Dziewczynka, która wypiła księżyc

To jedna z najpiękniejszych baśni, jakie przeczytałam w zeszłym roku. Nie miałam ochoty opuszczać tej pełnej uroku opowieści o lesie, dobrej i złej czarownicy, smoku i ludziach, którzy nie potrafili się uśmiechać. Kelly Barnhill wzięła motywy i postacie z innych bajek, dodała trochę magii i origami, wszystko wymieszała i stworzyła przepiękną opowieść o miłości — o miłości rodzica do dziecka i o miłości do świata. Miłości tak wielkiej, że nie cofa się przed żadnym poświęceniem. Moje dziecko kompletnie się ze mną nie zgadza 🙂 Dla niego to piękna bajka o księżycu i walce dobra ze złem. Też ma rację.

Kelly Barnhill, Dziewczynka, która wypiła księżyc

Daleko, daleko była sobie zagubiona w lasach wioska, której mieszkańcy byli bardzo smutni. Każdego roku musieli składać jedno dziecko w ofierze dla złej wiedźmy  — nikt nie odważył się przeciwstawić. Aż pewnego roku zdarzyło się coś nieprzewidzianego. Daleko, daleko w lesie mieszkała czarownica Xan razem z potworem Glerkiem i maleńkim smokiem Fyrianem. Fyrian był przekonany, że jest wielkim smokiem, tylko jakimś cudem znalazł się w krainie liliputów, a Glerk był poetą. Każdego roku Xan wędrowała w pobliże smutnej i mglistej wioski, by ocalić porzucone dziecko i znaleźć dla niego kochającą rodzinę. Aż pewnego roku zdarzyło się coś nieprzewidzianego. W życiu Xan pojawiła się Luna — dziewczynka, która wypiła księżyc. Więcej możecie przeczytać na tylnej stronie okładki, ale na szczęście nie wyjaśniono tam wszystkich tajemnic.

Pojawienie się dziecka sprawiło, że bohaterowie musieli zejść z utartych ścieżek i zacząć żyć niezgodnie z ustalonymi schematami. Stare zasady zaczęły się kruszyć, a niewzruszone prawdy okazały się nie takie niewzruszone. Dziecko bada, testuje, sprawdza i pyta. Widzi więcej i nie zadowala się wymijającymi odpowiedziami. Mała Luna przewróciła świat leśnej wiedzmy do góry nogami, a że jako niemowlę opiła się magią księżyca, to potrafiła narozrabiać jeszcze bardziej niż zwykle dziecko. Xan musiała wyjść ze swojej bezpiecznej roli ratującej dzieci i zacząć zastanawiać się, dlaczego w ogóle ktoś je porzuca. I co kryje się w wiosce okrytej mgłą.

Opowieść Kelly Barnhill jest pełna magii — tej rodem z fantasy i tej pochodzącej z życia, bo przecież miłość, szacunek, przyjaźń to także magia. Czasami silniejsza niż czary. Rządzi tutaj poetyka baśni i snu — nie wszystko jest jasne i nie na każde pytanie znajdziecie odpowiedź. Historia wciąga czytelnika coraz głębiej i głębiej, przeszłość miesza się z teraźniejszości, przyszłość staje się na naszych oczach, a wszystko oblane jest srebrnym blaskiem księżyca. Czytelnik musi rozprostować ścieżki, rozsupłać zagadki. Nie zawsze jest to łatwe, czasami autorka sprowadza nas na manowce, bo jej bohaterowie, choć fantastyczni, są jednocześnie ludzcy: zapominają, błądzą, podejmują niewłaściwe decyzji kierowani słusznymi pobudkami, próbują uniknąć odpowiedzialności lub odpowiedzi na trudne pytania. Zawsze jednak w końcu znajdują właściwy kierunek, bo kierują się uczuciami i emocjami, bo miłość daje im siłę, by walczyć nie tylko o siebie.

„Dziewczynka, która wypiła księżyc” uwodzi magią słów. To przepięknie napisana (i świetnie przetłumaczona) opowieść, w której każde zdanie, każda fraza jest na swoim miejscu. Kraina staje się nam bliska — widzimy wielki las, małego smoka i szalone papierowe ptaki, mimo że w książce nie ma ilustracji. Słowa wystarczą — przecież chyba taka jest ich rola, by dało się w nich zamknąć cały świat. I to taki, z którego w ogóle nie chce się wychodzić.

Kelly Barnhill, Dziewczynka, która wypiła księżyc, tł. Marta Kisiel-Małecka, Wydawnictwo Literackie 2018

Reklamy

Smok Wawelski i tajemniczy Don Pedro

Wiecie już, jak spędzamy wieczory? A nie… Nie oglądamy kreskówek. Czytamy za to Trylogię, tyle że wcale nie chodzi o Sienkiewicza. Razem z Piotrusiem pochłaniam „Przygody Baltazara Gąbki. Trylogia”. Wydawało się, że czytania będzie na długie miesiące, bo tomiszcze jest grube (ponad 700 stron), ale ciągle mamy ochotę na „jeszcze troszeczkę więcej” przed snem. Szybko nam idzie.

Przygody Baltazara Gąbki

Chyba nie czytałam tej książki w dzieciństwie, bo Doktora Koyota nie pamiętam. Ukształtowała mnie więc kreskówka, a teraz mam frajdę i mogę poznawać przygody Smoka Wawelskiego razem z Synem. Piotruś film obejrzał z ogromną ciekawością, ale wcale nie przeszkadza mu to w słuchaniu i podczytywaniu książki (tak, tak, zdarza mu się czytać to grube tomiszcze samemu). Podchodziłam do książki Stanisława Pagaczewskiego dość nieufnie (Piotr przydźwigał ją z biblioteki), ale ku mojemu wielkiemu zdumieniu to się świetnie czyta. Tekst jest może odrobinę staroświecki, moje dziecko na pewno nie wyczuwa aluzji do minionego systemu, ale historia nadal bawi i wciąga, a język powieści jest przystępny i zrozumiały.

Przygody profesora Gąbki

Dla tych, którzy nie widzieli filmu, krótkie wprowadzenie… Akcja powieści dzieje się w czasach Księcia Kraka. Nie przenosimy się jednak do czasów przedpiastowskich. Kraj Księcia Kraka graniczy z krainą Psiogłowców, książę korzysta z krótkofalówki, a bohaterowie podróżują amfibią. Stanisław Pagaczewski sprytnie wymieszał elementy historyczne, fantastyczne i współczesne, tworząc ciekawą i zabawną krainę, po której z przyjemnością się podróżuje. Z Krakowa wyrusza ekspedycja ratunkowa prowadzona przez Smoka Wawelskiego. Przewodzi jej oczywiście Smok Wawelski, przyjaciel Księcia Kraka i wielki podróżnik, a jej członkami są książęcy kucharz, Bartłomiej Bartolini i nadworny lekarz, doktor Koyot. Towarzyszy im także tajemniczy Don Pedro, szpieg z Krainy Deszczowców — mogę zdradzić, że jego historia jest trochę inna niż na filmie. Wyprawa kieruje się do Krainy Deszczowców, gdzie przebywa Baltazar Gąbka, słynny badacz latających żab. W przeciwieństwie do kreskówki w powieści profesor odgrywa bardzo ważną rolę.

Przygody Baltazara Gąbki

W kolejnych tomach razem z profesorem Gąbką i jego towarzyszami mierzymy się z plagą mypingów („Misja profesora Gąbki) oraz przenosimy się w lata siedemdziesiąte („Gąbka i latające talerze”). Historia łączy w sobie elementy bajki, powieści podróżniczej, szpiegowskiej i kryminału. Są tutaj fragmenty dziennika i motywy typowe dla SF. Wszystko wydaje się być na swoim miejscu, nic nie trzeszczy, wszystko ze sobą współgra. Akcja jest wartka i szybka, przygody są trochę zabawne, a trochę straszne — w sam raz dla siedmiolatka i dla jego rodzica, bo przecież wspólne czytanie powinno być frajdą dla dziecka i dla dorosłego. 

Przygody Baltazara Gąbki

Przygody profesora Gąbki wydało Wydawnictwo Literackie. Książka jest bardzo starannie opracowana i bogato ilustrowana. Wykorzystano ilustracje Alfreda Ledwiga, autora kreskówki. Dla Piotra oglądanie obrazków było świetną zabawą. Nie spodziewałam się, że książka wydana w latach sześćdziesiątych przyniesie nam obojgu tyle radości i będzie tak aktualna — ta zabawna i lekka książka jest także pochwałą wolności, tolerancji i swobody. „Przygody Baltazara Gąbki” to świetna lektura na długie jesienne i zimowe wieczory. Zajrzyjcie koniecznie!

 

Stanisław Pagaczewski, Przygody Baltazara Gąbki, il. A. Ledwig, Wyd. Literackie 2011

Mój przyjaciel Ropuch

„O czym szumią wierzby” nie przypadły chłopakom do gustu. Próbowałam zachęcić ich do lektury książki Kennetha Grahame’a kilka razy, ale zawsze kręcili nosem. Może kiedyś jeszcze do niej wrócą, na razie jednak Piotruś polubił innych żabich bohaterów.

Wyprawa do biblioteki znowu skończyła się tak samo. Do domu przynieśliśmy wielką torbę wypchaną głownie książkami dla dzieci. Wśród nich były przygody Żabka i Ropucha autorstwa Arnolda Lobela.

  Żabek i Ropuch. PrzyjaźńŻabek i Ropuch. Razem

Żabek i ropuch. Dzień po dniu

Mój młodszy synek słuchał jak zaczarowany cały wieczór. Przeczytaliśmy przed snem cały jeden tom i pierwsze rozdziały następnego, bo przecież Piotruś musiał wiedzieć, co było dalej. A potem uśmiechnięty zasnął.

Trudno się zresztą na tej książce nie uśmiechać. To bardzo spokojna i bardzo ciepła opowieść o przyjaźni dwóch płazów: Żabka i Ropucha. Mieszkają bardzo blisko siebie i bardzo się lubią, nie potrafią spędzić bez siebie nawet jednego dnia, co nie oznacza, że nie bywają marudni czy irytujący. Piotruś przez prawie całe czytanie uśmiechał się, a czasami śmiał się w głos. Chyba najbardziej, gdy czytałam, jak Ropuch zachęcał swoje nasiona do kiełkowania: krzyczał na nie, prosił o wykiełkowanie, opowiadał im bajki, śpiewał piosenki, czytał wiersze, a one ciągle nie chciały zamienić się w roślinki. 

To nie są historyjki tylko do śmiania się. To są także opowiadania do pomyślenia i zadumy. Można po tej lekturze rozmawiać o tym, dlaczego warto lub nie warto zostawiać coś „na później”, czemu czasami chcemy być sami, co to znaczy przyjaźń i co robi prawdziwy przyjaciel, a nawet o tym, co to jest silna wola. Mnie samej przypomiał się Miś i Tygrysek Janoscha (musimy z Piotrusiem koniecznie wyciągnąć tę książkę z półki), a także Felek i Tola Sylvii Vanden Heede (bardzo niedawno czytaliśmy „Felka i Tolę na wyspie”). Wszystkie te książki cechuje prostota i — trudno mi znaleźć inne słowo — ciepło. Jakaś życzliwość, z którą autor patrzy na swoich bohaterów — niby zwyczajnych i swojskich, a jednocześnie tak cudownie pogodzonych z samymi sobą. Niezależnie od tego, jak pompatycznie to brzmi, te książki są o tym, jak cieszyć się życiem i jak to życie smakować: powoli, razem z innymi, dostrzegając piękno każdej chwili. Zamiast napuszonych poradników poczytajcie z dziećmi o Żabku i Ropuchu — efekt pewnie będzie ten sam, a lektura dużo przyjemniejsza 🙂

Książeczki są bardzo starannie wydane. Duże litery sprawiają, że dobrze nadają się dla początkujących czytaczy, a ich treść nadaje się już nawet dla młodszych przedszkolaków. Tekst w przekładzie Wojciecha Manna czyta się bardzo dobrze — aż kusi, by obejrzeć te książki w oryginale i sprawdzić, czy są równie ładnie napisane. 

 

Arnold Lobel, Żabek i Ropuch. Przyjaźń, Wydawnictwo Literackie 2015

Arnold Lobel, Żabek i Ropuch. Razem, Wydawnictwo Literackie 2015

Arnold Lobel, Żabek i Ropuch. Dzień po dniu, Wydawnictwo Literackie 2016