Galop ’44

Szukałam dla syna książki o II wojnie światowej. Z mojej perspektywy, książki o najnowszej historii. Z jego perspektywy książki o prehistorii, równie odległej, co Piastowie czy rozbiory. Ciągle zaskakuje mnie ta różnica w ocenie. Nie zauważyłam chwili, gdy czasy mi stosunkowo bliskie — może z powodu opowieści wysłuchanych w dzieciństwie, może z powodu programu w szkole, tych wszystkich nielubianych apeli, capstrzyków i pochodów, a może po prostu to różnica pokolenia — stały się odległe i niezrozumiałe dla moich dzieci. No ale oni nie mają babci i dziadka, którzy czasami, bardzo rzadko, wspominali wojnę, a w ich wojennych historiach przewijała się Treblinka, obozy pracy, rozstrzelania, Niemcy i Rosjanie, i przyjaciel, który zginął w lesie. Dziadek prowadził nas w listopadzie na jego grób i opowiadał o tym, który już zawsze będzie mieć 19 lat. Ciągle więc szukam książek, które poruszają, pokazują historię i uczą, że trzeba pamiętać i warto wiedzieć, jak wyglądała tamta rzeczywistość i czym różniła się od zabaw rekonstruktorów.

Monika Kowaleczko-Szumowska, Galop '44

Dzięki poleceniom mądrych ludzi (jeszcze raz bardzo dziękuję autorkom blogów Mała czcionkaMały pokój z książkami za polecenie) trafił do naszego domu „Galop ’44” Moniki Kowaleczko-Szumowskiej — trafił i od razu został zaanektowany przez nastolatków. Ustawiła się kolejka, polecali go sobie nawzajem, a do mnie docierały krótkie i zdawkowe, ale jakże symptomatyczne opinie: że naprawdę ciekawe i że co prawda nie lubi takich podróży w czasie, ale w tej książce dobrze się to rozwiązanie sprawdziło, że nie mogła przestać czytać i bardzo się wzruszyła, że to taka prawdziwa książka i lepsza niż „Zwiadowcy”, że sprawdzali, czy to wszytko prawda. „Galop ’44” zmusił nastolatki do myślenia — przeczytałam więc tę książkę, gdy tylko do nas wróciła.

Przeczytałam — i nie mogę przestać o niej myśleć. Ta lektura łapie dorosłego za serce i ściska za gardło. Starałam się zapanować nad wzruszeniem, ale po prostu się nie dało. W pewnej chwili czytelnik łapie się na tym, że ma mokrą twarz — a akcja jest tak wciągająca, że nie ma czasu na ocieranie łez. Monika Kowaleczko-Szumowska na kartach tej książki pokazała Powstanie — nie pomijając niczego: brudu, humoru, piosenek, lęku, głodu i smrodu, złości, beznadziei, odwagi i brawury, śmiałości i rozsądku, tchórzostwa i siły, szczęścia i pecha. Doskonale wiedziałam, jak skończy się większość tych historii, ale i tak cały czas miałam nadzieję, że może jednak, że może tym razem… Po tej lekturze ma się ochotę pognać do Muzeum Powstania Warszawskiego i popatrzeć na wszystkie eksponaty jeszcze raz, z jeszcze większym szacunkiem i czcią.

Akcja książki dzieje się tutaj i tam — w czasie Powstania. Przez przejście w Muzeum trafia w tamte czasy dwóch chłopców: trzynastoletni Mikołaj, rozbrykany i dość beztroski, z typową dla naszych czasów nieumiejętnością skupienia się na czymkolwiek, entuzjastycznie nastawiony do ludzi i wydarzeń oraz jego siedemnastoletni brat, Wojtek, sceptyczny, małomówny, racjonalny i zamknięty w sobie. Zderzają się dwa podejścia: młodszy brat traktuje pobyt w powstańczej Warszawie jak przygodę — błyskawicznie znajduje przyjaciół i wsiąka w miasto. Starszy najchętniej od razu by stamtąd uciekł. Jego racjonalizm buntuje się w zderzeniu z optymizmem powstańców, bo przecież doskonale wie, jak to wszystko się skończy. Właściwie początkowo jedynym bodźcem do działania jest dla Wojtka chęć wyciągnięcia Mikołaja z powstania i uniknięcia kłopotliwych pytań rodziców.

Chłopcy spotykają ludzi znanych z kart historii — autorka nie wymyślała postaci, tylko zaludniła swoją powieść ludźmi, którzy naprawdę w powstaniu uczestniczyli, których historie odnalazła w archiwum Muzeum lub usłyszała od żyjących powstańców. Na kartach „Galopu ’44” spotkamy Stefana Korbońskiego (ps. Zieliński) i jego żonę Zofię, którzy przygotowywali depesze dla radiostacji „Świt”, Jana Rodowicza, czyli Anodę, Janka Warda, Anglika, który przez całe Powstanie nadawał depesze o sytuacji w Warszawie, Jana Nowaka-Jeziorańskiego, Wiktora Dobrzańskiego. Przewija się tutaj mnóstwo postaci — Monika Kowaleczko-Szumowska dała im twarze, zmieniła definicje z encyklopedii w żywe osoby. Trudniej się myśli o bohaterstwie, trudniej się głosi stereotypowe hasła, gdy tłum zaczyna zmieniać się w pojedyncze osoby.

Nietrudno zgadnąć, że Powstanie zmieniło Mikołaja i Wojtka. „Galop ’44” to jednak nie jest tylko książka o przemianie. Autorka nie ucieka przed trudnymi pytaniami o sens walki, ale odpowiedź pozostawia czytelnikowi. Co jakiś czas w książce pojawia się fragment naświetlający daną sytuację z perspektywy historycznej. Narrator rysuje sytuację na froncie, pokazuje, jakie były przyczyny danej decyzji, a jakie były lub mogły być jej skutki. Obraz nakreślony przez Monikę Kowaleczko-Szumowską jest wielobarwny, zmusza do zastanawiania się, zachęca do własnych poszukiwań, do dalszego poznawania historii walki. Powstanie w jej książce nie jest zabawą, romantycznym zrywem, tylko dramatyczną historią ludzi, którzy coraz mocniej zdają sobie sprawę, że nie są w stanie wygrać. A jednak walczą dalej. Na mnie chyba ciągle najmocniej działają historie tych, którzy przeżyli i zginęli tuż po wojnie z rąk NKWD.

Przeczytajcie „Galop ’44” i dajcie go swoim nastolatkom. Zajrzyjcie z nimi do Muzeum Powstania Warszawskiego, a może na Powązki. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ta książka powinna znaleźć się na liście lektur, bo pokazuje historię ludzi i miasta, a nie suche daty. U mnie będzie czekała na półce na Piotrka.

 

Monika Kowaleczko-Szumowska, Galop ’44, Literacki Egmont 2014

 

Reklamy

Nieodgadniony

Strasznie długo mnie tutaj nie było. Przepraszam. Najpierw całą rodzinę pokonały wirusy, a potem mnie dopadła praca. Teraz w pocie czoła będę nadrabiać braki i wrzucać zaległe recenzje, a trochę się ich nazbierało.

„Nieodgadnionego” Maureen Johnson (Poradnia K) przeczytałam jeszcze w zeszłym roku.

Maureen Johnson, Nieodgadniony

To przeznaczony dla nastolatków kryminał z dość rozbudowanym wątkiem obyczajowym. Akcja powieści dzieje się w Akademii Ellinghama: wyjątkowej szkole dla wyjątkowych dzieci — dostają się tutaj nie tylko dzieci uzdolnione naukowo czy manualnie, ale także te, które świetnie odnajdują się w świecie mediów: youtuberzy, młode gwiazdy filmu i mediów społecznościowych, muzycy, trendsetterzy. Szkoła daje im dużą swobodę zdobywania wiedzy i doskonałe warunki do rozwoju zainteresowań. Z socjologicznego punktu widzenia oznacza to, że w jednym miejscu zebrano niesamowitych ekscentryków i oryginałów, często dość obsesyjnie skupionych na sobie.

Jedną z uczennic jest Stevie Bell. Jej pasją jest rozwiązywanie kryminalnych zagadek. Stevie chce odkryć tajemnicę zaginięcia, do którego doszło właśnie w Akademii Ellinghama. Przed wielu laty żona i córka milionera zostały porwane. Pojawiło się żądanie okupu, ale zanim Ellingham zdołał zebrać potrzebną sumę, odnaleziono ciało jego żony. Córka zaginęła na zawsze. Pozostały jedynie listy podpisane przez Nieodgadnionego. Przestępca nigdy nie został schwytany.

Nie chcę wam zdradzać fabuły — wszystkie podane wyżej informacje znajdziecie w opisie książki lub w zapowiedzi filmowej na stronie wydawnictwa Poradnia K. Maureen Johnson w swojej historii przeplata przeszłość z teraźniejszością. Wracamy do czasów porwania — w Stanach panuje prohibicja, Ellingham obraca się w różnych środowiskach, musi filtrować z mafią. Obserwujemy poczynania milionera i poznajemy osoby, które w chwili zaginięcia przebywały w rezydencji. Wiemy więcej niż policja — nie tylko słuchamy zeznań, ale także widzimy zachowania gości i domowników. Wydarzenia z przeszłości łączą się z tym, co dzieje się w szkole. Stevie otrzymuje dostęp do wszystkich materiałów i dokumentów, które są przechowywane w archiwum szkolnym. Prowadzi swoje badania, ale jednocześnie stara się poznać innych uczniów. Okazuje się, że nie tylko ją fascynują wydarzenia z przeszłości. W pewnej chwili przeszłość zaczyna splatać się w teraźniejszością mocniej niż ktokolwiek by się spodziewał.

Książka Maureen Johnson jest napisana bardzo sprawnie — czyta się ją błyskawicznie. Autorka umieściła w niej przekonujący portret młodego pokolenia: trochę zagubionego w rzeczywistości, zanurzonego w wirtualnym świecie, często z problemami społecznymi i komunikacyjnymi. Po lekturze zostaje jednak ogromny niedosyt — „Nieodgadniony” to pierwsza część trylogii i autorka nie rozwiązała żadnej zagadki. Czytelnik pozostaje z samymi pytaniami. Podczas lektury miałam niekiedy wrażenie, że cały czas czytam wstęp i wprowadzenie do właściwej opowieści, tyle że to wprowadzenie jest rozpisane na prawie 500 stron. Bardzo ciekawe wprowadzenie, ale brakowało mi jakiegoś rozwinięcia, punktu kulminacyjnego, sugestii, które mogłabym rozważyć. Nie zmienia to jednak faktu, że osoby szukające ciekawego współczesnego kryminału nie powinny być zawiedzione po tej lekturze.

 

Maureen Johnson, Nieodgadniony, tł. Paweł Łopatka, Poradnia K 2018

Czekając na jednorożce

W domu mogę obserwować dwa modele czytelnicze. Starszy czyta głównie to, czego jeszcze nie czytał (nawet jak był całkiem mały, to preferował raczej nowe lektury), a Młodszy czyta chętniej to, co już zna i co oswojone, kilka razy to samo. Doskonale się te strategie uzupełniają — jedna odpowiada za pojawianie się na półkach ciągle nowych pozycji, dzięki drugiej książki nie obrastają w pajęczyny.  Ponieważ Piotrek akurat pochłania książki, które już czytał, albo książki, które ja już czytałam razem z Tymkiem, mogłam pobuszować po półce Starszego. Tak wyszło, że zaczęłam od „Czekając na jednorożce” — to książka nominowana w plebiscycie Lokomotywa. Absolutnie nie żałuję.

Beth Hautala, Czekając na jednorożce

Wzruszyłam się przy tej lekturze. Nawet bardzo — łzy same zaczęły mi płynąć po policzkach. Beth Hautala napisała piękną opowieść o śmierci, żałobie, radzeniu sobie z tęsknotą i szukaniu sił do dalszego życia. To opowieść pełna emocji, a jednocześnie ciszy — wiele tutaj dzieje się pomiędzy słowami albo bez słów.

Bohaterką jest dwunastoletnia Talia, która wyjeżdża z tatą do Arktyki. Jej tato jest naukowcem, bada walenie. Mama jakiś czas wcześniej zmarła na raka. Dziewczynka musi sobie poradzić nie tylko ze śmiercią jednego z rodziców, ale także z nieobecnością drugiego, bo jej tato jest ciągle zajęty. Talia ma wrażenie, że pomiędzy nią, a jej tatą wyrasta przepaść i cisza, pustka o kształcie matki.

„Czekając na jednorożce” to nie jest prosta lektura. Trudno czyta się o odchodzeniu, o emocjach dziecka i bólu dorosłego, który wie, że musi zostawić swoje dziecko. Beth Hautala potrafiła jednak smutek i żal zamienić w nadzieję i pokazać, że trzeba żyć dalej. Tal musi zmierzyć się z bólem i rozstaniem. Musi umieć porzucić swoje życzenia, w tym to największe o spotkaniu jednorożca, który spełnia życzenia i pozwoli jej pożegnać się z mamą. To przepiękna i mądra opowieść o etapach żałoby, o akceptacji bólu i tworzeniu w życiu miejsca na coś nowego. Na nowe uczucia, nowe emocje, nowych przyjaciół. Patrzenie w przeszłość jej nie zmieni, a sprawi, że życie przepłynie między palcami.

To jednocześnie opowieść o tym, że trzeba naprawdę przeżyć swoje życie, że mamy na nie wpływ, że warto szukać okazji, by je zmienić lub naprawić. Śmierć czy zagrożenie sprawiają, że widzimy, co w życiu liczy się naprawdę, co jest prawdziwe i co ma wartość. Czasami te najważniejsze rzeczy umykają nam w codziennej bieganinie. Warto się więc zatrzymać i pomyśleć, a lektura „Czekając na jednorożce” na pewno do myślenia skłania. To naprawdę mądra i ważna książka, także dla dorosłych.

 

Beth Hautala, Czekając na jednorożce, tł. Zuzanna Byczek, Biała Plama 2018

Dziewczynka, która wypiła księżyc

To jedna z najpiękniejszych baśni, jakie przeczytałam w zeszłym roku. Nie miałam ochoty opuszczać tej pełnej uroku opowieści o lesie, dobrej i złej czarownicy, smoku i ludziach, którzy nie potrafili się uśmiechać. Kelly Barnhill wzięła motywy i postacie z innych bajek, dodała trochę magii i origami, wszystko wymieszała i stworzyła przepiękną opowieść o miłości — o miłości rodzica do dziecka i o miłości do świata. Miłości tak wielkiej, że nie cofa się przed żadnym poświęceniem. Moje dziecko kompletnie się ze mną nie zgadza 🙂 Dla niego to piękna bajka o księżycu i walce dobra ze złem. Też ma rację.

Kelly Barnhill, Dziewczynka, która wypiła księżyc

Daleko, daleko była sobie zagubiona w lasach wioska, której mieszkańcy byli bardzo smutni. Każdego roku musieli składać jedno dziecko w ofierze dla złej wiedźmy  — nikt nie odważył się przeciwstawić. Aż pewnego roku zdarzyło się coś nieprzewidzianego. Daleko, daleko w lesie mieszkała czarownica Xan razem z potworem Glerkiem i maleńkim smokiem Fyrianem. Fyrian był przekonany, że jest wielkim smokiem, tylko jakimś cudem znalazł się w krainie liliputów, a Glerk był poetą. Każdego roku Xan wędrowała w pobliże smutnej i mglistej wioski, by ocalić porzucone dziecko i znaleźć dla niego kochającą rodzinę. Aż pewnego roku zdarzyło się coś nieprzewidzianego. W życiu Xan pojawiła się Luna — dziewczynka, która wypiła księżyc. Więcej możecie przeczytać na tylnej stronie okładki, ale na szczęście nie wyjaśniono tam wszystkich tajemnic.

Pojawienie się dziecka sprawiło, że bohaterowie musieli zejść z utartych ścieżek i zacząć żyć niezgodnie z ustalonymi schematami. Stare zasady zaczęły się kruszyć, a niewzruszone prawdy okazały się nie takie niewzruszone. Dziecko bada, testuje, sprawdza i pyta. Widzi więcej i nie zadowala się wymijającymi odpowiedziami. Mała Luna przewróciła świat leśnej wiedzmy do góry nogami, a że jako niemowlę opiła się magią księżyca, to potrafiła narozrabiać jeszcze bardziej niż zwykle dziecko. Xan musiała wyjść ze swojej bezpiecznej roli ratującej dzieci i zacząć zastanawiać się, dlaczego w ogóle ktoś je porzuca. I co kryje się w wiosce okrytej mgłą.

Opowieść Kelly Barnhill jest pełna magii — tej rodem z fantasy i tej pochodzącej z życia, bo przecież miłość, szacunek, przyjaźń to także magia. Czasami silniejsza niż czary. Rządzi tutaj poetyka baśni i snu — nie wszystko jest jasne i nie na każde pytanie znajdziecie odpowiedź. Historia wciąga czytelnika coraz głębiej i głębiej, przeszłość miesza się z teraźniejszości, przyszłość staje się na naszych oczach, a wszystko oblane jest srebrnym blaskiem księżyca. Czytelnik musi rozprostować ścieżki, rozsupłać zagadki. Nie zawsze jest to łatwe, czasami autorka sprowadza nas na manowce, bo jej bohaterowie, choć fantastyczni, są jednocześnie ludzcy: zapominają, błądzą, podejmują niewłaściwe decyzji kierowani słusznymi pobudkami, próbują uniknąć odpowiedzialności lub odpowiedzi na trudne pytania. Zawsze jednak w końcu znajdują właściwy kierunek, bo kierują się uczuciami i emocjami, bo miłość daje im siłę, by walczyć nie tylko o siebie.

„Dziewczynka, która wypiła księżyc” uwodzi magią słów. To przepięknie napisana (i świetnie przetłumaczona) opowieść, w której każde zdanie, każda fraza jest na swoim miejscu. Kraina staje się nam bliska — widzimy wielki las, małego smoka i szalone papierowe ptaki, mimo że w książce nie ma ilustracji. Słowa wystarczą — przecież chyba taka jest ich rola, by dało się w nich zamknąć cały świat. I to taki, z którego w ogóle nie chce się wychodzić.

Kelly Barnhill, Dziewczynka, która wypiła księżyc, tł. Marta Kisiel-Małecka, Wydawnictwo Literackie 2018

Bystrzak

Dzisiaj będzie o książce zdecydowanie dla nastolatków. W moim odczuciu nawet tych odrobinę starszych — dwunastolatkowi nie za bardzo przypadła do gustu. Uznał, że jest dziwna i chyba czuł się chwilami odrobinę niezręcznie — w książce jest sporo erotyzmu i odkrywania seksualności. Najwięcej jest w niej jednak o odmienności — i to takiej, o której najczęściej nie mamy ochoty myśleć.

Marie-Aude Murail, Bystrzak

„Bystrzak” Marie-Aude Murail (Dwie Siostry) to historia siedemnastoletniego Klébera, który przyjeżdża do Paryża do szkoły. Towarzyszy mu starszy brat, Barnabé — starszy tylko wiekowo, bo umysłowo zatrzymał się na poziomie trzyletniego dziecka. Ich mama zmarła, ojciec postanowił się ponownie ożenić i w jego nowym życiu zabrakło miejsca dla Bystrzaka, bo tak wszyscy nazywają Barnabé — czyli po prostu gu-pka, jak sam o sobie mówi. Nowa partnerka ojca boi się go wręcz panicznie — a gdy zachodzi w ciążę, jej strach jeszcze się nasila (znamy to, prawda?). Bystrzakowi towarzyszy przytulanka-królik, Pan Kickicek: przyjaciel, towarzysz zabaw, sprawca wszelkich szkód, a czasami psotny duszek namawiający do złego.

Bystrzak jest inny. Patrzy na świat oczami dziecka i dużo dostrzega, więcej niż byśmy chcieli. Czasami mówi prawdę prosto z mostu, czasami ujawnia sekrety, czasami wszystko psuje, szukając — jak dziecko — prostego wyjaśnienia tajemnic (no przecież ktoś musi siedzieć w zegarku, skoro chodzi i tyka, to oczywiste). Kléberowi nie jest łatwo, ale nie mógł patrzeć, jak brat marnieje i gaśnie w ośrodku dla osób upośledzonych. Choć Malicorix bardziej przypomina hotel niż szpital, Bystrzak wspomina pobyt tam jak piekło. W Paryżu bracia trafiają do mieszkania studenckiego, więc opowieść o upośledzeniu i inności osadzona jest na tle życia młodych ludzi. Mieszkanie wynajmuje Aria i Emmanuel, para studentów medycyny, brat Arii Enzo i jego przyjaciel Corentin: czasami się uczą, czasami imprezują, czasami przeklinają (Bystrzak zawsze reaguje tak samo: Ojej, jakie brzydkie słowo), flirtują, zakochują się, uprawiają seks. Wrzucenie w ten miarę uporządkowany tryb życia Bystrzaka trochę pokomplikuje sytuację i zmieni układ sił.

Przy lekturze książki Marie-Aude Murail świetnie się bawiłam i często wybuchałam śmiechem. Potem zastanawiałam się, czy wypada — bo przecież nauczono mnie (nas), że z inności i upośledzenia śmiać się nie należy. Zderzenie Bystrzaka z codziennym życiem niesie jednak ze sobą ogromne pokłady komizmu, a jednocześnie pokazuje, jak odbieramy osoby upośledzone i czego się czasami boimy. Oraz że czasami to my-normalni jesteśmy niedołężni, upośledzeni i ograniczeni — w okazywaniu uczuć i emocji, odczytywaniu prawdziwych intencji, dostrzeganiu prawdy. Często się boimy, często udajemy, a zderzenie z innością potrafi zedrzeć z nas maski i zmusić do pokazania prawdziwego oblicza.

Bardzo jasnym punktem tej książki jest tło, na którym rozgrywa się historia braci. Fascynacja Klébera koleżankami, pierwsze nieśmiałe doświadczenia seksualne, damsko-męskie gierki nasto- i dwudziestolatków. Próby odnalezienia się w dorosłym świecie, z jednej strony poszukiwanie niezależności i własnej drogi, z drugiej finansowa zależność od rodziców.

Czy to książka doskonała? Moim zdaniem nie. Jest trochę za gładka i za oczywista. Role są tutaj od razu rozpisane — te postacie są złe, te dobre. Bystrzak, chociaż momentami irytuje Klébera i współmieszkańców, jest uroczy, zabawny i mimo wszystko dość niekłopotliwy. Kléber nie musi martwić się o pieniądze, bo ma spadek po matce. Wiadomo, że prawie wszyscy współlokatorzy Bystrzaka zaakceptują i polubią, a nawet łatwo przewidzieć, kto będzie miał z tym problem. Dość oczywiste jest, że dzięki niemu ich życie stanie się pełniejsze i prawdziwsze. Mnie dorosłą ten idealizm i łatwość pokonywania trudności trochę drażnił — ale ta książka nie jest przeznaczona dla mnie, tylko dla młodzieży. Mam wrażenie, że mówi w prosty i, hmm, młody sposób o sprawach ważnych, a często przemilczanych. „Bystrzak” wskazuje kierunkowskaz i pokazuje, jak powinno być i co się dzieje, gdy jest tak, jak być powinno. Idealizm? I owszem, ale w bardzo przyjemnym wykonaniu.

Mimo tych zastrzeżeń, to naprawdę dobra lektura — zabawna, przyciągająca uwagę, zachęcająca do rozmyślań i zadawania pytań. Uczy akceptacji i tolerancji. Wskazuje, co w życiu ważne. Pokazuje fałsz ukryty pod uśmiechem i nieczułość skrywaną przez profesjonalizm. Warto do „Bystrzaka” zajrzeć i warto podsunąć go nastolatkom (uwaga, jak już pisałam, w książce znajdziecie brzydkie wyrazy — mam zresztą wrażenie, że swobodny i lekki język tłumaczenia to duży atut „Bystrzaka”, który może zachęcić młodzież do lektury).

 

Marie-Aude Murail, Bystrzak, tł. Bożena Sęk, Dwie Siostry 2018

Mirabelka

„Mirabelka” Cezarego Harasimowicza to ostatnia książka, jaką przeczytałam w 2018 r., jeszcze przed sesją gier planszowych z synami, którą uczciliśmy Sylwestra. Szukałam książki o Historii i o Zagładzie, a znalazłam lekturę opowiadającą o trudnych czasach i splątanych polskich losach. Ta książka uczy, jak patrzeć z nadzieją w przyszłość, jak z przeszłości wyłania się to, co jest dzisiaj i jak my dzisiaj możemy i musimy zadbać o pamięć o tym, co było.

Cezary Harasimowicz, Mirabelka

Uprzedzam, wstęp będzie nieco przydługi. Sięgnęłam po „Mirabelkę”, poszukując książek, które pokażą całkiem niedawną historię, tak aby poruszyć, ale nie przerazić. Podczas jednej z rozmów z moim inteligentnym i oczytanym Starszym zrozumiałam, że moje dziecko nie wie niczego o czasach, które dla mnie są ciągle bliskie. To znaczy zna fakty, daty i nazwiska, ale jednocześnie niczego nie rozumie. W ferworze dyskusji nagle palnął, że przecież pobyt w obozie koncentracyjnym, to była taka przygoda, może trochę straszna. Potem nie mógł zrozumieć mojego oburzenia, zgorszenia, złości, a ja zastanawiałam się, czy mogę dać dwunastolatkowi Borowskiego i Hannę Krall do czytania.

Dla mojego pokolenia, wychowanego w czasach późnego komunizmu (tak, tak, pamiętam te czasy), wiedza o tym, czym były obozy koncentracyjne i obozy pracy, jak wyglądała okupacja zdaje się czymś naturalnym. Ciągle jeszcze dowiadujemy się oczywiście, że pewne fakty z naszej historii powinny być interpretowane inaczej, ale wojny doświadczaliśmy nie tylko na podstawie książek. Była obecna w słowach, a czasami w milczeniu Dziadków, w rodzinnych historiach, we łzach ciotek, które zapalały świeczki przy grobie nieznanego żołnierza. Pamiętam obrzydzenie, z jakim moja babcia patrzyła, jak zajadamy się rzepą wyszabrowaną z cudzego ogrodu. Potem, z trudem dobierając słowa, opowiedziała nam o obozie. Dla mojego dziecka to tylko historia, jedna z wielu opowieści o jakiejś babci i jakimś dziadku, których nigdy nie poznał. Z powszechnego obiegu zniknęła literatura obozowa — trudną ją znaleźć na bibliotecznych półkach. Historia w szkole — ech, każdy wie. Dzieci nie widzą grozy, bólu i lęku — za to świetnie bawią się na rekonstrukcjach bitew. Przecież to przygoda… Ściska mnie lęk, że wygładzając przeszłość i chroniąc nasze dzieci przed opowieściami pełnymi bólu, brudu i płaczu wychowujemy pokolenie, które nie rozumie.

Stąd wzięła się w moim domu „Mirabelka” — mądra i przejmująca książka o polskiej historii z przepięknymi, nastrojowymi ilustracjami Marty Kurczewskiej. Na jej rysunki można się patrzeć bardzo, bardzo długo.

Cezary Harasimowicz, Mirabelka

Narratorem jest drzewo — zwykła mirabelka, jedna z wielu pokoleń mirabelek rosnących na warszawskim Muranowie. Kto nie zna mirabelek? Słodkich, żółtych jak słońce śliwek, które opadają na ziemię pod ciężarem soku? Bardzo lubimy kompot z mirabelek. Sąsiedzi mirabelki z książki też lubią kompot, dlatego pod drzewo przychodzi Dorka w czerwonym płaszczyku, córka pracownika banku, której mama czytuje poezję, Chaim, syn praczki i kupca handlującego śledziami na Krecelaku, bracia Alfusowie, właściciele małej fabryczki produkującej stroje karnawałowe, Izaak, który tak pięknie gra na skrzypcach, że aż zmieniają się od tego ludzkie serca. Ten Muranów sprzed II wojny światowej to inne miasto, pełne obcych dla nas dzisiaj imion i zwyczajów. Tylko marzenia ludzkie są takie same: o miłości, szczęściu, rodzinie. Mirabelka zna tutaj wszystkich. Dzieci potrafią ją usłyszeć i z nią rozmawiać. Na dorosłych także się stara wpłynąć i czasami jej się udaje.

Cezary Harasimowicz, Mirabelka

Młode, radosne drzewko rosnące i dorastające tuż obok swojej mamy jest świadkiem świąt, wesel, ukrytych pocałunków i cicho szeptanych obietnic. Jasna przyszłość zaczyna się jednak chmurzyć, pojawiają się niepokojące głosy, plotki, smutne nowiny. Przynoszą ją mirabelce ludzie i drzewa, bo przecież drzewa też potrafią ze sobą rozmawiać (a kasztany to znani plotkarze). Nadchodzi wojna, a wraz z nią zagłada całego znanego mirabelce świata — tutaj, gdzie rośnie, powstaje getto.

Cezary Harasimowicz, Mirabelka

Oczami kolejnych pokoleń mirabelek oglądamy wojnę, powstanie w getcie, odbudowę stolicy. Cezary Harasimowicz prowadzi tę historię aż do naszych czasów. Widzimy Marzec 68 roku, potem stan wojenny i coraz bardziej kolorowy świat, w którym — jak się okazało — niekoniecznie jest miejsce na mirabelki. Na szczęście ta historia ma happy end, i to zarówno w książce, jak i w życiu.

„Mirabelka” opisuje historię prawdziwego miejsca i prawdziwego drzewa, choć nie wszystkie występujące w niej postacie żyły naprawdę. Cezary Harsimowicz dorzucił do opowieści kilka postaci-symboli. Spotykamy na jej kartach Irenę Sendlerową i Mordechaja Anielewicza — pasują tutaj doskonale. W efekcie powstała niezwykle poetycka, wzruszająca i wciągająca opowieść o kolejnych pokoleniach warszawiaków, którzy wracali do swojego miejsca za życia i po śmierci. Opowieść pełna smaków, zapachów i muzyki, w której duchy opiekują się żywymi, ale same pragną być zapamiętane.

Cezary Harasimowicz, Mirabelka

Ciągle myślę o tej książce. O pamięci drzew. O podziemnych miastach, po których chodzimy nieświadomi, że pod stopami ukrywa się wielowiekowa historia zmieciona z powierzchni ziemi, o nieczułości jednych, którzy wycinają drzewo-symbol, bo ważniejsze jest wykorzystanie każdego skrawka terenu, i pasji drugich, którzy o przywrócenie tego symbolu walczą. Mirabelka wróciła na Muranów — blisko miejsca, gdzie rosła pierwotnie. I nie jakaś tam zwykła mirabelka, ale praprawnuczka tej, która od lat obdarzała w tym miejscu ludzi swoimi owocami. Dobrze jest pamiętać i walczyć o to, by to, co ważne, nie zostało zapomniane.

Napijcie się kompotu z mirabelek. A jak nie macie, to poczekajcie do lata i poszukajcie żółtych śliwek. Przy okazji rozejrzyjcie się — może gdzieś koło was też kryje się tajemnica? Może dobre duchy przeszłości ciągle się wami opiekują, mając nadzieję, że ktoś przypomni ich historię?

 

Cezary Harasimowicz, Mirabelka, il. Marta Kurczewska, Zielona Sowa 2018

Polskie władczynie

O królach wiemy sporo. Jan Matejko utrwalił w naszych głowach poważne i chmurne wizerunki mężnych władców. W jego poczcie były chyba tylko cztery królowe. Pamiętamy o Jadwidze Andegaweńskiej, Dobrawie, o Marysieńce Sobieskiej. Czasami przy gotowaniu zupy może wspomnimy Bonę, gdy dziecko zapyta, co to włoszczyzna. A inne królowe? Przecież było ich wiele. Na szczęście przypomina nam je Anna Kaszuba-Dębska w „Poczcie królowych polskich”, wydanej przez Znak.

Anna Kaszuba-Dębska, Poczet królowych polskich

Piotrek po obejrzeniu tej książki zapytał, czy one naprawdę były takie piękne. Na ilustracjach Anny Kaszuby-Dębskiej są piękne, a przede wszystkim pełne życia. Są władcze, ale nie sztywne i królewskie. To nie są posągi. Uśmiechają się, pewnie zadowolone, że w końcu ktoś dopuścił je do głosu. Bo to nie jest opowieść o królowych — każda z nich sama jest narratorską swojej historii. To one opowiadają: o sobie i swoim królewskim losie.

Anna Kaszuba-Dębska, Poczet królowych polskich

Losy polskich władczyń zaczynamy poznawać od najstarszej znanej, choć legendarnej. Rzadko o niej myślimy jako o królowej, ale właśnie ona była pierwsza. Rzepicha, żona Piasta, matka Siemowita. Oddajmy jej głos.

Nie jestem żadną wykształconą kobietą. Można mnie uznać za prostą, może nawet za prostaczkę. Pisma nie znam, czytać nie umiem. Ale nigdy nie brzydziłam się pracą, w pocie czoła uprawiałam rolę. Zawsze twardo stąpałam po ziemi, nie chodziłam z głową w chmurach. Jestem uczciwa, umiem znajdować szczęście także w ubóstwie — tak mnie wychowali rodzice. (s. 8)

Anna Kaszuba-Dębska, Poczet królowych polskich

Wypowiedzi są różne, tak jak różne są królowe. Niektóre bardziej poważne, inne bardziej swawolne, jedne mówią o swoim dzieciństwie, inne opowiadają o swoim życiu i planach. W książce znajdziecie 25 królowych, od Rzepichy po Marię Józefę, żonę Augusta III. Anna Kaszuba-Dębska potrafiła tchnąć życie w tych 25 portretów — dostaliśmy historie dumnych kobiet, które chciały i potrafiły zawalczyć o swoje. Dzięki pierwszoosobowej narracji nie są to klasyczne biografie, ale opowieści, którym można było nadać bardziej subiektywny charakter. Nawet Anna Jagiellonka, uznawana za typową nudziarę i starą panną, potrafi tutaj zaintrygować i pokazać inne oblicze.

Anna Kaszuba-Dębska, Poczet królowych polskich

Anna Kaszuba-Dębska, Poczet królowych polskich

Każde hasło-historia skonstruowane jest podobnie, choć jego treść bywa różna. Tytułem każdego opowiadania imię i przydomek królowej, pod którym mamy daty, kiedy zasiadała na polskim tronie. Dostajemy także dwie ilustracje, a właściwie jedną w dwóch ujęciach — portret i pełną sylwetkę królowej. Anna Kaszuba-Dębska w tło ilustracji wplotła motywy charakterystyczne dla danej postaci: czasami jest to herb, czasami wzory czy symbole kojarzące się z daną osobą, tak jak białe lilie na portrecie Kingi Arpadówny. Nie mogę się na te portrety napatrzeć, tak są pełne życia i odległe od typowego sposobu przedstawiania królowych.

Anna Kaszuba-Dębska, Poczet królowych polskich.

To ważna książka nie tylko dlatego, że przywraca naszej pamięci polskie władczynie, pozwala im wyjść z cienia i stanąć w pełnym świetle. Autorka pokazuje także prawdziwe oblicze bycia królową i sprawowania władzy. Nie są to biografie radosne. Piotrek ze zdumieniem coraz większym odkrywał, że królowa nie jest kimś, kto robi, co chce. Jeśli tak było, szybko przestawała być królową. W świecie władzy „ja” znika, liczy się dobro królestwa i rodu. Rzadko kiedy królowe miały „szczęśliwe” życie w potocznym rozumieniu. Były wydawane za mąż jako dzieci, planowano im życie od kołyski, odbierano im dzieci, były pionkami przestawianymi przez mężczyzn bawiących się w politykę — i często udowadniały, że wcale pionkami nie są i same potrafią sobą i innymi zarządzić.

Anna Kaszuba-Dębska, Poczet królowych polskich

Anna Kaszuba-Dębska, Poczet królowych polskich

Mieliśmy wspaniałe królowe, Anna Kaszuba-Dębska potrafi o nich wspaniale opowiedzieć. Naprawdę warto tych historii posłuchać.

Anna Kaszuba-Dębska, Poczet królowych polskich, Znak 2018

Czytamy komiks! — Trupie gadki

To będzie chyba jedna z najszybszych recenzji na blogu. Książka przywędrowała do nas przed kilkoma dniami. Piotrek znalazł ją pod choinką i przeczytał właściwie od razu. Zaczął tuż po Wigilii i ciężko go było zapędzić do spania. Skończył czytać pierwszego dnia świąt i natychmiast zaczął czytać jeszcze raz, a potem kolejny. Teraz książka leży na stoliku, a on podczytuje co ciekawsze historie, zadając przy okazji mnóstwo pytań o słynnych ludzi, o których istnieniu czasami nigdy wcześniej nie słyszałam. Wstyd po prostu.

Adam Murphy, Trupie gadki

Hmm, właściwie można powiedzieć, że to wywiady z zombie, tylko takimi słynniejszymi. „Trupie gadki” mają konwencję talk show w wersji rysunkowej. Mamy gospodarza programu, w tej roli alter ego autora, czyli niejaki Adam Murphy. Historia ludzkości pełna jest ciekawych i intrygujących postaci, więc Adam postanowił zadać im pytanie, co sprawiało, że potrafili tyle zdziałać. Co z tego, że te osoby nie żyją? Przecież można je wszystkie odkopać! Zaczynamy!

Adam Murphy, Trupie gadki

Piotrek studiował mapę wykopalisk naprawdę dokładnie. Sprawdzał, kto kiedy żył, bawił się w wypatrywanie szczegółów. Jak sam mi powiedział, ta książka to nie tylko komiks, ale także łamigłówka, i to niesamowicie ciekawa. Zresztą określenia: fajne, ciekawe, interesujące, śmieszne, pojawiały się co chwila, gdy poprosiłam synka, by mi opowiedział, o czym TA KSIĄŻKA jest i dlaczego warto ją przeczytać. W skrócie mówiąc: o historii, tylko napisana tak, że czytelnik ciągle się uśmiecha, wcale się nie nudzi i ma ochotę dowiedzieć się więcej. Lista gości programu Adama Murphy’ego może onieśmielać, ale okazuje się, że to bardzo sympatyczne postacie, choć rozmowa z niektórymi może być dla prowadzącego groźna. Nie każdy wywiad kończy się happy endem.

Adam Murphy, Trupie gadki

Zasada  jest prosta: jedna postać, jedna strona komiksu. Dla niektórych postaci rysownik jest bardziej łaskawy i poświęca im dwie strony. Absolutnym wyjątkiem jest sześć żon Henryka VIII — tak się rozgadały, że zajęły aż cztery strony. Część postaci (w tym Maria Skłodowska-Curie, jedyna Polka w tym zestawieniu) zostały uhonorowane całostronicową ilustracją zawierającą ciekawostkę z ich życia. Jedna czy dwie strony to niewiele, by przedstawić swoje życie, więc bohaterowie wywiadów muszą się streszczać. W krótkiej formie udało się jednak zawrzeć naprawdę sporo informacji — a Piotrek wcale nie narzekał na małe literki.
Adam Murphy, Trupie gadki

Wiem, że konwencja wywiadów z zombie nie każdego może przekonywać, ale warto do tego komiksu zajrzeć i docenić nie tylko zamysł autora, ale także pracę tłumacza. Paweł Brzosko pięknie ogrywa zwroty i skojarzenia związane ze śmiercią, zombie i truposzami — nabierają one nowego sensu, przykuwają uwagę i bawią. Moje dzieci długo komentowały podtytuł „Historia nie tylko dla sztywniaków” i doszukiwały się kolejnych znaczeń. To komiks, który rozbudza ciekawość. Nawet jeśli osiągnięcia części bohaterów tej książki uciekną z głowy Piotrka, to będzie pamiętał przynajmniej pewne nazwiska i najważniejsze związane z nimi wydarzenia. To i tak sporo. A przy okazji utwierdzi się w przekonaniu, że historia jest niesamowicie ciekawa i świetnie można się przy niej bawić, choćby wyszukując zombiaki na plaży.

Adam Murphy, Trupie gadki

Dla zainteresowanych: Planeta komiksów ma w planach kolejne sezony.

Adam Murphy, Trupie gadki. Sezon 1, tł. Paweł Brzosko, Planeta Komiksów 2016

Skamieliny i pióra, czyli naukomiks w akcji

Wiecie, co to jest naukomisk? Ja też nie wiedziałam. Naukomiks, czyli komiks poświęcony nauce, zgarnęliśmy z bibliotecznej półki, a Piotrka zafascynował tak bardzo, że niechętnie go oddawał. Wypożyczył go zresztą ponownie przy pierwszej nadarzającej się okazji. Ogląda i podczytuje tę książkę z narastającą fascynacją, którą zresztą doskonale rozumiem. To świetna pozycja — nie tylko o dinozaurach, ale chyba przede wszystkim o rozwoju nauki. Nie będziecie mogli się od „Dinozaurów. Skamielin i piór’ oderwać (Nasza Księgarnia).

MK Reed, Joe Flood, Dinozaury. Skamieliny i pióra

Mało które dziecko nie ulega fascynacji dinozaurom. Wielkie i groźne stworzenia intrygują także dorosłych. MK Reed i Joe Flood w swojej książce pokazali narodziny i rozwój paleontologii. Skupili się nie tylko na informacjach o tym, jak wyglądały i żyły prehistoryczne gady, ale także na tym, jak my — ludzie dochodziliśmy do tych informacji. I dla mnie ta warstwa była chyba nawet ciekawsza.

MK Reed, Joe Flood, Dinozaury. Skamieliny i pióra

Gotowi na wyprawę w głęboką przeszłość? Zacznę tak, jak autorzy komiksu: przez 165 milionów lat dinozaury kroczyły po ziemi, a potem niespodziewanie zniknęły. Ludzie odkrywali ich kości od najdawniejszych czasów. Te znaleziska wpływały na wyobraźnię i prawdopodobnie przyczyniły się do powstania wielu legend i baśni. Gryfy, mitologiczne stwory, chińskie smoki — prawdopodobnie stworzyliśmy je na wzór wielkich kości, które odkrywaliśmy wokół siebie. Fascynacja zaczęła narastać na początku rewolucji przemysłowej, gdy zaczęliśmy głębiej kopać i odkrywać tajemnice schowane w ziemi. MK Reedowi i Joemu Floodowi udało się niesamowicie spójnie połączyć historię dinozaurów z opowieścią o nas samych i o tym, jak zmieniała się nasza świadomość. Może wróćmy do książki:

W roku 1800…

Ziemia miała 6006 lat.

Dinozaury są znane jako potwory.

Żyły kilka tysięcy lat temu.

Zginęły w czasie biblijnego potopu.

Żadne dinozaury nie żyją w tym czasie na Ziemi.

Jesteśmy tego wszystkiego pewni.

MK Reed, Joe Flood, Dinozaury. Skamieliny i pióra

Taką wiedzę mieliśmy raptem 200 lat temu. Z narastającym zainteresowaniem czytałam o kolejnych odkryciach, o sporach między naukowcami, o teoriach i kontrteoriach. Naukowcy walczyli ze sobą słowem, paszkwilem, plotką i pomówieniem. Niektórzy z nich zdobywali ogromną sławę i popularność. Inny umierali w biedzie i zapomnieniu, ale wielkie kości skryte w ziemi nie przestawały fascynować. Marsh i Cope prowadzili regularną wojnę — rzucali w siebie kamieniami, podkupywali swoje znaleziska, podrzucali sobie fałszywki, a nawet niszczyli stanowiska dynamitem, żeby drugi badacz nie był w stanie niczego znaleźć. Dinozaury rozpalały świat nauki do czerwoności.

MK Reed, Joe Flood, Dinozaury. Skamieliny i pióra

Autorzy komiksu zadbali także o to, by pokazać rolę kobiet. Piszą o badaczkach, poszukiwaczkach — kobietach, które często w ogromnym stopniu wspierały naukowców, dostarczały znaleziska i materiały. Poszukiwały świadectw przeszłości z ogromnym poświęceniem, ale ich nazwiska usuwano z oficjalnych publikacji lub traktowano je protekcjonalnie. Nie mogę tutaj nie wspomnieć o „Drzewie kłamstw„, które pokazuje pozycję kobiety w nauce z trochę innej strony. W naukomiksie kobiety odzyskują należne im miejsce, a były zaangażowane w badania nad dinozaurami właściwie od samego początku.

Wstawki takie, jak cytowana powyżej (Jest rok…) przewijają się przez cały komiks. Stanowią kamienie milowe, zaznaczają upływ czasu, pozwalają na chwilę zatrzymać się i pomyśleć, czego się dowiedzieliśmy. Pod koniec książki znajdujemy podsumowanie naszej wiedzy z 2000 roku. Minęło 200 lat.

W roku 2000…

Ziemia ma 4,5 miliarda lat.

Dinozaury są znane jako wymarli gadzi przodkowie ptaków.

Żyły 250-65 milionów lat temu.

W dzisiejszych czasach żyją potomkowie dinozaurów. 

Jesteśmy prawie pewni tego wszystkiego.

Czy wiemy już wszystko? Na pewno nie? Ciągle jest wiele do odkrycia. Dinozaury wciąż fascynują. Kluczowe zdaje się jedno słowo „prawie”. Nauczyliśmy się trochę pokory. Już wiemy, że kolejne znaleziska mogą niektóre nasze teorie przewrócić do góry nogami. Największa wartość „Dinozaurów. Skamielin i  piór” polega na tym, że pokazuje zmianę i dynamikę nauki. Nic nie jest dane tu i teraz. Ta książka nie powiela schematów i nazw, ale stara się pokazać, że nasza wiedza ciągle się zmienia. I że kolejne odkrycia ciągle czekają. Może właśnie na młodych czytelników naukomiksu?

Aha, nigdy już nie spojrzę tak samo na kury.

 

MK Reed, Joe Flood, Dinozaury. Skamieliny i pióra. Nasza Księgarnia 2018

 

 

Pasztety, do boju!

Nie wiem, jak Clémentine Beauvais to zrobiła. Jakim cudem w stosunkowo niewielkiej, zabawnej i świetnie napisanej książce udało się jej upchnąć tak wiele. Znajdziecie tutaj problemy z hejtem, bunt przeciwko rodzicom, brak akceptacji, rozbite rodziny, pierwszą miesiączkę. Do kompletu można jeszcze dorzucić poszukiwanie prawdy, kalectwo i imigrantów. Brzmi to bardzo poważnie, ale zapewniam, że książkę czyta się świetnie i trudno się od niej oderwać.

Clémentine Beauvais, Pasztety do boju

Mireille, Astrid i Hakima właściwie są na siebie skazane. W nieformalnym konkursie na najbrzydszą dziewczynę w szkole, organizowanym — jakże by inaczej — na fejsie, zdobyły tytuł Złotego, Srebrnego i Brązowego Paszteta. Konkurs paskudny — to już zresztą trzecia edycja — ale dorośli rozkładają bezradnie ręce, przecież nie mają wpływu na to, co robią dzieci w internecie. Mireille zdobyła ten tytuł już kolejny raz — to ona jest narratorką tej historii — zdążyła więc zbudować grubszy pancerz i chowa pod nim emocje i ból. Staje się swoistą mentorką dla koleżanek, które nie potrafią ukrywać rozpaczy i smutku. Co można zrobić z tak zdobytą, hmm, popularnością?

Mireille jest inteligentna i wygadana, a na dodatek złośliwa — nawet jej prześladowcy boją się jej języka i ciętych ripost. Nie ma ochoty zmieniać się po to, by dostosować się do obowiązujących kanonów. Chce być sobą. Emocje ukrywa bardzo głęboko i stara się, by nikt nie dostrzegł jej bólu. Astrid jest starsza, ale nigdy jeszcze nie spotkała się z taką nienawiścią i pogardą (nie da się tego inaczej nazwać). Nie potrafi sobie poradzić. Hakima jest najmłodsza z nich. To zagubiona, nieśmiała dwunastolatka, która nie rozumie, dlaczego dzieje się coś tak złego. Tytuł Paszteta działa jak stygmat — nikt nie chce się zadawać z najbrzydszymi dziewczynami w szkole, bo może się jeszcze zarazi? Clémentine Beauvais świetnie pokazała schemat wykluczenia i mechanizmy obronne oraz obnażyła bezradność społeczeństwa, które nie wie, jak sobie poradzić z nienawiścią w sieci. Nigdy wcześniej wykluczenie nie następowało na taką skalę i nie stawało się tak powszechne.

Pod wypływem impulsu dziewczyny postanawiają wyruszyć w podróż rowerami. Trasa liczy 500 km i prowadzi do Paryża, gdzie chcą dojechać na francuskie święto niepodległości. Towarzyszy im Kader, brat Hakimy, który stracił nogi w którejś z współczesnych wojen. Wpadają na pomysł, by wykorzystać to, z czego — chcąc, nie chcąc — stały się sławne. W czasie podróży będą sprzedawać paszteciki. Warto dowiedzieć się, co chcą osiągnąć i udowodnić swoją wyprawą i czy uda im się osiągnąć ten cel.

Przeczytałam tę książkę jednym tchem. Oburzałam się, współczułam bohaterkom, cierpła mi skóra, uśmiechałam się przy czytaniu odzywek Mireille i odnajdywałam w niej swojego początkującego nastolatka (jego odzywki raczej mnie drażnią). „Pasztety, do boju” to powieść drogi i bildungsroman — mamy tutaj wyprawę do Paryża, dojrzewanie i bardziej świadome patrzenie na świat. Dziewczyny i Kader zmieniają się, ale wcale nie oznacza to zaakceptowania typowego kanonu piękna. Clémentine Beauvais nie serwuje nam, na szczęście, fizycznej przemiany dziewcząt pod wpływem wysiłku fizycznego. Wyprawa nie ma na celu przemiany fizycznej, ale dodaje im pewności siebie, spaja przyjaźń, a przede wszystkim wyraźnie pokazuje różnicę między siecią a realnym życiem. W realu dziewczyny spotykają się z sympatią, w sieci — z hejtem. W realu mają witają ich przyjaźni, życzliwi, pomocni ludzie, kibicujący ich wyprawie, w sieci — krążą spiskowe teorie, a internetowe trolle używają sobie, ile wlezie. Zdecydowanie wygrywa prawdziwy świat.

Podróż do Paryża pozwala dziewczynom poznać siebie lepiej, dostrzec swoje mocne strony. Udowadniają, że są samodzielne i odpowiedzialne. Clémentine Beauvais napisała swoją powieść mocnym językiem, który doskonale udało się przełożyć Bożenie Sęk. Jej tłumaczenie jest współczesne i świeże, ale nie epatuje zbytnio „młodzieżowym” językiem, który błyskawicznie się starzeje. W żadnym momencie nie czuć, że to tłumaczenie.

„Pasztety, do boju” to ważny głos w dyskusji o akceptacji i dorastaniu, o uzależnieniu nastolatków od internetu i wpływie sieci na prawdziwe życie. To dobrze, że powstają książki, które wyłamują się ze schematu obowiązującego piękna, poruszają trudne tematy i robią to w tak cudownie lekki i zabawny sposób, a jednocześnie nie można przestać o nich myśleć po skończeniu lektury. To książka, którą powinny przeczytać wszystkie nastolatki, a już na pewno każda nastoletnia dziewczyna.

I wiecie co? To niesamowicie francuska książka — pełna słońca, pachnących owoców i smakowitych dań. Chwilami ciekła mi ślinka.

 

Clémentine Beauvais, Pasztety, do boju, tł. Bożena Sęk, Dwie Siostry 2017