Z Bożej łaski Jadwiga, król

Najpierw zwierzenie. Już bardzo dawno nie zarwałam nocy z powodu lektury książki dla dzieci. Z moimi dorosłymi lekturami bywa różnie, w końcu noc to dla rodzica świetna pora na czytanie, bo dzieci już śpią. Tym razem jednak wciągnęła mnie książka dla starszych dzieci (12+ według wydawnictwa Literatura). Koniecznie ją przeczytajcie.

Zuzanna Orlińska, Z Bożej łaski Jadwiga, król

Zuzanna Orlińska napisała świetną książkę o Jadwidze Andegaweńskiej — polskim królu. Nie, nie pomyliłam się. Jadwiga nie była królową ani królewną (to znaczy była, jeśli patrzymy na potoczne znaczenie tych słów: była królową, bo była — potem — także żoną króla i była królewną, bo była — wcześniej — córką króla), była królem — koronowanym władcą Polski. Do jej śmierci Polska miała dwóch królów. Wiedzieliście? To akurat wiedziałam, bo chodziłam z synami na Jagielladę i starałam się na warsztatach uważać 🙂 I dlatego jestem pełna podziwu dla Zuzanny Orlińskiej, która potrafiła o czasach tak od nas odległych napisać w zajmujący, świeży i przede wszystkim niesamowicie wciągający sposób. Widać w tej książce ogromną wiedzę, ale i ogromną pracę autorki. W swojej historii wskrzesiła osoby, których nazwiska przetrwały w dokumentach: nie tylko dwórki i dworzan, ale także kucharzy, stróżów czy paziów.

Narracja w książce toczy się dwutorowo. Pretekstem do pokazania losów Jadwigi jest przyjazd do Polski przyszłej drugiej żony Władysława Jagiełły, Anny Cylejskiej. Zahukana Anna, niepewna siebie, z niską samooceną, jak byśmy dzisiaj powiedzieli, zderza się nie tylko z wielką polityką i obcą sobie kulturą (mimo iż była wnuczką Kazimierza Wielkiego, nie umiała po polsku), ale także z kultem zmarłej Jadwigi, uważanej za najpiękniejszą, najmądrzejszą, świętą. Niełatwo się odnaleźć w takiej sytuacji.

Zuzanna Orlińska przedstawiła rok panowania Jadwigi, od przyjazdu do Polski po pierwsze spotkanie z Władysławem Jagiełłą. Przez ten rok dziecko — co prawda przez całe życie przygotowywane przez rodziców do roli panującego władcy — musi odkryć, co bycie królem oznacza naprawę. Jadwiga musi odnaleźć się w nowym miejscu, przekonać do siebie możnych panów, z których prawie każdy ma inny pomysł na nią i państwo, pokazać swoją siłę, a przede wszystkim zobaczyć w  sobie samej króla. Fascynująca jest jej droga.

Losy Jadwigi i Anny zostały pokazane na tle epoki. Zuzanna Orlińska pieczołowicie pokazuje nam Wawel, Kraków, Stary Sącz, Święty Krzyż. W książce wielka polityka splata się z codziennymi losami ludzi. W średniowiecznym mieście oglądamy kuglarzy, poznajemy pracę strażników, stykamy się z łotrzykami, negocjujemy z aptekarzem. No i ta wielka polityka: Litwa, Polska, Żmudź, Zakon Krzyżacki, Jagiełło, Wilhelm. Autorce udało się sprawić, że hasła znane z encyklopedii zaczynają mieć ludzie twarze. Po tej lekturze trudno powiedzieć, że historia jest nudna.

 

Nie dziwcie się więc, że zarwałam noc. Nie żałuję.

Zuzanna Orlińska, Z Bożej łaski Jadwiga, król, Wydawnictwo Literatura 2017

Reklamy

Na bursztynowym szlaku

Znowu będę marudzić… Wszystko przez książkę, która zauroczyła mnie swoją urodą, starannością wydania, bogactwem i odmiennością ilustracji. Piękna szata graficzna i doskonała autorka Grażyna Bąkiewicz — czegóż chcieć więcej? Przynieśliśmy książkę z biblioteki, zaczęliśmy czytać, a ja do tej pory nie mogę się pogodzić z tym, co przeczytałam. Miałam nadzieję na wspólną przygodę z Piotrem na bursztynowym szlaku, a zamiast tego targają mną wątpliwości i przekopuję się przez strony poświęcone historii, by znaleźć odpowiedzi na pytania syna.

Może od początku. „Bursztynowy szlak” Grażyny Bąkiewicz z pięknymi ilustracjami Ewy Beniak-Haremskiej (mnie kojarzą się one z ilustracjami Wiesława Majchrzaka) to jedna z nowych pozycji Wydawnictwa Literatura w serii „A to historia”. Grażyna Bąkiewicz i Beata Ostrowicka przygotowały książki przeznaczone dla młodszych czytelników — wydawnictwo rekomenduje je dla dzieci od piątego roku życia. Znakiem rozpoznawczym nowych pozycji jest wycięte w okładce zwieńczone łukiem okienko.

Bursztynowy szlak

Książki Grażyny Bąkiewicz biorę z półki właściwie w ciemno. Bardzo lubimy jej półkomiksową serię o polskich władcach wydawaną przez Naszą Księgarnię, powieść o Bezprymie wywarła ogromne wrażenie zarówno na mnie, jak i na Tymku. Autorka nauczyła mnie, że jej opowieści są dopracowane, przemyślane i mądre, że pokazują historię żywą, czujących ludzi i konieczność znajdowania odpowiedzi na czasami niełatwe pytania. „Bursztynowy szlak” całkowicie mnie zaskoczył i przyznaję, że kompletnie tej opowieści nie rozumiem.

Historia jest prosta, ładnie napisana i dopasowana do młodszego odbiorcy. Mamy dwóch dziecięcych bohaterów. Lisyniusza, ośmiolatka, którego ojciec, rzymski kupiec, zabiera w niebezpieczną wyprawę po jantar, bogactwo północnego morza. W nadbałtyckiej wiosce po drugiej stronie tej drogi mieszka ośmioletni Farko, syn rybaka. Od początku wiadomo, że chłopcy się spotkają. Niewiele dowiadujemy się o podróży Lisyniusza: była długa, trudna i niebezpieczna. Życie Farko poznajemy trochę lepiej: mieszka z rodzicami w rybackiej wiosce i choruje na morzu, czego nie może zrozumieć nikt z jego otoczenia.  Kiedy kupcy przyjeżdżają do wioski, dochodzi do wymiany towarów: żelazo za skarby bałtyckiej plaży, okruchy pałacu bogini Juraty.

Bursztynowy szlak

Tutaj pojawił się pierwszy zgrzyt. Mamo, a czemu oni wymieniają bursztyn na żelazo? Przecież Pani w muzeum powiedziała… No tak, Piotruś wytrwale kibicował jakiś czas temu rozbijaniu dymarki i uważnie słuchał opowieści o świętokrzyskich metalurgach. Zaczęłam więc szukać, co wymieniali Rzymianie za jantar i ku swojemu zdumieniu żelaza na tej liście nie znalazłam. Pojawiały się na niej tkaniny, ceramika, biżuteria, wyroby z brązu… Jestem jednak w stanie przyjąć żelazo jako pewien symbol bogactwa i rozwoju cywilizacyjnego. Wszyscy nosimy w sobie przekonanie, że żelazo było obiektem pożądania.

Potem pojawił się drugi zgrzyt, znacznie poważniejszy. Otóż ojciec oddaje Rzymianom Farka za garść żelaznych gwoździ, a na dodatek chłopiec dodaje do tej wymiany znaleziony na plaży bursztyn. W tym momencie coś się we mnie zbuntowało. To prawda, rodzice mogli sprzedawać swoje dzieci, ale chyba nigdy nie robiono tego „ot tak” i bez wyższej konieczności. Niewolnictwo i los niewolników był doskonale znany plemionom zamieszkującym tereny dzisiejszej Polski. Naukowcy spierają się, czy Słowianie i ludy zamieszkujące te obszary przed nimi handlowali ludźmi, ale niewolnicy istnieli. Ich los nie był godny pozazdroszczenia i raczej wszyscy mieszkańcy tych terenów byli tego świadomi. Nie wiem, czy jakikolwiek ośmiolatek z czasów przedsłowiańskich mógł marzyć o życiu niewolnika jako sposobie na wyrwanie się z rodzinnej wioski. Pomijam już tutaj zdumienie mojego syna, który nie mógł pojąć, że jakiś rodzić proponuje swoje dziecko za garść gwoździ, ot tak. Rozumiem, inne czasy, inne podejście do dzieci, inny proces dorastania… Można na ten temat długo, ale dla mnie ten wątek jest po prostu w książce niepotrzebny i nie wiem, czemu ma służyć. Podkręceniu akcji?

Nie dowiadujemy się niczego o dalszych losach Farko, jak pisze autorka „to zupełnie inna historia”. Nie mam ochoty na takie wytłumaczenie, bo nie rozumiem, dlaczego sprzedaż dziecka musiała być elementem opowieści o bursztynowym szlaku przeznaczonym dla małych dzieci. Po co? Czy sama opowieść o wędrówce w poszukiwaniu bogactw, o zderzeniu różnych kultur by nie wystarczyła? „Bursztynowy szlak” to prosta historia, zawierająca niewiele informacji, bo przeznaczona dla najmłodszych czytelników, a ten motyw wprowadza w ich głowach niepokój i bałagan. Mamo, to na bursztynowym szlaku handlowano ludźmi? Chyba nie o taki efekt chodziło. A może ktoś odebrał tę książkę inaczej i potrafi pokazać mi sens tej historii?

Grażyna Bąkiewicz, Bursztynowy szlak, il. Ewa Beniak-Haremska, Literatura 2017

Koniec świata nr 13

Ech… Wcale nam się nie podoba, że skończyły się wakacje. Chłopcy chodzą marudni, bo szkoła jakoś nie bawi, mimo że spotkania z kolegami cieszą. Matka też chodzi marudna, bo próby przyzwyczajenia synów do codzienności kończą się najczęściej poranną burzą z piorunami. A na dodatek leje, leje, leje. Gdzie jest złota polska jesień? Gdzie się podziało lato?

Na zakończenie wakacji czytamy więc książkę o wakacjach — i trochę o wszystkim. To raczej książka dla Tymka, który połknął ją jednym tchem, a potem powiedział: wiesz, właściwie nie bardzo wiem, o czym to jest, ale bardzo fajne!

Koniec świata nr 13

„Koniec świata nr 13” to dość przewrotna lektura. Wiele rzeczy stoi tutaj na głowie, a cała historia została spisana tak sprawnie, że czytałam ją z ogromną przyjemnością, mimo iż mam naprawdę trochę (no całkiem sporo) więcej lat niż uczeń podstawówki. Ubawiłam się przednie, choć wcale nie jest to lektura lekka i jedynie zabawowa. To wielka sztuka sprzedać mądre i głębokie treści w tak lekkiej formie. Może ad rem, bo widocznie ulewa działa też na bloga…

Sabina Muzyk, lat 12, właścicielka szczurka Jurka, mieszka w starym domu przy ul. Koniec Świata 13. W oczach dwunastolatki trudno o bardziej pechowy adres. Wszystko w tym domu jest inne niż wszędzie: rodzice artyści, stara lokatorka — właścicielka psa o imieniu Saba, rozsypujący się, zabytkowy budynek. A Sabina marzy po prostu o tym, aby było normalnie — czyli tak jak u innych, którzy dostają nagrody za dobre stopnie i których rodzice nie mają kolorowych włosów, postrzępionych dżinsów i rąk umazanych gliną. Czasami Sabina czuje się najstarsza w całym domu.

Nie, nie — nie jest to książka o depresji niezrozumiałego przez nikogo dziecka wkraczającego w wiek dojrzewania 🙂 Sabina jest energiczna, zaradna i pełna energii, a wakacje bez rodziców, którym niespodziewanie udaje się wyjechać na plener do Francji, okazały się dla dziewczynki bardzo ważne. Przez całą książkę możemy obserwować, jak Sabina poznaje siebie i bliskich, odkrywając, że to, co bliskie i znane wcale nie musi być gorsze od tego, co daleko. Dużo się w tej powieści dzieje, a sceny ze strażnikiem miejskim czy paniami z opieki społecznej pewnie były dla mnie bardziej zabawne niż dla Tymka. Gdzieś po drodze i jakby mimochodem dziewczynka zaczyna akceptować samą siebie i odkrywać, że na wiele rzeczy można spoglądać z różnych stron. Świat nie jest tylko czarny i biały, zaczyna nabierać kolorów, a nielubiane przezwisko zmienia się w znak rozpoznawczy.

To jest mój dom — pomyślała Sabina i dziwne wzruszenie ścisnęło ją za gardło. Mój stary dom, który będzie wyglądał jak nowy, ale jak zawsze nic się w nim nie zmieni. Ciotka Plotka pojedzie na wakacje i wróci, aby malować pierroty, i dalej będzie nosić włosy w kilku kolorach, Jerzy zajmie swój dawny pokoik, portmonetka Babci Funi zawsze będzie świecić pustką, a Babcia Saper będzie robić miny.

Co porabiasz? — zapytał Wuj Psuj, który jako jedyny lekceważył kartkę na drzwiach Sabiny.

— Dorastam — odparła zgodnie z prawdą Sabina Muzyk, lat dwanaście.

— Ja też — powiedział Wuj Psuj i posadził sobie na ramieniu Szczurka Jurka.

To jedna z piękniejszych i mądrzejszych książek o dorastaniu, jakie czytałam. Lepiej dorastać, gdy się ma dwanaście lat.  To także powieść o akceptacji, przyjaźni, odkrywaniu inności i wakacjach. I jak tu za nimi nie tęsknić? Miłej lektury!

 

„Koniec świata nr 13” została nominowana do Ogólnopolskiej Nagrody Literackiej im. Kornela Makuszyńskiego.

 

Katarzyna Ryrych, Koniec świata nr 13, il. Katarzyna Kołodziej, Wydawnictwo Literatura 2016

Eryk i bardzo niezwykła Babcia

Chciałabym Wam dzisiaj opowiedzieć o pięknej i niezwykłej książce. Takiej, która sprawia, że łzy pojawiają się w oczach i ściska w dołku, potem na twarzy pojawia się uśmiech, a po przekręceniu ostatniej strony człowiek siedzi w milczeniu i pielęgnuje to, co narodziło się w nim podczas lektury. Brzmi patetyczne, wiem, ale to jedna z najpiękniejszych książek, jakie czytałam z chłopakami. 

Niezłe ziółko

Niezłe ziółko” Barbary Kosmowskiej to książka, którą trudno zaszufladkować. Można ją odczytywać na różne sposoby. Dla Tymka była to opowieść o Babci — takiej cudownej, mądrej, wymarzonej, wytęsknionej, przy której prawie każda rzeczywista Babcia wypada blado — i o odchodzeniu, żegnaniu się z bliskimi. Piotruś bardziej zwrócił uwagę na zmiany, które zachodzą w Eryku, bohaterze książki — Eryk nauczył się odwagi, mamo. Oj tak, a Babcia mu w tym bardzo pomogła.

Eryk to zwykły ośmiolatek. Wątły i niski okularnik bez specjalnych zdolności. Taki przeciętniak, na którego mało kto zwraca uwagę, a jeśli już, to raczej po to, by dać mu kuksańca. Chłopiec jest bardzo samotny: ma oczywiście mamę i tatę oraz świnkę Balbinę, ale izoluje się od klasy, unika kolegów. Jest nieśmiały, boi się żartów i kpin. Pewnego dnia Eryk dowiaduje się, że w jego domu zamieszka Babcia Malutka, ukochana Babcia, znawczyni ziół, podróżniczka, gawędziarka, cudowna osoba z niesamowitą umiejętnością słuchania, przy której wszystkim (nawet Balbinie) rozwiązują się języki.

Niezłe ziółko

Babcia Malutka jest chora, musi leżeć, ale poświęca swojemu wnukowi masę uwagi. Słucha, doradza, zauważa problemy. Naprawdę można jej pozazdrościć umiejętności wskazywania drogi, motywowania, zarażania pasją. Przygotowuje także Eryka na rozstanie i daje mu siłę, by potrafił żyć sam, odwagę, by umiał podjąć wyzwania. Uczy go wytrwałości i tego, że mistrzostwo nie bierze się z powietrza, ale wymaga ćwiczeń i czasami samozaparcia. 

Barbara Kosmowska w swojej opowieści przeprowadza dziecko przez smutek i żal po rozstaniu, ale uczy także, że wspomnienia i wspólne pasje mogą koić rozpacz. Eryk ma ogromną wyobraźnię, która pomaga mu uporać się z pustką. Autorka pokazuje, że siłę można czerpać ze wspomnień, gdy zabraknie już dorosłego, który dawał wsparcie. Mamo, nie chcę, żeby ona umarła — szepnął mój Starszy — czemu książki muszą kończyć się źle? Ta książka nie kończy się źle, mimo iż Babcia Malutka umiera. Nie ma tutaj wielkiej rozpaczy i wielkiego krzyku. Jest zwykły smutek i ból, ale także rozpoznanie, że siła drzemie w nas samych. I że warto korzystać z wiedzy i doświadczeń, które przekazali nam inni.

Książka jest cudownie zilustrowana przez Emilię Dziubak. Jej ilustracje wydają się pełne światła, są jak przesiąknięte blaskiem. Nawet gdy są ciemne, promieniują i bije z nich ogromna miłość do wnuczka i wielkie ciepło. Cudowne są na tych ilustracjach ziółka, aż chciałoby się wskoczyć na obrazek (chłopcy się posprzeczali, który ładniejszy: jeden wolałby na łąkę, drugi do domku  na drzewie). Zajrzyjcie do „Ładnego ziółka” — ta książka daje dzieciom siłę, nawet jeśli w ich oczach na chwilę pojawią się łzy.

 

Barbara Kosmowska, Ładne ziółko, il. Emilia Dziubak, Wydawnictwo Literatura 2016

Chłopiec z Lampedusy, czyli o ważnych problemach po raz kolejny

Trudno zrozumieć świat, bo zmienia się na naszych oczach. Żyliśmy w błogim przekonaniu, że wszystko, co złe, już za nami, że nasze standardy obowiązują wszędzie. Zapomnieliśmy, że poza Europą jest wielki świat, w którym jedni ludzie ciągle toczą wojny, a inni przed tymi wojnami chcą uciec i szukają bezpieczniejszego miejsca. Możemy udawać, że to nie nasz problem, możemy odwracać głowę, ale trudno obronić się przed obrazami, którymi jesteśmy co chwila bombardowani. Nasze dzieci je widzą, więc trzeba z nimi rozmawiać. Na przykład o uchodźcach. To bolesny i trudny temat. Na szczęście pojawiają się świetne książki, które pomagają nam zacząć. Jedną z nich jest Chłopiec z Lampedusy Rafała Witka.

Chłopiec z Lampedusy

To kolejna książka Wydawnictwa Literatura z serii Wojny dorosłych – historie dzieci. Wychodzą w niej książki ważne, poruszające trudne tematy: dawne i współczesne. Nie epatują krwią i strachem, opowieści są delikatne i z dystansem nakreślają problem, tak żeby go pokazać i skłonić do myślenia, ale nie przestraszyć.

Akcja Chłopca z Lampedusy toczy się właśnie na Lampedusie, gdzie mieszka Andżelika, polska dziewczynka. Rafał Witek zderza w tej książce emigrantów ekonomicznych i uchodźców. Rodzice Andżeliki ciężko pracują, by kiedyś w Polsce wybudować wymarzony domek. Życie dziewczynki nie jest proste: znalazła się w nowym miejscu, rzadko widuje ojca, który pracuje jako kierowca tira i jeździ po całej Europie, jest uboższa od koleżanek. Jej mama całymi dniami pracuje w hotelu. Trudno się żyje w nowym kraju: trzeba znaleźć mieszkanie, dostosować się do wymagań właścicielki domu, nauczyć języka i nowej kultury, ciągle zmagać się z byciem obcym i innym.

Pewnego dnia Andżelika widzi na morzu żółtą łódź, która dziwnie znika. Potem spotyka chudego chłopca, pływającego w ubraniu. Tandżin kradnie jej chleb i dziewczynka postanawia go odnaleźć. W ten sposób w jej życie wkracza świat, którego nie rozumie. Świat, w którym ktoś może być tak głodny, że zmuszony do kradzieży. Okazuje się, że są ludzie pozbawieni wszelkich praw, których można w każdej chwili odesłać do miejsca, gdzie rządzi karabin. Rafał Witek patrzy na wydarzenia oczami dziecka, które nie potrafi zrozumieć:

Co to znaczy „nielegalny imigrant”? — ryknęła na karabiniera. — To nie jest żaden imigrant. To mój kolega. I wszystko ma legalne! Niby co jest w nim nielegalnego? Ręce są nielegalne? Nogi? A może kręcone włosy są nielegalne?

Opowieść Rafała Witka jest wymyślona, ale do jej napisania skłoniły go prawdziwe słowa i prawdziwa historia chłopca wyłowionego z morza, który próbował dostać się w ten sposób do lepszego świata. Książka kończy się happy endem. Znajdują się ludzie, którzy chcą pomóc. Pomagają osoby, po których się tego nie spodziewamy. Świat nie jest taki zły, zdaje się mówić autor, wystarczy trochę dobrej woli i trochę serca. Bardzo chciałabym w to uwierzyć.

Chłopiec z Lampedusy to dobra historia dla ośmio-, dziewięciolatków. Dużo w niej tematów do rozmowy i przemyśleń. Może mogłoby znaleźć się w niej trochę więcej informacji o tym, dlaczego ludzie uciekają, ale pewnie wtedy książka stałaby się mniej spójna. Zresztą to już zadanie czytelnika: niech spróbuje się dowiedzieć, co dzieje się w Erytrei i dlaczego uciekają z niej ludzie, dlaczego są tak zdesperowani, że próbują przepłynąć łupiną ogromne morze. Ważne, żeby zachciało nam się szukać odpowiedzi na te pytania, a potem może zacząć pomagać. 

 

Rafał Witek, Chłopiec z Lampedusy, il. Joanna Rusinek, Wydawnictwo Literatura 2016

Recenzja ukazała się także w portalu Miasto Dzieci

Z wizytą w leśniczówce Klechdy

Jak pamiętacie, Piotrek stał się wielbicielem skrzata Maurycego i szczurka Ogryzka. Kiedy więc dostał następne części, nie mógł się doczekać lektury. Pierwsze podejście nie należało jednak do najbardziej udanych: Mamo, to wcale nie jest o Maurycym, tylko o jakimś leśniczym! To oszustwo! 

O czym szumi las
Dębowa kołyska

No właśnie! W Dolinie Bagiennej Trawy pojawia się nowa postać: leśniczy Piątek i to na nim skupia się uwaga autora. Trzeba przyznać, że Piątek to bardzo sympatyczny bohater, którego spotkanie z mieszkańcami lasu nie było łatwe, ale za to śmieszne. Piotruś dał się przekonać, że warto przeczytać chociaż rozdział, a potem nabrał apetytu na całą książkę. A po skończeniu „O czym szumi las” natychmiast zabraliśmy się za „Dębową kołyskę” — i wcale nam nie przeszkadzało, że pominęliśmy jedną część (teraz muszę ją szybko znaleźć, bo Piotruś koniecznie chce się dowiedzieć, jak Piątek tropił sześcioptaka).

O czym szumi las

Dolina Bagiennej Trawy jest niezwykła. I nie chodzi jedynie o cudowny, stary lat, dziką rzekę i ostoje rzadkich roślin i zwierząt. Las wokół leśniczówki Klechdy to miejsce niezwykłe, bo żyją tutaj stwory z dawnych legend i mówiące zwierzęta, a dzieje się wiele. Fajnie by było choć raz spotkać skrzata, żabona czy wodnika, a nawet (w kontrolowanych okolicznościach) niedźwiedzia brutalnego Leona — szczególnie że w książce Pawła Wakuły większość stworzeń magicznych jest sympatyczna i uczynna. 

O czym szumi las

Piątek mógłby służyć za wzór leśniczego: oddany przyrodzie, mądry, z zapałem i poświęceniem wykonujący swoją pracę, kochający las całym sercem. Na dodatek bardzo kulturalny i szanujący każde stworzenie. To człowiek, który uważa, że najpierw trzeba porozmawiać, wytłumaczyć, spróbować przekonać, a dopiero potem używać siły (jeśli w ogóle). No po prostu ideał. Wcale się nie dziwię, że Lasy Państwowe objęły te książki patronatem — tak pozytywny bohater to skarb.

O czym szumi las

Z obu książek można się sporo dowiedzieć: że nie wolno wrzucać śmieci do lasu, na czym polega zrównoważona gospodarka leśna, że leśniczy musi ciągle być czujny i wypatrywać leśnych szkodników. Piątek walczy z kłusownikiem i niezbyt mądrymi myśliwymi, zwalcza bimbrowników, ale dba także o to, by ludzie przyjeżdżający do lasu mieli gdzie usiąść i mogli rozpalić ognisko. Jednego pomocnika mu strasznie, całym sercem zazdroszczę: do leśniczówki Klechdy wprowadził się domownik, skrzat domowy, którego celem w życiu jest pomoc ludziom: sprząta, gotuje, pucuje, dzieci pilnuje, pierze — a wszystko za miskę owsianki. Próbowaliśmy z Piotrusiem zwabić domownika do nas, ale niestety się nie udało. Może owsianka nie była dość smaczna.

Książki Pawła Wakuły to ciekawa lektura, która może bez moralizatorstwa nauczyć dziecko zachowywać się w lesie i szanować przyrodę. Opowiadania są zabawne, choć czasami ciut przydługie. Autor ma dość specyficzne poczucie humoru, które nie każdemu może odpowiadać. Mnie samej najbardziej przeszkadzała historia walki Piątka w bandą ekologów złożonych z podstarzałych hippisów i doktorów filozofii, którzy chcą bronić las, a robią więcej szkód. No dobra, wiem, że tacy ekolodzy bywają, ale wyśmiewanie się z ekologów jakoś mnie zmroziło, szczególnie dzisiaj, gdy mam sporo wątpliwości, że leśniczy naprawdę dbają tylko o dobro lasu. Bo niestety nie wszyscy są tacy, jak Piątek.

Zajrzyjcie do „O czym szumi las” i „Dębowej kołyski” chociażby po to, by pobudzić wyobraźnię dzieci. Od Piątka można nauczyć się kochać przyrodę (i paru nazw leśnych szkodników), a mieszkańcy Doliny Bagiennej Trawy to postacie z polskich legend i podań. Warto, żeby zamieszkały w dziecięcych głowach, bo słowiański bestiariusz bywa naprawdę imponujący.

Paweł Wakuła, O czym szumi las, Wydawnictwo Literatura 2012

Paweł Wakuła, Dębowa kołyska, Wydawnictwo Literatura 2015

Kim jest Malala?

Mamo, ona żyła naprawdę? To nie jest wymyślone? Tak było? Mamo!!!  Takimi pytaniami zarzucił mnie Tymek pewnego dnia, gdy wróciłam z pracy. Książkę „Która to Malala?” Renaty Piątkowskiej znalazł na biurku — przekładałam książki na półkach i przypadkiem ją tam zostawiłam. Starszy znalazł, zajrzał i przeczytał, a potem długo nie mógł zrozumieć, że to prawdziwa opowieść. Ale mamo, to naprawdę tak jest? Chcieli ją ukarać za coś takiego? Ale to było dawno, prawda?

Która to Malala?

„Która to Malala?” Renaty Piątkowskiej (Wydawnictwo Literatura) została wydana w ramach serii „Wojny dorosłych — historie dzieci”. Początkowo seria opowiadała o losach dzieci podczas II wojny światowej. Najnowsze tytuły pokazują, że wydawnictwo ma ambicję poruszania tematów współczesnych i ważnych, zmuszających do dyskusji i zastanowienia. To bardzo dobra seria, która w pięknej i przystępnej formie przybliża dzieciom problemy naszego świata: wojnę na Ukrainie („Teraz tu jest nasz dom”), los uchodźców („Chłopiec z Lampedusy”, „Hebanowe serce”) czy terroryzm. Warto, żeby dzieci dowiadywały się o problemach własnie z tych książek, zamiast z prasy czy telewizji, gdzie panuje kult newsa i walka o widza.

Która to Malala

„Która to Malala?” to fabularyzowana biografia Malali Yousafzai, pakistańskiej dziewczynki z doliny Swat, która miała odwagę sprzeciwić się talibom. Nie chciała zakrywać twarzy, walczyła o to, by móc się uczyć i swobodnie wypowiadać. Miała w sobie odwagę, by publicznie krytykować talibów i pisać w sieci o tym, co robią w Pakistanie. Tylko tyle i aż tyle — talibowie postanowili się jej pozbyć i dziewczynka została postrzelona w głowę. 

Która to Malala?

Renata Piątkowska w piękny sposób opowiada tę historię. Pokazuje dzieciństwo Malali w Pakistanie, jej rodzinę, wsparcie, jakie dostawała od bliskich (w mojej głowie pojawiały się pytania, czy umiałabym i chciałabym zachęcać dziecko do działań, które mogłyby sprawić, że znajdzie się w niebezpieczeństwie), a także późniejsze losy dziewczynki. Malala Yousafzai wyemigrowała do Wielkiej Brytanii, wyzdrowiała i otrzymała wiele nagród, w tym pokojową Nagrodę Nobla. Opowieść o losach dziewczynki przetykana jest jej rozmowami na czacie z innymi dziećmi, opowieściami starej Babci, wspomnieniami z pakistańskiej szkoły, fragmentami bloga. To niby zwykle życie, które pozwala zrozumieć, że to, co dla nas zwykle i „normalne”, choćby ta uprzykrzona szkoła i konieczność nauki, dla innych ciągle jest marzeniem i wartością, o którą muszą walczyć.

Która to Malala?

Tymek stwierdził, że historia Malali jest naprawdę ciekawa, choć przerażająca, gdy się głębiej o tym pomyśli. I mimo występującej w tej opowieści komputerów, blogów i czatów, długo nie mógł zrozumieć, że to prawdziwa opowieść, która wydarzyła się współcześnie, całkiem niedawno. Mamo, przecież trzeba to zmienić…. Trzeba synku. 

Czytajmy z dziećmi książki o trudnych i ważnych sprawach. Muszą wiedzieć, żeby potrafiły z odwagą wejść w dorosłość, a wtedy może kiedyś znajdą w sobie pomysły i siłę, by zmienić świat. Problemy są w tej książce pokazane delikatnie, nikt nie epatuje nieszczęściem, książka porusza, zaciekawia i skłania do myślenia. Warto ją przeczytać z siedmio-, ośmiolatkiem, młodsze dzieci mogą być  trochę za małe. Zajrzyjcie do książki Renaty Piątkowskiej, bo naprawdę warto. I dla opowieści o Malali, i dla ilustracji Macieja Szymanowicza. 

 

Renata Piątkowska, Która to Malala?, il. Maciej Szymanowicz, Literatura 2016 (wyd. 2)

Absolutnie subiektywna świąteczna polecajka Tymka

Na blogach, portalach i stronach wydawnictw mnóstwo jest prezentowych propozycji. Przepięknych, cudownych i mądrych książek dla maluchów, przedszkolaków i dzieci z młodszych klas podstawówki. A dla starszych jakby mniej. Poprosiłam więc Tymka, żeby zastanowił się i wskazał książki, które zrobiły na nim największe wrażenie, które warto kupić pod choinkę i podarować starszemu dziecku — nawet takiemu, które nie przepada za czytaniem.

No i zaczęła się dyskusja. Oglądaliśmy książki z półek i przeglądaliśmy listy książek wypożyczonych — jak to dobrze, że biblioteka ma katalog elektroniczny. Pominęliśmy „Harrego Pottera”, „Percy’ego Jacksona” i „Baśniobór” jako absolutne pewniaki (mamo, to wszyscy znają!). No więc voilà! Zapraszamy do lektury absolutnie subiektywnego spis książek dla młodszej młodzieży wartych przeczytania i podarowania — kolejność wymieniania tytułów przypadkowa! Niestety niektóre z tych książek ciągle czekają na recenzję na blogu, większość można bez problemu kupić. Aaa, i prosiłam, by moje dziecko wybrało dziesięć tytułów — nie było prosto!

Zaczynamy od tych, którzy czytać za bardzo nie lubią i długa książka sprawi, że uciekną pod stół.

1. „Hej, Jędrek! Przepraszam, czy tu borują?” Rafała Skarżyckiego, Tomasza Lwa Leśniaka (Nasza Księgarnia) lub dowolna inna część przygód Jędrka. Zabawna, pełna rysunków i komiksów lektura o perypetiach zwariowanego dziesięciolatka. Dla fanów komiksów i kryminałów od 7 roku życia, ale dla jedenastolatka też się nada.

Hej Jędrek! Przepraszam, czy tu borują

2. Kolejna propozycja na naszej liście dla niechętnie czytających to właściwie dwie pozycje, także wydane przez Naszą Księgarnię: „Mieszko, ty wikingu!” i „Kazimierzu, skąd ta forsa” Grażyny Bąkiewicz. To bogato ilustrowane i pełne zabawnych komiksów opowieści o podróżach w czasie i zwiedzaniu Polski za czasów Piastów. Tymek bawił się świetnie i uznał, że to doskonała lektura dla wszystkich, którzy nie przepadają za czytaniem, ale lubią rycerzy i dawne czasy. 

Mieszko, ty wikingu!

3. Mamo, koniecznie „Kroniki Spiderwick„! Tony’ego DiTerlizzi i Holly Black (Znak) — tylko chyba trudno ją kupić. To brawurowe wprowadzenie do świata fantasy. Czego tutaj nie ma: rozbita rodzina, rozpadający się dom, masa dziwnych stworów, zagrożenie dla świata, świetny, wciągający tekst i inspirujące ilustracje. Bywa strasznie, więc powiedzmy, że od ósmego-dziewiątego roku życia. I uwaga: koniecznie trzeba zacząć lekturę od pierwszego tomu!

Kroniki Spiderwick

A teraz propozycje dla tych dużo czytających, którzy pochłaniają jedną książkę za drugą i ciągle im mało.

4. Yves Grevet „Meto” (Dwie Siostry) — dystopia dla młodzieży, momentami mroczna i bardzo wciągająca. Sześćdziesięciu czterech chłopców w wielkim Domu na wyspie. Nie wiedzą, kim są, nie wiedzą, co ich czeka. To nie jest przyjazny, barwny świat. Tutaj trzeba szybko dorosnąć. Dla dwunastolatków — docelowo trzy tomy.

Meto

5. Brandona Mulla na tej liście nie mogło zabraknąć. O „Baśnioborze” nie będę pisać, ale mój syn poleca także „Wojnę cukierkową” (tylko dwa tomy!) (wydawnictwo Wilga). To opowieść o małym miasteczku, paczce przyjaciół i magicznych słodyczach (ech, każdy chciałby polatać po zjedzeniu supersmacznej pralinki). Akcja pędzi i natychmiast po zakończeniu pierwszego tomu chce się zacząć następny.

Wojna cukierkowa

6. Co powiecie na spiskowe teorie dziejów, tajemne stowarzyszenia i świat, w którym nieustannie ściera się dobro i zło? A w samym środku wydarzeń tkwi oryginalne rodzeństwo August i Cezaryna. To książka o wadze wiedzy i książek właśnie, o samotności i walce o akceptację — sporo w niej przemocy: fizycznej i psychicznej. Mnie nieodparcie kojarzy się z Aleksandrem Dumas i powieściami spod znaku płaszcza i szpady, a Tymek pochłonął ją z wypiekami na twarzy. Jeśli lubicie wartką akcję i tajemnice, sięgnijcie po „Podpalaczy książek” Marine Carteron (Wytwórnia, od 12 lat, 3 tomy).

Podpalacze książek

7. Zwiadowcy„, mamo, zwiadowcy! Ech, to lektura nie najwyższych lotów, ale bardzo uzależniająca. Dobra dla nawet początkującego czytacza, bo wciąga jak odkurzacz. Wartka akcja niesie czytelnika z miejsca na miejsce po rozległych, rycerskich krainach. Oblężenia, pojedynki, porwania, podróże. Zanim kupicie, sprawdźcie, czy pobliska biblioteka oferuje wszystkie tomy, a jest ich chyba ze dwanaście (wydawnictwo Jaguar) — nadaje się dla rozczytanego dziesięciolatka, a starsze dziecko też nie będzie się raczej nudzić. Dorosłym też zdarza się uwielbiać tę serię.

Zwiadowcy

8. Kolejny Brandon Mull na naszej liście. Seria „Pięć królestw” to jedna z ulubionych lektur Tymka, który nie może się doczekać następnej części. Mój syn uważa, że te książki są lepsze od „Baśnioboru”. Grupa przyjaciół trafia na tajemnicze Obrzeża. Muszą przejść przez kolejne krainy, przeżywają mnóstwo przygód, zdobywają niezwykłe przedmioty i moce — po każdym tomie mój syn szczegółowo opowiadał, co tym razem było najfajniejsze (Wydawnictwo Egmont, od 11 roku życia, choć mój ośmioletni bratanek też czytał z zachwytem). Na razie wyszły trzy tomy.

Pięć królestw

9. Mamo, to smutna książka, ale ciekawa. I inna niż wszystkie. Moje dziecko bardzo przeżyło lekturę „Mówcie mi Bezprym” Grażyny Bąkiewicz. Ta książka zmusza do myślenia, pokazuje, że przeszłość to nie tylko bitwy i daty, to ludzie ukryci za zasłoną czasu, którzy kochali, nienawidzili i pragnęli. Akcja jest wartka i wciąga, ale to lektura dla dojrzalszych i bardziej wyrobionych czytelników (wydawnictwo Literatura, od 11 lat). Uwaga: tylko jeden tom (co za dziwactwo w dzisiejszych czasach!)

Mówcie mi Bezprym

10. No i na końcu, choć kolejność jest przypadkowa, po prostu tak wyszło, Marcin Szczygielski i książki o przygodach Mai. Jeszcze nie czytaliśmy „Klątwy dziewiątych urodzin”, ale przecież warto zacząć od początku, od „Czarownicy piętro niżej” i „Tuczarni motyli”. To świetna polska seria, trzymająca w napięciu i czarująca słowem. Znam rodziny, gdzie wszyscy zasiadali na wspólne czytanie, dorośli i dzieci, by razem dowiadywać się, co było dalej (wydawnictwo Bajka, od 7 lat).

Czarownica piętro niżej

Co sądzicie o liście Tymka? Co byście na nią dorzucili? Czekam łakomie na wszystkie tytuły, bo dostarczanie mojemu dziecku strawy książkowej to momentami nie lada wyzwanie 🙂

Tatusiu, popsułeś coś, gdy byłeś mały?

Od kilku dni czytamy jedną książkę. Kupiliśmy ją w teatrze — było tam stoisko z książkami, więc należało je obejrzeć i koniecznie coś nabyć. Moje dzieci przejawiają już te same objawy uzależnienia od książek, co ich matka. Piotrek wybrał książkę, obejrzeliśmy ją kilka razy przed spektaklem i w przerwie, bo wyglądała bardzo smakowicie. Tymek dorwał się do niej w pociągu (nabywaliśmy ogłady kulturalnej osobno, my w teatrze, on w muzeum), a po powrocie do domu po prostu zniknął. Objawił się po jakimś czasie z uśmiechem na gębie i radosnym stwierdzeniem, że książka jest bardzo, ale to bardzo fajna, opowiadania są zabawne i ciekawe i że naprawdę, ale to naprawdę warto ją przeczytać. Tylko krótka. Piotrek reaguje na tę lekturę równie entuzjastycznie — od kliku dni czytamy ją w kółko. A najdziwniejsze jest, że znoszę to świetnie i książka mnie samej także nie znudziła. Lektura idealna?

Poczet psujów polskich

Leitmotivem „Pocztu psujów polskich” Pawła Beręsewicza (Wydawnictwo Literatura) jest znane chyba każdemu rodzicowi zdanie: „Co z tego dzieciaka wyrośnie! Mnie w jego wieku coś takiego nie przyszłoby do głowy!” Autor bardzo przemyślnie  konstruuje opowieść, której bohaterami są Maciek, tato Maćka, dziadek Maćka, pradziadek, prapradziadek. Obaj moi chłopcy z radością powtarzali: kiedy tato taty taty taty mojego taty…. I tak w nieskończoność.

Paweł Beręsewicz, ku rozpaczy moich synów, nie doprowadza swojej opowieści do czasów mamutów, zatrzymuje się na prapraprapradziadku urodzonym w 1833 r. Krótkie opowiadania są zabawnym pretekstem do pokazania, jak bardzo różni się nasze życie od codzienności naszych przodków. W każdej historii znajdujemy co najmniej dwa powody, dlaczego tacie, dziadkowi czy pradziadkowi nie mogło coś przyjść do głowy.

Poczet psujów polskich

Kiedy tata taty taty mojego taty był małym chłopcem, podsmażanie czekoladek na elektrycznym żelazku nie mogło mu przyjść do głowy z dwóch powodów. Przede wszystkim w jego domu słodycze trzymano w spiżarce zamkniętej na klucz, który nosiła na szyi gospodyni Anielka, a ta miała na brodzie włochatą brodawkę i w ogóle była groźna. Gdyby jednak nawet jakimś cudem udało się włamać do czekoladek, to i tak trzeba by je zjeść na zimno, bo nie wynaleziono jeszcze elektrycznych żelazek. […] Ludzie w tamtych czasach nie znali też radia, pedałowali pod górę rowerem bez przerzutki, słuchali muzyki z gramofonu na korbkę, a odkurzacze dopiero rodziły się w głowach wynalazców.

Celowo przytoczyłam tutaj kawałek opowiadania nawiązującego do żelazka, bo historia podgrzewania czekoladek to ulubiony rozdział Piotrusia. Tymek opowiada się raczej za obrażoną hrabiną, a ich matkę ujęła opowieść o wywabianiu niejakiego prąda za pomocą kiełbasy. Zresztą wszystkie historie są zabawne i z przymrużeniem oka pokazują, jak wspaniała może być inwencja dziecka, które niezależnie od czasów zawsze znajdzie coś do popsucia i rozwalenia. A wynalazcy stają na głowie, by zapewnić im kolejne rzeczy do psucia i eksperymentowania.

Poczet psujów polskich

Warto tutaj także wspomnieć ilustracje Nikoli Kucharskiej, które są przezabawne i wspaniale oddają nastrój podróży w przeszłość. Im dalej w głąb czasu, tym mniej kolorowo, tym bardziej jej ilustracje przypominają sepiowe fotografie, lekko pokolorowane. Piotrek ogląda je z lubością, sprawdzając wszystkie szczegóły (czy aby Anielka na pewno ma brodawkę? — ma!). A obrazek, na którym Maciek eksperymentuje z komórką tatusia za pomocą różnych części ciała, bo przecież obiecał trzymać paluszki z dala od jego (znaczy tatusia) zabawek, to po prostu mistrzostwo świata.

No więc, tatusiu, przyznaj się, jak narozrabiałeś w dzieciństwie i że nie zawsze byłeś święty! A potem poopowiadaj dzieciom o dziadkach i pradziadkach, to może być właśnie ten moment, kiedy dziecko pokocha historię i zacznie ją poznawać od historii własnej rodziny.

 

Paweł Beręsewicz, Poczet psujów polskich, Wydawnictwo Literatura 2016

 

12 miesięcy, czyli podróż po roku (i nie tylko) z Marcinem Brykczyńskim

Właściwie to nie będzie post tylko o „12 miesiącach” — ta książka stała się jedynie pretekstem, by powyciągać z półek inne zbiory wierszy Pana Marcina Brykczyńskiego i przeczytać je po raz kolejny. Naprawdę warto je poznać.

Zaczęło się od „12 miesięcy” (Wydawnictwo Literatura), pięknej książki o miesiącach i porach roku z ciepłymi, zaczarowanymi ilustracjami Ewy Poklewskiej-Koziełlo. 

12 miesięcy

Takiego Marcina Brykczyńskiego nie znaliśmy: nostalgicznego, lirycznego, delikatnego, uważnie patrzącego na otaczający świat. Jego wiersze prowadzą czytelnika przez rok, od zimowego, śnieżnego stycznia po ciemny grudzień. 

Zszarzała trawa na łące,

pod stopami szeleszczą liście, 

idzie listopad w szarej jesionce

i uśmiecha się mgliście.

Czytaliśmy te wiersze w listopadzie i zaczęliśmy właśnie od listopada. Najpierw oglądaliśmy je w towarzystwie ilustracji Ewy Poklewskiej-Koziełło, urokliwych, lirycznych, pełnych dzieci i ich zachwytu światem.

12 miesięcy

Potem Piotrek wyciągnął z półki „Jaki to miesiąc” (wydawnictwo Muchomor) — wiersze też pasowały. Obaj moi synowie marzą o śnieżnej zimie, o ślizgawkach i sankach. Chcieliby, żeby luty był właśnie taki:

Robi dzieciom ślizgawkę w parku,

sam ma wielkie łyżwy i buty,

tylko jasnych godzin w zegarze

wciąż mało ma pan luty.

Marcin Brykczyński odwołuje się do otaczającego nas świata, przywołuje zjawiska dobrze znane, które dzieci same mogą bez problemu dostrzec. Jego miesiące są bliskie i przyjazne, w pewien sposób oswojone — tak właśnie jest w styczniu, maju czy październiku, więc co za problem, by te nazwy zapamiętać? Tę „swojskość” podkreślają jeszcze ilustracje. Ewie Poklewskiej-Koziełło udało się w jakiś magiczny sposób uchwycić kwintesencję danego miesiąca, trudno mi już teraz wyobrazić sobie inny październik.

12 miesięcy

Po „12 miesiącach” przyszła pora na coś znacznie bardziej zabawnego, bo wiadomo, że nostalgia i dzieci niekoniecznie idą w parze. Czytaliśmy więc z Piotrusiem dwa zabawne wierszyki: „Trzy psy przyszły” i „Liczydełko” z ilustracjami Iwony Całej. 

Liczydełko

„Liczydełko” to pełen humoru przewodnik po liczbach: od 1 do 10. Krótkie wierszyki nie tylko w zabawny sposób przybliżają małemu czytelnikowi kolejne cyfry, ale także są wspaniałą propozycją do wspólnej zabawy. Można liczyć kury, palce, poduszki, dziury w serze. Wszystko da się policzyć. W każdym wierszyku dany liczebnik jest pogrubiony — my wykorzystywaliśmy tę książeczkę do nauki czytania.

Siedem miłych krasnoludków

mały domek ma w ogródku.

Każdy ma w tym domu łóżko

z ciepłą kołdrą i poduszką.

Siedem kołder, siedem łóżek

i kłopoty równie duże,

bo policzyć jeszcze muszę,

ile w domu jest poduszek?

Trzy psy przyszły

„Trzy psy przyszły” to historia wędrówki trzech piesków, które postanowiły odwiedzić swojego kolegę:

Raz do psa, co siedział w budzie,

trzy psy przyszły na odludzie,

bo powzięły w jednej chwili

myśl, by życie mu umilić.

Refren tego wierszyka-opowieści: „Pierwszy, stary i kulawy, drugi jeszcze dosyć żwawy, a ten trzeci był najmłodszy i jak szczekał, to trzy po trzy” bardzo łatwo wpada w ucho. Wędrówka piesków przedstawiona jest głównie na obrazkach. Daleko mieli do swojego przyjaciela, który w tym samym czasie martwił się, jak może przyjąć swoich gości. To wiersz – pochwała przyjaźni i wierności.

A na końcu czytaliśmy chyba nasz ulubiony zbiór „Czarno na białym i biało na czarnym” (Znak, 2007) z ilustracjami Janusza Stannego. Ech, lubimy opowieść o białym niedźwiedziu, któremu znudziła się biel, o krowie uzależnionej od proszków, o kotkach, które nie mogły się spotkać.

Czarno na białym

Trudno dzisiaj dostać tę książkę, ale zbiorów wierszy Marcina Brykczyńskiego jest na rynku kilka. To ciepła, mądra, zabawna i żartobliwa poezja dla dzieci. Warto pamiętać, że wiersze dla dzieci to nie tylko Tuwim i Brzechwa.

Marcin Brykczyński, 12 miesięcy, Literatura 2016

Marcin Brykczyński, Liczydełko, Literatura 2010 

Marcin Brykczyński, Trzy psy przyszły, Literatura 2010