Porozmawiajmy o seksie — z nastolatkami (ale trudne!)

Rozmawiacie z dziećmi o dojrzewaniu i zmianach w ciele? Często nie jest łatwo nam rodzicom odpowiedzieć na pytanie, skąd się biorą dzieci, choć chyba nikt już nie opowiada bajek o kapuście i bocianie? Strefa cielesności, pytania o ciało i fizyczne zbliżenie między kobietą i mężczyzną ciągle jednak wywołuje wstyd. Nie wiemy, jak i kiedy zacząć o tym mówić, żeby dzieci nie przestraszyć. Czasami brakuje nam słów — język podpowiada albo terminy medyczne, albo takie, których raczej dzieci nie chcemy uczyć. Z wiekiem wcale nie jest łatwiej — zresztą jeśli nie rozmawiało się z młodszymi dziećmi, starsze mogą zaskoczyć wiedzą, zdobytą od kolegów i z internetu. O ile w ogóle będą chciały rozmawiać.

Trochę przynudzam, ale chcę pokazać wam książkę, która podpowiada, jak „o tym wszystkim” rozmawiać — i to właśnie z nastolatkami. Każdy z rodziców musi sam we własnym zakresie zastanowić się, czy i kiedy dać tę książkę nastolatkowi (warto przy okazji szczerze zastanowić się, na ile swobodnie dziecko buszuje po sieci i czy na pewno wiemy, co tam zobaczyło — uwierzcie, odkrycia bywają szokujące dla rodziców), ale warto do tej pozycji zajrzeć, podpatrzeć, jak Chusita Fashion Fever o seksie opowiada i być może znaleźć tam coś dla siebie (jeśli nie dla dziecka). Dziewięciolatkowi bym jej jeszcze nie pokazała, ale 13-, 14-latek mógłby być dobrym odbiorcą, o ile wszedł w okres dojrzewania i „te sprawy” zaczęły go interesować.

Chusita Fashion Fever

Znajdziecie tutaj mnóstwo informacji, ale bez oceniania — autorka pisze bardzo obiektywnie, nie moralizuje — po prostu mówi, jak jest. Podstawowe założenie tej książki jest takie: seks jest dobry i fajny, a ludzie uprawiają go w różny sposób. Często wiąże się z zakochaniem i miłością, ale nie wszyscy tak do niego podchodzą. Niektórzy czekają z tym do ślubu, inni kochają się wyłącznie wtedy, gdy są zakochani, jeszcze inni traktują go jak zabawę. Według autorki — każda z tych postaw jest ok pod warunkiem, że nie zmusza nikogo do przekraczania własnych granic, że wynika z autentycznej potrzeby i wiąże się z szacunkiem dla samego siebie i partnera/partnerki.

Chusita Fashion Fever, To nie jest książka o seksie

„To nie jest książka o seksie” (Wydawnictw RM), wbrew tytułowi, jest bardzo o seksie, choć nie tylko. Wasze dzieci (i wy też) znajdziecie tutaj informacje co, jak, w jaki sposób. Wszystko pięknie uporządkowane i po kolei. Zaczynając od tego, jak zbudowana jest kobieta, a jak mężczyzna i jak „te miejsca” się nazywają (lub jak mogą być nazywane) przez preferencje seksualne i etapy znajomości po stosunek seksualny (waginalny, oralny i analny). Zresztą, sami możecie zerknąć na spis treści.

Chusita Fashion Fever, To nie jest książka o seksie

To, co mnie w tej książce ujęło najbardziej, to bardzo obiektywny i pełen szacunku dla odbiorcy sposób narracji. Oczywiście są tutaj poruszone kwestie techniczne, ale — dla mnie — są one drugorzędne i mniej istotne. Najważniejsze jest to, że autorka bardzo mocno akcentuje kwestie szacunku dla siebie i partnera/partnerki, czasu i odpowiedzialności za siebie i za drugiego człowieka. Akcentuje, że nie trzeba się spieszyć, choć warto swoje ciało poznawać (znajdziecie tutaj zachętę do masturbacji, co pewnie część rodziców może odstraszyć), że trzeba się wsłuchać w siebie i swoje potrzeby i działać zgodnie z tym, co się czuje. Bardzo mocno podkreśla także, że jesteśmy jako ludzie różni, że mamy prawo różnie wyglądać, różnie się zachowywać i lubić różne rzeczy — a to, że inni coś robią, nie oznacza, że my też musimy. Mamy wręcz obowiązek powiedzieć nie, gdy coś nam nie odpowiada — bo to w końcu nasze ciało. Chusita Fashion Fever kilka razy także zaznacza, że rzeczywistość bardzo różni się od filmów porno, zakładając, że czytelnicy już mieli okazję się z nimi zetknąć (co może graniczyć z pewnością w przypadku wielu polskich dzieci — dane statystyczne są szokujące).

dsc_1861

Autorka szanuje swojego czytelnika — zakłada, że trzeba mu wytłumaczyć i pokazać, co i jak, a następnie zostawić mu decyzję. Nie jest to łatwe, szczególnie dla rodzica, ale mam wrażenie, że wiara w dojrzałość dziecka i zaufanie są najlepszym sposobem na kształtowanie odpowiedzialności za samego siebie. Chusita Fashion Fever akcentuje także zagrożenia, które pojawiły się niedawno. Wspomniane są tutaj znajomości przez internet, wysyłanie nagich zdjęć, kradzież danych. Mówi także o zagrożeniach starych jak świat, o ciąży, o chorobach przenoszonych drogą płciową i jak się przed nimi uchronić. Przed oczami czytelnika maluje się obraz świata erotyki i seksu. To współczesny świat — znajdziecie tutaj rozdział o hetero i homo, ale także o tych, którzy nie potrafią się utożsamić z żadną płcią. Zaszokowani? Taka jest nasza współczesność. Przemilczając ją, nie sprawimy, że zniknie.

Całość jest napisana bardzo lekkim, niemedycznym i niedosadnym językiem. Tłumacz, Vic Kostrzewski, sprawił, że tekst polski nie krępuje, nie zawstydza, czyta się lekko i podsuwa pomysł, jakich słów używać podczas rozmowy z dziećmi. Tylko tyle i aż tyle, bo dla mnie ogromnym zaskoczeniem było to, że można mówić o seksie tak spokojnym, wyważonym i zwyczajnym językiem. Do tego zabawne, komiksowe ilustracje, które nie zawstydzają i nie epatują nagością. „To nie jest książka o seksie” będzie leżała na półce w pokoju nastolatka — jemu zostawiam decyzję, czy po nią sięgnie. Zdecydowanie wolę, żeby dowiedział się wszystkiego, co chce wiedzieć, z tej książki niż z sieci.

Chusita Fashion Fever, To nie jest książka o seksie, il. Maria Liovet, tł. Vic Kostrzewski, Wydawnictwo RM 2019

Hodowla

„Hodowla” Katarzyny Ryrych (Adamada) to zdecydowanie najmocniejsza książka dla młodzieży, jaką przeczytałam w zeszłym roku, i bardzo ważny głos w dyskusji o polskiej szkole i polskim społeczeństwie. Dla starszych nastolatków, tak na poziomie ogólniaka. Koniecznie do rozmawiania i dyskutowania.

Katarzyna Ryrych, Hodowla

To nie jest łatwa książka nie tylko ze względu na tematykę, ale także sposób skonstruowania historii. Fabuła nie jest linearna, wiele jest tutaj dygresji i retrospekcji – młodszy czytelnik może się pogubić i zniechęcić. Narracja prowadzona jest z punktu widzenia dorosłego. Taki zabieg w książce dla młodzieży może zaskakiwać, ale sprawił, że historia nabrała wagi, zyskała drugie i trzecie dno i przestała być tylko opowieścią o grupie nastolatków w okresie dojrzewania. Dorosły punkty widzenia wyostrza problemy, podkreśla konsekwencje działań i skutki zachowań, które nie byłyby widoczne dla młodszego narratora.

Do miasteczka wraca na chwilę i właściwie przypadkowo dwudziestokilkulatek, który kiedyś tu mieszkał i chodził do liceum. Snuje się trochę bez celu po ulicach i zaułkach, przypominając sobie czas ogólniaka — czas intensywnego dojrzewania, zachwytów, pierwszych miłości, przyjaźni pełnych emocji, poznawania siebie i odkrywania świata. To bolesne i pełne wstydu wspomnienia, z których wyłania się obraz szkoły służącej do hodowania dzieci przez wychowawczynię (Królową Matkę) na wzorowych uczniów i odpowiednich — zgodnych z jej wyobrażeniami — przyszłych przykładnych obywateli miasteczka. W tym modelu nie ma miejsca na inność, bunt, swobodę myśli. Żeby osiągnąć sukces, trzeba się dostosować, zapomnieć o samodzielnym myśleniu i wyrażaniu opinii. Kara za niesubordynację może być straszna.

To także książka o władzy. Człowieka nad człowiekiem. Nauczyciela nad uczniem. Rodzica nad dzieckiem. Grupy nad jednostką. Poczucie władzy daje siłę, a chęć jej posiadania skłania do zmian. Być zyskać władzę, łatwo zapominamy o innych i o tym, co jeszcze przed chwilą było ważne.

Z książki Katarzyny Ryrych wyłania się ponury obraz szkoły, jako miejsca, gdzie przycina się skrzydła. Podporządkuj się, by osiągnąć sukces. Ukrywaj się, znaj swoje miejsce, wpasuj się w ramy. Inni zostaną usunięci, zniszczeni, wymazani z pamięci — nie ma i nie będzie dla nich miejsca. Ciężko się patrzy na taki obraz Ta książka zadaje pytanie rodzicom o ich dzieci. Zmusza do przyjrzenia się wyznawanemu systemowi wartości. Skłania do dyskusji o tym jaki powinien być dobry nauczyciel. Pyta o odpowiedzialność rodziny, o tolerancję, inność i odwagę. To mocne pytania. Odpowiedzi nie znajdziecie w „Hodowli”, będziecie musieli ją znaleźć sami.

Katarzyna Ryrych, Hodowla, Adamada 2019 r.

Lustrzanna

Wszystkim zaglądającym na mojego bloga życzę wspaniałego Nowego Roku — wspaniałej zabawy w Sylwestra i wielu dobrych dni w Nowym Roku. Dobrych ludzi wokół, dobrych lektur do przeczytania i zdrowia na co dzień — i nie przesadzajcie z noworocznymi postanowieniami 🙂

A na zakończenie roku kolejna recenzja pierwszego tomu nowej serii. Tym razem dla trochę starszych. Wydawnictwo Entliczek zaklasyfikowało „Zimowe zaręczyny” do kategorii 14+ . Ta lektura bardzo wciąga i świetnie nadaje się na długie zimowe wieczory. Pierwszy tom liczy prawie 500 stron, więc lektura może zająć trochę czasu.

Christelle Dabos, Zimowe zaręczyny, seria Lustrzanna

„Zimowe zaręczyny” Christelle Dabos to steampunkowe fantasy dziejące się po rozpadzie starej ziemi. Momentami wyobrażałam sobie obrazy jak z „Kosmicznego domu Larklight” Philipa Reeve’a. Ludzie żyją na dziwnych powietrznych wyspach — arkach, którymi opiekują się bóstwa będące założycielami całej rodziny. Wszyscy na wyspach są spokrewnieni, a kontakty między osiedlami nie są częste. Wielkimi sterowcami podróżują głównie towary, a nie ludzie. Na jednej z arek, Animie, mieszka Ofelia, niepozorna archiwistka zakochana w historii przedmiotów. Jest czytającą — każdy przedmiot, którego dotnie gołą ręką opowiada jej swoją historię. To nie jedyna wyjątkowa cecha Ofelii — potrafi także przechodzić przez lustra. Historia zaczyna się w momencie, gdy dziewczyna zostaje zaręczona z Thornem z odległej arki zwanej Biegunem.

Pierwszy tom to wyprawa Ofelii na Biegun i odkrywanie skomplikowanych zależności rządzących tą arką. Życie toczy się tam inaczej — to wyspa zwalczających się klanów, intryg, spisków i plotek. Nie jest łatwo zobaczyć prawdziwe oblicze tej arki. Prawdziwe oblicze wyspy jest ukryte przez wszechobecne miraże, która kształtują przestrzeń i mamią zmysły. Życie arystokracji na arce trochę przypomina mi opowieści o Wersalu przed rewolucją — barwne, rozpasane, nieobyczajne, pozornie beztroskie, w rzeczywistości podszyte strachem i lękiem o pozycję na dworze. Nie znajdziecie tutaj nieprzyzwoitych opisów, ale pewne wtrącenia mogą działać na wyobraźnię (stąd także taka a nie inna kategoria wiekowa).

Zaglądała przez uchylone drzwi do kolejnych pomieszczeń, przyklejała nos do wszystkich okien. Po wielkim biesiadnym stole kroczyły wypuszczone na wolność pawie. W sali teatralnej, wśród oklasków publiczności, dwóch mężczyzn oddawało się udawanemu pojedynkowi, deklamując przy tym poezję. W ogrodzie młodzi arystokraci ścigali się automobilami między klombami kwiatów. W gęstych oparach palarni wielu szlachetnie urodzonych straciło peruki, a kilku innych wręcz przeciwnie — nie miało na sobie prawie nic więcej. W bibliotece starsze panie czytały na głos libertyńskie utwory. (s. 277)

„Zimowe zaręczyny” to oryginalna historia odwołująca się do podstawowych ludzkich emocji: zazdrości, miłości, walki o władzę. Fantastycznie ogląda się „dorastanie” Ofelii, która musi odnaleźć się w nowej, bardzo skomplikowanej rzeczywistości. Musi zrozumieć, jak działa arka, by przeżyć, a jednocześnie zawalczyć o pozostanie sobą. Bardzo kibicuję bohaterce w tej walce — o wolność, samodzielność i prawo samostanowienia. Na Biegunie wcale nie jest to oczywiste. Rysująca się intryga jest wielopoziomowa i skomplikowana, trudno przewidzieć, co może się zdarzyć dalej, kto okaże się przyjacielem, a kto wrogiem. Każdy próbuje wykorzystać dziewczynę do własnych celów, a najbardziej przyjacielskie osoby mogą mieć najbardziej zbrodnicze zamiary. Zaufanie jest na Biegunie towarem zdecydowanie deficytowym. Każda decyzja Ofelii może mieć różne konsekwencje, czasami zaskakujące dla kogoś, kto nie wie, jak działa arka.

Książka jest napisana bardzo plastycznie i wspaniale przetłumaczona. Podczas lektury ma się ochotę zobaczyć niektóre obrazy: arki otoczone chmurami, pokoje odizolowane przestrzennie, pałace unoszące się w chmurach, wielkie lodowe pola i zimowe lasy zamieszkałe przez ogromne, zmutowane zwierzęta — wyobraźnia Christelle Dabos zdaje się nie mieć granic. Nie mogę się doczekać, kiedy po polsku ukaże się kolejny tom.

Christelle Dabos, Zimowe zaręczyny, tł. Paweł Łapiński, wyd. Entliczek 2019 r.

Morrigan – a może jednak Morysia?

Co jakiś czas zaglądamy z Piotrkiem na strony wydawnictwa Media Rodzina. Szukamy informacji, przeglądamy zapowiedzi. I choć wiem z Goodreads, że premiera kolejnej części planowana jest dopiero na luty przyszłego roku, cały czas mamy nadzieję, że może w Polsce ukaże się szybciej (a najpóźniej w tym samym czasie). Może wydawnictwo ma jakieś chody, czarodziejską różdżkę i już dostało tę książkę… Tak, tak, z wielką niecierpliwością czekamy na trzeci tom przygód Morrigan Crow autorstwa Jessiki Townsend.

Jessica Townsend. Seria Morrigan Crow

Miałam o każdym tomie pisać osobno, bo pierwszy przeczytaliśmy już jakiś czas temu. Drugi zresztą też. Nie wyszło, więc dostaniecie dwa w pigułce. Obie książki przeczytaliśmy z Piotrkiem bardzo szybko. Na potrzeby recenzji wróciłam do tej historii i spodobała mi się nawet bardziej, a to nieczęste przy kolejnej lekturze. To świetna opowieść z magią w tle. Fani Harrego Pottera na pewno zauważą sporo nawiązań do swojej ulubionej lektury, ale nie jest to wtórna książka. Autorka bawi się konwencją, żongluje motywami i schematami, ale całość jest świeża, zabawna, czasami niepokojąca i bardzo ciekawa.

Książka zaczyna się mocno i dość przerażająco. Spotykamy Morrigan w przededniu jej jedenastych urodzin. Właśnie zaczyna się ostatni rok jej życia – dziewczynka urodziła się w nocy przesilenia, czyli należy do przeklętych dzieci. Takie dzieci podobno przynoszą pecha, odpowiadają za wszystkie wypadki i jednym spojrzeniem mogą sprowadzić na miasto huragan. Wszyscy się ich boją, nikt ich nie lubi. Morrigan nauczyła się z tym żyć. Bo jaki miała wybór? Od maleńkości wiedziała, że przeraża innych i że będzie żyła tylko 12 lat. Tym razem jednak Era niespodziewanie kończy się rok wcześniej, a w życiu dziewczynki pojawia się rudowłosy, ekscentryczny i nieprzewidywalny Jupiter North, czasami pieszczotliwie przez przyjaciół zwany Jowiszkiem. Jak możecie się domyśleć Morrigan nie umiera, tylko razem z Jupiterem trafia do Nevermoor, gdzie zostaje jego kandydatką do Towarzystwa Wunderowego – tajemniczej organizacji dbającej o świat (tak mówiąc w skrócie).

Jessica Townsend, seria Morrigan Crow

W historii Morrigan znajdziecie dużo znanych elementów: tragiczne dzieciństwo, odepchnięcie, strasznego wroga, przed którym drży cała społeczność, przyjaźń, przygody, czary, szkołę magii. Nie jest to jednak drugi Harry Potter (ani inna książka o magicznym dziecku) przepisany na dziewczyńską wersję. Jessica Townsend stworzyła ciekawą, przejmującą historię o dziecku, które musi odkryć siebie i swoje talenty, nauczyć się ufać światu, zrozumieć, co to przyjaźń – a przy okazji pewnie uratować świat, ale tego jeszcze nie wiemy na pewno.

Autorka wykreowała bardzo spójny świat, w którym wydarzenia logicznie ze sobą wynikają. Wraz z postępem lektury wyjaśniają się jedne zagadki, a pojawiają następne. Historia jest linearna: w pierwszym tomie Morrigan walczy o przyjęcie do Towarzystwa Wunderowego (nie jest to łatwe), w drugim możemy towarzyszyć jej podczas pierwszego okresu nauki. W obu książkach pojawia się jednak wiele dodatkowych wątków i wcale nie jest łatwo przewidzieć, w którą stronę autorka poprowadzi historię. Między innymi dlatego tak bardzo czekamy na kolejną część. Z prawdziwą przyjemnością czytałam opisy kolejnych prób, a potem zmagania Morrigan ze szkołą – ta historia ma sens, wszystko się tutaj klei, rozumiem, z czego wynikają zachowania bohaterów, nawet jeśli ich nie pochwalam.

Postacie są wyraziste i ciekawe. Nie tylko Morrigan i Jupiter – postacie drugoplanowe budzą zaciekawienie i sympatię (lub niechęć) i są wprowadzane po coś. Niektóre posuwają akcję do przodu, inne pozwoliły pokazać różnorodność i bogactwo opisywanego świata, bo Nevermore to naprawdę czarodziejskie miasto. Zarówno ja, jak i Piotrek bardzo chętnie byśmy tam zajrzeli. Mnie najbardziej urzekła parasolejka, czyli kolejka parasolowa. Trzeba mieć odwagę, by z niej korzystać, ale zawsze zazdrościłam Mary Poppins. Piotr chciałby zobaczyć magnifikota (choć raczej nie należałoby go głaskać) i zwiedzić zwodnicze zaułki – jakże by było fajnie nagle stać do góry nogami. Bardzo chciałby także zobaczyć halloweenową paradę, a szczególnie cmentarz makabryjski (ja bym chyba nie chciała). A przecież poza tym miastem roztacza się cała kraina i mamy nadzieję, że autorka „Nevermore” będzie miała ochotę ją nam pokazać.

To kiedy w końcu będzie kolejny tom?

Jessica Townsend, Nevermoore. Przypadki Morrigan Crow, il. Jim Madsen, tł. M. Hesko-Kołodzińska, P. Budkiewicz, Media Rodzina 2018

Jessica Townsend, Wundermistrz. Powołanie Morrigan Crow, il. Jim Madsen, tł. M. Hesko-Kołodzińska, P. Budkiewicz, Media Rodzina 2019

Kiedy marzenia się spełniają

„My dwie, my trzy, my cztery” Sarah Crossan (Dwie Siostry) to jedna z ciekawszych książek dla starszych dzieci czy młodszej młodzieży, jakie przeczytałam w tym roku. Porusza, skłania do myślenia i zadawania pytań. Spodobała się trzynastolatce, i dziewięciolatce — choć wcale nie jest to książka tylko dla dziewczyn.

Sarah Crossan, My dwie, my trzy, my cztery

Wszyscy mamy jakieś marzenia, małe i duże. Marzymy, zastanawiając się, jak pięknie by było, gdyby się spełniły. Czasami jednak rzeczywistość nas zaskakuje, a niektóre życzenia bywają niebezpieczne. Tak uważa babcia trzynastoletniej Apple. Ciągle powtarza: „uważaj, czego sobie życzysz”. Trudno jednak nie marzyć o powrocie mamy, która wyszła z domu przed jedenastu laty. Każde dziecko by o tym marzyło. I nagle mama wraca.

Nie jest łatwo pisać o tej książce i nie napisać „o czym to jest”. Aż świerzbią palce, ale nie chcę zdradzać wam więcej. Wszystkie informacje przedstawione powyżej i tak znajdziecie na okładce. Warto zajrzeć do tej książki, żeby poznać historię Apple, ale znajdziecie w tej opowieści coś więcej niż tylko historię wzajemnego (i to po raz pierwszy właściwie, bo Apple znała raczej wymyśloną matkę) poznawania się matki i córki. Oczywiście jest to opowieść o dorastaniu i dojrzewaniu — nie tylko dziecka. Opowieść o tym, czy jest miłość i jak różnie może się przejawiać. Znajdziecie w niej sporo o przyjaźni i wybaczaniu, ale także o strachu i poznawaniu samego siebie, dochodzeniu do tego, co ważne, a co mało istotne. Historia Apple wzrusza, czasami bawi, czasami przeraża. Zachęca do rozmów i rozmyślań.

To także książka o sile poezji. Dużo w niej wierszy. Życie Apple może nie wygląda typowo, ale trafiła na najlepszego nauczyciela, jakiego tylko mogła sobie wymarzyć. Bardzo bym chciała, by moi synowie napotkali choć jednego takiego na swojej drodze. Mądrego, czującego, potrafiącego zarazić pasją, nie bojącego się czytać z trzynastolatkami „trudnych” tekstów, ufającego w intelekt i wrażliwość dzieci. Poezja okazuje się tutaj kluczem do samego siebie, tunelem prowadzącym do tego, co ukryte i schowane. Przeczytajcie „My dwie, my trzy, my cztery” i czytajcie z dziećmi poezję.

Sarah Crossan My dwie, my trzy, my cztery, tł. Małgorzata Glasenapp, Wydawnictwo Dwie Siostry 2018

Galop ’44

Szukałam dla syna książki o II wojnie światowej. Z mojej perspektywy, książki o najnowszej historii. Z jego perspektywy książki o prehistorii, równie odległej, co Piastowie czy rozbiory. Ciągle zaskakuje mnie ta różnica w ocenie. Nie zauważyłam chwili, gdy czasy mi stosunkowo bliskie — może z powodu opowieści wysłuchanych w dzieciństwie, może z powodu programu w szkole, tych wszystkich nielubianych apeli, capstrzyków i pochodów, a może po prostu to różnica pokolenia — stały się odległe i niezrozumiałe dla moich dzieci. No ale oni nie mają babci i dziadka, którzy czasami, bardzo rzadko, wspominali wojnę, a w ich wojennych historiach przewijała się Treblinka, obozy pracy, rozstrzelania, Niemcy i Rosjanie, i przyjaciel, który zginął w lesie. Dziadek prowadził nas w listopadzie na jego grób i opowiadał o tym, który już zawsze będzie mieć 19 lat. Ciągle więc szukam książek, które poruszają, pokazują historię i uczą, że trzeba pamiętać i warto wiedzieć, jak wyglądała tamta rzeczywistość i czym różniła się od zabaw rekonstruktorów.

Monika Kowaleczko-Szumowska, Galop '44

Dzięki poleceniom mądrych ludzi (jeszcze raz bardzo dziękuję autorkom blogów Mała czcionkaMały pokój z książkami za polecenie) trafił do naszego domu „Galop ’44” Moniki Kowaleczko-Szumowskiej — trafił i od razu został zaanektowany przez nastolatków. Ustawiła się kolejka, polecali go sobie nawzajem, a do mnie docierały krótkie i zdawkowe, ale jakże symptomatyczne opinie: że naprawdę ciekawe i że co prawda nie lubi takich podróży w czasie, ale w tej książce dobrze się to rozwiązanie sprawdziło, że nie mogła przestać czytać i bardzo się wzruszyła, że to taka prawdziwa książka i lepsza niż „Zwiadowcy”, że sprawdzali, czy to wszytko prawda. „Galop ’44” zmusił nastolatki do myślenia — przeczytałam więc tę książkę, gdy tylko do nas wróciła.

Przeczytałam — i nie mogę przestać o niej myśleć. Ta lektura łapie dorosłego za serce i ściska za gardło. Starałam się zapanować nad wzruszeniem, ale po prostu się nie dało. W pewnej chwili czytelnik łapie się na tym, że ma mokrą twarz — a akcja jest tak wciągająca, że nie ma czasu na ocieranie łez. Monika Kowaleczko-Szumowska na kartach tej książki pokazała Powstanie — nie pomijając niczego: brudu, humoru, piosenek, lęku, głodu i smrodu, złości, beznadziei, odwagi i brawury, śmiałości i rozsądku, tchórzostwa i siły, szczęścia i pecha. Doskonale wiedziałam, jak skończy się większość tych historii, ale i tak cały czas miałam nadzieję, że może jednak, że może tym razem… Po tej lekturze ma się ochotę pognać do Muzeum Powstania Warszawskiego i popatrzeć na wszystkie eksponaty jeszcze raz, z jeszcze większym szacunkiem i czcią.

Akcja książki dzieje się tutaj i tam — w czasie Powstania. Przez przejście w Muzeum trafia w tamte czasy dwóch chłopców: trzynastoletni Mikołaj, rozbrykany i dość beztroski, z typową dla naszych czasów nieumiejętnością skupienia się na czymkolwiek, entuzjastycznie nastawiony do ludzi i wydarzeń oraz jego siedemnastoletni brat, Wojtek, sceptyczny, małomówny, racjonalny i zamknięty w sobie. Zderzają się dwa podejścia: młodszy brat traktuje pobyt w powstańczej Warszawie jak przygodę — błyskawicznie znajduje przyjaciół i wsiąka w miasto. Starszy najchętniej od razu by stamtąd uciekł. Jego racjonalizm buntuje się w zderzeniu z optymizmem powstańców, bo przecież doskonale wie, jak to wszystko się skończy. Właściwie początkowo jedynym bodźcem do działania jest dla Wojtka chęć wyciągnięcia Mikołaja z powstania i uniknięcia kłopotliwych pytań rodziców.

Chłopcy spotykają ludzi znanych z kart historii — autorka nie wymyślała postaci, tylko zaludniła swoją powieść ludźmi, którzy naprawdę w powstaniu uczestniczyli, których historie odnalazła w archiwum Muzeum lub usłyszała od żyjących powstańców. Na kartach „Galopu ’44” spotkamy Stefana Korbońskiego (ps. Zieliński) i jego żonę Zofię, którzy przygotowywali depesze dla radiostacji „Świt”, Jana Rodowicza, czyli Anodę, Janka Warda, Anglika, który przez całe Powstanie nadawał depesze o sytuacji w Warszawie, Jana Nowaka-Jeziorańskiego, Wiktora Dobrzańskiego. Przewija się tutaj mnóstwo postaci — Monika Kowaleczko-Szumowska dała im twarze, zmieniła definicje z encyklopedii w żywe osoby. Trudniej się myśli o bohaterstwie, trudniej się głosi stereotypowe hasła, gdy tłum zaczyna zmieniać się w pojedyncze osoby.

Nietrudno zgadnąć, że Powstanie zmieniło Mikołaja i Wojtka. „Galop ’44” to jednak nie jest tylko książka o przemianie. Autorka nie ucieka przed trudnymi pytaniami o sens walki, ale odpowiedź pozostawia czytelnikowi. Co jakiś czas w książce pojawia się fragment naświetlający daną sytuację z perspektywy historycznej. Narrator rysuje sytuację na froncie, pokazuje, jakie były przyczyny danej decyzji, a jakie były lub mogły być jej skutki. Obraz nakreślony przez Monikę Kowaleczko-Szumowską jest wielobarwny, zmusza do zastanawiania się, zachęca do własnych poszukiwań, do dalszego poznawania historii walki. Powstanie w jej książce nie jest zabawą, romantycznym zrywem, tylko dramatyczną historią ludzi, którzy coraz mocniej zdają sobie sprawę, że nie są w stanie wygrać. A jednak walczą dalej. Na mnie chyba ciągle najmocniej działają historie tych, którzy przeżyli i zginęli tuż po wojnie z rąk NKWD.

Przeczytajcie „Galop ’44” i dajcie go swoim nastolatkom. Zajrzyjcie z nimi do Muzeum Powstania Warszawskiego, a może na Powązki. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ta książka powinna znaleźć się na liście lektur, bo pokazuje historię ludzi i miasta, a nie suche daty. U mnie będzie czekała na półce na Piotrka.

 

Monika Kowaleczko-Szumowska, Galop ’44, Literacki Egmont 2014

 

Nieodgadniony

Strasznie długo mnie tutaj nie było. Przepraszam. Najpierw całą rodzinę pokonały wirusy, a potem mnie dopadła praca. Teraz w pocie czoła będę nadrabiać braki i wrzucać zaległe recenzje, a trochę się ich nazbierało.

„Nieodgadnionego” Maureen Johnson (Poradnia K) przeczytałam jeszcze w zeszłym roku.

Maureen Johnson, Nieodgadniony

To przeznaczony dla nastolatków kryminał z dość rozbudowanym wątkiem obyczajowym. Akcja powieści dzieje się w Akademii Ellinghama: wyjątkowej szkole dla wyjątkowych dzieci — dostają się tutaj nie tylko dzieci uzdolnione naukowo czy manualnie, ale także te, które świetnie odnajdują się w świecie mediów: youtuberzy, młode gwiazdy filmu i mediów społecznościowych, muzycy, trendsetterzy. Szkoła daje im dużą swobodę zdobywania wiedzy i doskonałe warunki do rozwoju zainteresowań. Z socjologicznego punktu widzenia oznacza to, że w jednym miejscu zebrano niesamowitych ekscentryków i oryginałów, często dość obsesyjnie skupionych na sobie.

Jedną z uczennic jest Stevie Bell. Jej pasją jest rozwiązywanie kryminalnych zagadek. Stevie chce odkryć tajemnicę zaginięcia, do którego doszło właśnie w Akademii Ellinghama. Przed wielu laty żona i córka milionera zostały porwane. Pojawiło się żądanie okupu, ale zanim Ellingham zdołał zebrać potrzebną sumę, odnaleziono ciało jego żony. Córka zaginęła na zawsze. Pozostały jedynie listy podpisane przez Nieodgadnionego. Przestępca nigdy nie został schwytany.

Nie chcę wam zdradzać fabuły — wszystkie podane wyżej informacje znajdziecie w opisie książki lub w zapowiedzi filmowej na stronie wydawnictwa Poradnia K. Maureen Johnson w swojej historii przeplata przeszłość z teraźniejszością. Wracamy do czasów porwania — w Stanach panuje prohibicja, Ellingham obraca się w różnych środowiskach, musi filtrować z mafią. Obserwujemy poczynania milionera i poznajemy osoby, które w chwili zaginięcia przebywały w rezydencji. Wiemy więcej niż policja — nie tylko słuchamy zeznań, ale także widzimy zachowania gości i domowników. Wydarzenia z przeszłości łączą się z tym, co dzieje się w szkole. Stevie otrzymuje dostęp do wszystkich materiałów i dokumentów, które są przechowywane w archiwum szkolnym. Prowadzi swoje badania, ale jednocześnie stara się poznać innych uczniów. Okazuje się, że nie tylko ją fascynują wydarzenia z przeszłości. W pewnej chwili przeszłość zaczyna splatać się w teraźniejszością mocniej niż ktokolwiek by się spodziewał.

Książka Maureen Johnson jest napisana bardzo sprawnie — czyta się ją błyskawicznie. Autorka umieściła w niej przekonujący portret młodego pokolenia: trochę zagubionego w rzeczywistości, zanurzonego w wirtualnym świecie, często z problemami społecznymi i komunikacyjnymi. Po lekturze zostaje jednak ogromny niedosyt — „Nieodgadniony” to pierwsza część trylogii i autorka nie rozwiązała żadnej zagadki. Czytelnik pozostaje z samymi pytaniami. Podczas lektury miałam niekiedy wrażenie, że cały czas czytam wstęp i wprowadzenie do właściwej opowieści, tyle że to wprowadzenie jest rozpisane na prawie 500 stron. Bardzo ciekawe wprowadzenie, ale brakowało mi jakiegoś rozwinięcia, punktu kulminacyjnego, sugestii, które mogłabym rozważyć. Nie zmienia to jednak faktu, że osoby szukające ciekawego współczesnego kryminału nie powinny być zawiedzione po tej lekturze.

 

Maureen Johnson, Nieodgadniony, tł. Paweł Łopatka, Poradnia K 2018

Czekając na jednorożce

W domu mogę obserwować dwa modele czytelnicze. Starszy czyta głównie to, czego jeszcze nie czytał (nawet jak był całkiem mały, to preferował raczej nowe lektury), a Młodszy czyta chętniej to, co już zna i co oswojone, kilka razy to samo. Doskonale się te strategie uzupełniają — jedna odpowiada za pojawianie się na półkach ciągle nowych pozycji, dzięki drugiej książki nie obrastają w pajęczyny.  Ponieważ Piotrek akurat pochłania książki, które już czytał, albo książki, które ja już czytałam razem z Tymkiem, mogłam pobuszować po półce Starszego. Tak wyszło, że zaczęłam od „Czekając na jednorożce” — to książka nominowana w plebiscycie Lokomotywa. Absolutnie nie żałuję.

Beth Hautala, Czekając na jednorożce

Wzruszyłam się przy tej lekturze. Nawet bardzo — łzy same zaczęły mi płynąć po policzkach. Beth Hautala napisała piękną opowieść o śmierci, żałobie, radzeniu sobie z tęsknotą i szukaniu sił do dalszego życia. To opowieść pełna emocji, a jednocześnie ciszy — wiele tutaj dzieje się pomiędzy słowami albo bez słów.

Bohaterką jest dwunastoletnia Talia, która wyjeżdża z tatą do Arktyki. Jej tato jest naukowcem, bada walenie. Mama jakiś czas wcześniej zmarła na raka. Dziewczynka musi sobie poradzić nie tylko ze śmiercią jednego z rodziców, ale także z nieobecnością drugiego, bo jej tato jest ciągle zajęty. Talia ma wrażenie, że pomiędzy nią, a jej tatą wyrasta przepaść i cisza, pustka o kształcie matki.

„Czekając na jednorożce” to nie jest prosta lektura. Trudno czyta się o odchodzeniu, o emocjach dziecka i bólu dorosłego, który wie, że musi zostawić swoje dziecko. Beth Hautala potrafiła jednak smutek i żal zamienić w nadzieję i pokazać, że trzeba żyć dalej. Tal musi zmierzyć się z bólem i rozstaniem. Musi umieć porzucić swoje życzenia, w tym to największe o spotkaniu jednorożca, który spełnia życzenia i pozwoli jej pożegnać się z mamą. To przepiękna i mądra opowieść o etapach żałoby, o akceptacji bólu i tworzeniu w życiu miejsca na coś nowego. Na nowe uczucia, nowe emocje, nowych przyjaciół. Patrzenie w przeszłość jej nie zmieni, a sprawi, że życie przepłynie między palcami.

To jednocześnie opowieść o tym, że trzeba naprawdę przeżyć swoje życie, że mamy na nie wpływ, że warto szukać okazji, by je zmienić lub naprawić. Śmierć czy zagrożenie sprawiają, że widzimy, co w życiu liczy się naprawdę, co jest prawdziwe i co ma wartość. Czasami te najważniejsze rzeczy umykają nam w codziennej bieganinie. Warto się więc zatrzymać i pomyśleć, a lektura „Czekając na jednorożce” na pewno do myślenia skłania. To naprawdę mądra i ważna książka, także dla dorosłych.

 

Beth Hautala, Czekając na jednorożce, tł. Zuzanna Byczek, Biała Plama 2018

Dziewczynka, która wypiła księżyc

To jedna z najpiękniejszych baśni, jakie przeczytałam w zeszłym roku. Nie miałam ochoty opuszczać tej pełnej uroku opowieści o lesie, dobrej i złej czarownicy, smoku i ludziach, którzy nie potrafili się uśmiechać. Kelly Barnhill wzięła motywy i postacie z innych bajek, dodała trochę magii i origami, wszystko wymieszała i stworzyła przepiękną opowieść o miłości — o miłości rodzica do dziecka i o miłości do świata. Miłości tak wielkiej, że nie cofa się przed żadnym poświęceniem. Moje dziecko kompletnie się ze mną nie zgadza 🙂 Dla niego to piękna bajka o księżycu i walce dobra ze złem. Też ma rację.

Kelly Barnhill, Dziewczynka, która wypiła księżyc

Daleko, daleko była sobie zagubiona w lasach wioska, której mieszkańcy byli bardzo smutni. Każdego roku musieli składać jedno dziecko w ofierze dla złej wiedźmy  — nikt nie odważył się przeciwstawić. Aż pewnego roku zdarzyło się coś nieprzewidzianego. Daleko, daleko w lesie mieszkała czarownica Xan razem z potworem Glerkiem i maleńkim smokiem Fyrianem. Fyrian był przekonany, że jest wielkim smokiem, tylko jakimś cudem znalazł się w krainie liliputów, a Glerk był poetą. Każdego roku Xan wędrowała w pobliże smutnej i mglistej wioski, by ocalić porzucone dziecko i znaleźć dla niego kochającą rodzinę. Aż pewnego roku zdarzyło się coś nieprzewidzianego. W życiu Xan pojawiła się Luna — dziewczynka, która wypiła księżyc. Więcej możecie przeczytać na tylnej stronie okładki, ale na szczęście nie wyjaśniono tam wszystkich tajemnic.

Pojawienie się dziecka sprawiło, że bohaterowie musieli zejść z utartych ścieżek i zacząć żyć niezgodnie z ustalonymi schematami. Stare zasady zaczęły się kruszyć, a niewzruszone prawdy okazały się nie takie niewzruszone. Dziecko bada, testuje, sprawdza i pyta. Widzi więcej i nie zadowala się wymijającymi odpowiedziami. Mała Luna przewróciła świat leśnej wiedzmy do góry nogami, a że jako niemowlę opiła się magią księżyca, to potrafiła narozrabiać jeszcze bardziej niż zwykle dziecko. Xan musiała wyjść ze swojej bezpiecznej roli ratującej dzieci i zacząć zastanawiać się, dlaczego w ogóle ktoś je porzuca. I co kryje się w wiosce okrytej mgłą.

Opowieść Kelly Barnhill jest pełna magii — tej rodem z fantasy i tej pochodzącej z życia, bo przecież miłość, szacunek, przyjaźń to także magia. Czasami silniejsza niż czary. Rządzi tutaj poetyka baśni i snu — nie wszystko jest jasne i nie na każde pytanie znajdziecie odpowiedź. Historia wciąga czytelnika coraz głębiej i głębiej, przeszłość miesza się z teraźniejszości, przyszłość staje się na naszych oczach, a wszystko oblane jest srebrnym blaskiem księżyca. Czytelnik musi rozprostować ścieżki, rozsupłać zagadki. Nie zawsze jest to łatwe, czasami autorka sprowadza nas na manowce, bo jej bohaterowie, choć fantastyczni, są jednocześnie ludzcy: zapominają, błądzą, podejmują niewłaściwe decyzji kierowani słusznymi pobudkami, próbują uniknąć odpowiedzialności lub odpowiedzi na trudne pytania. Zawsze jednak w końcu znajdują właściwy kierunek, bo kierują się uczuciami i emocjami, bo miłość daje im siłę, by walczyć nie tylko o siebie.

„Dziewczynka, która wypiła księżyc” uwodzi magią słów. To przepięknie napisana (i świetnie przetłumaczona) opowieść, w której każde zdanie, każda fraza jest na swoim miejscu. Kraina staje się nam bliska — widzimy wielki las, małego smoka i szalone papierowe ptaki, mimo że w książce nie ma ilustracji. Słowa wystarczą — przecież chyba taka jest ich rola, by dało się w nich zamknąć cały świat. I to taki, z którego w ogóle nie chce się wychodzić.

Kelly Barnhill, Dziewczynka, która wypiła księżyc, tł. Marta Kisiel-Małecka, Wydawnictwo Literackie 2018

Bystrzak

Dzisiaj będzie o książce zdecydowanie dla nastolatków. W moim odczuciu nawet tych odrobinę starszych — dwunastolatkowi nie za bardzo przypadła do gustu. Uznał, że jest dziwna i chyba czuł się chwilami odrobinę niezręcznie — w książce jest sporo erotyzmu i odkrywania seksualności. Najwięcej jest w niej jednak o odmienności — i to takiej, o której najczęściej nie mamy ochoty myśleć.

Marie-Aude Murail, Bystrzak

„Bystrzak” Marie-Aude Murail (Dwie Siostry) to historia siedemnastoletniego Klébera, który przyjeżdża do Paryża do szkoły. Towarzyszy mu starszy brat, Barnabé — starszy tylko wiekowo, bo umysłowo zatrzymał się na poziomie trzyletniego dziecka. Ich mama zmarła, ojciec postanowił się ponownie ożenić i w jego nowym życiu zabrakło miejsca dla Bystrzaka, bo tak wszyscy nazywają Barnabé — czyli po prostu gu-pka, jak sam o sobie mówi. Nowa partnerka ojca boi się go wręcz panicznie — a gdy zachodzi w ciążę, jej strach jeszcze się nasila (znamy to, prawda?). Bystrzakowi towarzyszy przytulanka-królik, Pan Kickicek: przyjaciel, towarzysz zabaw, sprawca wszelkich szkód, a czasami psotny duszek namawiający do złego.

Bystrzak jest inny. Patrzy na świat oczami dziecka i dużo dostrzega, więcej niż byśmy chcieli. Czasami mówi prawdę prosto z mostu, czasami ujawnia sekrety, czasami wszystko psuje, szukając — jak dziecko — prostego wyjaśnienia tajemnic (no przecież ktoś musi siedzieć w zegarku, skoro chodzi i tyka, to oczywiste). Kléberowi nie jest łatwo, ale nie mógł patrzeć, jak brat marnieje i gaśnie w ośrodku dla osób upośledzonych. Choć Malicorix bardziej przypomina hotel niż szpital, Bystrzak wspomina pobyt tam jak piekło. W Paryżu bracia trafiają do mieszkania studenckiego, więc opowieść o upośledzeniu i inności osadzona jest na tle życia młodych ludzi. Mieszkanie wynajmuje Aria i Emmanuel, para studentów medycyny, brat Arii Enzo i jego przyjaciel Corentin: czasami się uczą, czasami imprezują, czasami przeklinają (Bystrzak zawsze reaguje tak samo: Ojej, jakie brzydkie słowo), flirtują, zakochują się, uprawiają seks. Wrzucenie w ten miarę uporządkowany tryb życia Bystrzaka trochę pokomplikuje sytuację i zmieni układ sił.

Przy lekturze książki Marie-Aude Murail świetnie się bawiłam i często wybuchałam śmiechem. Potem zastanawiałam się, czy wypada — bo przecież nauczono mnie (nas), że z inności i upośledzenia śmiać się nie należy. Zderzenie Bystrzaka z codziennym życiem niesie jednak ze sobą ogromne pokłady komizmu, a jednocześnie pokazuje, jak odbieramy osoby upośledzone i czego się czasami boimy. Oraz że czasami to my-normalni jesteśmy niedołężni, upośledzeni i ograniczeni — w okazywaniu uczuć i emocji, odczytywaniu prawdziwych intencji, dostrzeganiu prawdy. Często się boimy, często udajemy, a zderzenie z innością potrafi zedrzeć z nas maski i zmusić do pokazania prawdziwego oblicza.

Bardzo jasnym punktem tej książki jest tło, na którym rozgrywa się historia braci. Fascynacja Klébera koleżankami, pierwsze nieśmiałe doświadczenia seksualne, damsko-męskie gierki nasto- i dwudziestolatków. Próby odnalezienia się w dorosłym świecie, z jednej strony poszukiwanie niezależności i własnej drogi, z drugiej finansowa zależność od rodziców.

Czy to książka doskonała? Moim zdaniem nie. Jest trochę za gładka i za oczywista. Role są tutaj od razu rozpisane — te postacie są złe, te dobre. Bystrzak, chociaż momentami irytuje Klébera i współmieszkańców, jest uroczy, zabawny i mimo wszystko dość niekłopotliwy. Kléber nie musi martwić się o pieniądze, bo ma spadek po matce. Wiadomo, że prawie wszyscy współlokatorzy Bystrzaka zaakceptują i polubią, a nawet łatwo przewidzieć, kto będzie miał z tym problem. Dość oczywiste jest, że dzięki niemu ich życie stanie się pełniejsze i prawdziwsze. Mnie dorosłą ten idealizm i łatwość pokonywania trudności trochę drażnił — ale ta książka nie jest przeznaczona dla mnie, tylko dla młodzieży. Mam wrażenie, że mówi w prosty i, hmm, młody sposób o sprawach ważnych, a często przemilczanych. „Bystrzak” wskazuje kierunkowskaz i pokazuje, jak powinno być i co się dzieje, gdy jest tak, jak być powinno. Idealizm? I owszem, ale w bardzo przyjemnym wykonaniu.

Mimo tych zastrzeżeń, to naprawdę dobra lektura — zabawna, przyciągająca uwagę, zachęcająca do rozmyślań i zadawania pytań. Uczy akceptacji i tolerancji. Wskazuje, co w życiu ważne. Pokazuje fałsz ukryty pod uśmiechem i nieczułość skrywaną przez profesjonalizm. Warto do „Bystrzaka” zajrzeć i warto podsunąć go nastolatkom (uwaga, jak już pisałam, w książce znajdziecie brzydkie wyrazy — mam zresztą wrażenie, że swobodny i lekki język tłumaczenia to duży atut „Bystrzaka”, który może zachęcić młodzież do lektury).

 

Marie-Aude Murail, Bystrzak, tł. Bożena Sęk, Dwie Siostry 2018