na warszawskim Muranowie. Kto nie zna mirabelek? Słodkich, żółtych jak słońce śliwek, które opadają na ziemię pod ciężarem soku? Bardzo lubimy kompot z mirabelek. Sąsiedzi mirabelki z książki też lubią kompot, dlatego pod drzewo przychodzi Dorka w czerwonym płaszczyku, córka pracownika banku, której mama czytuje poezję, Chaim, syn praczki i kupca handlującego śledziami na Krecelaku, bracia Alfusowie, właściciele małej fabryczki produkującej stroje karnawałowe, Izaak, który tak pięknie gra na skrzypcach, że aż zmieniają się od tego ludzkie serca. Ten Muranów sprzed II wojny światowej to inne miasto, pełne obcych dla nas dzisiaj imion i zwyczajów. Tylko marzenia ludzkie są takie same: o miłości, szczęściu, rodzinie. Mirabelka zna tutaj wszystkich. Dzieci potrafią ją usłyszeć i z nią rozmawiać. Na dorosłych także się stara wpłynąć i czasami jej się udaje.

Cezary Harasimowicz, Mirabelka

Młode, radosne drzewko rosnące i dorastające tuż obok swojej mamy jest świadkiem świąt, wesel, ukrytych pocałunków i cicho szeptanych obietnic. Jasna przyszłość zaczyna się jednak chmurzyć, pojawiają się niepokojące głosy, plotki, smutne nowiny. Przynoszą ją mirabelce ludzie i drzewa, bo przecież drzewa też potrafią ze sobą rozmawiać (a kasztany to znani plotkarze). Nadchodzi wojna, a wraz z nią zagłada całego znanego mirabelce świata — tutaj, gdzie rośnie, powstaje getto.

Cezary Harasimowicz, Mirabelka

Oczami kolejnych pokoleń mirabelek oglądamy wojnę, powstanie w getcie, odbudowę stolicy. Cezary Harasimowicz prowadzi tę historię aż do naszych czasów. Widzimy Marzec 68 roku, potem stan wojenny i coraz bardziej kolorowy świat, w którym — jak się okazało — niekoniecznie jest miejsce na mirabelki. Na szczęście ta historia ma happy end, i to zarówno w książce, jak i w życiu.

„Mirabelka” opisuje historię prawdziwego miejsca i prawdziwego drzewa, choć nie wszystkie występujące w niej postacie żyły naprawdę. Cezary Harsimowicz dorzucił do opowieści kilka postaci-symboli. Spotykamy na jej kartach Irenę Sendlerową i Mordechaja Anielewicza — pasują tutaj doskonale. W efekcie powstała niezwykle poetycka, wzruszająca i wciągająca opowieść o kolejnych pokoleniach warszawiaków, którzy wracali do swojego miejsca za życia i po śmierci. Opowieść pełna smaków, zapachów i muzyki, w której duchy opiekują się żywymi, ale same pragną być zapamiętane.

Cezary Harasimowicz, Mirabelka

Ciągle myślę o tej książce. O pamięci drzew. O podziemnych miastach, po których chodzimy nieświadomi, że pod stopami ukrywa się wielowiekowa historia zmieciona z powierzchni ziemi, o nieczułości jednych, którzy wycinają drzewo-symbol, bo ważniejsze jest wykorzystanie każdego skrawka terenu, i pasji drugich, którzy o przywrócenie tego symbolu walczą. Mirabelka wróciła na Muranów — blisko miejsca, gdzie rosła pierwotnie. I nie jakaś tam zwykła mirabelka, ale praprawnuczka tej, która od lat obdarzała w tym miejscu ludzi swoimi owocami. Dobrze jest pamiętać i walczyć o to, by to, co ważne, nie zostało zapomniane.

Napijcie się kompotu z mirabelek. A jak nie macie, to poczekajcie do lata i poszukajcie żółtych śliwek. Przy okazji rozejrzyjcie się — może gdzieś koło was też kryje się tajemnica? Może dobre duchy przeszłości ciągle się wami opiekują, mając nadzieję, że ktoś przypomni ich historię?

 

Cezary Harasimowicz, Mirabelka, il. Marta Kurczewska, Zielona Sowa 2018

Reklamy

Co można kupić za pieniądze?

Nie, nie będzie o ekonomii. Dyskusja o pieniądzach, o tym, czy warto być bogatym i co można kupić za pieniądze rozgorzała przy śniadaniu w pewną sobotę. Piotrek właśnie skoczył czytać (samodzielnie) „Małego miliardera” Davida Walliamsa (Mała Kurka). Ciągle nie wiem, co mają w sobie książki tego autora, że tak pięknie otwierają na samodzielne czytanie.

David Walliams, Mały miliarder

„Mały miliarder” to historia najbogatszego dziecka na świecie, które może mieć wszystko, o czym tylko zamarzy. Józek Burak nie musi sobie niczego wyobrażać, bo ma wszystko:

  • 100-calowy plazmowy telewizor HD z płaskim ekranem w każdym pokoju
  • 500 par markowych adidasów
  • tor wyścigowy w ogrodzie
  • japońskiego psa-robota
  • wózek golfowy z tablicą rejestracyjną „BURAK 2” do poruszania się po terenie posiadłości
  • zjeżdżalnię wodną prowadzącą z jego sypialni wprost do basenu olimpijskiego
  • wszystkie gry komputerowe świata
  • kino IMAX 3D w piwnicy
  • krokodyla
  • osobistą masażystkę
  • podziemną dziesięciometrową kręgielnię
  • stół do gry w snookera
  • maszynę do popcornu
  • tor dla deskorolek
  • jeszcze jednego krokodyla
  • kieszonkowe w wysokości 100 tysięcy funtów tygodniowo
  • kolejkę górską na tyłach domu
  • profesjonalne studio nagrań na strychu
  • prywatne sesje treningowe z piłkarska reprezentacją Anglii
  • akwarium z prawdziwym rekinem (Mały miliarder, s. 10-11)

Józek ma wszystko. A jak nawet czegoś nie ma, to natychmiast może to mieć. Dlaczego więc wydaje się być najnieszczęśliwszym dzieckiem na świecie? I tak bardzo pragnie się nie wyróżniać?

David Walliams, Mały miliarder

To opowieść o przyjaźni, pieniądzach, tolerancji i akceptacji napisana w stylu Walliamsa, więc sporo tutaj fizjologii, przekraczania granic dobrego smaku i niewybrednych żartów. Piotrek czasami się śmiał, ale uznał, że to bardzo poważna książka. I nie mógł się od niej oderwać. Nie będę wam streszczać historii Józka. Skończyło się dobrze, w opinii Piotrka, choć być może nie każdy dorosły by się z nim zgodził. Można powiedzieć, że to brawurowo napisana opowieść o tym, co najważniejsze. Dla mnie fascynujące było to, że dziecko po zakończeniu czytania bardzo dużo myślało i bardzo dużo rozmawiało — bardzo poważnie. Między innymi o tym:

  • czy da się kupić przyjaźń za pieniądze?
  • a co z miłością?
  • czego się boisz, jak masz dużo pieniędzy?
  • i na co można je wydać, jak już się je ma?
  • i czy da się stracić wszystkie pieniądze, jakie się ma?
  • i co potem?
  • a jak właściwie zarobić takie pieniądze?
  • i czy da się za pieniądze kupić spokój?
  • a co to znaczy, że pieniądze ułatwiają życie?
  • jak działa agencja ochrony?
  • czy naprawdę warto mieć wszystko?

Nie, wcale się na tym nie skończyło. Rozmawialiśmy jeszcze długo. Piotrek w końcu uznał, że jak się ma wszystko, to człowiekowi musi być bardzo smutno, bo nie ma żadnych marzeń. Ciągle macie wątpliwości, czy warto czytać Walliamsa?

 

David Walliams, Mały miliarder, il. Tony Ross, tł. Karolina Zaremba, Mała Kurka 2017

Hedwiga

Hedwiga ma siedem lat, jest jedynaczką, mieszka z rodzicami jeszcze dalej niż na końcu świata i nie może się doczekać, kiedy pójdzie do szkoły. Tak mniej więcej zaczyna się „Hedwiga” Fridy Nilsson (wydawnictwo Dwie Siostry). Dziewczynkę poznajemy tuż przed rozpoczęciem wytęsknionego roku szkolnego, który dla niej (i dla jej rodziców też) będzie oznaczał początek wielkiej przygody.

Frida Nilsson, Hedwiga

Młodszemu „Hedwiga” podobała się bardzo. Piotrek prawie turlał się ze śmiechu. Skandynawowie mają niesamowitą umiejętność tworzenia wspaniałych, pełnych życia bohaterów. Hedwiga ma charakter. A momentami nawet charakterek. Blisko jej do Emila ze Smalandii —  nigdy nie psoci w ten sam sposób dwa razy. Uczy się na swoich błędach, co nie przeszkadza jej popełniać kolejnych. Płaci za nie bolącym brzuchem, nieprzespanymi nocami, lękiem przed możliwymi konsekwencjami, ale cały czas działa, eksperymentuje i poznaje. Jak inaczej ma się dowiedzieć, co wolno, a czego nie? Nie jest to jednak poważna i moralizatorka historia. Frida Nilsson napisała pełną humoru i radości opowieść, w której dzieci odnajdują siebie. Dwa rozdziały z tej książki Piotrek przeczytał kilka razy: jak dziewczynka uciekła do lasu oraz jak upiększała w złości wielkanocne laurki. Przy tym drugim prawie spadł z krzesła z radości, a potem zastanawiał się, dlaczego w książce dla dzieci piszą o dorysowywaniu siusiaków. Może dlatego, że dzieciaki potrafią je czasami dorysować? Lektura niektórych przygód Hedwigi sprawiała, że cierpła mi skóra i włosy stawały dęba, ale cóż… Dzieci mają różne pomysły, sami na pewno doskonale o tym wiecie.

Frida Nilsson, Hedwiga

Hedwiga jest fantastyczną dziewczynką. Lubi zadawać pytania, jest wspaniałą przyjaciółką i doskonałą obserwatorką. Wszystko słyszy (nawet jeśli rodzice starają się mówić szeptem), wszystko widzi (choćby przez dziurkę przez klucza), czasami najpierw robi, a potem myśli. Znacie to? To po prostu dziecko — brudzące się, głośne, zapominalskie, życzliwe, serdeczne, impulsywne, dobre, płaczące i śmiejące się z całego serca, ciekawskie, a momentami irytujące, nie potrafiące przewidzieć konsekwencji swoich zachowań, przerażone, złośliwe, kochające. Hedwiga jest wielobarwna, nie sposób jej zaklasyfikować.

Frida Nilsson napisała książkę, o której bardzo długo myślałam. Towarzyszymy w niej Hedwidze przez rok — poznajemy ją pod koniec wakacji przed rozpoczęciem szkoły, a rozstajemy się z nią na początku drugiej klasy. Każdy kolejny rozdział to minihistoryjka, zabawna, a czasami wzruszająca opowiastka z życia dziewczynki. Akcja dzieje się w szkole, w domu, w sklepie, w tle widzimy rodziców, nauczycieli czy innych dorosłych. I to chyba właśnie relacje z dorosłymi budziły mój wewnętrzny protest. Bo dorośli też w tej książce są prawdziwi: niekonsekwentni, czasami obrażający się, udający, że czegoś nie powiedzieli, zmęczeni, pochopni w sądach, czasami mijający się z prawdą. Prawdziwi, a jednocześnie trochę niewychowawczy i nieedukacyjni. Czy jednak naprawdę powinni być inni? Dlaczego prawdziwe dziecko nie może spotkać na kartach książki prawdziwych, nieidealnych rodziców? „Hedwiga” to książka, w której dużo jest o emocjach — o prawie do ich posiadania i wyrażania. I o różnych zachowaniach, nawet takich, które nie zawsze wydają się nam pozytywne, ale są. Autorka unika moralizatorstwa i oceniania wprost. Czytelnik widzi, co się dzieje przed wydarzeniem, w jego trakcie i po nim. Wnioski musi wyciągnąć sam. Być może będzie się tylko śmiał, być może zada sobie jakieś pytanie, być może pomyśli. Mam nadzieję, że mój mały czytelnik nie będzie naśladować pomysłów Hedwigi (niektórych). Kto by pomyślał, że tak radosna i pełna humoru książka zmusi mnie do tak poważnych przemyśleń?

Na koniec chciałabym wam powiedzieć, że „Hedwiga” to świetna książka do samodzielnego czytania. Duże litery zachęcają do lektury, a ciekawa, zaskakująca i pełna humoru akcja sprawia, że trudno się od tej książki oderwać. Przetestowane na dzieciach.

 

Frida Nilsson, Hedwiga, tł. Barbara Gawryluk, Dwie Siostry 2017

List do króla

„List do króla” Tonke Dragt (Wydawnictwo Dwie Siostry) to jedna z takich książek, które na bardzo długo zapadają w pamięć. Piękna niebieska okładka przywołuje emocje i zachwyt towarzyszący czytaniu. Podczas lektury ma się wrażenie obcowania z czymś wspaniałym i pięknym — piszę to z pełną odpowiedzialnością. U nas ta książka leży na półce tuż obok „Braci Lwie Serce” Astrid Lindgren.

Tonke Dragt, List do króla

Nie przyznam się, ile czasu zbierałam się do recenzji tej książki. Zdecydowanie zbyt długo. Tymek dostał ją na urodziny w kwietniu i połknął jednym tchem. To bardzo dobra powieść dla młodzieży, mądra, piękna, wspaniale przetłumaczona. Gdy o niej myślę, ciągle mam w głowie dwa określenia: elegancka i szlachetna — to książka najwyższej próby pod względem edytorskim, treściowym i stylistycznym. Ilustracje autorki kojarzą mi się z rysunkami Ilon Wikland do „Braci Lwie Serce”. Tonke Dragt zaprasza czytelnika do bajkowego świata rycerzy, ale nie znajdziecie tutaj magii, potworów i cudów. Akcja dzieje się w wymyślonych krainach, w czasach zbliżonych do średniowiecza, gdy po drogach pędzili błędni rycerze, na zboczach gór budowano warowne zamki, a wędrówka wymagała hartu i odwagi.

Tonke Dragt, List do króla

Opowieść rozpoczyna się w królestwie potężnego i rozumnego Dagonauta. Raz na cztery lata odbywa się tutaj pasowanie na rycerzy — to wielka uroczystość. Wybrani młodzieńcy przechodzą wcześniej wiele prób, by dostąpić tego zaszczytu. Ostatnia z nich ma miejsce tuż przed pasowaniem — przez cały dzień i całą noc niczego nie jedzą ani nie piją, a noc spędzają na czuwaniu w kaplicy. Nie wolno im wtedy spać, rozmawiać ani reagować na odgłosy z zewnątrz. Ci, którzy nie wytrwają lub złamią zasady, nie zostaną pasowani na rycerza. W takich okolicznościach poznajemy szesnastoletniego Tiuriego, syna Tiuriego Walcznego, który razem z innymi giermkami przebywa w kaplicy. I nagle słyszy kogoś, kto prosi o pomoc.

Tonke Dragt, List do króla

Nie zdradzę wam wiele, gdy powiem, że Tiuri łamie zasady. Po pierwsze, dzieje się to na pierwszych stronach książki, po drugie, bez tego nie byłoby tej opowieści. Tiuri wyrusza w podróż, by pomóc komuś, kogo nawet nie zna, targany wątpliwościami, czy to, co robi, ma sens i jest zgodne z honorem rycerza, dręczony przeczuciem, że być może na zawsze zaprzepaścił swoje szanse na zostanie rycerzem, że zawiódł. Prośba nieznajomego, choć z pozoru łatwa do spełnienia, sprawia, że Tiuri niespodziewanie musi wyruszyć na długą wyprawę, która zaprowadzi go daleko od znanego mu świata. Opis podróży Tiuriego mieści się na ponad 500 stronach — książka podzielona jest na osiem części, a każda z nich składa się z kilku rozdziałów. Wyprawę chłopca można także śledzić na mapie na wyklejce — czasami ta mapa bardzo się przydaje, by uświadomić sobie, jak daleko zapuścił się chłopiec, realizując misję ważną dla całego jego świata.

Tonke Dragt, List do króla

„List do króla” łączy kilka gatunków. To epos rycerski, kronika, powieść drogi i Bidungsroman. Tiure nie tylko poznaje nowe miejsca, ale przede wszystkim dojrzewa i sprawdza samego siebie. Dowiaduje się wiele o swoich motywach i reakcjach — musi także odpowiedzieć sobie na pytanie, co znaczy dla niego bycie rycerzem. Tonke Dragt odrywa kodeks i etos rycerski od walk i bitew, zadając pytanie, co on oznacza w codziennym życiu. W tej powieści ważna jest odpowiedzialność, przyjaźń, wierność, a kodeks rycerski służy do nawiązywania więzi i ma sprawiać, że troszczysz się o innych.

Świat Tiuriego jest bardzo męski — kobiety pojawiają się w tle. Przypisanie im jednak aktywnej roli byłoby złamaniem pewnej konwencji, w której utrzymana jest cała powieść — warto także pamiętać, że Tonke Dragt napisała ją w 1962 r. Być może kobiecy punkt widzenia jest widoczny w samej kompozycji powieści rycerskiej, w której właściwie nie ma walki i potyczek. Ech, nie mogę się już doczekać, kiedy zacznę czytać tę książkę z Piotrkiem. To taka historia, która nie poddaje się modom i trendom — zawsze będzie budziła ciekawość i emocje. Warto znaleźć miejsce na półce na tę książkę.

 

Tonke Dragt, List do króla, tł. Jadwiga Jędryas, Dwie Siostry 2017

 

Uważajcie na ciotuchny!

Wygląda na to, że lipiec upływa pod znakiem Davida Walliamsa. I to nie tylko nam, ale także dzieciom z najbliższej rodziny. Trwają dyskusje, czy ciekawsza jest „Godzina duchów„, „Cwana ciotuchna„, czy raczej „Mały miliarder”. Zdania są podzielone — jeden bardziej docenia szybką akcję, druga stawia na ciekawszych bohaterów, a trzeci najbardziej lubi duchy.  Przed nami kolejne książki Walliamsa, a więc — tam tara dam! — poznajcie cwaną ciotuchnę. I od razu zacznijcie się modlić, żebyście nigdy takiej nie spotkali.

David Walliams, Cwana ciotuchna

Akcja książki Walliamsa wyjątkowo toczy się w czasach bardziej odległych w wielkim i trochę zapuszczonym dworze Saxby Hall. Posiadłość ma wszystko, co powinna mieć prawdziwa angielska posiadłość ziemska: jest dwór i szklarnia, staw i garaż, i wielki ogród otoczony murem.

David Walliams, Cwana ciotuchna

Służących trochę brakuje, ale z jeden się znajdzie — ekscentrycznością mógłby za to obdzielić cały pułk. Czym jednak byłby pałac bez tajemnicy i zbrodni z dawnych lat? W tym dworze tajemnicy nie zabraknie, będzie też nawet duch. Wchodzicie?

David Walliams, Cwana ciotuchna

W dworze budzi się jedenastoletnia Stella, córka właścicieli posiadłości. Ku swojemu zaskoczeniu spostrzega, że jest owinięta bandażami jak mumia. Gorsze są jednak wieści, które przynosi jej ciotka, siostra ojca. A najgorsza jest sama Ciotka Alberta, starsza dama (hmm, to określenie chyba nie za bardzo do niej pasuje) w pumpach i myśliwskiej czapce, z oswojoną bawarską sową górską na ramieniu i fajką w ustach. Taki wstęp zapowiada dużo przygód, wiele zwrotów akcji i mnóstwo niebezpieczeństw.

Jak zwykle u Walliamsa, dorośli nie są za fajni, a ciotkę Albertę śmiało możecie wpisać na listę najbardziej paskudnych, cynicznych, przerażających i złowieszczych postaci w literaturze. Dobrze, że Stella ma dużo siły. I dobrze, że znajduje zupełnie nieoczekiwanego sprzymierzeńca, którego tylko dzieci mogą dostrzec i docenić. Mimo nieoczekiwanej pomocy ciotka Alberta pozostaje groźnym przeciwnikiem i dziewczynka będzie musiała naprawdę się postarać, żeby ocalić siebie i dom, a przy okazji rozwiązać kilka kryminalnych zagadek. Mam nadzieję, że ten krótki opis was zaintrygował, bo nie mam ochoty zdradzać niczego więcej. Sami przeczytajcie, jak potoczyła się ta historia. Możecie też pooglądać rysunki Tony’ego Rossa — trudno mi wyobrazić sobie książki Walliamsa zilustrowane przez kogoś innego.

Tymek połknął książkę jednym tchem i ogromnie mu się podobała. Wszystko mu się podobało: kryminalna zagadka, demoniczna ciotka, zabawny poradnik hodowcy sów, szalony lokaj. Przy tej książce nie można się nudzić. Stella ma mało czasu na działanie, ale i tak dziecko łyka tę książkę znacznie szybciej. U nas wystarczyło kilka godzin — i wcale za oknem nie padał deszcz. Walliams napisał brawurową książkę łączącą kilka gatunków, a przy okazji sprzedał dzieciom trochę historii i tematów do przemyśleń, a nawet Wagnera. Podobno nadchodzi fala upałów — „Cwana ciotuchna” świetnie się nadaje do czytania w cieniu pod drzewem i w słońcu na plaży. Skusi najbardziej opornych, uwierzcie.

 

David Walliams, Cwana ciotuchna, il. Tony Ross, tł. Karolina Zaremba, Mała Kurka 2017

 

A w szpitalu nocą….

Jakie książki dostają Wasze dzieci na koniec roku? Przyznaję, że widok „Pana Tadeusza”, nowelek Marii Konopnickiej, kolejnego albumu z zabytkami Mazowsza czy „Słownika chemicznego” sprawia, że zaczynam pluć jadem. Z mojego punktu widzenia, najlepszym sposobem zadbania, by dzieci dostały sensowne nagrody, to włączenie się w ich zakup. Zmęczeni końcem roku nauczyciele zwykle z radością przyjmują pomoc, dzieci dostają książki do czytania, a efekty bywają zdumiewające. Starszy zeznał, że jego koledzy zajrzeli do zeszłorocznej nagrody (u nas książki na wakacje dostaje cała klasa), a niektórzy nawet ją przeczytali.

A w tym roku… Co powiecie na grupę piątoklasistów, którzy prawie od razu po dostaniu nagrody zaczynają ją czytać? Widok kilku głów pochylonych nad książką na apelu kończącym rok szkolny to miód na serce. Tak działa „Gang godziny duchów” Davida Walliamsa (Mała Kurka).

David Walliams, Gang godziny duchów

W klasie na rozdaniu pozostałych świadectw usłyszałam, że książka zapowiada się świetnie i że wydaje się bardzo ciekawa, i jak to dobrze, że dostali coś do czytania, a nie do położenia na półkę. No! Tyle o nagrodach, czas zajrzeć do książki.

„Gang godziny duchów” to bardzo łagodna i bardzo wzruszająca książka Walliamsa (jak na Walliamsa oczywiście). Akcja powieści rozgrywa się w Londynie w bardzo dużym, bardzo starym i bardzo niedofinansowanym szpitalu (całkiem jak w Polsce), do którego trafia Tom, dwunastolatek uczący się w ekskluzywnej szkole. Chłopak oberwał w głowę piłką do krykieta, ale na pewno nie spodziewał się, że pobyt w szpitalu okaże się największą przygodą jego życia i okazją, by całkowicie je zmienić. W szpitalu tym bowiem (jak to możecie wyczytać na tylnej stronie okładki, niczego nie zdradzam), kiedy zegar wybija północ, a wszystkie (prawie) dzieci pogrążone są we śnie, zaczyna działać Gang Godziny Duchów. Absolutnie niesamowity, absolutnie nierzeczywisty i absolutnie fantastyczny gang, który ma tylko jeden cel — spełnianie marzeń małych pacjentów. Dla Gangu nie ma rzeczy niemożliwych — wyprawa na biegun, wyścigi samochodowe, kariera aktorska — wszystko da się zrobić.

David Walliams, Gang godziny duchów

Łatwo nie jest, bo personel szpitala to najgorszy, najbardziej paskudny i wredny personel na świecie. Gburowate pielęgniarki, niedouczeni i przestraszenie lekarze, myśląca tylko o budżecie dyrekcja. Nikt tutaj nie interesuje się pacjentami i nie zastanawia, czego pragną, a siostra przełożona oddziału pediatrycznego to psychopatka, która lubi dręczyć dzieci. Brrr… W złośliwości może ją przegonić jedynie dyrektor szkoły, do której uczęszcza Tom. Okazuje się jednak, że nawet w takich warunkach da się zrobić wiele, gdy działa się razem i ma kilku nieoczekiwanych sprzymierzeńców.

David Walliams, Gang godziny duchów

„Gang godziny duchów” to piękna książka o przyjaźni, o realizacji marzeń, o dotrzymywaniu obietnic i dążeniu do celu. David Walliams czasami zwodzi nas na manowce i wyprowadza w pole — nie każde pierwsze wrażenie jest słuszne i nie zawsze trzeba wierzyć oczom i uszom. Czasami trzeba poczuć i sprawdzić na własne oczy, jak coś działa. Pozostaje po tej książce przekonanie, że warto dążyć do realizacji marzeń i że da się w jedną noc przeżyć całe życie. Przy okazji spełniania marzeń jednej osoby, można przypadkiem uszczęśliwić inną, nawet jeśli jest to najstarsze dziecko świata, a wręcz zmienić cały szpital, choćby na chwilę. Tak, tak!

Czytałam tę książkę z chłopakami, czasami się śmiejąc, czasami krzywiąc, czasami wzruszając, z narastającym przekonaniem, że powinni przeczytać ją dorośli. Walliams wspaniale pokazał w niej pragnienia dzieci, te ukryte, często niewyrażone i nieuświadomione. Czasami tak łatwo je spełnić. Dorosłego też nie jest trudno uszczęśliwić, wystarczą podpłomyki poppadom i kilka innych dań (szczególnie gdy dorosły to Raj, ulubiony sklepikarz wszystkich dzieci).

„Gangowi” w pewien sposób najbliżej do „Wielkiej ucieczki dziadka” — wzruszenie potrafi ścisnąć dorosłego za gardło, ale nie obawiajcie się, żadnej czułostkowości i ckliwości tu nie znajdziecie. To nie taka literatura. To niesamowite, że książka dla dzieci — wciągająca, zapraszająca do lektury, czasami balansująca na granicy dobrego smaku — zostawia po sobie tyle pytań, pomysłów na rozmowy i tematów do przemyślenia. To świetna antydydaktyczna pedagogika. Gorąco Was zachęcam.

I zobaczcie, jaka piękna jest stopka redakcyjna.

David Walliams, Gang godziny duchów

My czytamy teraz „Cwaną ciotuchnę”, którą Tymek uznał za jeszcze lepszą niż „Gang”. To jak, sięgniecie z nami do książki Williamsa?

David Walliams, Gang godziny duchów, il. Tony Ross, tł. Karolina Zaremba, Mała Kurka 2018

Z czego się cieszyć?

Właśnie skończyliśmy książkę (a raczej dwie), która co wieczór wprawiała nas (Piotrusia i mnie) w dobry nastrój i jednocześnie sprawiała, że nie mogliśmy skończyć czytać. Tak jakoś płynnie jedno opowiadanie przechodziło w drugie, że absolutnie nie mieliśmy ochoty przestać — ja czytać, Piotr słuchać. Dopiero zerknięcie na zegarek działało jak stoper. Poznajcie Cieszka.

Zdenek Sverak, Ucieszki Cieszka, Nowe ucieszki Cieszka

Cieszko to bohater dwóch książek Zdenka Svĕráka, człowieka-orkiestry. Jest reżyserem, aktorem, komikiem, scenarzystą oraz autorem książek — świetnych książek. Wydawnictwo Dwie Siostry wydało dwa tomy przygód synka ogrodnika „Ucieszki Cieszka” i „Nowe ucieszki Cieszka”, obie rewelacyjnie przetłumaczone przez Dorotę Dobrew i ciekawie zilustrowane przez Ewę Stiasny (ach, te wyklejki, trzeba je koniecznie przestudiować i dokładnie obejrzeć przed każdą lekturą).

Zdenek Sverak, Ucieszki Cieszka

Cieszko tak naprawdę ma na imię Boguszek, ale ponieważ potrafi się cieszyć najlepiej na świecie imię „Cieszko” bardziej do niego pasuje.

Naprawdę trudno uwierzyć, z czego ten Cieszko potrafił się cieszyć. Na przykład kiedy poparzyły go pokrzywy. Inne dziecko na jego miejscu zaraz zaczęłoby płakać albo przynajmniej stanęłyby mu świeczki w oczach. A Cieszko, kiedy go ta pokrzywa smagnęła, co prawda powiedział: „Auu!”, bo takie „Auuu!” samo się człowiekowi wyrywa, ale zaraz potem oznajmił z przejęciem:

– Patrzcie! Jakie dziwne bąbelki mi wyskoczyły! Takich jeszcze nie miałem! (Ucieszki Cieszka, s. 6)

Tak, Cieszko naprawdę potrafi się cieszyć. I potrafi swoją radością zarażać innych.

Zdenek Sverak, Ucieszki Cieszka

Mały synek ogrodnika mieszka z rodzicami w pobliżu miasta w dużym gospodarstwie ogrodniczym. Nie chodzi jeszcze do szkoły, ma najlepszą przyjaciółkę Katarzynkę w okularkach i kochanego pieska Kwika. Ma także nieprzyjaciela — łobuzisko Hugo. Sami posłuchajcie, że to naprawdę nie jest taki zwykły chuligan.

Cieszko spojrzał w górę i zobaczył Hugona. Tutaj musimy powiedzieć, co to za ptaszek. A więc przede wszystkim nie jest to żaden ptaszek, tylko kawał kołka. Ale nie wyobrażajcie sobie czasem żadnego zgrabnego patyczka. Kiedy mówię: Hugo to kołek, chcę przez to powiedzieć, że jest w wieku, kiedy ma się rozumu tyle co kołek, oraz że z niego niewychowany łobuz, kłamczuch i zawistnik. Mógłbym też napisać, że ładny z niego kwiatek, ale lepiej nie, bo jeszcze moglibyście wyobrazić go sobie jako niezapominajkę, a wtedy bylibyście w strasznym błędzie. Najlepiej będzie, jeśli będziemy na niego mówić: łobuzisko Hugo. (Ucieszki Cieszka, s. 18)

Na szczęście zwykle triumfuje sprawiedliwość i łobuzisko Hugo dostaje to, na co zasługuje.

Zdenek Sverak, Ucieszki Cieszka

Przygody Cieszka są… zwyczajne, wydawałoby się — dostępne na wyciągnięcie ręki, przynajmniej dla tych dzieci, które mają szansę pobiegać po podwórku i pobuszować w krzakach. Zdenĕk Svĕrák ma niesamowite oko, potrafi oczami Cieszka zachwycić się codziennością. Świat jest pełen cudów, wystarczy się tylko rozejrzeć i dostrzec to, co nam ucieka, co przestaliśmy dostrzegać, bo takie zwyczajne i nijakie. Cieszka raduje wszystko: przylot motyli, przeganianie szpaków z truskawek, deszcz, wyprawa na targ, śnieg i lód, i wiatr, i mgła. Świętuje urodziny psa (rewelacyjna opowieść o tym, jak chłopiec kupował winko dla psa), rozmawia z ogrodniczymi sprzętami, uśmiecha się do świata, pomaga rodzicom, czasami psoci (ale za to z jakim polotem). Niesamowicie jest pomysłowy i zaradny, bo też nikt mu nie mówi ciągle: nie rusz, zostaw, nie wolno.

Zdenek Sverak, Ucieszki Cieszka

Fascynujący jest język tej książki. Tutaj wtrącenie: nie wiem, jak zrobiła to Dorota Dobrew, ale tłumaczenie jest rewelacyjne. W żadnym momencie lektury nie czułam, że to tłumaczenie. Zdenĕk Svĕrák bawi się znaczeniem słów i związków frazeologicznych, prowadzi z młodym czytelnikiem grę na znaczenia. I brzmi to doskonale po polsku, nie słychać fałszu, nie czuć, że coś zostało naciągnięte, przeinaczone. Nie czuć także wysiłku tłumacza — jest lekkość i zabawa. To wspaniała książka, która daje ogromną przyjemność obcowania z pięknym językiem i inteligentnym tekstem. Tłumaczce należą się ogromne brawa.

Zresztą posłuchajcie sami:

Mamusia wyjrzała przez pięciopalczasty wizjer  powiedziała:

– Ojejku! Wszyscy święci okładają się poduszkami!

To było coś w sam raz dla Cieszka. Skoczył na równe nogi i zawołał:

– Hura! Bójka! Idziemy popatrzeć!

Ledwie mamusia zdołała zawiązać mu na szyi szalik i wcisnąć na głowę ciepłą czapkę, a już stał za progiem. I aż musiał zmrużyć oczy, bo wszędzie wokół była śnieżnobiała biel. Wszystko zniknęło pod śniegiem. A śnieg ciągle prószył i przykrywał wszystko, na co natrafił. Tam, gdzie wczoraj były różne rzeczy, dzisiaj wznosiły się białe górki. 

– Gdzie oni są, tatusiu? – zapytał Cieszko i ciekawsko wyjrzał przez zaśnieżony płot.

– Kto?

– Wszyscy święci. Nie widzę ich. (Nowe ucieszki Cieszka, s. 122)

Zdenek Sverak, Nowe ucieszki Cieszka

Przygody Cieszka to rewelacyjna lektura: ciepła, mądra, zabawna, wciągająca i pełna radości. Doskonała do czytania w dzień i wieczorem, do lektury w klasie i w domu, na plaży i przy kominku. Po prostu trzeba Cieszka znać. I uczyć się od niego cieszyć każdym dniem.

Zdenĕk Svĕrák, Ucieszki Cieszka, tł. Dorota Dobrew, il. Ewa Stiasny, Dwie Siostry 2013

Zdenĕk Svĕrák, Nowe ucieszki Cieszka, tł. Dorota Dobrew, il. Ewa Stiasny, Dwie Siostry 2017

Lubicie duchy?

Piotruś bardzo lubi straszydła. Lubi duchy, strachy, yeti, wilkołaki, wampirki i zombiaki — książka z potworami od razu przyciąga jego zainteresowanie. Nie może być straszna (szukamy raczej przyjaznych straszydeł), ale bohaterski duch od razu wzbudza jego sympatię. Na przykład taki, jak Kostek.

Claire Barker, Kostek, pies nie z tego świata

Książka przywędrowała do nas z biblioteki. Teraz mam problem, bo dziecko odmawia oddania bibliotecznego egzemplarza, dopóki nie będzie miało własnej. „Mamo, muszę ją mieć, a najlepiej od razu kup wszystkie trzy części”. Tak zaczyna się książkoholizm.

Początki naszej znajomości z Kostkiem wcale jednak nie wyglądały tak różowo. Kostek, a właściwie Żywokost, to piesek Dusi, córki lordów Pepperów, właścicieli Pechowej Woli. Poznajemy go w chwili śmierci, gdy z żywego psa zamienia się w ducha. Kostek staje się duchem-pupilem — to najbardziej bohaterski, odważny i przywiązany do ludzi typ ducha. Pupil zrobi wszystko, by ochronić swojego pana i jego dom. Ta część lektury była dla nas najtrudniejsza. Piotruś z trudnością przełknął scenę śmierci psa i opisy rozpaczy Dusi. Dużo rozmawialiśmy, ale w naszym przypadku ten fragment zdecydowanie nie nadawał się do czytania przed snem. Nie jest drastyczny ani przerażający, po prostu Piotr potrzebował czasu i rozmowy, by uporać się z tematyką odchodzenia, starości i żalu po stracie wiernego zwierzęcego przyjaciela.

Claire Barker, Kostek, pies nie z tego świata

Po śmierci Kostek odkrył, że nie jest jedynym duchem w Pechowej Woli. Spotyka innych pupili — domostwo należy do Pepperów do wielu stuleci — gąsiora Gabriela, zająca Walentego, zwariowaną małpkę Orlando i chomika Marcina. Wszyscy są duchami, niektórzy już od wielu stuleci. Jest jeszcze pajęczyca pani Jones — czarny charakter wśród duchów. Pupile stworzyły S.O.S — Stowarzyszenie Opiekunów Spirytualnych (hi, hi, bardzo podoba mi się koncept tłumaczy), ale tak naprawdę niewiele muszą robić. Co prawda Pepperowie są ekscentryczni i bardzo biedni, ale swoim spirytualnym opiekunom nie sprawiają kłopotu. Czasami trzeba naprawić deskę do prasowania, innym razem wyłowić pilota do telewizora z pojemnika na chleb czy znaleźć klucze, które roztargniony lord Pepper położył w dziwnym miejscu. Duchy trochę się nudzą, choć niestrudzony Gabriel bardzo stara się zapewnić im rozrywkę (nie ma to jak dyskusja na temat wiekopomnego dzieła pt. Wielka księga nawozu). Wszystko jednak się zmienia, gdy na scenie pojawia się Nora Pacyna i Kryspin Ozgrozzo. Duchy będą miały pełne ręce, skrzydła i łapy roboty.

Claire Barker, Kostek, pies nie z tego świata

Książka Claire Barker rozkręca się powolutku. Początki wcale nie zapowiadają dramatycznego finału, gdy nagle wszystko zaczyna się dziać naraz. Sporo tutaj humoru: Pepperowie są naprawdę ekscentryczni, duchy zabawne, a walka z natrętami wywoływała u Piotrusia wybuchy śmiechu.

Claire Barker, Kostek, pies nie z tego świata

Fragmenty śmieszne przeplatają się z dramatycznymi i takimi, przy których młody czytelnik zamiera i — już teraz natychmiast — chce wiedzieć, co będzie dalej. To zgrabnie napisana opowieść o odwadze, odpowiedzialności, przyjaźni i wierności, która jest silniejsza niż śmierć. Mój syn nie może się doczekać, kiedy zaczniemy kolejną część. I cały czas się zastanawia, co autorka mogła wymyślić, skoro już pokonano wszystkich wrogów. Koniecznie musimy się tego dowiedzieć.

 

Claire Barker, Kostek, pies nie z tego świata, il. Ross Collins, tł. Małgorzata Hesko-Kołodzińska i Piotr Budkiewicz, Media Rodzina 2016

Smocza straż

No i co ja mogę powiedzieć nowego? Mój syn na pytanie, jak mu się podobało, odparł: no mamo, przecież to Brandon Mull. I wszystko jasne, prawda?

Brandon Mull gwarantuje solidną dawkę przygód i silne emocje. Zgrabnie skonstruowana akcja, bohaterowie, z którymi można się utożsamić, prosty język, ciekawe postacie poboczne i mamy doskonały przepis na książkę, od której trudno się oderwać. To była jedna z najbardziej oczekiwanych premier w naszej rodzinie — wypatrywał tej książki nie tylko Tymek, ale także Olek i Gabryś, mój bratanek i siostrzeniec. A potem licytowali się, kto najszybciej przeczyta. No i padło oczywiście pytanie, kiedy następna część?

Brandon Mull, Smocza straż

Książki Brandona Mulla to świetny pomysł, jeśli macie w rodzinie dziecko, które chcecie zachęcić do czytania. Jego przygodówki powinny spodobać się jedenastolatkom i młodzieży, przygody rodzeństwa Sorensonów zafascynowały też niejednego dorosłego. „Smocza straż” to kontynuacja serii „Baśniobór” — warto do niej zajrzeć zanim zaczniecie czytać tę książkę. Jaśniejsze staną się na pewno słowa Stana Sorensona:

Szczerze mówiąc, znowu nie wiem, co począć. Moja odpowiedzialność jest oczywista. Ale jak daleko jestem gotów się posunąć? Ile potrafię zaryzykować? Czy uczciwie będzie dać im wybór? I czy to w ogóle wybór, skoro wiem, co zdecydują?

Dwa pokolenia: Dziadkowie i Wnuki połączone jedną misją — ochronić przed ludźmi azyle magicznych stworzeń i ochronić ludzi przez magicznymi istotami. W „Baśnioborze” rodzeństwo Kendra i Seth dowiedziało się, jakie zadania wykonują ich tajemniczy Dziadkowie, uczyło się nowych obowiązków i oczywiście ratowało świat. Wydawało się, że po zwycięstwie nad demonami nastaną spokojne i nudne (to słowa Setha) lata. Pojawiło się jednak nowe zagrożenie — smoki, które po latach niewoli i uwięzienia w azylach, zapragnęły znowu zakosztować wolności.

Brandon Mull, Smocza straż

Brandon Mull zgrabnie wykorzystał świat stworzony w „Baśnioborze”, by wykreować nową serię. Spotykamy Kendrę i Setha tuż po zakończeniu przygód opisanych w „Kluczach do więzienia demonów”. Dziadkowie mają nadzieję, że nastaną spokojne czasy, Kendra próbuje uporać się z własnymi uczuciami, Seth się nudzi. To właśnie on przyjmuje nadchodzącą burzę z największym entuzjazmem (a to nowina!). Akcja powieści toczy się głównie w Gadziej Opoce, a wydarzenia następują po sobie błyskawicznie. Ani Seth, ani czytelnik nie mają czasu na nudę.

Brandon Mull, Smocza straż

W „Smoczej straży” spotykamy część postaci znanych nam z „Baśnioboru” oraz wiele innych magicznych stworzeń, które chcą lub muszą współpracować z ludźmi. Moją dorosłą sympatię zdobył nypsik Calvin, Maleńki Bohater. Może dlatego, że trochę przypominał mi Ryczypiska z Narnii, tak samo zabawnie dumy i odważny, mimo swojego niewielkiego wzrostu. Brandon Mull wprowadził także do książki „zwykłych ludzi” nieświadomych istnienia drugiego, magicznego świata. Ciekawa jestem, czy będzie rozwijał ten wątek, czy Knox pozostanie w pamięci jedynie jako narzędzie wykorzystane przez Setha do osiągnięcia celu. Zresztą ten wątek wydaje mi się najbardziej nośny z perspektywy rodzica. Całkiem dobrze nam się rozmawiało z Tymkiem, czy tego typu postępowanie jest etyczne i czy rzeczywiście nie było innego wyjścia. Oraz czy cel uświęca środki i czy nie za często korzystamy z tego argumentu. Niezła dyskusja, jak na zgrabnie napisaną przygodówkę dla dzieci.

Brandon Mull zapowiada, że „Smocza straż” będzie składała się z pięciu tomów. No cóż, pozostaje czekać na kolejne — ciekawa jestem na ile Mullowi uda się wykreować nowy świat, który nie będzie jedynie nowymi przygodami Kendry i Setha w znanej już scenerii „Baśnioboru”. „Smocza straż” to udane wprowadzenie — zaostrza apetyt i sprawia, że czytelnik ma ochotę na więcej.

 

Ilustracje pochodzą ze strony Brandona Mulla: http://brandonmull.com/category/dragonwatch/

 

Brandon Mull, Smocza straż, il. Brandon Dorman, tł. Rafał Lisowski, Wilga 2017

 

 

Karamba i Hubert

W ekspresowym tempie przeczytaliśmy kilka (tych cieńszych) książek, które Mikołaj zostawił pod choinką. No bo ile można jeść i patrzeć się przez okno, jak pada deszcz? Co prawda Młodszemu (razem z Zuzią) udało się na Dziadkowym podwórku wybudować system jezior, a przy wjeździe  wykopać dużą dziurę, bo przecież górnicy zawsze kopią dziury, ale i tak sporo czytaliśmy. I teraz mam problem, bo Młodszy pała chęcią poznania dalszych przygód Dyrektora Karamby. Może jakieś wydawnictwo się zlituje i wyda inne książki Åsy Rosén po polsku?

Cyrk Karamba

Jak wyczytałam w Wikipedii i Goodreads, Åsa Rosén to przede wszystkim ilustratorka. „Cyrk Karamba. Tajemnica połykaczki ognia” (Czarna owieczka, 2014) to jej debiut literacki — bardzo moim zdaniem udany. To kolejny szwedzki kryminał dla dzieci, bez dziecięcych bohaterów, który sprawił, że Piotr postanowił (chyba) zostać detektywem.

Akcja książki dzieje się w cyrku, którym kieruje uroczy dyrektor Karamba. Bardzo stara się wyglądać i mówić, jak cudzoziemiec, bo przecież tak wypada. Dyrektor Karamba uwielbia stare kryminały. Jego najlepszym przyjacielem jest gadająca i bardzo inteligenta myszka, Hubert. Cyrk Karamba jest słynny na cały świat właściwie z jednego powodu: pracuje w nim Cayenne, połykaczka ognia, której kunszt zadziwia wszystkich. Pewnego dnia ktoś kradnie wszystkie sprzęty Cayenne i to dopiero początek kłopotów. Dyrektor Karamba zaczyna prowadzić śledztwo.

Cyrk Karamba. Tajemnica połykaczki ognia

Åsa Rosén bardzo sprawnie tworzy historię i dawkuje napięcie. Dyrektor jest zabawny i gapiowaty. Ma jednak szczęście do przyjaciół, a Hubert to wyjątkowo mądra mysz. Cayenne jest cudowna: to typ punkówy z irokezem na głowie. Jest narwana, szybka i ma wspaniały motor z przyczepką. Zestawienie nowoczesnej, zbuntowanej dziewczyny i staroświeckiego dyrektora o nawoskowanych wąsach zagrało cudownie. Piotrek był pod wrażeniem i Cayenne ogromnie mu się spodobała.

Cyrk Karamba. Tajemnica połykaczki ognia

„Tajemnica połykaczki ognia” to sprawnie napisany kryminał dla dzieci. Intryga nie jest może zbyt skomplikowana, ale jest tutaj i tajemnica, i kara, i humor. Czyta się szybko, a duże litery sprawiają, że książka nie odrzuca młodszych czytaczy. Åsa Rosén nie powiela schematów znanych z Lassego i Mai czy „Biura detekstywistycznego nr 2”. W jej książce dorośli grają główne role — to oni muszą szukać śladów i wyciągać wnioski. A czasami zastawiać pułapki — oczywiście w cyrku. Kto okradł Cayenne? Młodzi amatorzy kryminałów nie powinni być zawiedzeni.

Cyrk Karamba. Tajemnica połykaczki ognia

Åsa Rosén napisała trzy książki o przygodach Dyrektora Karamby — jak nikt ich nie wyda, wypada nauczyć się szwedzkiego.

Åsa Rosén (tekst i ilustracje), Cyrk Karamba. Tajemnica połykaczki ognia, tł. Iwona Jędrejewska, Czarna Owieczka 2014