Trumf trumf misia bela

Przyniosłam dzisiaj z biblioteki książkę Joanny Furgalińskiej „Entliczek Pentliczek czyli polskie wyliczanki” (Sonia Draga).

 

Tymkowi wierszyki spodobały się bardzo. A najbardziej:

Za górami, za lasami jechał pociąg z wariatami.
A w ostatnim wagoniku jechał Jasiu na nocniku,
zbierał szmaty na armaty i ogryzki na pociski.

Jeszcze raz i jeszcze raz, i jeszcze raz….

A ja poczułam się jak w podstawówce. Przypomniałam sobie nagle liczenie przed zabawą w chowanego (dwa aniołki w niebie, piszą list do siebie…), podskoki na przerwie (to on, to ona, to mąż, to żona…). Trajkotałam z koleżankami „siedzi baba na cmentarzu, trzyma nogi w kałamarzu…” i w ogóle nie myślałam wtedy (chyba nie), jak bardzo absurdalne są te wierszyki. Fajnie było powspominać, pośmiać się i pokłócić na żarty z mężem, czy było „fląse amąse flore” (wersja, powiedzmy, podlaska), czy raczej „anse kabanse flore” (wersja mazowiecka). Ha, to poważna różnica, nie wiem, czy zdołamy dojść do porozumienia.

Oczywiście można traktować zbiór przygotowany przez Joannę Furgalińską bardzo serio, zastanawiać się nad lękami, które oswajają te wierszyki, debatować o stereotypach, które znalazły w nich wyraz. Można i pewnie trzeba, aczkolwiek niekoniecznie z trzylatkiem.

Ale można także cieszyć się absurdalnością skojarzeń, poskakać sobie radośnie i pograć w berka albo w chowanego, wyliczając wcześniej:

Na wysokiej górze
rosło drzewo duże.
Nazywało się aplipaplibliteblau.
A kto tego nie wypowie,
ten nie będzie grał.

Świetna lektura przygotowująca do wiosennych zabaw w plenerze. Tymek nie zna tego typu rymowanek z przedszkola, a wierszyki zebrane w tej książeczce doskonale wpadają w ucho.

PS. Zapomniałam dopisać, że to jest właściwie książka dla dorosłych. Dzieci powinny ją czytać pod kontrolą: oprócz dziecinnych-niewiennych wyliczanek jest tu sporo wierszyków zawierających wulgaryzmy i „grube” słowa. Nie pozwoliłabym czytać jej Tymkowi samodzielnie (gdyby już umiał).

Reklamy

Václav Čtvrtek

Był las, zielony i piękny na wszystkie strony. Stała w nim gajówka, gdzie żył gajowy Chrobotek. Był to sprawiedliwy myśliwy. Chodził w zielonej kamizeli i w kapelusiku z cietrzewim piórkiem.
W strzelbie miał czyste lufy i równo osadzoną muszkę. Zanim nacisną cyngiel, trzy razy się rozmyślił. (…)
Ale niestety z lasu wychodziła droga, na końcu której stał wielki dom. Mieszkał w nim pan Krępak, przysadzisty i gruby jak dynia.

Mniej więcej tak zaczyna się wspaniała opowieść o dobrym gajowym Chrobotku i złym panu Krępaku, napisana przez Vaclava Ctvrteka. Tymek bardzo, bardzo lubi jej słuchać — czytamy te bajki średnio raz na dwa miesiące, rozdział po rozdziale. Bajka „O gajowym Chrobotku i jeleniu Wietrzniku” została wydana przez Politykę w serii Cała Polska czyta dzieciom.

 

Chrobotek to dobry gajowy, dbający o zwierzęta. Jego największym przyjacielem jest jeleń Wietrznik trzydziestak szóstak, druh i pomocnik. Największym ich wrogiem jest pan Krępak — gruby, bogaty, złośliwy — któremu towarzyszy wierny pies Herszcik. Opowieść zaczyna się w momencie, gdy pan Krępak wypędza Chrobotka ze swojego lasu. Na szczęście okazuje się, że Józefka z chałupy może posadzić las, a Wietrznik może sprawić, by szybko wyrósł piękny i zdrowy. Ale tego nie może znieść pan Krępak: a to niedźwiedzia napuści na las Chrobotka, a to krety do złego namówi.

 

Opowieść czyta się prześwietnie. Myślę, że polubią ją wszyscy, którzy lubili Rumcajsa i z przyjemnością czytają o przygodach Krecika. Opowieść toczy się gładko, powoli. Jest czas na oddech — i tak wiadomo, że wszystko dobrze się skończy. Przez bajkę przewija się parada przezabawnych czasami stworzeń: dzik Karabuchta, zając Szastaj, lisica Miotełka, wodnik Barbara, rusałki. Świat rzeczywisty i mityczny przenikają się wzajemnie, choć jak na Ctvrteka to magii to niewiele, raptem jeden wodnik i rusałki. Tymek bardzo lubi tę bajkę. I lubi oglądać bardzo ładne ilustracje (kadry z filmów).

Ja chyba wolę pierwszą z bajek opublikowanych w tej książce „Podróże furmana Szejtroczka”. Dla Tymka jest jeszcze trochę za długa, a raczej za dużo w niej opisów, a za mało akcji. Dla mnie to przypomnienie dzieciństwa: Szejtroczek mieszka niedaleko Jiczyna, nie lubi się z jiczyńskim starostą Humpalem. Podczas czytania mam wrażenie, że za chwilę pojawi się Książę Pan i Rumcajs wychyli głowę zza krzaków. W opowieści o Szejtroczku aż roi się od wodników, rusałek, ogników i innego bractwa zamieszkującego w sąsiedztwie ludzi. Warto wiedzieć, które są przyjazne, których trzeba unikać i jakie są konsekwencje pomocy udzielonej rusałce.

Bajki Ctvrteka (napisał także bajki o Rumcajsie, Makowej panience, Żwirku i Muchomorku, żabce Marynce i rusałce Amelce) to parada wspaniałych, wyrazistych postaci. Liczą się zarówno główni bohaterowi, jak i postacie z drugiego planu. Zwykle doskonale nakreślona jest i postać pozytywna, i negatywna. A postacie pozytywne miewają wady. Książka skrzy się humorem, czasami dość absurdalnym, wiele w niej także zdroworozsądkowych spostrzeżeń (chociażby takich, że czasami warto posłuchać czyjejś rady, a przesuwanie domu nie musi przynieść oczekiwanego efektu), nie ma w niej jednak nachalnej dydaktyki. A przede wszystkim doskonale się ją czyta.

Mam wrażenie, że wszystkie czeskie znane bajki (z wyjątkiem Krecika) napisał Václav Ctvrtek.

Pafnucy

Z Pafnucym spotkaliśmy się przypadkowo – dziwna książka przypominająca kołonotatnik, cała wydrukowana kursywą leżała wśród innych książek na półce u babci Tymka. Nie pamiętałam jej z dzieciństwa – później moja mama przyznała, że dostała książki dla dzieci od znajomych, których wnuki były już na nie za duże. A że za oknem padał deszcz i skończyły się nam pomysły na zabawy, zaczęliśmy czytać. I Pafnucy na dobre rozgościł się w naszym świecie.

Pafnucy to sympatyczny miś, bohater książek dla dzieci Joanny Chmielewskiej. Na początku poznaliśmy go z książki pod tytułem Pafnucy i jego skarb. Tę historię można także znaleźć w książce zatytułowanej po prostu Pafnucy wydanej przez Kobrę.

   

Rozdział Skarb w lesie należy do ulubionych historii Tymka. Ale może po kolei.Pafnucy to dobroduszny, niegroźny i towarzyski niedźwiedź, który mieszka w pewnym lesie. Jego najbliższą przyjaciółką jest wydra Marianna, zamieszkująca małe, ale pełne ryb jeziorko w głębi lasu. Marianna chętnie karmi Pafnucego w zamian za dostarczanie jej nowinek i plotek, jest bowiem bardzo ciekawska. Pafnucy chętnie zjada przygotowane przez nią ryby, tylko czasami ma problem z opowiadaniem (w trakcie jedzenia):Marianna wyłowiła już mnóstwo ryb na kolację i z niecierpliwością czekała na swojego przyjaciela. Słońce zachodziło, kiedy nadbiegł Pafnucy, zasapany i bardzo głodny. (…)
– Ygałem łowy – powiedział. – Ałgo yłe.
– Może jednak najpierw przełknij – poradziła Marianna. – Po pierwsze, możesz się zakrztusić, a po drugie, ja i tak nie rozumiem,co mówisz. Czy to jakiś obcy język?

W powieści przewija się masa innych zwierząt: pies Pucek, lis Remigiusz, konie, borsuki, kuna, wilki… Jedynym w miarę inteligentnym człowiekiem jest w tej bajce leśniczy, choć i on ma wady. Zwierzęta są mądre i gotowe do współpracy, a ludzie są traktowani jak plaga i najgorsze zło, za wszelką cenę należy więc ich unikać i nie wpuszczać do lasu, co prowadzi do wielu zabawnych sytuacji (och, jak ja lubię historię o sprzątaniu lasu!). To nie jest książka przyrodnicza: zwierzęta nie są rzeczywiste, nie zachowują się tak jak w naturze, ale Joanna Chmielewska bardzo konsekwentnie starała się zachować zwierzęcy punkt widzenia, dzięki czemu można się w opowieści przejrzeć jak w krzywym zwierciadle. A ile pytań się pojawia: dlaczego zwierzęta znajdują drogę w lesie, a ludzie się gubią? Dlaczego ludzie śmiecą (hmm, no właśnie, dlaczego)? Czy zwierzęta naprawdę mówią? Dlaczego lis Remigiusz rozumie ludzką mowę, a inne zwierzęta nie? Czy dziki naprawdę lubią pomarańcze? Czy sroka kradnie? I tak dalej, i tak dalej. Niektóre z tych pytań odnoszą się do rzeczywistości bajkowej, ale myślę, że na długo zostanie w Tymku świadomość tego, że nie wolno śmiecić, że ludzka beztroska może oznaczać zagrożenie dla zwierząt.

Historie są wciągające, wartko napisane. Czasami dla Tymka za długie, muszę skracać dialogi i opisy, żeby się nie znudził, bo jest to książka zdecydowanie dla starszych dzieci. Moje dziecko jest zaprawione w bojach i przyzwyczajone do długiego słuchania, ale dla innych trzy- czy nawet czterolatków książka może być za długa i za kwiecista. Każdy rozdział to osobna historia, raczej na kilka wieczorów, a całość liczy sobie 345 stron.

Skarb w lesie jest napisany w konwencji kryminału. Pafnucy dowiaduje się, że na drugim końcu lasu powstało coś dziwnego, przerażającego i śmierdzącego. I musi to natychmiast zobaczyć – domaga się tego wydra Marianna, która chce wiedzieć wszystko. Pafnucy poznaje więc szosę i samochody, a przy okazji widzi, jak dwóch ludzi zakopuje coś w lesie. A że Marianna bardzo pragnie zobaczyć, co ludzie zakopują w lesie, paczka zostaje przyniesiona i rozpakowana w pobliżu leśnego jeziorka.

W środku znajdowały się nadzwyczaj dziwne przedmioty, twarde, świecące, kolorowe. Były małe, było ich dużo i rozsypały się na trawie dokoła zniszczonego opakowania.
Mariannie spodobały się ogromnie i od razu zaczęła się nimi bawić. (…)
No, jestem zadowolona – rzekła z satysfakcją. – Nareszcie zobaczyłam, co ludzie zakopują pod drzewami. Ładne to, chociaż do niczego się nie nadaje.

Okazuje się, że jest to ludzi skarb, i że ludzie zrobią wiele, by go odzyskać. Zamierzają przeszukać cały las. Zwierzęta poznają ludzkie zamiary i ludzki świat dzięki zaprzyjaźnionemu z Pafnucym psu Puckowi i lisowi Remigiuszowi. Żeby powstrzymać ludzi przed zadeptaniem lasu, muszą działać szybko i współpracować. Oj dzieje się, dzieje.

Każdy rozdział skonstruowany jest w podobny sposób: jakieś niezwykłe wydarzenie zakłóca spokój mieszkańców lasu. Muszą oni wymyślić sposób, by zapobiec nieszczęściu, komuś pomóc lub czegoś dokonać. Końcowy efekt powstaje w efekcie współpracy wielu różnych zwierząt, które dla wspólnego dobra porzucają wzajemne animozje, lęki i niechęci. To po prostu książka o współdziałaniu i o tym, że razem można więcej. Ale przede wszystkim to wartka, porywająca, zabawna i wciągająca lektura, która zadowoli dziecko i nie znudzi dorosłego lektora.
W bibliotece odkryłam następną część przygód Pafnucego pt. Las Pafnucego. Z przyjemnością poczytamy z Tymkiem o dalszych losach sympatycznego misia.

Nusia

Znowu będzie o szwedzkiej literaturze dla dzieci wydawanej przez Zakamarki. Książki z tego wydawnictwa rozpychają się na półkach, a Tymek bardzo, bardzo lubi je czytać i oglądać. Tym razem będzie o Nusi. Historie o Nusi zostały napisane i zilustrowane przez Piję Lindenbaum.

Najpierw pojawiła się w domowej bibliotece Nusia i wilki.

 

Nusia jest w wieku mojego synka, chodzi do przedszkola. Nie lubi skakać z dachu ani przez strumyk (bo można się zmoczyć albo obetrzeć kolano), głaskać psa (bo może mieć drzazgę w łapie albo może go boleć głowa. A wtedy może być zły i mocno ugryźć), dotykać robaków (robaki powinny być w ziemi). Nusia wszystkiego się boi i do wszystkiego podchodzi z ostrożnością.
Jednak gdy gubi się w lesie i spotyka wilki, nie boi się niczego. Wymyśla im zabawy (bawią się w wilka i gąski – oczywiście wilkiem jest Nusia), głaszcze je, karmi zupą błotno-jagodową, ratuje z opresji.

Nagle między drzewami zapalają się małe żółte lampeczki. Słychać zgrzytanie ostrych zębów. To wilki stoją i czają się za drzewami.
– NO DALEJ, wyłaźcie! – woła Nusia – Jestem dziecko, które zgubiło swoje przedszkole!
– To nasz las – zgrzytają zębami wilki. – Wracaj do domu i baw się w swoim lesie.
– Kiedy ja nie wiem, jak mam wrócić, nie rozumiecie czy co? – odpowiada Nusia.

To opowieść pełna humoru, o strachu i jego przełamywaniu i o tym, jak dziecko przekształca na swój sposób świat dorosłych. Tę książkę powinni przeczytać rodzice. Pozwala zajrzeć do świata dziecka, na chwilę podejrzeć jego schemat myślenia. Pewne rzeczy dla dzieci są oczywiste, bo są i już. Dorośli mogą się zastanawiać, dla dziecka wiele rzeczy jest prostych, choć często poglądy, jakie prezentuje, to absurd czystej wody. No pewnie mamo, z wilkami bym sobie dał radę, co to dla mnie – kategorycznie stwierdził kilka razy mój synek. I na sosnę też bym wszedł.
A wiecie, co najbardziej zaskoczyło mojego synka w tej książce (to odkrycie z czasów, gdy zaczął chodzić do przedszkola)? Że opiekunem dzieci jest pan Radzio! Mamo, to mężczyźni też mogą pracować w przedszkolu?

Pod choinkę Tymek dostał drugą książkę o Nusi – Nusia i bracia łosie.

 

Ta książka jest tak radosna i tak absurdalna, że można ją czytać w kółko i wcale się nie nudzi.
Nusia zaprosiła do domu łosie, które spotkała na progu. Zawsze marzyła o rodzeństwie, a teraz nadarzyła się okazja, by mieć braci, na dodatek od razu kilku i starszych. Wydarzenia jednak potoczyły się inaczej, niż wyobrażała sobie Nusia. Łosie wcale nie chciały zachowywać się w wymyślony przez dziewczynkę sposób: skakały po tapczanie, robiły szałas w szafie, piły wodę z sedesu i nie potrafiły bawić się zabawkami: – W takim razie możemy pobawić się zwierzątkami – mówi Nusia. Ustawia je ładnie. (…)
Ale bracia tak się nie bawią. Rzucają krokodylem. A lew pożera wszystkie małpy.
– Ziuuuu, nadlatuje Spiderman! – woła jeden brat i rzuca pingwinem przez pokój.Ta scena za każdym razem wywołuje u Tymka salwy śmiechu. Pingwin – Spidermanem, no nie mogę. Co ten łoś wymyślił…. Podoba mu się także to, że łosie rysują głównie burzę i noże. Bardzo te łosie są rozbrykane i bardzo się to podoba mojemu synkowi.
A odpowiedź na pytanie: czy warto mieć rodzeństwo staje się trochę bardziej skomplikowana. Może jednak zwierzęta nie powinny mieszkać w domu? – zastanawiał się Tymek, wcześniej snujący plany posiadania geparda i kilku innych przedstawicieli fauny. Nie powiem, że nie ucieszyłam się z takiego odkrycia.

Dziki, dziki, dziki Zachód

Wbrew pozorom nie będzie o Bolku i Lolku. Choć może powinno być, bo Tymek przechodzi „fazę Bolka i Lolka” (chyba muszę zacząć zapisywać jego kolejne fascynacje) i mógłby oglądać przygody chłopców w nieskończoność. A zaraz po obejrzeniu filmu potrafi zażądać lektury książki z tymi samymi historiami.

Szukałam książki o kowbojach, Indianach i Dzikim Zachodzie, bo filmy o Bolku i Lolku zbyt edukacyjne nie są (ze zgrozą patrzę czasami na ich wędrówki po niebie, próby ze spadochronem i przygody przeczące grawitacji — aż chciałoby się niektóre filmy opatrzyć napisem „dzieci nie róbcie tego same w domu”). Poszukiwania zakończyły się kupnem kolejnej książki. Tym razem padło na „Amerykę Północną” wydawnictwa LektorKlett.

 

Nie wiem, czy tę książkę można nazwać atlasem świata. Mapy są w niej dwie. Jest jednak ciekawa i ładnie wydana. Tymek z ciekawością słuchał informacji o Dzikim Zachodzie i Indianach, niektóre z nich kazał sobie czytać po kilka razy.

  
W atlasie zawarto podstawowe informacje na temat Ameryki Północnej: o historii i współczesności, o przyrodzie i krajobrazie, o zwyczajach i ludziach. Akurat tyle, moim zdaniem, ile jest w stanie przyswoić dziecko — przecież jeszcze trzeba dokładnie obejrzeć obrazki i zadać milion pytań. Na niektórych stronach „naklejona” jest karteczka z Notesu odkrywcy, a na niej trochę wiadomości o tym, jak i kiedy odkrywano Amerykę. To książka do oglądania i do czytania — na końcu znajduje się niespodzianka: baśń Zofii Staneckiej — oczywiście amerykańska.
Na stronach Merlina można zajrzeć do innych książek z tej serii, bo LektorKlett wydał sześć książek (oglądaliśmy także Afrykę). Bardzo podobają mi się ilustracje, według mnie oddają klimat kontynentów, w jakiś dziwny sposób współgrają z moim wyobrażeniem o tym, jak tam jest. Graficy bardzo umiejętnie wykorzystali sztukę ludową, wpletli na stronach wzory nawiązujące do pierwotnych mieszkańców tych kontynentów. Zresztą zobaczcie sami:

Afryka (w książce przedstawiono także historię Kazimierza Nowaka — to doskonały wstęp do lektury „Afryki Kazika”):

 

Azja:

 

Po lekturze „Ameryki Północnej” moje dziecko wybiera się do Meksyku. Chce spróbować czaszki z cukru…

Odwiedzając czarownice

Długo wahałam się, czy napisać o tej książce. Przeczytałam o niej na blogu Czytulanki. Opis był zachęcający, a ja właśnie szukałam prezentu dla córeczki przyjaciół. Kupiłam i przetestowałam na Tymku…

  

„Odwiedzając czarownice” Lidii Miś przeczytaliśmy od razu: od deski do deski. Miałam zamiar czytać po rozdziale, ale po prostu nie było to możliwe. Tymek podskakiwał na krześle, wiercił się, właził pod stół — trudno trzylatkowi skupić się aż tak długo — a jednocześnie śmiał się w głos, zadawał mnóstwo pytań i po zakończeniu każdego rozdziału dopytywał: i co dalej, co dalej? Mamo, jeszcze jeden rozdział, tylko jeden. I te słowa powtarzał po zakończeniu każdego rozdziału, aż do zamknięcia książki.

Historia jest naprawdę ciekawa i oryginalna. Wędrówka Asi po krainie baśni zamieszkałej przez siedem dość dziwacznych czarownic wciąga i czytelnik chce się dowiedzieć, co autor jeszcze wymyślił, jaka będzie następna czarownica. Zabawna jest gra konwencją, wprowadzanie nawiązań do innych bajek. Bajka skłania do myślenia: Asia musi odwiedzić wszystkie czarownice, dokonać właściwego wyboru i poradzić sobie nie tylko z własnymi, ale także z ich problemami. Może bohaterka jest trochę za mądra i za dobra, ale pewnie się czepiam (jak to mama i dorosły).

Dlaczego więc zastanawiałam się, czy napisać o tej książce? Bo jest fatalnie zredagowana i na pewno nikt nie robił korekty. W trakcie czytania na bieżąco modyfikowałam niektóre zdania, bo inaczej trudno było je zrozumieć. A czasami trzeba było zgadywać, kto w danym momencie mówi: Asia czy czarownica? Takie mam zboczenie: trudno mi czytać książkę, w której są błędy językowe i literówki, gdy czytam, że ktoś „przecząco pokiwał głową” to zaczynam się śmiać i potem nie jestem w stanie podejść do tekstu poważnie. Wiem, że redaktor to zawód wymierający, że liczy się szybkość, że w dobie Internetu nikt (prawie) nie zwraca uwagi na literówki i nieścisłości. Liczy się news, a nie jakość — przecież za chwilę nikt już o tym nie będzie pamiętał. Szkoda, że taka polityka zaczyna obowiązywać także w przypadku książek. Na przykładzie tej bajki doskonale widać, że dobry redaktor to przyjaciel każdego pisarza. „Odwiedzając czarownice” to ciekawa, napisana z pomysłem bajka — szkoda, że komuś zabrakło czasu lub chęci, by zadbać o jej wykończenie.

Co on znowu napsikusował?

Paddingtona poznaję razem z Tymkiem. Nie znałam go w dzieciństwie, do niedawna (czyli właściwie do momentu, gdy Znak zaczął wznawiać książki Michaela Bonda) nie wiedziałam, że istnieje miś w niebieskim płaszczu i czerwonym kapeluszu. Może książek o nim nie było w bibliotece w moim miasteczku?

Na początku próbowaliśmy słuchać o przygodach Paddingtona — jego historię emitowała Trójka w czasie Zagadkowej niedzieli. Widać było jednak, że ten fragment audycji w ogóle go nie interesuje, nie słuchał, tylko dopytywał się, co będzie dalej. Wygląda na to, że mój synek jest jeszcze za mały na „dorosłe” przygody misia Paddingtona.

Wydawnictwo Znak wydało jednak także przygody misia w wersji „dla maluchów”. I te spodobały się bardzo. Tymek z zainteresowaniem oglądał kolorowe ilustracje (i słuchał przygód misia). No mamo, chodź, przeczytamy, co ten miś znowu napsikusował…. I czytamy.

Najpierw niech będzie o „Paddingtonie i świątecznej niespodziance”. W końcu Święta były tak niedawno.

   

Ta książka jest śliczna. Nie lubię złoceń, ale na tej okładce nie przeszkadzają — chciałoby się pomóc Paddingtonowi pootwierać paczki (na pewno jest w nich marmolada — stwierdził autorytatywnie Tymek po lekturze książki).
Mały miś, który przybył do Anglii z mrocznych zakątków Peru, postanowił zabrać państwo Brown na spotkanie ze Świętym Mikołajem do sklepu Barkridges.— To bardzo dobry interes — wyjaśnił. — Oprócz spotkania z panem Mikołajem, będziemy mogli przejechać się saniami po Zimowej Krainie Cudów i zajrzymy do warsztatu Świętego Mikołaja na Biegunie Północnym. Może nawet zobaczymy, gdzie robi marmoladę.

Paddington oszczędzał na tę wyprawę kieszonkowe, które otrzymywał na bułeczki. Kraina nie okazała się aż tak interesująca jakby się wydawało. Na dodatek wiele rzeczy było popsutych. Miś postanowił więc pomóc.

Nie będę zdradzać całej historii, nie powiem, co miś spsocił. Warto zajrzeć do tej książki, przeczytać ją i dokładnie obejrzeć przepiękne ilustracje R. W. Alleya. Prowokują do zadawania miliona pytań, choć trudne może być wyjaśnienie, dlaczego w ogrodzie Mikołaja rosną lody i czemu renifer się przewrócił.

Druga historia o Paddingtonie jest wiosenna.

 

Ogród państwa Brown to jedno z przyjemniejszych miejsc według Paddingtona. A pani Bird wymyśliła, że doskonałym zajęciem dla dzieci i misiów będzie uprawa własnej grządki — miś nie tylko może przebywać w ogrodzie państwa Brown, ale nawet mieć własny ogródek. Tylko co na nim posadzić?Bardzo podobała się nam ta część przygód misia. Planowanie ogrodu, szukanie pomysłu w książkach…

Pan Trug proponował, by odsunąć się nieco i spojrzeć na ogród z pewnej odległości, najlepiej skądś z wysoka.
Kiedy (Paddington) dotarł na budowę obok domu państwa Brown, wszyscy robotnicy byli akurat na przerwie śniadaniowej.
Paddington na wszelki wypadek odłożył słoik z marmoladą na drewnianą platformę, a sam usiadł na stosie cegieł, żeby odpocząć i opracować plan działania.
W pobliżu nie było nikogo…
A obok stała drabina…

Hmm, skoro gdzieś stoi drabina, to na pewno należy na nią wejść. Tymek doskonale rozumie taką filozofię. Może są inne sposoby dochodzenia do tego, co się chce zrobić, ale ten, który wymaga jak najwięcej wspinania się, jest na pewno najciekawszy.

Ogródek nie powstaje z niczego — trzeba się napracować i zaangażować. A pomysły na ogród mogą być zupełnie inne: porównajcie ogrody Judyty, Jonatana i Paddingtona.

Myślę, że miś Paddington już na stałe zamieszka w naszej bibliotece. Z przyjemnością będziemy oboje czytali o dalszych przygodach uprzejmego brązowego misia w czerwonym kapeluszu.

 

Ja nie chcę iść spać!

Słyszę takie zdanie prawie co wieczór: bo jeszcze trzeba się trochę pobawić — dzień taki krótki, bo tyle rzeczy jest jeszcze do zrobienia, obejrzenia, opowiedzenia, w tyle punktów trzeba jeszcze postukać młotkiem, tyle zamków z klocków ułożyć.

Ten sam problem ma Lasse z książki Astrid Lindgren „Ja nie chcę iść spać” wydanej przez Zakamarki.  

 

To nietypowa książka — bo występują w niej zwierzęcy bohaterowie, jak chyba w żadnej innej książce Astrid Lindgren. Przyznaję, że wolę Lottę i Pippi, ale Tymkowi książka spodobała się ogromnie. Na pewno przyczyniły się do tego przepiękne ilustracje Ilon Wikland.

Mały Lasse nie chce spać. Jego mama codziennie musi z nim walczyć i w końcu, zniecierpliwiona nieustannie powtarzanymi przez chłopca słowami „tylko najpierw” kładzie go spać na siłę.

  

Krzyki Lassego słyszy także ciocia Lotten, starsza pani mieszkająca w tym samym domu. Pożycza mu ona okulary — niezwykłe, bo można przez nie zobaczyć, co robią zwierzęta. W ten sposób Lasse dowiaduje się, że wszyscy muszą iść spać.

  

Tymek bardzo lubi oglądać tę książkę. Opowiedział ją tacie, gdy ten wrócił z pracy. Z zapałem pokazywał kolejne scenki i mówił, co Lasse chciał jeszcze zrobić, dlaczego mama mysz gniewa się na syna i co robią wiewiórki.

Nie wiem, czy ta książka skłoni Tymka do wcześniejszego kładzenia się spać. To nieważne. Ważne, że Tymek o niej opowiada i chce ją oglądać. I marzy o tym, by zajrzeć do mysiej dziury i podejrzeć kłócące się wiewiórki. A marzenia to wielka rzecz.

Filemon

Tymek ma anginę. Od dłuższego czasu nie może wyjść z domu, ze smutkiem spogląda na zaśnieżony świat i bywa, że nudzi się jak mops. Przeczytaliśmy po kilka razy wszystkie ulubione książki, powędrowałam więc do biblioteki po coś nowego. Do domu przyniosłam m.in. „Filemona i Bonifacego” (Sławomir Grabowski, Marek Nejman, Nasza Księgarnia, 1987).

  

Nie byłam pewna, czy Tymek zechce posłuchać tych opowiadań, czy mu się spodobają, czy nie będzie się nudził. Mój synek co prawda wielbi koty miłością wielką i nieodwzajemnioną (koty wyczuwają chyba jego bezbrzeżną chęć tulenia i przyciskania i uciekają przed nim w najciaśniejsze dziury — wyjątkiem jest Borsuk, przyzwyczajony do dzieci kot naszych przyjaciół), ale nie byłam pewna, czy spokojna opowieść go zainteresuje. Obawy okazały się przesadzone, bo Tymek nie tylko że słucha historii Filemona z chęcią, ale na dodatek śmieje się przy niektórych opowiadaniach do łez.

Mamusiu — zaśmiewał się mój synek — ten Filemon jest taki głupiutki. Szuka gwiazdki w śniegu i zaniósł sopel do domu, przecież on się rozpuści…. Mamo, zobacz, jaki sprytny — przechytrzył koguta.

Tymek nie lubi oglądać filmowych przygód kota Filemona. Nie był to jego ulubiony bohater. Podczas lektury słucha uważnie dwóch, trzech historii, potem wracamy do zabawy. Często jednak inicjuje zabawę w „kotka” albo znienacka pyta o coś, co ma związek z wysłuchaną historią. Dzisiaj nagle zaczął sobie podśpiewywać:

Będę jadł ze smakiem
Pierogi z grzybami!
Hej kolęda, kolęda…

tak jak Bonifacy w opowiadaniu „Gwiazdka”.

Filemon i Bonifacy to dwa koty mieszkające w domu Babci i Dziadka. Filemon jest młody, ciekawski, wszędzie go pełno — wielbi Bonifacego i uważa go za wzór wszelkich kocich cnót. Bonifacy to stary, leniwy kocur. Lubi zapiecek (hmm, spróbujcie wyjaśnić dziecku, co to jest zapiecek), sen i pełną miskę. Nie lubi się wysilać i odpowiadać na milion pytań Filemona. Babcia i Dziadek mieszkają na wsi: po podwórku chodzą różne zwierzęta, za płotem są sady i pola, niedaleko las. Świat wokół domu jest pełen przedziwnych tajemnic, trudno połapać się w nim małemu kotu, który każde słowo rozumie dosłownie. Może właśnie dlatego Tymek zapałał taką sympatią dla Filemona. A ja jestem pełna podziwu dla autorów książki, bo dopiero teraz dostrzegam, jak bardzo ten mały, biały kotek przypomina małe, ciekawskie dziecko.

Mój synek odnosi się do obu kotów z olbrzymią sympatią, choć troszkę bardziej lubi jednak małego i ciekawskiego Filemona. Z uwagą ogląda rysunki Julitty Karwowskiej-Wnuczak, lekko nierzeczywiste, jakby trochę dziecięce, a jednocześnie ludowe. Przypominają mi barwne plamy rzucone na kartkę, które przypadkiem przybrały taki, a nie inny kształt i spoglądają wielkimi, wyrazistymi oczami.
Czytałam przygody kota Filemona w dzieciństwie i według mnie myszy wyglądają właśnie tak, jak na jej ilustracjach (dla wyjaśnienia powiem, że wiem, jak wygląda żywa mysz polna i domowa, i hodowlana — i wcale nie zmienia to faktu, że mysz wygląda właśnie tak, jak na ilustracjach w tej książce). Bonifacy drażni trochę Tymka, co ciągle marudzi — a ja mam nadzieję, że Tymek przestanie marudzić, bo będzie mu wstyd, że zachowuje się właśnie tak, jak Bonifacy.

Dobrze, że Nasza Księgarnia wydała przygody kota Filemona. Może mam prezent dla synka na urodziny?

  

Bawi, uczy, rozwija? — Bawidoc

Książeczki z serii Bawidoc są wydawane w Polsce przez różne wydawnictwa. Na początku przez Larousse, potem przez chwilę chyba przez Siedmioróg, a teraz Hachette. Niezależnie od tego, kto je wydaje, seria jest wspaniała. Uczy, bawi, rozwija — to naprawdę interaktywne książeczki.

Pierwsze trafiły do nas „Pory roku”. I na szczęście książka przetrwała, bo Tymek był mały, gdy ją dostał, i nie zawsze potrafił poradzić sobie z wyzwaniami, które przez nim stały.

  

W tej książeczce jest tyle okienek do otwierania, karteczek do odginania, miejsc do zaglądania, że dziecięce rączki mojego synka niechcący nadrywały, zaginały, przerywały… Był zrozpaczony, że coś „znowu się oderwało”. A potem wracał do eksploracji, bo rzeczywiście jest co oglądać.

„Pory roku” niosą masę informacji: o tym, że są pory roku i w jakiej kolejności po sobie następują, o tym, jakie czynności, warzywa i owoce są charakterystyczne dla danej pory roku, jaka panuje wtedy pogoda w różnych miejscach na kuli ziemskiej. W książce są przepisy kucharskie na każdą porę roku (jesienna szarlotka, zimowe piaskowe ciasteczka, wiosenne jarzyny i mus z brzoskwiń), masa pomysłów na doświadczenia i wiele ciekawostek. A wszystko podane w lekkiej, przyjemniej i zabawnej formie.
Tak wygląda strona przed rozłożeniem:

  

A tak po rozłożeniu:

  

Na każdej stronie tej książki jest coś, czego trzeba dotknąć: okienka, miniksiążki do rozkładania, dziurki, przez które trzeba spojrzeć, kółka, którymi trzeba pokręcić, nawet kufer i komoda, do których można zajrzeć. Wiedza sama wchodzi do główki.

Jakiś czas później trafiła do nas kolejna książka z tej serii. Tymek przeżywał wtedy okres fascynacji piratami. Zawsze musieli to być dobrzy piraci, ale zwykle miał masę pytań. „Pod piracką banderą” dostał w prezencie na urodziny i długo nie mógł się od niej oderwać.

  

Oglądał, rozkładał, kazał sobie czytać. A potem długo chodził z książką pod pachą i opowiadał: „Była sobie spokojna wyspa…:

  
A potem przyjechali na nią piraci:

 

I zobacz mamo, co się działo… I kucharz goni żółwia. Wiedziałaś, że żółwie to był przysmak piratów? I że robili wyścigi karaluchów…”

Moje dziecko stało się ekspertem. W książce świat piratów nie jest odmalowany w różowych barwach. Można tu znaleźć informacje o tym, że piraci przebierali się za kobiety, co robili z jeńcami i co jedli (robaczywe suchary nie spotkały się z entuzjazmem Tymka). Jest nawet przepis na pirackie danie:

Na 7 sucharów trzeba wziąć: 3 szklanki mąki, 3 łyżki wody, 1/2 torebki drożdży. Wszystko bardzo starannie zagnieść. Kiedy ciasto jest już gładkie, trzeba je odstawić na godzinę, żeby „odpoczęło”. Potem formować małe placuszki, nakłuć je widelcem i wstawić do pieca. Piec przez godzinę w średniej temperaturze. Podawać, zanim zalęgną się w nich robaki!

Przyznaję, że nie wypróbowałam przepisu i podana w nim ilość wody też wydaje mi się nieco dziwna. Syna zresztą odstraszyła wizja robaków. Trochę bał się, że będzie musiał je jeść po ciemku, tak jak piraci, żeby nie widzieć, co jest w jedzeniu, a Tymek uwielbia wiedzieć i widzieć, co je.

Trzecią książką, która do nas trafiła, jest „W dzień i w nocy”.

  

Tymek chyba przyjął ja najmniej entuzjastycznie ze wszystkich. Być może to wina tematyki, bo trudno mu zrozumieć, dlaczego gdzieś jest noc, gdy u nas jest dzień. Tymek wie, że ziemia jest okrągła, ale wizja przepaści, do której się spada na krańcu ziemi, wydaje się być jednak bardzo nęcąca. Zresztą nie tak dawno uraczył mnie informacją, że koniec świata jest na zachód od Dzikiego Zachodu, więc przynajmniej jedno stało się jasne.

  

Oglądał jednak „W dzień i w nocy” już kilka razy, robiliśmy doświadczenie z oświetlaniem globusa i umówiliśmy się na nocną wyprawę w poszukiwaniu sowy. Mam nadzieję, że dopiero na wiosnę…

PS.
W serii Bawidoc wydano jeszcze dwie książki: „Ciało” i „Cyrk”.