Polskie władczynie

O królach wiemy sporo. Jan Matejko utrwalił w naszych głowach poważne i chmurne wizerunki mężnych władców. W jego poczcie były chyba tylko cztery królowe. Pamiętamy o Jadwidze Andegaweńskiej, Dobrawie, o Marysieńce Sobieskiej. Czasami przy gotowaniu zupy może wspomnimy Bonę, gdy dziecko zapyta, co to włoszczyzna. A inne królowe? Przecież było ich wiele. Na szczęście przypomina nam je Anna Kaszuba-Dębska w „Poczcie królowych polskich”, wydanej przez Znak.

Anna Kaszuba-Dębska, Poczet królowych polskich

Piotrek po obejrzeniu tej książki zapytał, czy one naprawdę były takie piękne. Na ilustracjach Anny Kaszuby-Dębskiej są piękne, a przede wszystkim pełne życia. Są władcze, ale nie sztywne i królewskie. To nie są posągi. Uśmiechają się, pewnie zadowolone, że w końcu ktoś dopuścił je do głosu. Bo to nie jest opowieść o królowych — każda z nich sama jest narratorską swojej historii. To one opowiadają: o sobie i swoim królewskim losie.

Anna Kaszuba-Dębska, Poczet królowych polskich

Losy polskich władczyń zaczynamy poznawać od najstarszej znanej, choć legendarnej. Rzadko o niej myślimy jako o królowej, ale właśnie ona była pierwsza. Rzepicha, żona Piasta, matka Siemowita. Oddajmy jej głos.

Nie jestem żadną wykształconą kobietą. Można mnie uznać za prostą, może nawet za prostaczkę. Pisma nie znam, czytać nie umiem. Ale nigdy nie brzydziłam się pracą, w pocie czoła uprawiałam rolę. Zawsze twardo stąpałam po ziemi, nie chodziłam z głową w chmurach. Jestem uczciwa, umiem znajdować szczęście także w ubóstwie — tak mnie wychowali rodzice. (s. 8)

Anna Kaszuba-Dębska, Poczet królowych polskich

Wypowiedzi są różne, tak jak różne są królowe. Niektóre bardziej poważne, inne bardziej swawolne, jedne mówią o swoim dzieciństwie, inne opowiadają o swoim życiu i planach. W książce znajdziecie 25 królowych, od Rzepichy po Marię Józefę, żonę Augusta III. Anna Kaszuba-Dębska potrafiła tchnąć życie w tych 25 portretów — dostaliśmy historie dumnych kobiet, które chciały i potrafiły zawalczyć o swoje. Dzięki pierwszoosobowej narracji nie są to klasyczne biografie, ale opowieści, którym można było nadać bardziej subiektywny charakter. Nawet Anna Jagiellonka, uznawana za typową nudziarę i starą panną, potrafi tutaj zaintrygować i pokazać inne oblicze.

Anna Kaszuba-Dębska, Poczet królowych polskich

Anna Kaszuba-Dębska, Poczet królowych polskich

Każde hasło-historia skonstruowane jest podobnie, choć jego treść bywa różna. Tytułem każdego opowiadania imię i przydomek królowej, pod którym mamy daty, kiedy zasiadała na polskim tronie. Dostajemy także dwie ilustracje, a właściwie jedną w dwóch ujęciach — portret i pełną sylwetkę królowej. Anna Kaszuba-Dębska w tło ilustracji wplotła motywy charakterystyczne dla danej postaci: czasami jest to herb, czasami wzory czy symbole kojarzące się z daną osobą, tak jak białe lilie na portrecie Kingi Arpadówny. Nie mogę się na te portrety napatrzeć, tak są pełne życia i odległe od typowego sposobu przedstawiania królowych.

Anna Kaszuba-Dębska, Poczet królowych polskich.

To ważna książka nie tylko dlatego, że przywraca naszej pamięci polskie władczynie, pozwala im wyjść z cienia i stanąć w pełnym świetle. Autorka pokazuje także prawdziwe oblicze bycia królową i sprawowania władzy. Nie są to biografie radosne. Piotrek ze zdumieniem coraz większym odkrywał, że królowa nie jest kimś, kto robi, co chce. Jeśli tak było, szybko przestawała być królową. W świecie władzy „ja” znika, liczy się dobro królestwa i rodu. Rzadko kiedy królowe miały „szczęśliwe” życie w potocznym rozumieniu. Były wydawane za mąż jako dzieci, planowano im życie od kołyski, odbierano im dzieci, były pionkami przestawianymi przez mężczyzn bawiących się w politykę — i często udowadniały, że wcale pionkami nie są i same potrafią sobą i innymi zarządzić.

Anna Kaszuba-Dębska, Poczet królowych polskich

Anna Kaszuba-Dębska, Poczet królowych polskich

Mieliśmy wspaniałe królowe, Anna Kaszuba-Dębska potrafi o nich wspaniale opowiedzieć. Naprawdę warto tych historii posłuchać.

Anna Kaszuba-Dębska, Poczet królowych polskich, Znak 2018

Benji Davis

Bycie chorym rodzicem trochę starszych dzieci ma swoje zalety. Dzieci idą do szkoły! Można pobyć przez chwilę w samotności. Poleżeć, poczytać, odpocząć od hałasu i przejrzeć książki, które Młodszy pracowicie ułożył w stosik na krawędzi stołu w dużym  pokoju. To taki stosik najbardziej podręczny, książki do przeglądania i czytania w wolnej chwili, do zaglądania na moment i zanurzania się na długo. Znalazłam tam „Afrykę Kazika” Łukasza Wierzbickiego, komiks o Królu Lwie, „Strrrraszną historię” Terry’ego Deary, ilustrowany atlas zwierząt i dwie książki Benjiego Daviesa (Wydawnictwo Znak). Przeglądając je, zastanawiałam się, czego szuka w nich mój młodszy syn i dlaczego zaintrygowały go na tyle, że położył je właśnie w tym miejscu.

Benji Davies to mistrz nastroju i tematów niełatwych. Obie jego książki: „Mój wieloryb” i „Cudowna wyspa dziadka” opowiadają o sytuacjach trudnych i niełatwych emocjach — słowem i obrazem. Może nawet bardziej obrazem, bo tekstu nie ma w nich dużo. Pozwalają oswoić zdarzenia i emocje, z którymi nawet dorosłym bywa trudno: rozstanie, śmierć, samotność, tęsknota, poczucie straty. Pomagają w mądry sposób przygotować się na życie, w którym przecież spotykają nas także te gorsze chwile.

Benji Davies, Mój wieloryb

Jak się okazało, można je czytać na wiele różnych sposób. Dla mnie „Mój wieloryb” to opowieść o tęsknocie. Okazało się, że dla Piotrka to historia o przyjaźni i odpowiedzialności — za innych.

Bohater książki, mały Noi, mieszka z tatą nad brzegiem morza. Tato codziennie rano wyrusza na połów, wraca dopiero wieczorem. Noi czeka. Pewnego dnia znajduje małego wieloryba, którego sztorm wyrzucił na brzeg. Zabiera go ze sobą do domu.

Benji Davies, Mój wieloryb

Benji Davies, Mój wieloryb

Piotrek od razu zauważył, że Noi nie karmi wieloryba odpowiednio. Przecież wieloryby nie jedzą ryb — taki komentarz usłyszałam przy pierwszej lekturze. Bardzo przeżywał jednak rozstanie chłopca z nowym przyjacielem. Noi znał wieloryba bardzo krótko, ale zrobił wszystko, by mu pomóc. Wieloryb stał się jego sposobem na samotność i czekanie. Wiedział jednak,  że musi pozwolić mu odejść, bo miejsce wieloryba nie jest w wannie, nawet najwygodniejszej.

Benji Davies, Mój wieloryb

Benji Davies, Mój wieloryb

Dla mnie opowieść Benjiego Daviesa była historią o czekaniu — ciągle na coś czekamy. Na koniec lekcji czy pracy, na powrót ze szkoły, na mamę/tatę/babcię, która odbierze ze świetlicy. Noi czeka na tatę. Ale jego historia to także historia odpowiedzialności za kogoś innego. Opowieść o tym, że czasami w imię przyjaźni czy poczucia, że tak należy, robimy coś, co nie sprawia nam przyjemności, że rezygnujemy z własnych chęci i pragnień, by pomóc komuś innemu.  Bardzo lubię ilustrację, na której Noi i jego tato w żółtych kurtkach patrzą na znikający ogon wieloryba. Świadomość, że postąpiło się „jak trzeba”, może odrobinę wynagrodzić stratę.

Druga książka Daviesa na stosiku to „Cudowna wyspa dziadka”. W „Moim wielorybie” dominują szarości, żółcie i błękity — w końcu to opowieść raczej północna. „Cudowna wyspa dziadka” porywa kolorem i przenosi nas w tropiki.

Benji Davies, Cudowna wyspa dziadka

Ta bajecznie kolorowa książka opowiada o śmierci, o rozstaniu ostatecznym, a jednocześnie zostawia mnóstwo nadziei i daje pociechę. Jej bohaterem jest Syd. Jego dziadek mieszka w domku na tyłach ogrodu — chłopiec zawsze był tam mile widzianym gościem. Dziadek Syda to typ przyjaciela, najbliższej osoby, powiernika. Pewnego dnia Syd nigdzie nie może znaleźć dziadka. W końcu staruszek odnajduje się na strychu, gdzie chłopiec jeszcze nigdy nie był. Odkrywa tam drzwi prowadzące na okręt, który potrafi płynąć wśród stromych dachów i morskich fal. Razem z dziadkiem Syd płynie w fantastyczny rejs, odkrywa cudowną wyspę i zaprzyjaźnia się z jej mieszkańcami. Ale kiedy nastaje czas powrotu, dziadek postanawia zostać na wyspie — tutaj nie potrzebuje laski i otaczają go przyjaciele.

Benji Davies, Cudowna wyspa dziadka
Benji Davies, Cudowna wyspa dziadka

Powrót bez dziadka był dłuższy, a świat stał się mniej kolorowy, co widać na ilustracjach. Syd nigdy już nie mógł odnaleźć żelaznych drzwi, ale wiedział, że jego dziadkowi jest bardzo dobrze na cudownej wyspie. Czy ta książka na pewno odpowiada o śmierci? Dla mnie tak. Delikatnie pokazuje rozstanie, na które nie mamy wpływu. Możemy jednak wierzyć, że gdzieś tam daleko jest miejsce, w którym naszym bliskim jest dobrze. A kto wie, może ich tam kiedyś spotkamy?

Czy takie książki są dzieciom potrzebne? Nie mam wątpliwości, że tak. Szczególnie takie, jak książki Daviesa, które można oglądać i czytać na kilka sposobów. Przemawiają do dziecka obrazem, zachęcają do opowiedzenia własnej historii i przemyślenia smutków. I oferują wiele wariantów opowieści. Można je tylko oglądać, można czytać (i zajmie to tylko chwilę), można marzyć o własnym wielorybie. Mam nadzieję, że dzięki takim lekturom trochę łatwiej potem zmierzyć się z życiem.

 

Benji Davies, Mój wieloryb, tł. Małgorzata Pietrzyk, Znak 2018

Benji Davies, Cudowna wyspa dziadka, tł. Małgorzata Pietrzyk, Znak 2018

Kefir w Kairze

Miało być całkiem o czymś innym, ale od dwóch dni Piotrek czyta „Kefir w Kairze”. Czyta sobie, Matce, Ojcu, Bratu, Babci i wszystkim dookoła. Czyta i chichocze. Czyta i się dziwi, i zadaje pytania. Nie się przeoczyć takiej fascynacji i przejść obok bez reakcji… Aaaa, wygląda na to, że rymowanie jest zaraźliwe.

20180617_134410-1

„Kefir w Kairze” Michała Rusinka (Wydawnictwo Znak) trochę oszukuje. Wszyscy ci, którzy w pełni i bez rezerwy uwierzyli w podtytuł „Rymowany przewodnik po miastach świata”, i spodziewali się zabytków, obyczajów i masy informacji geograficznych będą coraz szerzej otwierać oczy i z coraz większym zdumieniem (i mam nadzieję, coraz szerszym uśmiechem) zastanawiać się, o co chodzi. Jest to bowiem przewodnik napisany nie przez turystę, a przez limerystę — nie, nie jestem taka mądra i nie wymyśliłam tego słowa. Jak powiedział Michał Rusinek w wywiadzie turysta zwraca uwagę na miejsca, a limerysta na nazwy. I to właśnie one są tutaj najważniejsze.

Jak już pisałam, u nas zaczęło się od Buki i Bukaresztu:

20180617_134345

Piotrek nie był w stanie przestać się śmiać. A potem zalał nas pytaniami, czy Buka NAPRAWDĘ  przeprowadziła się do Bukaresztu. I było to tylko pierwsze z serii trudnych pytań.

Michał Rusinek bawi się nazwami. Bierze nazwę jakiegoś miasta na świecie i zaczyna zabawę słowami. Skojarzenia ma niezwykłe i czasami niesamowicie absurdalne. Nazwa jest tylko pretekstem — w wierszu mogą pojawić się odwołania do kultury danego kraju albo nie. Nie ma reguły, bo przecież nie o wiedzę geograficzną, a o zabawę językiem, wyobraźnię i grę w skojarzenia tutaj chodzi. I za nic ma autor późniejsze męki rodzica, do którego przychodzi dziecię i pyta: Mamo! A czy w Skopje NAPRAWDĘ  na słupach są napisy „Chłopje! Stój! Nie dotykaj, bo prąd kopje!” Są?! No sprawdź w Internecie!

20180617_134108

W „Kefirze w Kairze” jest 53 utwory o miastach z różnych krańców świata i z każdego kontynentu (a także dwa spisy treści, zwykły i a tergo). Każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Są takie wiersze, przy których chichoczę. Są takie, które powalają mnie na kolana i wyrywają z gardła jęk zazdrości, że ktoś odkrył takie wspaniałe podobieństwa, ale i takie, które nie wywołują u mnie większych emocji. Nic nie szkodzi — doceniam kunszt słowa i zabawę językiem. To naprawdę świetna książka do czytania i śmiania się. I do nauki geografii właściwie też, bo przecież można zaznaczać na mapie te miejsca, o których Michał Rusinek napisał. A potem pozastanawiać się razem, jak tam jest. A jeśli nie uda nam się zwiedzić Limy, to może chociaż powinniśmy wpaść do Limanowej?

Gdy w Limie gęstość zaludnienia

Stała się wprost nie do zniesienia,

To wtedy część ludności Limy

Wywędrowała pewnej zimy

Do kraju całkiem nieznanego,

Polską (lub jakoś tak) zwanego.

Powstała tam osada nowa,

Nazwana przez nich — Lima-Nowa.

20180617_134012

„Kefir w Kairze” zilustrowała siostra autora, Joanna Rusinek. Bardzo zgrany do duet. Każda rozkładówka to jeden wiersz świetnie komponujący się z rysunkiem. Na kartach książki możecie nawet znaleźć jej autora (nie, to nie jest ta mumia z ilustracji poniżej).

20180617_134228

Lubię utwory Michała Rusinka. Wpadają w ucho, zapraszają do zabawy słowami, pobudzają wyobraźnię. I choć nie zawsze trafiają do mnie skojarzenia i humor autora, to rozumiem swojego syna, któremu trudno się od tej książki oderwać. To lektura, która prowokuje do rozmów o języku i skojarzeniach, do tłumaczenia znaczeń słów — nie ma takich dużo.

Michał Rusinek w wywiadzie, który podlinkowałam wyżej, powiedział, że wyjdzie zbiór jego poezji patriotycznej. Bardzo jestem ciekawa, jak poradził sobie z tak trudnym tematem.

Michał Rusinek, Kefir w Kairze, il. Joanna Rusinek, Znak 2018

Janosz

Informacja, że będzie kręcony film o Janoszu, sprawiła, że wyciągnęłam z półki jego książki. Dawno do nich nie zaglądaliśmy, a przecież „Panama” to jedna z ulubionych lektur Piotrusia. Zaczytywaliśmy się kiedyś razem przygodami Misia i Tygryska, a bandażowanie stało się naszym sposobem na smutek. Piotr zresztą od razu przejął książkę i zaczął czytać swoją ulubioną historię, czyli „Ja ciebie wyleczę, powiedział Miś”, śmiejąc się tak samo, jak za pierwszym razem. Mało ostatnio Janosza na księgarnianych półkach.

Mam wrażenie, że Janosza albo się lubi, albo nie. Obok jego książek nie da się przejść obojętnie. Nasza przygoda z tym autorem i jego książkami zaczęła się od małego skandalu. „Świerszczyk muzykant i kret” to wariacja na temat znanej chyba wszystkim bajki o świerszczyku-lekkoduchu, który przez całe lato muzykuje, a zimą przymiera głodem.

Janosz, Świerszczyk muzykant i kret

U Janosza jest tak samo, a jednak trochę inaczej. Jego Świerszczyk jest kobietą, co wywołało gwałtowny sprzeciw Babci. Malutki Piotruś poprosił o lekturę swojej ulubionej książeczki, Babcia przeczytała, a potem wygłosiła rodzicom kazanie. No właśnie, Janosza się albo lubi, albo nie — dorośli miewają z nim problemy, dzieci raczej nie.

Był sobie raz Świerszczyk, który

przez całe lato wciąż tylko grał

na swoich skrzypeczkach.

Dla własnej przyjemności

i małym polnym zwierzątkom

do tańca.

Janosz, Świerszczyk muzykant i kret

Zimą biedny Świerszczyk chodził od domku do domku, szukając schronienia i pomocy. Poszedł do Żuka Jelonka, do bogatej Myszy — wszyscy go wyrzucali. No bo jak to? Bezdomny próżniak, całe lato tylko rzępolił… — mam wrażenie, że słowa Jelonka i Myszy nie straciły swojej mocy, nadal przejmują mnie dreszczem.

Janosz, Świerszczyk muzykant i kret

W końcu Świerszczyk trafia do Kreta, który ma troszkę krótki wzrok i całkiem ślepe oczy. Krecik chętnie przyjmuje bezdomnego — i tutaj zaczyna się problem. Janosz odwraca sens bajki. Kret nie stara się Świerszczyka „naprawić”, wykazać mu brak rozsądku, nauczyć rozwagi. Takich wątków szukajcie w klasycznej wersji bajki. Kret bowiem przyjmuje Świerszczyka takim, jakim jest. Nie próbuje go/jej zmieniać, ale cieszy się jej towarzystwem i raduje, że może słuchać muzyki. Bo – jak mówi Janosz, ten, kto źle widzi, ten bardzo lubi słuchać muzyki.

Janosz, Świerszczyk muzykant i kret

W norce Kreta zapanowała idylla, pięknie zilustrowana przez autora. Kret i Świerszczyk bardzo się lubią. Cenią swoje towarzystwo i to, co mogą sobie dać. Janosz daje swoim bohaterom wolność i prawo do błędów. Pozwala im zostać takimi, jakimi są. A że Babcia dopatrzyła się w tej idylli niestosownych treści. No cóż!

Potem przywędrowała do nas „Panama”. I do razu stała się hitem.

Janosz, Panama

Piotrek polubił rozważnego Misia i szalonego Tygryska. Na kartach książki przewija się wielu ich zabawnych znajomych, Zając w szybkobieżnych butach, Lew w niebieskich porciętach, Ciocia Gąska z gęsim winkiem. Miś i Tygrysek czasami zdają się bardzo mali i dziecinni, czasami zachowują się jak nastolatki, czasami jak dorośli, ale trudno nie czuć do nich sympatii. Każda z historyjek ma szczęśliwe zakończenie, ale nie jest to klasyczny happy end. Gdzieś w tle dziecko dowiaduje się, jak ważna jest przyjaźń, że skarbem czasami jest to, co mamy na wyciągnięcie ręki, a mityczna kraina szczęśliwości może znajdować się właśnie tu, gdzie jesteśmy.

Janosz, Panama

Mnóstwo w tych historyjkach dowcipu, czasami podszytego ironią i melancholią. Jak jednak nie lubić bohaterów, którzy tak cudownie potrafią się o siebie troszczyć? I czy można nie podziwiać doktora Żabiego Skrzeka, którzy tak szybko zdiagnozował, na co cierpi Tygrysek?

Janosz, Panama

A na koniec mój ulubiony dialog:

No, to teraz zamów sobie twoją najulubieńszą potrawę — powiedział Miś, kiedy byli już sami w domu. — A ja ci ją ugotuję.

— Pstrąg w migdałowym sosie z grzankami! — wykrzyknął Tygrysek.

— Wymyśl coś innego — rzekł Miś.

— Makaron jajeczny z migdałowym sosem i grzankami — zaproponował Tygrysek.

— Wymyśl jeszcze coś innego — nalegał Miś. — Powiedz wreszcie: rosołek!

Życzę Wam najsmaczniejszych rosołków i dużo radości z czytania Janosza, jeśli go jeszcze nie znacie.

PS. Podczas jednego z pobytów w Polsce Janosch, urodzony w Zabrzu, poprosił, żeby używać polskiej wersji jego pseudonimu, stąd Janosz.

 

Janosz, Panama, tł. Emilia Bielicka, Znak 2011

Janosz, Świerszczyk muzykant i Kret, tł. Emilia Bielicka, Znak 2006

 

Fantastyczny pan Lis

Zwykle na wakacje zabieramy ze sobą przynajmniej po książce na głowę (chłopcy więcej) i do tego czytniki wypakowane lekturami, których chyba nie zdążymy przeczytać do końca życia. A i tak przywozimy więcej książek niż wywieźliśmy, bo kuszą księgarnie, stoiska z tanimi książkami czy antykwariaty. W miejscach, do których jeździmy przeglądamy także półki z książkami — oczywiście jeśli ich właściciel się na to zgadza. W ten sposób poznaliśmy Pana Lisa, bohatera wspaniałej książki Roalda Dahla (Wydawnictwo Znak).

Fantastyczny Pan Lis

Pan Lis jest absolutnie fantastyczny, a czytając o prześladujących go farmerach — Blagierze, Gnojku i Szparagu — pękaliśmy z Piotrusiem ze śmiechu. Farmerzy są przedstawieni tak plastycznie i są tak paskudni, że aż fascynujący, choć daleko im do osławionej pani Pałki z Matyldy. A na dodatek mówią barwnym językiem i nawet zdarza się im przekląć — cudowna odmiana od czasami przesłodzonych lektur dla dzieci. Pan Lis jest sprytny i zabawny, a cała historia lekko absurdalna. Uprzedzam, nie jest to umoralniająca lektura dla grzecznych dzieci — jeśli takich książek szukacie, lepiej omińcie Dahla szerokim łukiem. Jeśli jednak macie ochotę na barwne, wyraziste postacie i ciekawą opowieść o zabronionym posmaku, zapraszam do lektury, która czasami pali jak cydr Szparaga — nie jest to cienkusz zalegający często na półkach w kiepskich księgarniach, że sparafrazuję cytat z książki.

Fantastyczny Pan Lis

Historia jest dość krótka i prosta: farmerzy mają farmy, bogate i zasobne, na których hodują kurczaki, indyki, kaczki i gęsi. Szparag robi także cydr — jak się okazało ulubiony napój borsuków. Pan Lis regularnie im te farmy okrada — szkody wielkiej nie robi, ale doprowadza tym trzech bogatych skąpców do furii. Aż w końcu nie wytrzymują i zaczyna się polowanie. Kto kogo przechytrzy?

Fantastyczny Pan Lis

Odpowiedzi możecie się domyślić, ale szczegółów nie będę zdradzać. Zajrzyjcie do Roalda Dahla. Ma nadzieję, że będziecie się bawić równie dobrze, jak my. Książka ma dużą czcionkę i nie jest przesadnie gruba, więc doskonale nadaje się na wakacyjną lekturę — w niczym nie przypomina szkolnych lektur, więc może jakiś nieczytacz da się skusić.

 

Ilustracje pochodzą ze strony Wydawnictwa Znak.

 

Roald Dahl, Fantastyczny Pan Lis, Wydawnictwo Znak 2017

Instytut szyfrów, czyli udana szkolna nagroda

Chyba zdarzyło się to po raz pierwszy. Książkę czytamy w trójkę: ja, Tymek i Tato Tymka. Ja mam najlepiej, bo już przeczytałam. Rzutem na taśmę, gdy tylko Tymek ją dostał (Starszy uznał, że najpierw trzeba grzecznie dokończyć poprzednią lekturę, a że właśnie razem z owcami rozwiązywał pewną zagadkę kryminalną, więc wcale mu się nie dziwiłam). A teraz trwają podchody: kto pierwszy dorwie i przeczyta — no i komu mam kibicować? Tato trochę narzeka, że fabuła ciekawa, ale za prosta (w końcu to SF dla dzieci). A Tymek zadał już znane dramatyczne pytanie: mamo, a kiedy będzie drugi tom? Co Pan na to, Panie Peers? Choć raczej powinno być to pytanie do Wydawnictwa, bo ze strony Bobbiego Peersa wynika, że kolejny tom już jest gotowy.

Instytut szyfrów

„William Wenton. Instytut szyfrów” Bobbiego Peersa, wydany przez Wydawnictwo Znak w czerwcu tego roku, to fascynująca, a jednocześnie tajemnicza lektura. Akcja książki zaczyna się w Norwegii, gdzie wraz z rodzicami żyje William Olsen. Olsen to fałszywe nazwisko, rodzina chłopca w pośpiechu przeniosła się z Anglii do Norwegii po tajemniczym zniknięciu dziadka. Chłopiec nie tylko otoczony jest sekretami — nie wie, co się wydarzyło, nie wie, przed czym i dlaczego się ukrywają — ale także w ten sam sposób postrzega świat. Wszystko wokoło w jego oczach tworzy szyfr czekający na rozwiązanie, a właśnie szyfry z jakiegoś powodu są dla niego największym zagrożeniem. Rodzice starają się go chronić, ale nie jest łatwo chronić niesamowicie inteligentne dziecko zafascynowane zagadkami. Kiedy więc do Norwegii przybywa wystawa prezentująca Niemożliwość, szyfr nie do rozwiązania, akcja zaczyna gwałtownie przyspieszać, a czytelnik wraz z Williamem odkrywa Instytut Szyfrów.

Bobbie Pieers napisał ciekawą książkę, która mocno oddziałuje na wyobraźnię. Powiedziałabym, że to niezła powieść sensacyjna z elementami sf dla nastolatków. Akcja jest wartka, ciągle się coś dzieje, nowe okoliczności wpływają na naszą wiedzę o świecie, czytelnik chce wiedzieć, co będzie dalej i przewiduje rozwiązania, a potem okazuje się, że autor wprowadził go w maliny, a prawda jest całkiem inna i zaskakująca. Niewiele tutaj opisów, co sprawia, że wyobraźnia może pracować pełną parą — z książki raczej nie dowiemy się, jak dokładnie wygląda William, Instytut Szyfrów czy inne mniej lub bardziej tajemnicze postacie czy przedmioty pojawiające się na stronach powieści. Mam żal do Wydawnictwa Znak za okładkę, która od razu narzuca pewien wzorzec bohatera — chłopiec z okładki wygląda zwyczajnie, ale sprawia, że trudno potem nałożyć Williamowi inne rysy. Dużo bardziej podobają mi się okładki wydań skandynawskich czy niemieckich, które intrygują i są tajemnicze. To samo dotyczy tytułu — Instytut szyfrów daje nadzieję, że kody i zagadki będą pełniły w tej książce dominującą funkcję, a wcale tak nie jest.

Minusów jest więcej. Książka jest momentami bardzo naiwna, szczególnie niektóre opisy technologii wydają się ozdobnikiem i wodotryskiem bez żadnego wypływu na fabułę. Coś z czegoś powstaje, ale nie wiadomo dlaczego i jak — warstwa SF jest po prostu szlaczkiem i ozdóbką, a nie rzeczywistym SF. Fajnie się niektóre fragmenty czyta, ale nie do końca wiadomo, po co autor umieścił je w książce. Co jeszcze? Warto zwrócić uwagę na filmowość tej książki — na pewno ma na to wpływ doświadczenie autora, ale książka wydaje się pisana pod kątem przyszłej adaptacji — są w niej rzeczy, które na pewno będą dobrze wyglądać na filmie, choć z punktu widzenia fabuły nie mają większego sensu albo są dość oczywiste. Postacie są jednowymiarowe, a William absolutnie genialny, choć naprawdę trudno uwierzyć, że nikt, przez tyle lat, nie zauważył jego inności. Książka stanowi zamkniętą całość, ale pozostawia mnóstwo bardzo podstawowych pytań. Mam nadzieję, że następna część będzie równie ciekawa, ale bardziej spójna i mniej chaotyczna.

„William Wenton. Instytut szyfrów” trafił do rąk Tymka jako nagroda szkolna za cały rok nauki. Książki dostały wszystkie dzieci i udało się przekonać Wychowawczynię, że nie muszą to być słowniki, encyklopedie, atlasy ani Niziurski, Makuszyński czy Ożogowska. Do rąk dzieci trafiły cztery tytuły: „Instytut szyfrów”, „Ewolucja według Calpurnii Tate”, „Hej Jędrek! Masz cykora?” oraz „Ale historia! Jadwiga kontra Jagiełło”. I wiecie co: dzieci były przynajmniej zaintrygowane. Właściwie nie znalazło się dziecko, które nie zerknęłoby do książki, a klasa Tymka nie składa się z samych moli książkowych. Takie właśnie powinny być nagrody za naukę: intrygujące, zachęcające do zajrzenia, z okładką, która skłania do tego, by sprawdzić, co jest w środku. W końcu powinna to być lektura na wakacje, a chyba nikt nie miałby wtedy ochotę czytać słownika czy atlasu.

 

Bobbie Peers, William Wenton. Instytut szyfrów, Wydawnictwo Znak, 2017

Jak przeklinać, to przynajmniej oryginalnie

Zdarza Wam się czasami przekląć? Chyba każdemu się zdarza. Takie czasy. Mnie też, choć bardzo, bardzo staram się nie używać słów paskudnych. Moje dzieci brzydkie wyrazy znają, choć wypowiadają rzadko (nie wiem, jak jest, gdy nie słyszę, ale skarg nie było). Nie jestem w stanie ochronić ich przed wulgaryzmami, bo atakują z każdej strony. Pamiętam zaabsorbowanie mojego syna, gdy na ławeczce koło nas przysiadło dwóch młodzieńców. Potem odkryłam, że dziecię moje liczyło — nie wulgaryzmy, tylko zwykłe słowa. Mamo, tylko 15! Śmiać się czy płakać?

Jak przekręcać

Co robić? Jak chronić dzieci? Jak dbać o język? Jak pokazać, że emocje można oddać w różny sposób? Od dzisiaj mam jedną radę — trzeba koniecznie, ale to koniecznie przeczytać Jak przekręcać i przeklinać Michała Rusinka, a potem zaopatrzyć się w notes i długopis i zacząć słuchać i tworzyć. Zgodnie z radą na okładce:

Gdy gra na nerwach ktoś lub coś ci,

gniew budzi, drażni, wścieka, złości,

raczej nie ciskaj się w amoku,

nie gryź i nie niszcz sprzętów wokół,

lecz zawrzyj złość swą w takich słowach,

co się nie mieszczą w zwykłych głowach,

i ciśnij nimi o podłoże…

To ci pomoże!

To świetna książka dla dzieci i dorosłych. Barwna i radosna, przykuwająca uwagę od pierwszej strony. Kolorowe buzie na okładce pokazujące różne emocje to strzał w dziesiątkę, a w środku jest jeszcze lepiej — Joanna Rusinek bawi się kolorem, tak samo jak Michał Rusinek bawi się słowem. Z przyjemnością oglądałam ilustracje, czytałam wierszyki i śmiałam się w głos, a belwebraidź do sęka chyba na stałe zagoszczą w moim repertuarze.

 Jak przekręcać

Warto poczytać tę książkę, gdy ma się kiepski nastrój. Będzie doskonałym lekarstwem na nudę i chandrę. No bo jak się nie śmiać lub przynajmniej nie uśmiechnąć?

Skoro są TE NISÓWKI,

Powinny być i TAMTE przecież.

Wiedzą to nawet półgłówki,

więc z czego się śmiejecie?

Wierszyki Michała Rusinka są lekkie, dowcipne, zabawne, kunsztowne. Aż zazdrość bierze, że człowiek tak nie potrafi. Ale, ale… Może warto spróbować i stworzyć własny język, do prywatnego użytku? Może nie będzie aż tak wyszukany, za to własny i pełen prywatnych znaczeń. Ten tomik zachęta do zabawy słowami, do słuchania języka dzieci, do przetwarzania i przekręcania, do szukania w słowach drugiego i trzeciego dna, do zabawy najbardziej absurdalnymi skojarzeniami, do wymyślania własnego repertuaru słów mocnych i pełnych emocji, które niczyich uszu nie urażą. Przypomnijmy sobie dzieci uczące się mówić, wyłapujmy lapsusy językowe i zabawne przestawki, wyjdźmy poza „niech to dunder świśnie” i „kurczę blade”. Ta lektura bardzo zachęca do kreatywności językowej. Mocne słowa są nam w życiu potrzebne, więc wymyślmy własne. Oporni i przyzwyczajeni do konwencji mogą zacząć zabawę, korzystając z listy przekręceń i przekleństw zamieszczonych w książce.

Jak przekręcać

Wyobraziłam sobie właśnie piękną przyszłość. Idę z chłopakami na spacer, a tu z orlika dobiega przepiękna polszczyzna: komba bruca, gdzie strzelasz, chłopie! No rusz się, ofel! A ten co, raptem totem! Ech, jakby było pięknie! Czytajmy naszym dzieciom Rusinka, niech przekręcają i wydziwiają językowo. Niech zobaczą, jak pięknie można się językiem bawić i jak wiele można stracić, ograniczając się do piętnastu słów.

Zdjęcia pochodzą ze strony wydawnictwa Znak.

Recenzja ukazała się także w portalu Miasto Dzieci.

 

Michał Rusinek, Jak przekręcać i przeklinać, Znak 2016

Absolutnie subiektywna świąteczna polecajka Tymka

Na blogach, portalach i stronach wydawnictw mnóstwo jest prezentowych propozycji. Przepięknych, cudownych i mądrych książek dla maluchów, przedszkolaków i dzieci z młodszych klas podstawówki. A dla starszych jakby mniej. Poprosiłam więc Tymka, żeby zastanowił się i wskazał książki, które zrobiły na nim największe wrażenie, które warto kupić pod choinkę i podarować starszemu dziecku — nawet takiemu, które nie przepada za czytaniem.

No i zaczęła się dyskusja. Oglądaliśmy książki z półek i przeglądaliśmy listy książek wypożyczonych — jak to dobrze, że biblioteka ma katalog elektroniczny. Pominęliśmy „Harrego Pottera”, „Percy’ego Jacksona” i „Baśniobór” jako absolutne pewniaki (mamo, to wszyscy znają!). No więc voilà! Zapraszamy do lektury absolutnie subiektywnego spis książek dla młodszej młodzieży wartych przeczytania i podarowania — kolejność wymieniania tytułów przypadkowa! Niestety niektóre z tych książek ciągle czekają na recenzję na blogu, większość można bez problemu kupić. Aaa, i prosiłam, by moje dziecko wybrało dziesięć tytułów — nie było prosto!

Zaczynamy od tych, którzy czytać za bardzo nie lubią i długa książka sprawi, że uciekną pod stół.

1. „Hej, Jędrek! Przepraszam, czy tu borują?” Rafała Skarżyckiego, Tomasza Lwa Leśniaka (Nasza Księgarnia) lub dowolna inna część przygód Jędrka. Zabawna, pełna rysunków i komiksów lektura o perypetiach zwariowanego dziesięciolatka. Dla fanów komiksów i kryminałów od 7 roku życia, ale dla jedenastolatka też się nada.

Hej Jędrek! Przepraszam, czy tu borują

2. Kolejna propozycja na naszej liście dla niechętnie czytających to właściwie dwie pozycje, także wydane przez Naszą Księgarnię: „Mieszko, ty wikingu!” i „Kazimierzu, skąd ta forsa” Grażyny Bąkiewicz. To bogato ilustrowane i pełne zabawnych komiksów opowieści o podróżach w czasie i zwiedzaniu Polski za czasów Piastów. Tymek bawił się świetnie i uznał, że to doskonała lektura dla wszystkich, którzy nie przepadają za czytaniem, ale lubią rycerzy i dawne czasy. 

Mieszko, ty wikingu!

3. Mamo, koniecznie „Kroniki Spiderwick„! Tony’ego DiTerlizzi i Holly Black (Znak) — tylko chyba trudno ją kupić. To brawurowe wprowadzenie do świata fantasy. Czego tutaj nie ma: rozbita rodzina, rozpadający się dom, masa dziwnych stworów, zagrożenie dla świata, świetny, wciągający tekst i inspirujące ilustracje. Bywa strasznie, więc powiedzmy, że od ósmego-dziewiątego roku życia. I uwaga: koniecznie trzeba zacząć lekturę od pierwszego tomu!

Kroniki Spiderwick

A teraz propozycje dla tych dużo czytających, którzy pochłaniają jedną książkę za drugą i ciągle im mało.

4. Yves Grevet „Meto” (Dwie Siostry) — dystopia dla młodzieży, momentami mroczna i bardzo wciągająca. Sześćdziesięciu czterech chłopców w wielkim Domu na wyspie. Nie wiedzą, kim są, nie wiedzą, co ich czeka. To nie jest przyjazny, barwny świat. Tutaj trzeba szybko dorosnąć. Dla dwunastolatków — docelowo trzy tomy.

Meto

5. Brandona Mulla na tej liście nie mogło zabraknąć. O „Baśnioborze” nie będę pisać, ale mój syn poleca także „Wojnę cukierkową” (tylko dwa tomy!) (wydawnictwo Wilga). To opowieść o małym miasteczku, paczce przyjaciół i magicznych słodyczach (ech, każdy chciałby polatać po zjedzeniu supersmacznej pralinki). Akcja pędzi i natychmiast po zakończeniu pierwszego tomu chce się zacząć następny.

Wojna cukierkowa

6. Co powiecie na spiskowe teorie dziejów, tajemne stowarzyszenia i świat, w którym nieustannie ściera się dobro i zło? A w samym środku wydarzeń tkwi oryginalne rodzeństwo August i Cezaryna. To książka o wadze wiedzy i książek właśnie, o samotności i walce o akceptację — sporo w niej przemocy: fizycznej i psychicznej. Mnie nieodparcie kojarzy się z Aleksandrem Dumas i powieściami spod znaku płaszcza i szpady, a Tymek pochłonął ją z wypiekami na twarzy. Jeśli lubicie wartką akcję i tajemnice, sięgnijcie po „Podpalaczy książek” Marine Carteron (Wytwórnia, od 12 lat, 3 tomy).

Podpalacze książek

7. Zwiadowcy„, mamo, zwiadowcy! Ech, to lektura nie najwyższych lotów, ale bardzo uzależniająca. Dobra dla nawet początkującego czytacza, bo wciąga jak odkurzacz. Wartka akcja niesie czytelnika z miejsca na miejsce po rozległych, rycerskich krainach. Oblężenia, pojedynki, porwania, podróże. Zanim kupicie, sprawdźcie, czy pobliska biblioteka oferuje wszystkie tomy, a jest ich chyba ze dwanaście (wydawnictwo Jaguar) — nadaje się dla rozczytanego dziesięciolatka, a starsze dziecko też nie będzie się raczej nudzić. Dorosłym też zdarza się uwielbiać tę serię.

Zwiadowcy

8. Kolejny Brandon Mull na naszej liście. Seria „Pięć królestw” to jedna z ulubionych lektur Tymka, który nie może się doczekać następnej części. Mój syn uważa, że te książki są lepsze od „Baśnioboru”. Grupa przyjaciół trafia na tajemnicze Obrzeża. Muszą przejść przez kolejne krainy, przeżywają mnóstwo przygód, zdobywają niezwykłe przedmioty i moce — po każdym tomie mój syn szczegółowo opowiadał, co tym razem było najfajniejsze (Wydawnictwo Egmont, od 11 roku życia, choć mój ośmioletni bratanek też czytał z zachwytem). Na razie wyszły trzy tomy.

Pięć królestw

9. Mamo, to smutna książka, ale ciekawa. I inna niż wszystkie. Moje dziecko bardzo przeżyło lekturę „Mówcie mi Bezprym” Grażyny Bąkiewicz. Ta książka zmusza do myślenia, pokazuje, że przeszłość to nie tylko bitwy i daty, to ludzie ukryci za zasłoną czasu, którzy kochali, nienawidzili i pragnęli. Akcja jest wartka i wciąga, ale to lektura dla dojrzalszych i bardziej wyrobionych czytelników (wydawnictwo Literatura, od 11 lat). Uwaga: tylko jeden tom (co za dziwactwo w dzisiejszych czasach!)

Mówcie mi Bezprym

10. No i na końcu, choć kolejność jest przypadkowa, po prostu tak wyszło, Marcin Szczygielski i książki o przygodach Mai. Jeszcze nie czytaliśmy „Klątwy dziewiątych urodzin”, ale przecież warto zacząć od początku, od „Czarownicy piętro niżej” i „Tuczarni motyli”. To świetna polska seria, trzymająca w napięciu i czarująca słowem. Znam rodziny, gdzie wszyscy zasiadali na wspólne czytanie, dorośli i dzieci, by razem dowiadywać się, co było dalej (wydawnictwo Bajka, od 7 lat).

Czarownica piętro niżej

Co sądzicie o liście Tymka? Co byście na nią dorzucili? Czekam łakomie na wszystkie tytuły, bo dostarczanie mojemu dziecku strawy książkowej to momentami nie lada wyzwanie 🙂

Kto (nie) chce pieska?

Moje dzieci chcą. Pieska, kotka, papugę, tukana, tygrysa, chomika, myszoskoczka, meduzę… Na razie mamy rybki, które nie bardzo chcą się integrować. I chłopcy muszą się nimi zadowolić, bo ich matka nie uważa, że puste mieszkanie, którego mieszkańcy pojawiają się dopiero wieczorem, to dobre miejsce dla zwierzaka — rybki jakoś osamotnienie wytrzymują. Zamiast „mania” zwierzaka, czytamy o zwierzakach. Nie wystarcza na długo, marudzenia jest potem jeszcze więcej, ale nie da się obejść wszystkich książek o pieskach i kotkach szerokim łukiem.

Najpierw będzie o Ricie i Cośku, bohaterach książki Rita i Cosiek” Jean-Philippe’a Arrou-Vignoda, autora „Jaśków” (wydawnictwo Znak).

Rita i Cosiek

I teraz będzie wyznanie: Piotrek tę książkę pokochał bardzo, a jego matka trochę mniej. Rysunki podobały mi się ogromnie, fabuła jest prosta i zabawna, ale tekst momentami mi przeszkadzał, zwykle wtedy, gdy zaczynał się rymować. Może to kwestia wieku 🙂 — książka jest przeznaczona dla dzieci małych i mniejszych i im raczej będzie się podobać.

To może do rzeczy. W pewnym domu mieszka Rita. Rita bardzo marudzi, choć ma urodziny i wszystko jej przeszkadza — nawet prezenty.

Rita i Cosiek

Nagle jeden prezent zaczyna uciekać. Okazało się, że w paczce jest malutki piesek. Tak zaczyna się wspaniała przyjaźń między dziewczynką a Cośkiem.

Rita i Cosiek

Piotruś zaśmiewał się do łez, gdy Rita wymyślała imię dla Pieska, gdy prowadzili długie rozmowy lub pojechali na wycieczkę. Podobał mu się prosty tekst i z ogromnym zainteresowaniem śledził kolejne przygody Rity. Nie jest to spokojna dziewczynka. Lubi postawić na swoim i chętnie by rządziła całym światem. Cosiek nie jest jednak potulnym psem i ma swoje zdanie. Ta para bardzo się lubi.

Wielkim atutem książki są ascetyczne ilustracje Oliviera Talleca. Obrazki narysowane są delikatnymi pociągnięciami ołówka, nie epatują szczegółem. Świetnie rozegrany jest kolor: czerwone plamy i plamki przyciągają uwagę i podkreślają akcję. To dobra lektura dla przedszkolaków: tekstu jest mało, a żarty będą czytelne dla każdego dziecka.

Drugą książką o piesku, która wzbudziła entuzjazm mojego synka, był „Przemyt” Beaty Sroki. Tę książkę można niestety znaleźć chyba tylko w bibliotece, a nam spodobała się ogromnie. 

Przemyt

Bohaterem książki jest mały Jaś, który marzy o piesku. Jego mama wymyśla miliony przeszkód, bardzo zabawnie narysowanych przez Bognę Srokę-Muchę. Ona mówi całkiem jak ty — ponuro stwierdził Piotruś i trochę racji w tym, niestety, było. 

Pewnego dnia Jaś przemyca do domu pieska znalezionego przy śmietniku. Piesek, nazwany później Przemytem, jest bardzo sympatyczny i bardzo dobrze czuje się w domu Jaśka. A że nikt o nim nie wie, dochodzi do mnóstwa zabawnych sytuacji. Scenę, w której tatuś odkrywa efekty swojej walki z wielkim wężem, musiałam przeczytać chyba z piętnaście razy, a Piotruś ciągle nie miał dosyć. To zabawna, urocza i ciepła książka o tym, że marzenia czasami się spełniają i o tym, że czasami warto im pomóc.

Piotruś z zaciekawieniem oglądał dowcipne ilustracje Bogny Sroki-Muchy. Do jego ulubionych należy ta z psem zapakowanym w różne pudła i pudełka. Bawiła go także typografia: tekst zapisany jest różnymi czcionkami i moje dziecko z radością próbowało odcyfrować niektóre wyrazy. To świetna i zabawna książka, po którą warto sięgnąć, jeśli będzie leżeć na bibliotecznej półce.

Zdjęcia „Rity i Cośka” pochodzą ze strony wydawnictwa Znak.

 

Jean-Philippe Arrou-Vignod, Rita i Cosiek, Znak 2016

Beata Sroka, Przemyt, Muchomor 2008 

 

Kto kogo zjada

Pojawia się coraz więcej pięknych i dobrze napisanych książek o przyrodzie. Cieszą oczy dorosłych i dzieci, pobudzają wyobraźnię. Takie tytuły jak „Animalium”, „Inwentarz drzew”, „Inwentarz zwierząt”, „O rety! Przyroda” są na ustach wszystkich, którzy interesują się książkami. U mnie będzie o książce, która już dobrych kilka lat temu zagościła na półce chłopców. Na dodatek była to jedna z pierwszych książek, którą moi synowi znali na pamięć.

Najpierw Tymek, a potem Piotruś przychodzili z książką pod pachą i mówili: wiesz, mamo, był kwiat, i przyszły mszyce, i zjadły kwiat, i przyszła biedronka… Bardzo żałuję, że „Kto kogo zjada” jest niedostępne na półkach w księgarniach, bo świetnie pokazuje, co to jest łańcuch pokarmowy.

Kto kogo zjada

 Tak jak w opowieści moich synów, wszystko zaczyna się i kończy na kwiatku, ale w międzyczasie dzieje się dużo.

Kto kogo zjada

Kto kogo zjada

Kto kogo zjada

 Kto kogo zjada

Kto kogo zjada

Kto kogo zjada

Przez jakiś czas słowa „i zdechł, bo był bardzo stary” kończyły każdą opowieść synów. Pojawiły się znowu, gdy zaczęliśmy grać w kości-opowieści (story cubes). Tymek opowiadał historię, widać było, że się trochę zaplątał, a potem na jego twarzy pojawił się uśmiech i ze śmiechem dodał: a potem zdechł, bo był bardzo stary.

Książka Aleksandry i Daniela Mizielińskich niczego nie ukrywa ani nie upiększa. Ilustracje są oszczędne, czarno-białe, narysowane trochę „po dziecinemu”, a jednocześnie – gdy przyjrzymy się im bliżej – widać, jak bardzo są dopracowane, mimo iż składają się z samych kropeczek i kreseczek (a może właśnie dlatego). Czcionka nierówna, jakby lekko ponadgryzana. Tekstu nie jest dużo, proste zdania plus kilka informacji naukowych, oznaczonych gwiazdką.

Moje dzieci odczytały przekaz płynący z tej książki od razu: nic w przyrodzie nie ginie, nic się nie marnuje, jeden organizm przekształca się w drugi. W tej historii człowieka nie ma. Mam wrażenie, że ta książka dojrzewa wraz z czytelnikiem, a może to odbiorca dojrzewa, by zobaczyć więcej. Pewne pytania pojawiają się z wiekiem. Piotrusia ciągle jeszcze interesuje tylko to, kto kogo zjada, czy jeż naprawdę może zjeść jajko, a sowa jeża. Tymek pytał o węża z okładki, który zjada własny ogon. Zaczął dopytywać się, gdzie w łańcuchu pokarmowym jest człowiek i sam doszedł do wniosku, że tam, gdzie wilk, ryś, żbik i inne drapieżniki, a może jeszcze wyżej. Im więcej się o tej książce myśli, tym więcej potrafi przyjść do głowy niepokojących myśli i pytań, ale może to już domena dorosłego.

Jedyną wadą tej książki jest sposób klejenia, który nie pozwala do końca rozłożyć kartek i część ilustracji ginie gdzieś na zgięciu. Szkoda. Może kiedyś pojawi się kolejne wydanie, gdzie będzie można podziwiać rysunki w całości.

Aleksandra Mizielińska, Daniel Mizieliński, „Kto kogo zjada”, Znak 2010

Więcej ilustracji można znaleźć na stronie hipopotam studio.