Sophie Foster i Zaginione Miasta

Może macie ochotę na przyjemną i lekką lekturę, akurat na wolne dni i ferie?

Według wydawnictwa, Sophie Foster (Shannon Messenger „Zaginione miasta. Strażniczka”, IUVI) to koleżanka Harry’ego Pottera i Percy’ego Jacksona. Podobieństwa narzucają się od razu, choć tutaj mamy dziewczęcą bohaterkę. Autorka książki wykorzystuje ten sam motyw niezrozumianego dziecka, które w pewnym momencie trafia do innego (magicznego) świata, zaczarowanej szkoły (Foxfire) i okazuje się wyjątkowe. W podobny sposób skonstruowane są zresztą przygody Morrigan Crow i wiele innych książek — to nie schemat decyduje o ich oryginalności i świeżości, ale sposób, w jaki autor sobie z nim poradził. U Messenger akcja jest wartka, przygoda goni tajemnicę, co chwila coś się wali i pali. Czytelnik nie może się nudzić, ale — jak dla mnie — inspiracja przygodami małoletniego czarodzieja jest wyraźna. Ciekawa jestem, jak autorka poprowadziła dalej tę historię, bo w pierwszym tomie trochę zabrakło mi tego „nowego” świata.

Shannon Messenger, Zaginione miasta. Strażniczka

Kim jest Sophie? Na pierwszy rzut oka to zwyczajna dwunastolatka. Chodzi do szkoły, czasami psoci, ma rodzinę (mamę, tatę i młodszą siostrę). Sophie jest jednak genialna — jej fotograficzna pamięć sprawia, że nie ma żadnych problemów z nauką i przeskoczyła kilka klas. Ma także sekret — słyszy myśli innych ludzi: kolegów, nauczycieli, rodziców. Niemilknący hałas, w jakim żyje, przyprawia ją o ból głowy i powoduje, że dziewczynka jest raczej wycofana i smutna. Niełatwo o otwartość, gdy doskonale wiesz, że ktoś kłamie lub tak naprawdę nie ma ochoty słuchać. Trudno powiedzieć komuś o problemie, gdy wiadomo, że raczej nikt w niego nie uwierzy, a w najlepszym przypadku wylądujesz w szpitalu i będą cię poddawać setkom badań.

Pewnego dnia Sophie spotyka w muzeum kogoś podobnego do siebie — chłopca, który tak jak ona słyszy myśli innych. To spotkanie wywraca cały jej świat do góry nogami — dziewczynka dowiaduje się, że nie jest człowiekiem tylko elfem, trafia do mitycznych Zaginionych Miast (Atlantyda też się pojawia, zresztą śledzenie, które mity i powieści wykorzystała autorka dało mi dużo frajdy) zamieszkałych przez różne rozumne rasy nieludzi, musi zmierzyć się z nową szkołą, a przede wszystkim dowiedzieć, kim jest i dlaczego tak wiele się wokół dzieje.

Podobieństwa do innych serii są wyraźne, ale podczas lektury nie miałam wrażenia, że czytam przygody Harrego przepisane na dziewczynkę. Sophie jest dość wiarygodna emocjonalnie — i to chyba jest największa zaleta tej książki. Bohaterka wychowana przez ludzi zachowuje pamięć o ludzkich emocjach i ludzkie odruchy, gdy wkracza do nowego świata. Jest w stanie zrozumieć tęsknotę i żałobę — stan właściwie nieistniejący w świecie, w którym każdy może żyć tysiące lat. Bardzo ładnie jest tutaj opisana próba nawiązania relacji między dzieckiem i dorosłymi — niełatwych relacji, dzięki którym powstaje rodzina. Właściwie jednak Sophie ma więcej problemów z dostosowaniem się do elfiej nauki niż elfich zachowań czy zwyczajów, które są bardzo podobne do zachowań ludzkich dzieci.

Nowy świat jest piękny, wspaniały, cudowny i idealny, ale jednocześnie pojawiają się na tym obrazie drobniutkie pęknięcia — rysy, które świadczą, że pod spodem kłębi się ciemność. Autorka wyraźnie przygotowuje sobie grunt pod kolejne tomy, które pewnie wywrócą porządek elfów do góry nogami. Naprawdę jestem ciekawa, co wymyśliła i chętnie sięgnę po kolejny tom. „Zaginione miasta. Strażniczka” to zamknięta historia, która zostawia oczywiście mnóstwo pytań, ale jednocześnie stanowi całość — bardzo to doceniam, bo bywają w seriach części urwane prawie w połowie zdania. Ten tom to otwarcie — początek życia Sophie w nowym świecie i początek drogi ku rozwiązywaniu tajemnic. Historia dziewczynki ma szansę zdobyć sobie wiernych fanów obu płci — to dobra lektura dla lubiących przygody dzieci, które chcą jak najwięcej czasu spędzić ze swoimi bohaterami.

 

PS. Zdjęcie okładki pochodzi z witryny wydawnictwa IUVI.

 

Shannon Messenger Zaginione Miasta. Strażniczka, tł. Monika Nowak, IUVI 2019

Dziewczynka, która wypiła księżyc

To jedna z najpiękniejszych baśni, jakie przeczytałam w zeszłym roku. Nie miałam ochoty opuszczać tej pełnej uroku opowieści o lesie, dobrej i złej czarownicy, smoku i ludziach, którzy nie potrafili się uśmiechać. Kelly Barnhill wzięła motywy i postacie z innych bajek, dodała trochę magii i origami, wszystko wymieszała i stworzyła przepiękną opowieść o miłości — o miłości rodzica do dziecka i o miłości do świata. Miłości tak wielkiej, że nie cofa się przed żadnym poświęceniem. Moje dziecko kompletnie się ze mną nie zgadza 🙂 Dla niego to piękna bajka o księżycu i walce dobra ze złem. Też ma rację.

Kelly Barnhill, Dziewczynka, która wypiła księżyc

Daleko, daleko była sobie zagubiona w lasach wioska, której mieszkańcy byli bardzo smutni. Każdego roku musieli składać jedno dziecko w ofierze dla złej wiedźmy  — nikt nie odważył się przeciwstawić. Aż pewnego roku zdarzyło się coś nieprzewidzianego. Daleko, daleko w lesie mieszkała czarownica Xan razem z potworem Glerkiem i maleńkim smokiem Fyrianem. Fyrian był przekonany, że jest wielkim smokiem, tylko jakimś cudem znalazł się w krainie liliputów, a Glerk był poetą. Każdego roku Xan wędrowała w pobliże smutnej i mglistej wioski, by ocalić porzucone dziecko i znaleźć dla niego kochającą rodzinę. Aż pewnego roku zdarzyło się coś nieprzewidzianego. W życiu Xan pojawiła się Luna — dziewczynka, która wypiła księżyc. Więcej możecie przeczytać na tylnej stronie okładki, ale na szczęście nie wyjaśniono tam wszystkich tajemnic.

Pojawienie się dziecka sprawiło, że bohaterowie musieli zejść z utartych ścieżek i zacząć żyć niezgodnie z ustalonymi schematami. Stare zasady zaczęły się kruszyć, a niewzruszone prawdy okazały się nie takie niewzruszone. Dziecko bada, testuje, sprawdza i pyta. Widzi więcej i nie zadowala się wymijającymi odpowiedziami. Mała Luna przewróciła świat leśnej wiedzmy do góry nogami, a że jako niemowlę opiła się magią księżyca, to potrafiła narozrabiać jeszcze bardziej niż zwykle dziecko. Xan musiała wyjść ze swojej bezpiecznej roli ratującej dzieci i zacząć zastanawiać się, dlaczego w ogóle ktoś je porzuca. I co kryje się w wiosce okrytej mgłą.

Opowieść Kelly Barnhill jest pełna magii — tej rodem z fantasy i tej pochodzącej z życia, bo przecież miłość, szacunek, przyjaźń to także magia. Czasami silniejsza niż czary. Rządzi tutaj poetyka baśni i snu — nie wszystko jest jasne i nie na każde pytanie znajdziecie odpowiedź. Historia wciąga czytelnika coraz głębiej i głębiej, przeszłość miesza się z teraźniejszości, przyszłość staje się na naszych oczach, a wszystko oblane jest srebrnym blaskiem księżyca. Czytelnik musi rozprostować ścieżki, rozsupłać zagadki. Nie zawsze jest to łatwe, czasami autorka sprowadza nas na manowce, bo jej bohaterowie, choć fantastyczni, są jednocześnie ludzcy: zapominają, błądzą, podejmują niewłaściwe decyzji kierowani słusznymi pobudkami, próbują uniknąć odpowiedzialności lub odpowiedzi na trudne pytania. Zawsze jednak w końcu znajdują właściwy kierunek, bo kierują się uczuciami i emocjami, bo miłość daje im siłę, by walczyć nie tylko o siebie.

„Dziewczynka, która wypiła księżyc” uwodzi magią słów. To przepięknie napisana (i świetnie przetłumaczona) opowieść, w której każde zdanie, każda fraza jest na swoim miejscu. Kraina staje się nam bliska — widzimy wielki las, małego smoka i szalone papierowe ptaki, mimo że w książce nie ma ilustracji. Słowa wystarczą — przecież chyba taka jest ich rola, by dało się w nich zamknąć cały świat. I to taki, z którego w ogóle nie chce się wychodzić.

Kelly Barnhill, Dziewczynka, która wypiła księżyc, tł. Marta Kisiel-Małecka, Wydawnictwo Literackie 2018

Harry Potter i inne problemy

No tak. Najpierw martwiłam się, że Tymek nie czyta. Zaczął czytać i czyta – a wręcz pożera książki. I zwykle po zakończeniu jednej zaczyna jęczeć: nie mam co czytać, nie wiem, co będę teraz czytał, wszystko jest na pewno bardziej nudne niż… I tutaj proszę sobie dopisać dowolną pasjonującą lekturę wchłoniętą właśnie przez moje dziecko. Może to być „przeurocza” Księga Trolli albo coś innego, co pochłaniało go przez jakiś czas. Mogę bić się w piersi: moja wina, przeczytaliśmy razem wiele książek i dużo pozycji, do których zwykle zaglądają dzieci w tym wieku, już za nami. Właśnie dlatego Tymek unika szkolnej biblioteki – po prostu Panie podsuwają mu książki, które już od dawna zna.

Wielkie Czytanie zaczęło się od Harrego Pottera, trochę przez przypadek. Tymek czytał już całkiem sprawnie pod koniec pierwszej klasy, ale raczej sięgał po krótsze książki. A potem pojechał na wakacje do babci. Spędził tam dwa tygodnie razem z bratem ciotecznym, który akurat czytał drugi tom Harrego. Synek nie mógł być przecież gorszy, a na dodatek Olek tak bardzo zachęcał.

Harry1Harry2Harry3

Okazało się, że magia Harrego Pottera ciągle działa. I to jak. Pod znakiem Harrego upłynęły nam całe wakacje, bo nasze dziecko kończyło czytać ostatni tom pod koniec sierpnia na czytniku tatusia. Mimo całej miłości do synka i radości z faktu, że tak go wciągnęła lektura, odmówiliśmy tachania nad morze opasłych tomów. Tymek bawił się w Harrego, machał różdżką, rzucał zaklęcia – i czytał. I chyba ciągle ma po cichu nadzieję, że może za jakiś czas otrzyma zaproszenie do Hogwartu i będzie potrafił latać.

Przyznaję, że trochę się bałam… O ile pierwsze tomy Harrego wydawały mi się całkiem niezłą lekturą dla ośmiolatka, to ostatnie tomy… No cóż, pierwsi czytelnicy tej książki dorastali razem z głównym bohaterem, oczekując z niecierpliwością kolejnych tomów i kolejnych tłumaczeń. Tymek miał dostęp do wszystkiego od razu. Nawet próbowałam ograniczyć mu dostęp do ostatnich części, ale dziecko powaliło mnie słowami: skoro nie chcesz mi pozwolić czytać do końca, to po co w ogóle pozwalałaś mi zacząć to czytać. I wiecie co, po prostu zabrakło mi argumentów. Okazało się także, że mój niepokój był nieuzasadniony. Tymek sporo z nami o książce rozmawiał, pytał, co sądzimy o bohaterach i dlaczego zachowali się tak, a nie inaczej. A to, co dla dorosłego wydawało się najbardziej przerażająca i okrutne, w ogóle nie zwróciło jego uwagi. Mam wrażenie, że w ostatnim tomie głównie fascynowała go bitwa i ostateczna rozgrywka ze złymi, mniej interesowało go dojrzewanie i perypetie uczuciowe głównych bohaterów. Może dziewczynka czytałaby tę książkę inaczej.

No tak, Harry już za nami i przed nami, bo Tymek nie oglądał jeszcze wszystkich filmów. Choć Hogwart nie jest już aż tak atrakcyjny – mój syn poznał bowiem inne literackie miejsca, w których chętnie by się pouczył 🙂