Chłopiec znikąd

Mam problem z definicją nowości. Książki wydane w zeszłym roku są dla mnie równie „nowe”, jak te wydane przed miesiącem — ciągle pamiętam, kiedy je kupiłam (to było przecież przed chwilą), choć często nie miałam czasu, by już do nich zajrzeć, nie mówiąc już o napisaniu posta. Takich typowych nowości to właściwie na tym blogu nie znajdziecie — a raczej pojawiają się stosunkowo rzadko. Dzisiaj będzie więc o książce, która ukazała się w zeszłym roku. I jest fantastyczna. Pewnie o niej słyszeliście, bo zdobyła kilka nagród, m.in. wygrała plebiscyt blogerów Lokomotywa w kategorii Fabuła. Przeczytałam tę powieść dwa tygodnie temu i potrzebowałam chwili, aby ją przemyśleć i przetrawić.

Katherine Marsh, Chłopiec znikąd

Katherine Marsh w „Chłopcu znikąd” (Wydawnictwo Widnokrąg) poruszyła temat gorący i trudny — to książka o uchodźcach. Na dodatek autorka wplątała w fabułę wątek żydowski, przeprowadzając swego rodzaju paralelę między losem Żydów w czasie wojny a losem współczesnych uchodźców z Syrii. Zamierzenie naprawdę karkołomne, które mogło się zakończyć spektakularną klapą, ale Katherine Marsh poradziła sobie z tym tematem rewelacyjnie — historię czyta się z zapartym tchem, a potem długo nie można przestać o niej myśleć.

Opowieść ma dwóch głównych bohaterów. Jednym z nich jest trzynastoletni Max. Właśnie zamieszkał w Brukseli, do której musiał wbrew sobie przenieść się ze Stanów Zjednoczonych, bo jego tato dostał tutaj pracę. Rodzice postanawiają wysłać go do francuskojęzycznej szkoły, żeby szybko nauczył się języka — niezłe wyzwanie dla chłopca, który zna po francuski jedynie kilka słów. Drugim bohaterem jest Ahmed, czternastoletni uchodźca z Syrii, z Aleppo — chyba nie ma dorosłego, który nie kojarzy tego miasta. Losy chłopców w przedziwny sposób się krzyżują, zmieniając ich obu. W tle historii przyjaźni autorka umieściła opowieść o bohaterskim Belgu, który w czasie wojny pomagał żydowskiemu chłopcu. To jego historia sprawia, że Maks zaczyna pomagać Ahmedowi. Powoli między chłopcami rodzi się przyjaźń — okazuje się, że dzięki komuś innemu możemy powoli odkryć siebie i obiektywniej ocenić swoją sytuację.

Autorka nie prezentuje nam jednak cukierkowej rzeczywistości. To nie jest książka tylko o przyjaźni i dojrzewaniu. Jej akcja dzieje się w momencie, gdy w Paryżu i Brukseli dochodzi do zamachów terrorystycznych. Świat ogarnia panika i lęk. W powieści Katherine Marsh znajdziemy przekrój typowych reakcji dorosłych: poczucie zagrożenia, lęk, niechęć do obcych, nieumiejętność wczucia się w los innych czy przełożenia na nich doświadczeń własnych przodków. Dzieci muszą radzić sobie z tym, co słyszą i widzą, z opiniami dorosłych, z własnym strachem i brakiem akceptacji otoczenia. Inność bywa różna i każdy może jej doświadczyć — Max jest inny, bo nie mówi po francusku i przyjechał ze Stanów, jego koleżanka, rodowita Belgijka, jest inna, bo nosi na głowie chustę. Poczucie inności może budzić różne reakcje, od wycofania się po agresję.

Umieszczenie akcji właśnie w takim momencie historii usprawiedliwia według mnie sposób działania głównych bohaterów, którzy starając się pomóc Ahmedowi, łamią prawo. O ile zwykle mnie to razi i burzy, to w tej powieści rozumiem takie zachowanie dzieci. Jest ono efektem zafascynowania wojenną historią oraz przekonania, że dorośli — zarówno ci bliscy, jak i ci będący przedstawicielami państwa — nie będą chcieli pomóc. To chęć jest tutaj istotna — nie możliwość działania, tylko chęć pomocy komuś, kto jej potrzebuje, ale wygląda inaczej i budzi nasz lęk. Dorośli w tej książce chętnie powtarzają obiegowe opinie, łatwo im wydawać sądy i trudno ich skłonić do zmiany zdania lub nawet przyznania, że może być inaczej niż uważają. Bardzo są w tym prawdziwi.

Przeczytajcie „Chłopca znikąd”. Zmusza do myślenia, skłania do zastanowienia się nad własnymi poglądami, zachęca do rozmowy i rozejrzenia się wokoło. To bardzo dobra współczesna książka, która mówi o tym, co dzieje się wokół nas tu i teraz. Rzeczywistość niektórych ludzi dzisiaj nie różni za bardzo od tego, co działo się kilkadziesiąt lat temu. Wojna cały czas gdzieś trwa, a ta powieść stawia trudne pytania, na które niełatwo uczciwie odpowiedzieć, choć warto je zadawać.

Katherine Marsh, Chłopiec znikąd, tł. Anna Klingofer-Szostakowska, Sara Manasterska, Wydawnictw Widnokrąg 2019

Sto godzin nocy

Powoli wracam do blogowania, a przy okazji nadrabiam braki i podczytuję ciekawe książki dla dzieci. „Sto godzin nocy” pochłonęłam jednym tchem. Książka Anny Woltz wydana przez Wydawnictwo Dwie Siostry była nominowana w plebiscycie blogerów Lokomotywa i choć nie wygrała, to gorąco zachęcam, żeby do niej zajrzeć. Naprawdę warto, bo to literatura najwyższej próby (zresztą tak jak inne książki nominowane w tym plebiscycie). Pozostaje w pamięci długo po zamknięciu okładki.

Anna Woltz, Sto godzin nocy

Czternastoletnia Emilia December de Wit postanawia uciec z domu. Ma powody, bo jej ojciec zrobił coś, co niesamowicie skomplikowało jej życie. Ucieka najdalej, jak się da — leci z Holandii do wymarzonego Nowego Jorku, myląc ślady i tworząc fałszywe tropy, by utrudnić rodzicom poszukiwania. Pełne powody jej ucieczki poznajemy stopniowo, w trakcie lektury, gdy ona sama mierzy się z tym, co się stało, pozwala sobie na zastanowienie i refleksję, na odrobinę chłodniejsze spojrzenie na wydarzenia.

Ucieczka nie jest tak łatwa, jak Emilia sobie wyobrażała. Co prawda udaje jej się dotrzeć do Nowego Jorku, ale mieszkanie, które wynajęła przez sieć, nie istnieje. Dziewczyna padła ofiarą internetowych oszustów. Cały misternie przygotowany plan pobytu w cudownym mieście rozpada się na kawałki, a na dodatek do Nowego Jorku zbliża się huragan Sandy. Emilia musi szybko znaleźć jakieś schronienie —  pomagają jej trzy osoby, równie niedorosłe i podobnie poranione jak ona. Grupka młodych ludzi odcięta od normalności, ze świadomością zagrożenia spędza ze sobą kilka dni — a w takiej sytuacji każda godzina i chwila nabierają dodatkowego znaczenia. Dla każdego z młodych ludzi będzie to czas zmiany.

To książka o odkrywaniu siebie, przyjaźni, walce z upiorami. Dorosłym może uświadomić, że dzieci i młodzież mieszą się z własnymi strachami, które wcale nie są błahe. Jako rodzic na nowo uświadomiłam sobie podczas tej lektury, jak mocno my dorośli wpływamy na nasze dzieci i jak łatwo możemy „popsuć” im życie, szczególnie teraz w dobie internetu i hasztagów. To dość przerażająca świadomość, ale warto ją mieć. Autorka zresztą bardzo ciekawie pokazała relacje rodzic – dziecko. Dla nastolatków pewnie ważniejsza będzie historia odkrywania siebie i zdobywania przez Emilii umiejętności mówienia własnym głosem, odwagi do pokazania siebie. „Sto godzin nocy” przemówi do czytelnika w różnym wieku.

W powieści widać także niesamowitą fascynację autorki Nowym Jorkiem i Ameryką — miejscem, gdzie wszystko może się zdarzyć i gdzie da się oddychać, w przeciwieństwie do bagnistej i małej Holandii. Chwilami bawiła mnie ta perspektywa, ale pamiętajmy, że narratorką powieści jest czternastolatka.

Książka jest rewelacyjnie przetłumaczona przez Jadwigę Jędryas. Świętnie się ją czyta, to polszczyzna najwyższej próby. Zajrzyjcie do „Stu godzin nocy” i podrzućcie ją swoim nastolatkom.

 

Anna Woltz, Sto godzin nocy, tł. Jadwiga Jędryas, Dwie Siostry 2019

 

 

 

Pate i kapitanka Hahab

Mamy nowego Pate! Nawet zdążyliśmy się o niego z Piotrkiem posprzeczać. Mój syn przeczytał obie książki właściwie na raz. Połknął je błyskawicznie, a przy tym śmiał się w głos i przychodził mi czytać, co smakowitsze fragmenty — na przykład o tym, jak Pate jechał nad morze. Albo rozmowę z wujaszkiem przebranym za Torturo… to znaczy Totoro, albo scenę przełażenia czy przeskakiwania przez mur (szerze mówiąc, brakuje mi dobrego określenia na to, co tam się działo).

Piotrkowi obie książki podobały się bardzo. Pate jest w nich po prostu Patem — przedziwnie zakręconym chłopcem, kompletnie niedostosowanym do rzeczywistości, co w niczym mu jednak nie przeszkadza. To rzeczywistość musi się dostosować do Patego.

Timo Parvela, Pate łowi ryby, Pate szuka skarbów

Timo Parvela, Pate łowi ryby, Pate szuka skarbów

Książki są krótkie, mają około 100 stron, akcja jest wartka, dużo się dzieje. To bardzo dobra lektura dla dzieci, które samodzielnie czytają, ale potrzebują książek z większymi literami. Przygody Pate na pewno zachęcą do czytania i chłopców, i dziewczyny. Trudno się przy nich nie śmiać, a przynajmniej nie uśmiechnąć.

Timo Parvela, Pate łowi ryby

W „Pate łowi ryby” Pate jedzie z tatą na ryby nad Morze Północne. To bardzo, bardzo daleko. Jeżdżą tam tylko ludzie, których interesuje wędkowanie, kaczkowanie, jagodowanie i inne tego typu atrakcje wieku zdecydowanie średniego (przynajmniej tak to wygląda w oczach dzieci). W czasie wyprawy tatusiów i dzieci Pate poznaje Ninę, która okazuje się całkiem fajna mimo początkowych nieporozumień. Tatusiowie łapią ryby i polują na tajemnicę. Wydaje im się, że dzieci niczego nie widzą, choć oczywiście jest inaczej. Znajdziecie tutaj bardzo zimne morze, przeurocze scenki łowienia ryb (i opowiadania o nich) oraz groźną kapitankę Hahab. Piratka jest bardzo groźna — i niestety interesuje ją ta sama tajemnica.

W „Pate szuka skarbów” razem z chłopcem wyruszamy do Japonii. Timo Parvela bawi się skojarzeniami, nawiązuje do filmów i popularnych japońskich motywów. Pokazuje nam Japonię oczami turystów z głowami pełnymi wyobrażeń o supernowoczesnym kraju, w którym wszyscy chodzą w szlafrokach, a na głowie mają koszyki. Poszukiwania skarbu, które w tajemnicy przed wszystkimi prowadzi uroczy nieudacznik Stuś, sprawiają, że drogi Patego po raz kolejny krzyżują się ze szlakami złowrogiej kapitanki Hahab.

Timo Parvela, Pate szuka skarbów

Timo Parvela tak jak w poprzednich książkach zderza wyobrażenia i spostrzeżenia dziecka z opiniami dorosłych, wykorzystuje humor sytuacyjny i wartko prowadzi akcję. Dodatek potworów i tajemnic dla Piotrka był atrakcją i jak zwykle bardzo uważnie oglądał żartobliwe ilustracje Pasiego Pitkänena. Książki są świetnie przełożone przez Iwonę Kiuru — język jest barwny, pełen żartów i zabawnych sformułowań.

A teraz o różnicy spojrzeń. Piotrkowi podobała się kapitanka Hahab, magia i potwory. A mi było trochę smutno. Przygody Patego w „zwyczajnej” rzeczywistości były niesamowicie fantastyczne i zabawne, bo Timo Parvela ma oko do absurdu i umiejętnie podstawia naszemu światu krzywe zwierciadło. Ja wolałam „zwykłe” przygody Patego, bez elementów magii i fantasy, bo nieprawdopodobne pomysły chłopca były, moim zdaniem, wystarczająco szalone i dziwne. Piotrek się ze mną nie zgadza i uważa, że krakeny i magia są super, a magiczne miecze to już w ogóle. Nawet jeśli mają posłużyć do skonstruowania najbardziej ekologicznego auta na świecie — sami przeczytajcie, czym wujaszek Stuś postanowił je napędzać.

Timo Parvela, Pate szuka skarbów

Zajrzyjcie do przygód Patego — to doskonałe lekarstwo na nudę i zachęta do zabawy. Obawiałabym się jedynie o stan waszych ogródków — poszukiwanie skarbów może być zaraźliwe.

Timo Parvela, Pate łowi ryby, il. Pasi Pitkänen, tł. Iwona Kiuru, Widnokrąg 2020

Timo Parvela, Pate szuka skarbów, il. Pasi Pitkänen, tł. Iwona Kiuru, Widnokrąg 2020

Charlie i cała reszta

Wiecie co? Pandemia pandemią, ale przecież książki pomagają ją przeżyć. Szczególnie mocno pomagają te, które kochamy. Czasami nasze książkowe miłości się różnią, ale Roalda Dahla kochamy oboje, i ja, i Piotrek. Zresztą kiedyś już się chyba do tego przyznałam. Miłość wybuchła nagle, gdy przeczytaliśmy „Matyldę”, a dzięki lekturze „Czarownic/Wiedźm” (książka w Polsce jest dostępna pod dwoma tytułami) wzniosła się na nowe poziomy. Roald Dahl to jeden z ulubionych pisarzy mojego syna. To jego książki kompletuje na półce, i między innymi po nie sięga, gdy mu źle. Piotrek bardzo się cieszył, gdy odkrył „Charliego i fabrykę czekolady” na liście lektur….

Roald Dahl, kilka książek

Siedzenie w domu mimo wszystko sprzyja czytaniu, więc Piotrek pochłania kolejne książki. Lektura Dahla zdecydowanie poprawia mu humor i pozwala oderwać się od smutnych myśli (wiecie, wirusy i inne takie). Mnie trudno się ostatnio zmobilizować do lektury, więc „Państwa Buraków” i „Billy’ego i Miniputki” poznałam więc w autorskiej interpretacji Piotrusia — i nie mam ochoty na żadna inną. Mój syn był tak zafascynowany tymi książkami, że sam zaproponował, że mi je przeczyta – a to naprawdę coś. Roald Dahl miał niesamowitą umiejętność wplatania baśni w codzienność, a to cecha, którą mój syn-fantasta niesamowicie ceni. Baśń albo bajka zdają się czekać na rogu ulicy lub w kącie pokoju — wystarczy tylko dać się do niej zaprosić (i czasami trochę połobuzować).
Roald Dahl, Państwo Burakowie i inne historie

„Państwo Burakowie” i „Billy i Miniputki” to bardzo różne książki. „Państwa Buraków” Piotrek zachwalał jako bardzo ciekawą książkę, ale taką trochę obrzydliwą. A nawet bardzo. Bohaterowie opowiadania, pan i pani Burakowie są brzydcy na zewnątrz i brzydcy wewnętrznie. Zresztą Roald Dahl bardzo jasno wykłada, że obie brzydoty są ze sobą powiązane i że brzydota wewnętrzna bardzo wpływa na urodę. Państwa Buraków nie da się polubić tak są paskudni. Zresztą oni wcale sympatii nie pragną, bo nie lubią nikogo i niczego, a najwięcej frajdy daje im dokuczenie innym, np. przemiłej rodzinie małp uwięzionej w klatce na podwórku. Dużo w tej historii niesamowitych zwrotów akcji, ale na szczęście winni zostają przykładnie ukarani. W książce znajdziecie także historię o wdzięcznym tytule „Uki Fla”. Od razu wolę uprzedzić, że w opowiadaniu nie ucierpiał żaden żółw, za to Piotruś długo się śmiał po zakończeniu lektury historii zakochanego emeryta.

Roald Dahl, Państwo Burakowie i inne historie

„Billy i Miniputki” to historia małego Billy’ego, który wbrew zakazom mamy wymyka się do strasznego lasu. Spotyka tam maleńki ludek — Miniputki — i musi stawić czoła strasznemu niebezpieczeństwu. To sympatyczna historia o pozytywnych skutkach niegrzeczności — jak to u Dahla.

„Charliego i szklaną windę” musiałam przeczytać już sama — wstyd się przyznać, ale poznałam ją dopiero teraz. Piotrek łyknął ją od razu po zakończeniu czytania „Charliego i fabryki czekolady”, tak bardzo spragniony był dalszych losów szalonego pana Wonki i małego Charliego. Kosmiczna przygoda chłopca wciągnęła go bardzo, choć mój syn za Willym Wonką nie przepada, bo to „bardzo niebezpieczny człowiek”. Ja doceniłam przezabawnie przedstawione postacie polityką — choć wolałabym w dzisiejszych czasach mieć o nich lepsze zdanie. Piotrek długo się zastanawiał, czy prezydent na pewno nadawał się na to stanowisko 🙂 Po lekturze obu części „Charliego” na nowo doceniłam także szaloną wyobraźnię Tima Burtona i kreację Johnny’ego Deppa. Piotrkowi szalone przygody Charliego spodobały się bardzo, rysował bitwy ze zgniciołami plaźmiakiami i ciągle bardzo żałuje, że nie będzie kolejnej części — bo przecież „Szklana winda” kończy się w takiej chwili… Nawet zaczął wymyślać, co mogłoby się stać po spotkaniu Willy’ego Wonki i amerykańskiego prezydenta. To nie są historie, które kończą się dobrze dla prezydenta.

Bardzo spodobały nam się także umieszczone na końcu książek informacje o Roaldzie Dahlu. Ciekawostki z jego życia, opinie nauczycieli, zdjęcia jego pracowni. To wszystko sprawiło, że Dahl stał się bliższy i lepiej znany. To barwna postać, która zaświadcza, że pisarze mogą być różni i wcale nie muszą spędzać całego życia za biurkiem. Na Piotrku chyba największe wrażenie zrobiła wiadomość o tym, że Roald Dahl był także szpiegiem.

Absurd i groteskowość historii spisanych przez Dahla zapewniają dzieciom odskocznię od problemów. To zdrowa dawka śmiechu i beztroskiej wesołości, która pozwala zapomnieć o szarym dniu. Dahl koloruje świat i dodaje mu fantazji, nie uciekając przed takimi problemami, jak bieda, brak rodziców czy samotność. Wykreowany przez niego świat jest jednocześnie prawdziwy i fantastyczny — warto się w nim zanurzyć.

 

Roald Dahl, Billi i Miniputki, il. Quentin Blake, tł. K. Szczepańska-Kowalczuk, Znak 2017

Roald Dahl, Państwo Burakowie i inne historie, il. Quentin Blake, tł. K. Szczepańska-Kowalczuk, Znak 2020

Roald Dahl, Charlie i wielka szklana winda, il. Quentin Blake, tł. Magda Heydel, Znak 2020

 

 

Hodowla

„Hodowla” Katarzyny Ryrych (Adamada) to zdecydowanie najmocniejsza książka dla młodzieży, jaką przeczytałam w zeszłym roku, i bardzo ważny głos w dyskusji o polskiej szkole i polskim społeczeństwie. Dla starszych nastolatków, tak na poziomie ogólniaka. Koniecznie do rozmawiania i dyskutowania.

Katarzyna Ryrych, Hodowla

To nie jest łatwa książka nie tylko ze względu na tematykę, ale także sposób skonstruowania historii. Fabuła nie jest linearna, wiele jest tutaj dygresji i retrospekcji – młodszy czytelnik może się pogubić i zniechęcić. Narracja prowadzona jest z punktu widzenia dorosłego. Taki zabieg w książce dla młodzieży może zaskakiwać, ale sprawił, że historia nabrała wagi, zyskała drugie i trzecie dno i przestała być tylko opowieścią o grupie nastolatków w okresie dojrzewania. Dorosły punkty widzenia wyostrza problemy, podkreśla konsekwencje działań i skutki zachowań, które nie byłyby widoczne dla młodszego narratora.

Do miasteczka wraca na chwilę i właściwie przypadkowo dwudziestokilkulatek, który kiedyś tu mieszkał i chodził do liceum. Snuje się trochę bez celu po ulicach i zaułkach, przypominając sobie czas ogólniaka — czas intensywnego dojrzewania, zachwytów, pierwszych miłości, przyjaźni pełnych emocji, poznawania siebie i odkrywania świata. To bolesne i pełne wstydu wspomnienia, z których wyłania się obraz szkoły służącej do hodowania dzieci przez wychowawczynię (Królową Matkę) na wzorowych uczniów i odpowiednich — zgodnych z jej wyobrażeniami — przyszłych przykładnych obywateli miasteczka. W tym modelu nie ma miejsca na inność, bunt, swobodę myśli. Żeby osiągnąć sukces, trzeba się dostosować, zapomnieć o samodzielnym myśleniu i wyrażaniu opinii. Kara za niesubordynację może być straszna.

To także książka o władzy. Człowieka nad człowiekiem. Nauczyciela nad uczniem. Rodzica nad dzieckiem. Grupy nad jednostką. Poczucie władzy daje siłę, a chęć jej posiadania skłania do zmian. Być zyskać władzę, łatwo zapominamy o innych i o tym, co jeszcze przed chwilą było ważne.

Z książki Katarzyny Ryrych wyłania się ponury obraz szkoły, jako miejsca, gdzie przycina się skrzydła. Podporządkuj się, by osiągnąć sukces. Ukrywaj się, znaj swoje miejsce, wpasuj się w ramy. Inni zostaną usunięci, zniszczeni, wymazani z pamięci — nie ma i nie będzie dla nich miejsca. Ciężko się patrzy na taki obraz Ta książka zadaje pytanie rodzicom o ich dzieci. Zmusza do przyjrzenia się wyznawanemu systemowi wartości. Skłania do dyskusji o tym jaki powinien być dobry nauczyciel. Pyta o odpowiedzialność rodziny, o tolerancję, inność i odwagę. To mocne pytania. Odpowiedzi nie znajdziecie w „Hodowli”, będziecie musieli ją znaleźć sami.

Katarzyna Ryrych, Hodowla, Adamada 2019 r.

Lustrzanna

Wszystkim zaglądającym na mojego bloga życzę wspaniałego Nowego Roku — wspaniałej zabawy w Sylwestra i wielu dobrych dni w Nowym Roku. Dobrych ludzi wokół, dobrych lektur do przeczytania i zdrowia na co dzień — i nie przesadzajcie z noworocznymi postanowieniami 🙂

A na zakończenie roku kolejna recenzja pierwszego tomu nowej serii. Tym razem dla trochę starszych. Wydawnictwo Entliczek zaklasyfikowało „Zimowe zaręczyny” do kategorii 14+ . Ta lektura bardzo wciąga i świetnie nadaje się na długie zimowe wieczory. Pierwszy tom liczy prawie 500 stron, więc lektura może zająć trochę czasu.

Christelle Dabos, Zimowe zaręczyny, seria Lustrzanna

„Zimowe zaręczyny” Christelle Dabos to steampunkowe fantasy dziejące się po rozpadzie starej ziemi. Momentami wyobrażałam sobie obrazy jak z „Kosmicznego domu Larklight” Philipa Reeve’a. Ludzie żyją na dziwnych powietrznych wyspach — arkach, którymi opiekują się bóstwa będące założycielami całej rodziny. Wszyscy na wyspach są spokrewnieni, a kontakty między osiedlami nie są częste. Wielkimi sterowcami podróżują głównie towary, a nie ludzie. Na jednej z arek, Animie, mieszka Ofelia, niepozorna archiwistka zakochana w historii przedmiotów. Jest czytającą — każdy przedmiot, którego dotnie gołą ręką opowiada jej swoją historię. To nie jedyna wyjątkowa cecha Ofelii — potrafi także przechodzić przez lustra. Historia zaczyna się w momencie, gdy dziewczyna zostaje zaręczona z Thornem z odległej arki zwanej Biegunem.

Pierwszy tom to wyprawa Ofelii na Biegun i odkrywanie skomplikowanych zależności rządzących tą arką. Życie toczy się tam inaczej — to wyspa zwalczających się klanów, intryg, spisków i plotek. Nie jest łatwo zobaczyć prawdziwe oblicze tej arki. Prawdziwe oblicze wyspy jest ukryte przez wszechobecne miraże, która kształtują przestrzeń i mamią zmysły. Życie arystokracji na arce trochę przypomina mi opowieści o Wersalu przed rewolucją — barwne, rozpasane, nieobyczajne, pozornie beztroskie, w rzeczywistości podszyte strachem i lękiem o pozycję na dworze. Nie znajdziecie tutaj nieprzyzwoitych opisów, ale pewne wtrącenia mogą działać na wyobraźnię (stąd także taka a nie inna kategoria wiekowa).

Zaglądała przez uchylone drzwi do kolejnych pomieszczeń, przyklejała nos do wszystkich okien. Po wielkim biesiadnym stole kroczyły wypuszczone na wolność pawie. W sali teatralnej, wśród oklasków publiczności, dwóch mężczyzn oddawało się udawanemu pojedynkowi, deklamując przy tym poezję. W ogrodzie młodzi arystokraci ścigali się automobilami między klombami kwiatów. W gęstych oparach palarni wielu szlachetnie urodzonych straciło peruki, a kilku innych wręcz przeciwnie — nie miało na sobie prawie nic więcej. W bibliotece starsze panie czytały na głos libertyńskie utwory. (s. 277)

„Zimowe zaręczyny” to oryginalna historia odwołująca się do podstawowych ludzkich emocji: zazdrości, miłości, walki o władzę. Fantastycznie ogląda się „dorastanie” Ofelii, która musi odnaleźć się w nowej, bardzo skomplikowanej rzeczywistości. Musi zrozumieć, jak działa arka, by przeżyć, a jednocześnie zawalczyć o pozostanie sobą. Bardzo kibicuję bohaterce w tej walce — o wolność, samodzielność i prawo samostanowienia. Na Biegunie wcale nie jest to oczywiste. Rysująca się intryga jest wielopoziomowa i skomplikowana, trudno przewidzieć, co może się zdarzyć dalej, kto okaże się przyjacielem, a kto wrogiem. Każdy próbuje wykorzystać dziewczynę do własnych celów, a najbardziej przyjacielskie osoby mogą mieć najbardziej zbrodnicze zamiary. Zaufanie jest na Biegunie towarem zdecydowanie deficytowym. Każda decyzja Ofelii może mieć różne konsekwencje, czasami zaskakujące dla kogoś, kto nie wie, jak działa arka.

Książka jest napisana bardzo plastycznie i wspaniale przetłumaczona. Podczas lektury ma się ochotę zobaczyć niektóre obrazy: arki otoczone chmurami, pokoje odizolowane przestrzennie, pałace unoszące się w chmurach, wielkie lodowe pola i zimowe lasy zamieszkałe przez ogromne, zmutowane zwierzęta — wyobraźnia Christelle Dabos zdaje się nie mieć granic. Nie mogę się doczekać, kiedy po polsku ukaże się kolejny tom.

Christelle Dabos, Zimowe zaręczyny, tł. Paweł Łapiński, wyd. Entliczek 2019 r.

Morrigan – a może jednak Morysia?

Co jakiś czas zaglądamy z Piotrkiem na strony wydawnictwa Media Rodzina. Szukamy informacji, przeglądamy zapowiedzi. I choć wiem z Goodreads, że premiera kolejnej części planowana jest dopiero na luty przyszłego roku, cały czas mamy nadzieję, że może w Polsce ukaże się szybciej (a najpóźniej w tym samym czasie). Może wydawnictwo ma jakieś chody, czarodziejską różdżkę i już dostało tę książkę… Tak, tak, z wielką niecierpliwością czekamy na trzeci tom przygód Morrigan Crow autorstwa Jessiki Townsend.

Jessica Townsend. Seria Morrigan Crow

Miałam o każdym tomie pisać osobno, bo pierwszy przeczytaliśmy już jakiś czas temu. Drugi zresztą też. Nie wyszło, więc dostaniecie dwa w pigułce. Obie książki przeczytaliśmy z Piotrkiem bardzo szybko. Na potrzeby recenzji wróciłam do tej historii i spodobała mi się nawet bardziej, a to nieczęste przy kolejnej lekturze. To świetna opowieść z magią w tle. Fani Harrego Pottera na pewno zauważą sporo nawiązań do swojej ulubionej lektury, ale nie jest to wtórna książka. Autorka bawi się konwencją, żongluje motywami i schematami, ale całość jest świeża, zabawna, czasami niepokojąca i bardzo ciekawa.

Książka zaczyna się mocno i dość przerażająco. Spotykamy Morrigan w przededniu jej jedenastych urodzin. Właśnie zaczyna się ostatni rok jej życia – dziewczynka urodziła się w nocy przesilenia, czyli należy do przeklętych dzieci. Takie dzieci podobno przynoszą pecha, odpowiadają za wszystkie wypadki i jednym spojrzeniem mogą sprowadzić na miasto huragan. Wszyscy się ich boją, nikt ich nie lubi. Morrigan nauczyła się z tym żyć. Bo jaki miała wybór? Od maleńkości wiedziała, że przeraża innych i że będzie żyła tylko 12 lat. Tym razem jednak Era niespodziewanie kończy się rok wcześniej, a w życiu dziewczynki pojawia się rudowłosy, ekscentryczny i nieprzewidywalny Jupiter North, czasami pieszczotliwie przez przyjaciół zwany Jowiszkiem. Jak możecie się domyśleć Morrigan nie umiera, tylko razem z Jupiterem trafia do Nevermoor, gdzie zostaje jego kandydatką do Towarzystwa Wunderowego – tajemniczej organizacji dbającej o świat (tak mówiąc w skrócie).

Jessica Townsend, seria Morrigan Crow

W historii Morrigan znajdziecie dużo znanych elementów: tragiczne dzieciństwo, odepchnięcie, strasznego wroga, przed którym drży cała społeczność, przyjaźń, przygody, czary, szkołę magii. Nie jest to jednak drugi Harry Potter (ani inna książka o magicznym dziecku) przepisany na dziewczyńską wersję. Jessica Townsend stworzyła ciekawą, przejmującą historię o dziecku, które musi odkryć siebie i swoje talenty, nauczyć się ufać światu, zrozumieć, co to przyjaźń – a przy okazji pewnie uratować świat, ale tego jeszcze nie wiemy na pewno.

Autorka wykreowała bardzo spójny świat, w którym wydarzenia logicznie ze sobą wynikają. Wraz z postępem lektury wyjaśniają się jedne zagadki, a pojawiają następne. Historia jest linearna: w pierwszym tomie Morrigan walczy o przyjęcie do Towarzystwa Wunderowego (nie jest to łatwe), w drugim możemy towarzyszyć jej podczas pierwszego okresu nauki. W obu książkach pojawia się jednak wiele dodatkowych wątków i wcale nie jest łatwo przewidzieć, w którą stronę autorka poprowadzi historię. Między innymi dlatego tak bardzo czekamy na kolejną część. Z prawdziwą przyjemnością czytałam opisy kolejnych prób, a potem zmagania Morrigan ze szkołą – ta historia ma sens, wszystko się tutaj klei, rozumiem, z czego wynikają zachowania bohaterów, nawet jeśli ich nie pochwalam.

Postacie są wyraziste i ciekawe. Nie tylko Morrigan i Jupiter – postacie drugoplanowe budzą zaciekawienie i sympatię (lub niechęć) i są wprowadzane po coś. Niektóre posuwają akcję do przodu, inne pozwoliły pokazać różnorodność i bogactwo opisywanego świata, bo Nevermore to naprawdę czarodziejskie miasto. Zarówno ja, jak i Piotrek bardzo chętnie byśmy tam zajrzeli. Mnie najbardziej urzekła parasolejka, czyli kolejka parasolowa. Trzeba mieć odwagę, by z niej korzystać, ale zawsze zazdrościłam Mary Poppins. Piotr chciałby zobaczyć magnifikota (choć raczej nie należałoby go głaskać) i zwiedzić zwodnicze zaułki – jakże by było fajnie nagle stać do góry nogami. Bardzo chciałby także zobaczyć halloweenową paradę, a szczególnie cmentarz makabryjski (ja bym chyba nie chciała). A przecież poza tym miastem roztacza się cała kraina i mamy nadzieję, że autorka „Nevermore” będzie miała ochotę ją nam pokazać.

To kiedy w końcu będzie kolejny tom?

Jessica Townsend, Nevermoore. Przypadki Morrigan Crow, il. Jim Madsen, tł. M. Hesko-Kołodzińska, P. Budkiewicz, Media Rodzina 2018

Jessica Townsend, Wundermistrz. Powołanie Morrigan Crow, il. Jim Madsen, tł. M. Hesko-Kołodzińska, P. Budkiewicz, Media Rodzina 2019

Pate, goooool!

Piotrek nie lubi piłki nożnej. W żadnej postaci. Nie lubi grać (ani na boisku, ani na konsoli), nie lubi oglądać (nawet jak grają inni). Nie zna słynnych piłkarzy ani klubów. Książki o piłce nożnej i piłkarzach też go za bardzo nie kręcą, no chyba że chodzi o przygody Jędrka albo Pate. No właśnie! Pate sprzeda mu wszytko.

Timo Parvela, Pate gra w piłkę

Do drugiej części przygód Patego przymierzaliśmy się już od dawna. Piotrek domagał się jej od chwili, gdy dowiedział się, że jest (o pierwszej pisałam tutaj). Tylko jakoś ciągle było nam nie po drodze — a to nie było w księgarni, a to zapomniałam zamówić. W końcu znaleźliśmy ją na księgarnianej półce i od tamtej pory Młodszy przeczytał ją już kilka razy. Nie może się doczekać kolejnych części („Pate szuka skarbów” i „Pate łowi ryby”), których zapowiedzi już pojawiły się na stronie wydawnictwa.

O ile „Pate pisze bloga” była dla mnie festiwalem gagów i niesamowitych zdarzeń, to „Pate gra w piłkę”, choć też niesamowicie zabawna, jest poważniejsza. Timo Parvela pokazał w niej zmagania dziecka ze światem — dziecka, które na własną rękę próbuje rozwiązać naprawdę poważny problem. U źródła są oczywiście dorośli — Pate bardzo lubi grać w piłkę, dobrze mu idzie, więc jest przekonany, że trener wybierze go do składu na turniej. Jakieś jest jego zdziwienie, gdy okazuje się, że odpada, a do drużyny dostają się bliźniaki Riku i Raku. Zapewne w pewien sposób przyczynił się do tego fakt, że ich tato kupił stroje dla całego zespołu. Wiele dzieci załamałoby się na tym etapie, ale nie Pate. Pate bierze sprawy we własne ręce i postanawia założyć własną drużynę. Naprawdę warto przeczytać, jak to robi.

Timo Parvela, Pate gra w piłkę

Timo Parvela, Pate gra w piłkę

Kilka razy zatrzymałam się przy lekturze tej krótkiej książki, bo Timo Parvela świetnie uchwycił relację dorosły – dziecko. Przekonanie dorosłego, że wie. Niechęć do słuchania dziecka. Wyciąganie wniosków na podstawie pierwszego wrażenia. Odpowiadanie na zadane przez siebie pytanie, zanim dziecko zdąży odpowiedzieć. To warstwa dostrzegana przez dorosłego. Piotrek skupił się na akcji. Śmiał się i przyspieszał lekturę, żeby dowiedzieć się, co będzie dalej. Pate ma niesamowite pomysły, a Timo Parvela wymyślił tę historię brawurowo. Byłam pełna podziwu, jak dobrze wyważył wszystkie elementy, by historia nie wydawała się za bardzo naciągana.

To zabawna i mądra książka o dążeniu do spełnienia marzeń i o tym, że przy okazji mogą spełnić się inne marzenia i rozwiązać problemy. Trzeba tylko mieć pomysł, no i odrobinę szczęścia. Rewelacyjnie się tę książkę czyta — doskonała lektura na wakacje i nie tylko.

Timo Parvela, Pate gra w piłkę, tł. Iwona Kiuru, Widnokrąg 2018

Lubicie słodycze?

Wyobrażacie sobie świat bez cukierków? Świat, w którym nagle wszystkie słodycze zostały zakazane, bo wielbiciel warzyw wprowadził prohibicję (wiem, trudne słowo) i zakazuje spożycia ciasteczek, batonów, żelków, gum, landrynek, czekolad i wszystkiego, co pociągająco słodkie i kaloryczne? Być może niektórzy dorośli nawet by nie zauważyli zmiany (hmm?). Dla dzieci byłaby to katastrofa. Efekty takiej zmiany mogłyby jednak zaskoczyć największych entuzjastów jarskiej diety, bo prohibicja chyba nigdy w historii nie doprowadziła do rozwiązania problemu. Witajcie w świecie Nelle Faulkner, nastoletniej detektyw i bohaterki „Słodyczy” Laviego Tidhara (Zysk, 2019).

 Lavie Tidhar, Słodycze

Nelle jest detektywem. Ma prawdziwe biuro w szopie w ogrodzie, uporządkowane archiwum i przestrzega procedur. Przyjmuje każdą sprawę, a jej motto to „Rób, co należy, bez względu na koszta”. Nelle żyje zgodnie z tym, co głosi jej motto: jest bezkompromisowa, prawa, dążąca za wszelką cenę do prawdy i ogromnie wyczulona na niesprawiedliwość społeczną.

Z historii wiadomo, że tam, gdzie wprowadzano prohibicję, pojawiali się przemytnicy. Każdy zakaz ma w sobie coś, co zachęca do jego łamania, a zabronione produkty nagle stają się bardzo cenne i pożądane, więc można na nich sporo zarobić. Tak samo stało się w miasteczku Nelle — powstały rywalizujące ze sobą grupy walczące o strefy wpływów. Niektórzy dorośli, jak się zresztą okazało w trakcie lektury, też mieli ochotę uszczknąć coś dla siebie i wykorzystać łatwą okazję do zbicia majątku. Nelle, która przyjęła zlecenie od jednego z przywódców gangów, znalazła się w samym centrum wydarzeń.

Lavie Tidhar, Słodycze

Akcja pędzi, Nelle uparcie i wbrew niebezpieczeństwom dąży do rozwiązania zagadki, która okazuje się bardzo skomplikowana. Dziewczynka odkrywa mroczne powiązania i sekrety dorosłych, który dla zysku nie zawahają się przed niczym. Młoda detektyw będzie musiała się naprawdę postarać, aby wyjść z tej przygody cało.

Lavie Tidhar, Słodycze

„Słodycze” Laviego Tidhara to nie tylko kryminał. Podczas lektury miałam wrażenie, że autor stara się wykorzystać schemat powieści detektywistycznej, by opowiedzieć dzieciom coś ważnego o świecie. Jak przystało na kryminał noir, bardzo czarnym świecie. Mamy tutaj i prohibicję, i przemyt, i machlojki dorosłych, i przekupionych polityków, i łamanie prawa, i skorumpowanych policjantów, i bezradność wymiaru sprawiedliwości… Naprawdę jest tego dużo. Momentami za dużo. W czasie lektury pojawia się mnóstwo wątków,  czasami ledwo zarysowanych, takie pęknięcia na twarzy świata. I jest ich coraz więcej, i więcej. To, co widzimy, okazuje się jedynie przykrywką, fasadą, makietą. Rzeczywistość Nelle nie jest prosta, a uporanie się z nią wymaga więcej wiedzy niż ma dziecko. Pod podszewką kryje się dość przerażający świat przestępczych powiązań, obłudy i obojętności. Przy lekturze nastawcie się więc na pytania, jak skonstruowany jest świat.

Lavie Tidhar, Słodycze

„Słodycze” nie oferują prostego happy endu. Rozwiązanie zagadki nie przynosi katharsis, bo „źli” bohaterowie nie ponoszą tak naprawdę klęski. Wygląda na to, że odnajdują się w książkowym/naszym świecie lepiej niż bezkompromisowe osoby dążące do sprawiedliwości. Jedna z postaci mówi na końcu, że właśnie tak jest w życiu, że czasami złym udaje się ujść wolno. Ale nawet jeśli się udaje, to nie musimy się z tym godzić i uznawać, że tak powinno być. Być może w buncie Nelle przeciwko prawom rządzącym światu kryje się nadzieja, że prawa te stopniowo będą się zmieniać. Trochę szkoda, że temu buntowi nie kibicują dorośli. Smutna jest ich bezradność i zgoda na to, co się dzieje, niechęć do zadawania pytań i bierne akceptowanie zmian. Czasami wynika to z troski, czasami z obojętności — dość niechętnie przeglądałam się w tym lustrze. W „Słodyczach” dzieci mają odwagę nazywać rzeczy po imieniu i szukać rozwiązań. Dorośli używają omówień, kręcą lub milczą. Mimo słodkiej tematyki to momentami bardzo gorzka książka.

Lavie Tidhar, Słodycze

Ilustracje Marka Beecha wyraźnie nawiązują do twórczości Tony’ego Rossa i Quentina Blake’a. Jest ich w książce całkiem sporo. Mojemu synowi szczególnie spodobała się mapa i krótka charakterystyka postaci na końcu. Dzięki niej można szybko (nawet przed lekturą) sprawdzić, z kim się będzie miało do czynienia podczas czytania.

Lavie Tidhar, Słodycze, il. Mark Beech, tł. A. Sylwanowicz, Zysk 2019

Mirabelka

„Mirabelka” Cezarego Harasimowicza to ostatnia książka, jaką przeczytałam w 2018 r., jeszcze przed sesją gier planszowych z synami, którą uczciliśmy Sylwestra. Szukałam książki o Historii i o Zagładzie, a znalazłam lekturę opowiadającą o trudnych czasach i splątanych polskich losach. Ta książka uczy, jak patrzeć z nadzieją w przyszłość, jak z przeszłości wyłania się to, co jest dzisiaj i jak my dzisiaj możemy i musimy zadbać o pamięć o tym, co było.

Cezary Harasimowicz, Mirabelka

Uprzedzam, wstęp będzie nieco przydługi. Sięgnęłam po „Mirabelkę”, poszukując książek, które pokażą całkiem niedawną historię, tak aby poruszyć, ale nie przerazić. Podczas jednej z rozmów z moim inteligentnym i oczytanym Starszym zrozumiałam, że moje dziecko nie wie niczego o czasach, które dla mnie są ciągle bliskie. To znaczy zna fakty, daty i nazwiska, ale jednocześnie niczego nie rozumie. W ferworze dyskusji nagle palnął, że przecież pobyt w obozie koncentracyjnym, to była taka przygoda, może trochę straszna. Potem nie mógł zrozumieć mojego oburzenia, zgorszenia, złości, a ja zastanawiałam się, czy mogę dać dwunastolatkowi Borowskiego i Hannę Krall do czytania.

Dla mojego pokolenia, wychowanego w czasach późnego komunizmu (tak, tak, pamiętam te czasy), wiedza o tym, czym były obozy koncentracyjne i obozy pracy, jak wyglądała okupacja zdaje się czymś naturalnym. Ciągle jeszcze dowiadujemy się oczywiście, że pewne fakty z naszej historii powinny być interpretowane inaczej, ale wojny doświadczaliśmy nie tylko na podstawie książek. Była obecna w słowach, a czasami w milczeniu Dziadków, w rodzinnych historiach, we łzach ciotek, które zapalały świeczki przy grobie nieznanego żołnierza. Pamiętam obrzydzenie, z jakim moja babcia patrzyła, jak zajadamy się rzepą wyszabrowaną z cudzego ogrodu. Potem, z trudem dobierając słowa, opowiedziała nam o obozie. Dla mojego dziecka to tylko historia, jedna z wielu opowieści o jakiejś babci i jakimś dziadku, których nigdy nie poznał. Z powszechnego obiegu zniknęła literatura obozowa — trudną ją znaleźć na bibliotecznych półkach. Historia w szkole — ech, każdy wie. Dzieci nie widzą grozy, bólu i lęku — za to świetnie bawią się na rekonstrukcjach bitew. Przecież to przygoda… Ściska mnie lęk, że wygładzając przeszłość i chroniąc nasze dzieci przed opowieściami pełnymi bólu, brudu i płaczu wychowujemy pokolenie, które nie rozumie.

Stąd wzięła się w moim domu „Mirabelka” — mądra i przejmująca książka o polskiej historii z przepięknymi, nastrojowymi ilustracjami Marty Kurczewskiej. Na jej rysunki można się patrzeć bardzo, bardzo długo.

Cezary Harasimowicz, Mirabelka

Narratorem jest drzewo — zwykła mirabelka, jedna z wielu pokoleń mirabelek rosnących na warszawskim Muranowie. Kto nie zna mirabelek? Słodkich, żółtych jak słońce śliwek, które opadają na ziemię pod ciężarem soku? Bardzo lubimy kompot z mirabelek. Sąsiedzi mirabelki z książki też lubią kompot, dlatego pod drzewo przychodzi Dorka w czerwonym płaszczyku, córka pracownika banku, której mama czytuje poezję, Chaim, syn praczki i kupca handlującego śledziami na Krecelaku, bracia Alfusowie, właściciele małej fabryczki produkującej stroje karnawałowe, Izaak, który tak pięknie gra na skrzypcach, że aż zmieniają się od tego ludzkie serca. Ten Muranów sprzed II wojny światowej to inne miasto, pełne obcych dla nas dzisiaj imion i zwyczajów. Tylko marzenia ludzkie są takie same: o miłości, szczęściu, rodzinie. Mirabelka zna tutaj wszystkich. Dzieci potrafią ją usłyszeć i z nią rozmawiać. Na dorosłych także się stara wpłynąć i czasami jej się udaje.

Cezary Harasimowicz, Mirabelka

Młode, radosne drzewko rosnące i dorastające tuż obok swojej mamy jest świadkiem świąt, wesel, ukrytych pocałunków i cicho szeptanych obietnic. Jasna przyszłość zaczyna się jednak chmurzyć, pojawiają się niepokojące głosy, plotki, smutne nowiny. Przynoszą ją mirabelce ludzie i drzewa, bo przecież drzewa też potrafią ze sobą rozmawiać (a kasztany to znani plotkarze). Nadchodzi wojna, a wraz z nią zagłada całego znanego mirabelce świata — tutaj, gdzie rośnie, powstaje getto.

Cezary Harasimowicz, Mirabelka

Oczami kolejnych pokoleń mirabelek oglądamy wojnę, powstanie w getcie, odbudowę stolicy. Cezary Harasimowicz prowadzi tę historię aż do naszych czasów. Widzimy Marzec 68 roku, potem stan wojenny i coraz bardziej kolorowy świat, w którym — jak się okazało — niekoniecznie jest miejsce na mirabelki. Na szczęście ta historia ma happy end, i to zarówno w książce, jak i w życiu.

„Mirabelka” opisuje historię prawdziwego miejsca i prawdziwego drzewa, choć nie wszystkie występujące w niej postacie żyły naprawdę. Cezary Harsimowicz dorzucił do opowieści kilka postaci-symboli. Spotykamy na jej kartach Irenę Sendlerową i Mordechaja Anielewicza — pasują tutaj doskonale. W efekcie powstała niezwykle poetycka, wzruszająca i wciągająca opowieść o kolejnych pokoleniach warszawiaków, którzy wracali do swojego miejsca za życia i po śmierci. Opowieść pełna smaków, zapachów i muzyki, w której duchy opiekują się żywymi, ale same pragną być zapamiętane.

Cezary Harasimowicz, Mirabelka

Ciągle myślę o tej książce. O pamięci drzew. O podziemnych miastach, po których chodzimy nieświadomi, że pod stopami ukrywa się wielowiekowa historia zmieciona z powierzchni ziemi, o nieczułości jednych, którzy wycinają drzewo-symbol, bo ważniejsze jest wykorzystanie każdego skrawka terenu, i pasji drugich, którzy o przywrócenie tego symbolu walczą. Mirabelka wróciła na Muranów — blisko miejsca, gdzie rosła pierwotnie. I nie jakaś tam zwykła mirabelka, ale praprawnuczka tej, która od lat obdarzała w tym miejscu ludzi swoimi owocami. Dobrze jest pamiętać i walczyć o to, by to, co ważne, nie zostało zapomniane.

Napijcie się kompotu z mirabelek. A jak nie macie, to poczekajcie do lata i poszukajcie żółtych śliwek. Przy okazji rozejrzyjcie się — może gdzieś koło was też kryje się tajemnica? Może dobre duchy przeszłości ciągle się wami opiekują, mając nadzieję, że ktoś przypomni ich historię?

 

Cezary Harasimowicz, Mirabelka, il. Marta Kurczewska, Zielona Sowa 2018