Narysuj koło….

Wydawnictwa RM nie kojarzyłam z książkami dla dzieci. Lubię ich serie historyczne i albumy, ale książki dla dzieci? A tutaj niespodzianka: trafiła do nas wydana przez RM książka o rysowaniu „Narysuj koło. Narysujesz wszystko” z serii „Kolorowa edukacja”.

Narysuj koło

Mój młodszy syn wziął ją do rąk, a potem usiadł na podłodze i zaczął rysować. Najpierw dokładnie próbował odwzorować kolejne kroki, ale szybko poniosła go inwencja i zaczął tworzyć własne stwory i potworki. Piotruś rysuje dynamicznie, jego rysunki zmieniają się z minuty na minutę, razem z historią, która rozwija się w trakcie rysowania. Czasami efektem jest kompletnie zamazana kolorowa kartka, a synek opowiada o kolejnych etapach bitwy (bo zwykle są to bitwy), pokazując zakreślone fragmenty (i tutaj zaatakował go lodowy potwór, widzisz, jeszcze widać trochę niebieskiego, a potem on wypuścił dym, a potem…).

Wszystko zaczyna się od koła. W tej książce to podstawowy element rysunku, bez koła nie pójdziemy dalej. Nie oznacza to, że rysunek składa się z samych kół, to byłoby za proste. Koło zakreśla ramy, wskazuje kierunek, a potem trzeba do niego dorysować kolejne elementy, co wcale nie jest banalne. Mieliśmy z Piotrusiem dużo zabawy ze zgadywaniem, co wyszło z jego rysunków 🙂 Panda jakimś sposobem zamieniła się w szopa, byk szarżował na karatekę, a w tle czaił się szalony jeleń bez nóg. 

Narysuj koło

Goryl był już bardziej podobny do goryla, chociaż koniecznie musiał jeść fioletowego banana, bo takie rosną w zwariowanej dżungli.

Narysuj koło

Narysuj koło

W książce jest 50 propozycji rysunków, które można wykonać, zaczynając od zwykłego kółka. Są zwierzaki (pies, miś, panda, kangur, kaczka), są dziewczynki i syreny (ee, to nieciekawe – mogłam się takiego komentarza spodziewać), są samoloty i balony, ale przede wszystkim są złoczyńcy. Mamo rysujemy złoczyńców – zażądał mój młodszy syn. No to rysowaliśmy: człowieka lodu, pirata, szalonego naukowca, bandziora i grubasa rozbójnika. Może nie wszyscy noszą w książce akurat takie nazwy, ale co tam. Mieliśmy całe miasto złych. Najfajniej wyszedł troll.

Narysuj koło

Może nie wyglądał dokładnie tak, jak na wzorcowym obrazku, ale moim zdaniem był super.

Narysuj koło

Piotrusiowi nie starcza cierpliwości, by dokładnie wykończyć rysunki, pięknie je pomalować i zaznaczyć każdy szczegół. Szablony są dla niego inspiracją do swobodnej twórczości i kreowania własnych historii, ale tak właśnie powinno być. Widzę jednak, że jego kółka są coraz bardziej okrągłe, że zaczyna myśleć o tym, co warto narysować najpierw, a co później. Wzory z tej książki uczą uporządkowania i pokazują, że jedna figura może być osią spinającą cały rysunek. Ich odtworzenie wcale nie jest proste i może budzić frustrację – tutaj jest tak pięknie i pozornie prosto, a na naszej kartce wychodzą bazgroły, ale w końcu się udaje. A ręka i głowa cały czas pracują.  

Chris Hart, Narysuj koło. Narysujesz wszystko, Wydawnictwo RM 2016

Bardzo dziękuję Wydawnictwu RM za udostępnienie książki do recenzji.

Reklamy

Cholera, dżuma i żylaki

Jest taka jedna książka, z którą moje Młodsze od jakiegoś czasu się nie rozstaje. Zapakowało ją na majówkę (żeby wszystkim pokazać, jaka to fajna książka), śpi z nią pod poduszką, zastanawiało się, czy nie zabrać jej do przedszkola, ogląda z lubością kilka razy dziennie. I zwykle pada wtedy to samo pytanie: mamo, a ta choroba to jest śmiertelna? To, czy coś jest dla człowieka zabójcze, bardzo mojego synka nurtuje, cholera, dżuma i tyfus zdominowały jego wyobraźnię, a „Cholera i inne choroby” Łukasza Kaniewskiego (wydawnictwo Poradnia K) chyba właśnie z przytupem dostała się na naszą listę książek najlepszych. I nawet za bardzo się Piotrusiowi nie dziwię. 

Śliczna, różowa okładka w wyczuwalne palcami kropeczki (Piotruś miał mnóstwo pomysłów: że to bakterie albo odra, albo wysypka od ospy, albo… — okładka książki o chorobach musi się kojarzyć z chorobą, przecież to oczywiste), czarna czcionka tytułu, tylko sam tytuł jakby niepasuje. Taka różowa książka i taka tematyka? Ha, jak fajnie, różowa książka może być dla wszystkich, a nie tylko dla dziewczyn 🙂

Piotruś oglądający książkę

Książka jest fantastyczna, naprawdę. Podoba mi się w niej wszystko. Napisana „na poważnie”, ale bez zadęcia, z humorem. Rymowanki na początku każdego utworu rozbawiły kilkoro dorosłych do łez, a Piotruś czasami chce, żeby przeczytać mu tylko te krótkie wierszyki. Czy każdy okularnik nie podpisze się pod takim apelem (trzynastozgłoskowiec!)?

Wielbię was i kocham, okulary moje!

Bez was jestem bezradny, wszystkiego się boję

Czy was obraziłem? Czy byłem niemiły?

Czemu żeście przede mną znowu się ukryły?

Taka cudowna inwokacja rozpoczyna opowieść o wadach wzroku. Piotrusia bardzo zaintrygował wierszyk towarzyszący wykładowi o depresji:

Czarne jest czarne i białe jest czarne

Wszystko jest marne i pachnie nieładnie

Smutno jest na dnie

Długo oglądał czarne strony, uważnie słuchał wyjaśnień. Widać było, że przetrawia informację, że ktoś może być cały czas smutny, tak smutny, że nawet słońce wydaje mu się czarne. A potem długo dyskutował o ranach i strupkach.

Piotruś oglądający książkę

Na sześćdziesięciu kilku stronach udało się zmieścić masę ciekawych inoformacji o różnych dolegliwościach nękających człowieka. Jest trochę o pasożytach (wszy, owsiki i tasiemiec), trochę o chorobach (od migreny przez ADHD, złamanie i hipochondrię po cholerę i żylaki), trochę o wirusach i bakteriach. To naprawdę rzetelna wiedza, przy której ani dorosły, ani dziecko się nie wynudzą. Informacje są podane ciekawie, z odniesieniami do historii. Dużo tutaj obrazowych porównań ułatwiających zrozumienie niełatwych czasami procesów — cała narracja jest bardzo plastyczna, bo przecież dużo łatwiej zrozumieć, co to jest wstrząśnienie mózgu, gdy wyobrazimy sobie słoik, w którym nagle, po uderzeniu, miesza się piasek i woda. Poszczególne rozdziały są krótkie i dobrze przemyślane — po lekturze miałam wrażenie, że niczego w nich nie brakuje, że wiedzy jest akurat tyle, ile dziecko potrafi przyjąć. Świetnym uzupełnieniem tekstu są nowoczesne ilustracje Karoliny Kotowskiej — jest projekty pobudzają wyobraźnię, nie są dosłowne, widać w nich zabawę konwencją. 

Tymek na początku marudził, że to paskudne i obrzydliwe, że przecież nikt nie chce czytać o chorobach (tutaj zaśmiewałam się w duchu, bo przypomniały mi się różne „obrzydliwe” fascynacje starszego syna), ale potem uznał, że to całkiem ciekawe. A wierszyk o owsikach będzie chyba hitem szkolnego korytarza:

Pani Owsikowa chyłkiem

W ciemną noc wypełza tyłkiem

Aby między pośladkami

Jaja znosić tysiącami

Swoją drogą, wiedzieliście, że samica owsika składa jednorazowo dziesięć tysięcy jaj?

Łukasz Kaniewski, Cholera i inne choroby, Poradnia K 2016

Wirusy i limfocyty, czyli co się dzieje, gdy dopada nas przeziębienie

Chorujemy rodzinnie, zaatakował nas jakiś paskudny wirus. Wiecie, jak to jest: z nosa cieknie, gardło boli, powieki nie chcą się otwierać. Słuchamy bajek, oglądamy filmy, trochę czytamy, choć nie za dużo, bo wysiada mi gardło ku rozpaczy Piotrusia.

Gdy pojawia się w domu jakaś choroba, Piotruś (tak jak kiedyś Tymek) najpierw żąda, żebyśmy obejrzeli odcinek serialu „Było sobie życie”, a potem wyciąga z półek książki Wojciecha Feleszko o rodzinie Nosków i doktorze Florentym Orzeszko i zaczyna się zastanawiać, co nas zaatakowało. O książce „Nóż w palcu. Skaleczenie” już kiedyś pisałam, więc dzisiaj będzie o „Lądowaniu rinowirusów”, bardzo na czasie, i o biegunce (tak, tak o rotawirusach!). Obie wydało wydawnictwo Hokus-Pokus.

Wojciech Feleszko, Lądowanie rinowirusów

Kajtek, syn państwa Nosków, dostał w przedszkolu temperatury. Zaatakowały go rinowirusy, które tylko czekały na taką okazję – udało im się przeskoczyć z ręki Jasia. Jaś wytarł nos ręką, a nie chusteczką, ręki nie umył – wymarzone środowisko dla złośliwych mikrobów.

Teraz dygresja: z punktu widzenia rodzica książki Wojciecha Feleszko to świetny materiał dydaktyczny. Wcale nie chodzi o wiedzę na temat wirusów, bakterii czy procesów zachodzących wewnątrz organizmu, choć takich informacji jest tutaj sporo i łatwo je zapamiętać. W obu historiach autor podkreśla, jak ważne są podstawowe zasady higieny – bez moralizowania, jakby przypadkiem. Wszystkie znane mi dzieci, które czytały te książki, zaczynały częściej biegać do łazienki, żeby umyć ręce. Szczególnie dobrze działała na nie opowieść o rotawirusie.

„Lądowanie rinowirusów. Przeziębienie” to opowieść o zwykłym zaziębieniu, takim jakie dopada właściwie każde dziecko kilka razy do roku. Kajtek także zachowuje się jak typowe dziecko: marudzi, narzeka, nie chce łykać syropu i wpuszczać kropli do nosa. Ma jednak szczęście, że leczy go doktor Orzeszko, który ma ogromny talent do wyjaśniania, dlaczego branie lekarstw jest ważne. W nosie Kajtka opasły Limfocyt, głównodowodzący obrony, walczy z paskudnym Rinowirusem i jego szajką.

Aaaaaaalarm! – wrzasnął – Wstawać, śpiochy i gamonie! Zbierać broń! Jakieś łajdaki dostały się do naszego nosa! To pewnie znowu Rinowirus i jego banda! – ryknął na swoich ludzi. – Baczność! Wymarsz! – zakomenderował, zakładając przez ramię chlebak z czerwonym krzyżykiem i dopinając w pośpiechu pas na wielkim brzuchu.

Wojciech Feleszko, Lądowanie rinowirusów

Dla Piotrusia ważna jest główna historia, z której można się dowiedzieć, jak przebiegała batalia, jaką broń dostały limfocyty, gdy Kajtek połknął syrop, co robiły wirusy, aby zwiększyć swoją liczebność. Tymek uważnie czyta wszystkie dodatkowe informacje. Niektóre są zabawne, inne poważne, ale można się z nich sporo dowiedzieć o wirusach i pracy lekarza.

W drugiej książce „Wielki grzmot. Biegunka” Kajtek nie myje rąk po zabawie ze szczurem Maurycym. Biedny nie wie, że szczurek przydźwigał do domu szczurzy skarb, na którym siedziało mnóstwo paskudnych rotawirusów.

Wojciech Feleszko, Wielki grzmot

Rotawirusy zamieniają żołądek i jelita Kajtka w wielki wirusi plac zabaw. Efekty tych zabaw prawie każde dziecko zna z prawdziwego życia. Na szczęście na miejscu jest dzielny Limfocyt, który na okręcie ORP „Immunoglobulina” wydaje wirusom morską bitwę. Jej efekt nie był jednak przesądzony – przydała się pomoc doktora Orzeszko.

Damy radę – stanowczo oświadczył Doktor Orzeszko. – Wykurzymy je bakteriami! – dodał z tajemniczym uśmiechem, sięgając do swojej torby. […]

Bakterie? – zaniepokoił się tata.  – Czy to aby nie za wiele, dla takiego malucha?

Nie! – ucieszyła się Julka. – Zarazimy go bakteriami, żeby go wyleczyć z wirusów.

Oczywiście wszystko dobrze się skończy. Po lekturze tej książki moje dzieci starannie myły ręce i co jakiś czas przypominały mi, że trzeba myć klamki, myszki (te od komputera) i piloty od telewizora, bo na nich siedzi najwięcej wirusów i bakterii. Tak, tak, takich informacji też się można z tej książki dowiedzieć.

Myślę, że medyczna historia rodziny Nosków nie byłaby tak sugestywna i oddziałująca na wyobraźnię, gdyby nie ilustracje Ignacego Czwartosa.

Wojciech Feleszko, Wielki grzmot

Jego wirusy są niesamowite. Wyglądają jak banda kosmitów, całkiem odmiennych od tego, co znamy na co dzień. Obraz wirusów przyklejających się do dłoni na długo zapada w pamięć. Obaj moi chłopcy mają swoje ulubione ilustracje, próbowali także sami wymyślać, jak mogłyby wyglądać „najfajniejsze” wirusy. Po lekturze książek wydanych przez Hokus-Pokus podawanie leków jest łatwiejsze i jakoś szybciej się zdrowieje. Być może powinny być sprzedawane w aptekach jako jeden z suplementów diety zwiększających odporność.

Wojciech Feleszko, Lądowanie rinowirusów. Przeziębienie, Hokus-Pokus 2011

Wojciech Feleszko, Wielki grzmot. Biegunka, Hokus-Pokus 2013

Pod ziemią pod wodą, czyli o czytaniu na dywanie

Książki Aleksandry i Daniela Mizielińskich kochamy od dawna, od kiedy tylko pojawiły się na rynku. Chłopcy nieustająco wyciągają je z półek, oglądają i komentują. Niektóre budzą ogromne emocje („Domek”, seria „Mamoko”, „Mapy”, „Kto kogo zjada”), do innych Tymek i Piotruś zaglądają rzadziej, ale i tak zaliczają je do największych skarbów.

Całkiem niedawno do kolekcji dołączyła „Pod ziemią pod wodą”, książka wydana w zeszłym roku przed wydawnictwo Dwie Siostry, formatem w niczym nie ustępująca gigantycznym „Mapom”. Dostał ją Piotruś, ale jako pierwszy dorwał się do niej Tymek i wcale nie miał ochoty bratu oddawać. W końcu jednak doszliśmy do porozumienia i chłopaki obejrzeli ją wspólnie: od przodu, potem od tyłu, czyli od drugiego przodu, potem od środka, a potem znowu od początku.

Mizielińscy, Pod ziemią, pod wodą

Książka jest fantastyczna. Na wielkich rozkładówkach pokazane są różne ciekawostki ze świata podwodnego i podziemnego: zwierzęta i rośliny, ludzie i statki, wulkany i kopalnie, trochę historii i trochę współczesności. Obie części zbiegają się w środku, na stronie poświęconej jądru ziemi. To cudowna podróż przez najgłębsze jaskinie do najgłębszych kopalni i w głąb morskiej otchłani. Ilustracje uzupełnione są mnóstwem informacji. Aż sama się zdziwiłam, jak wiele wiedzy w niej zawarto. Po lekturze „Pod ziemią pod wodą” musiałam szukać dodatkowych informacji o Titanicu, Rowie Mariańskim, właściwościach topinamburu i sposobach jego uprawy. Piotruś zapragnął zwiedzić jakieś kanały i wybrać się do jaskini, Tymek rozważał, jak niebezpieczne było nurkowanie w danych czasach. Co jakiś czas synkowie rozkładają album na dywanie i z namaszczeniem przystępują do oglądania, bo na podłodze najwygodniej. Nic się nie zamyka, nic nie przeszkadza i można swobodnie obchodzić książkę wokoło.

Mizielińscy, Pod ziemią, pod wodą

Mizielińscy, Pod ziemią, pod wodą

 

Wiele ilustracji z tej książki można obejrzeć na stronie Hipopotam Studio.

Ta książka nie jest w stanie się znudzić, zaciekawi każdego i zmusza do zadawania pytań i szukania odpowiedzi. Jedyną trudność sprawia czasami znalezienie punktów odniesienia – ale to trudność tylko dla rodzica. Niełatwo bowiem odpowiedzieć na zadane znienacka pytanie: czy bylibyśmy w najgłębszej głębi, gdyby powierzchnia wody była tam, gdzie dach dziesięciopiętrowego bloku? Dla ułatwienia podpowiem, że dziesięciopiętrowy blok ma ok. 35 metrów, a Titanic znajduje się na głębokości -3800 m. Jeśli nie macie ochoty odpowiadać na pytanie, ile bloków trzeba na sobie postawić, by zobaczyć, jak to głęboko, nie kupujcie dzieciom tej książki. Ale tylko wtedy 🙂

O rozmawianiu przy zasypianiu

Dzisiaj przy kolacji Tymek popatrzył na mnie poważnie i spytał: mamo, a jak myślisz, czy ci naukowcy, co się kłócą o wszechświat, to mają rację? No i powiedz, co tam jest za wszechświatem? Zdębiałam: jacy naukowcy? Jaka kłótnia? Co ja wiem na temat granic wszechświata? I skąd ON to wie? Zaczęliśmy rozmawiać. Okazało się, że synek jakiś czas temu oglądał z tatą mapy nieba i zdjęcia kosmosu. I rozmawiali o granicach, o nauce, o gwiazdach i o różnych koncepcjach na temat tego, co znajduje się poza kosmosem. Wydawało się, że Tymkowi przemknęło to wszystko mimo uszu…

Nigdy nie wiem, co z tego, co mówimy naszemu dziecku, zapada mu w pamięć. Kosmos zapadł: w przedszkolu maluje wyprawy na Merkurego, gwiazdy i planety i — wydaje mu się, że to wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Przecież wystarczy wsiąść do rakiety i już.
Tak samo jest z prehistorią i biologią. Tymek ma dość specyficzne pojęcie na temat tego, jak było: a więc najpierw były bakterie, a potem małe dinozaury, a potem duże dinozaury, a potem mamuty, a potem dzikuski (to jego zbiorcze określenie na wszystkich ludzi pierwotnych, choć czasami stara się ich różnicować), a potem babcia. Świat jest jednocześnie ogromy i maleńki, a miliony lat skracają się do krótkiej chwili.

Gdzieś przeczytałam, że mózg małych dzieci, mniej więcej do czwartego roku życia, działa na zupełnie innych zasadach niż mózg dorosłego. Część naukowców przypuszcza, że tak zwana dziecięca amnezja nie jest spowodowana tym, że dziecko zapomina, tylko tym, że jako dorosły człowiek traci zdolność odczytywania informacji zapisanych w mózgu. Gdy obserwuję Tymka, często mam wrażenie, że to może być prawda. Jego sposób myślenia i dedukowania jest często całkowicie odmienny od tego, co zrobiłby na jego miejscu dorosły. Wiem, że wynika to także z braku wiedzy i doświadczenia, ale i tak często mam wrażenie, że obcuję z małym ufokiem 🙂

Trochę przydługi wyszedł ten wstęp. A chciałam napisać o dwóch książkach, które mój syn wielbi miłością czystą i wielką, ogląda je często, a my musimy odpowiadać na milion pytań. Obie książki zostały wydane przez Wydawnictwo Jacek Oleksiejuk w serii Świat w obrazkach. Mam mieszane uczucia: niektóre książki z tej serii podobają mi się bardzo, inne są redagowane chyba trochę na siłę. W domowej biblioteczce mamy dwie: „Ziemię” i „Dinozaury i prehistorię”.

   

Obie książki są bardzo dobre: ładne obrazki, sensowny tekst. To zresztą nie są książki do czytania, to są książki do oglądania z rodzicami, zadawania pytań i rozmowy. Przedstawiony w nich świat nie jest różowy i słodki. Pokazano w nich ludzi pierwotnych polujących na zwierzęta, biednych z innych kontynentów, ginące gatunki. Jeśli ktoś chce, aby w świecie jego dziecka nie było trudnych tematów, nie powinien zaglądać do tych książek. Jeśli jednak lubi rozmawiać, to warto.

W „Ziemi” Emille Beaumont próbowała przekazać jak najwięcej informacji o naszej planecie. Czegoż tu nie ma: definicja wyspy, rodzaje klimatu, historia Ziemi i ludzkości, pory roku… To po prostu miniencyklopedia dla dzieci.

Rzadko zdarzają nam się przed snem dyskusje na tak poważne tematy. Wtedy trzeba jednak wybrać do czytania książkę łagodną i uspokajającą. W naszym przypadku rewelacyjnie sprawdza się „Żółta zasypianka” Anny Onichimowskiej z ilustracjami Krystyny Lipki-Sztarbałło (FRO9, 2005).

 

To historia o Asi, która nie może zasnąć, bo przeszkadzają jej słoneczka na pościeli, i o mamie, która opowiada bajkę, żółtą bajkę, bo o taką poprosiła córka. Mam wrażenie, że w tym tekście nie ma jednego zbędnego słowa: jest ich tyle, ile powinno być. To bajka jak sen, w którym wszystko jest możliwe. A na dodatek lubię trzymać tę książkę w ręku: wszystko mi się w niej podoba: ilustracje — oczywiście żółte, a jednocześnie niesamowicie zróżnicowane; ileż odcieni może mieć żółty! — czcionka, zmieniająca się i pełna znaczeń. To nie jest nudny rządek czarnych znaczków, oj nie. Wiele razy oglądałam tę książkę z Tymkiem, chyba znamy ją na pamięć. Czasami mój synek zasypia w trakcie lektury, czasami prosi: mamo, a teraz opowiedz bajkę niebieską, dobrze?A dzisiaj mruknął: wiesz, tam musi być jakaś przestrzeń, poza tym kosmosem. I zasnął.