Maurycy i Ogryzek, czyli co w trawie piszczy

Miałam pisać o zupełnie innej książce. Ale nie mogę, bo Młodszy od kilku dni wieczorami ryczy ze śmiechu (przed snem), a potem słyszę błagalne: mamo, jeszcze jeden rozdział. Oznacza to, że zarywamy noce, mamy problem z porannym wstawaniem i stałam się przykładem rodzicielskiej beztroski. Wszystko przez jedną książkę, która kurzyła się na półce, bo Tymek nigdy nie chciał słuchać o Dolinie Bagiennej Trawy. Nie wiem, czy teraz żałuje, wiem jednak, że „Co w trawie piszczy” Pawła Wakuły (Wydawnictwo Literatura) wskoczyło z tupetem na listę ulubionych książek Piotrusia.

Co w trawie piszczy

Dolina leży gdzieś daleko — ludzie na szczęście zapuszczają się tutaj rzadko i raczej tylko na skraj lasu — więc stała się schronieniem różnych stworów i stworków. Mieszka tutaj wiele żabonów i ropuchów, rusałek, dziwożon, wodników, płanetników, latawic, błędnych ogników, strzyg, jest nawet jeden niedźwiedź brutalny, a oprócz nich wiele innych zwierząt — zwyczajnych, choć gadających. Najważniejsi są jednak oni: Maurycy (skrzat leśny, który bardzo nie lubi jak się na niego mówi „niebożę”, a wręcz nie cierpi, gdy nazywa się go krasnoludkiem) oraz Ogryzek, czyli sympatyczny, łakomy i czasami trochę źle wychowany szczurek.

Historia zaczęła się pewnej czerwcowej nocy, gdy mieszkańcy Doliny Bagiennej Trawy czekali na letni rój meteorów. Każdy musi wtedy wypowiedzieć swoje największe życzenie. Skrzat Maurycy marzył o maszynie do robienia błyskawic, ale trudno życzyć sobie czegoś, co nie wiadomo, jak wygląda, dlatego gdy zobaczył największą, opadającą wolno gwiazdę, która na dodatek zrobiła podwójną pętlę, zażyczył sobie, żeby wydarzyło się coś niezwykłego, a lato było inne niż wszystkie. To była prośba z rodzaju tych szybko się spełniających — gwiazda nie była gwiazdą tylko statkiem kosmicznym, w którym na ziemię przybył kosmita desperacko poszukujący brombuli, paliwa do swojego kosmolotu. Chyba właśnie w tym miejscu Piotruś wybuchnął śmiechem po raz pierwszy.

[…] zielony ludzik przestał machać łapkami i zanurkował we wnętrzu pojazdu. Przez chwilę dobiegały stamtąd odgłosy przerzucania jakichś szpargałów i poirytowane piski, po czym gość znowu pojawił się w drzwiach. Tym razem miał zawieszony na szyi malutki, srebrzysty aparacik z trąbką. — Witam was, ziemianie! — odezwał się metaliczny głos z aparaciku. — Życzę wam spokojnego purdlenia i długich lat owocnej grzymutli!

Po wysłuchaniu całej rozmowy z ufoludkiem mój synek prawie tarzał się ze śmiechu. Zdradzę Wam, że Maurycemu i Ogryzkowi udało się znaleźć brombulę, co oznaczało ogromną zmianę w ich życiu. Zyskali sławę i założyli leśną agencję detektywistyczną. 

Co w trawie piszczy

Przez całe lato zajmowali się rozwiązywaniem spraw trudnych i skomplikowanych. Przez ich biuro (wyposażone zgodnie z zaleceniami miesięcznika „Zbrodnia i Kara”) przewinęło się mnóstwo mniej lub bardziej niezwykłych stworzeń: od wilkołaka Alfreda i niedźwiedzia Leona, bo boboka Grozę. Bobok zresztą należy do ulubionych bohaterów Piotrusia, który przez jakiś czas zamęczał wszystkich pytaniami: a chcielibyście iść na film „Powrót Wielkiej Krwiożerczej Zmutowanej Łasicy skrzyżowanej z Krwiożerczym Nietoperzem”? Jeśli chcecie się dowiedzieć dlaczego, koniecznie musicie przeczytać książkę 🙂

Co w trawie piszczy

Paweł Wakuła stworzył sympatycznych, bezpretensjonalnych bohaterów. Maurycy i Ogryzek to dobrzy przyjaciele, którzy czasami mają siebie dość, czasami palną gafę, ale zwykle świetnie się dogadują. To jedna z fajniejszych par detektywów, którzy po swojemu, wnikliwie, choć czasami przy dużej dozie szczęścia, rozwiązuje najbardziej skomplikowane przypadki. Na pewno nie brakuje im odwagi, chcą pomagać swoim klientom i do każdej sprawy podchodzą bardzo poważnie.

Tekst jest dobrze napisany i spójny — sporo w nim odniesień do naszej rzeczywistości, trochę tropów zrozumiałych dla starszego czytelnika. Rodzic na pewno nie będzie się nudził i męczył, a sądzę, że humor tych opowieści przemówi do każdego. Oprócz przygód, czasami groźnych i zaskakujących, można tutaj znaleźć i tematy do rozmyślania, choć podane w leciutkiej formie:

Pani wybaczy… — wtrącił Maurycy — ale czy to praktyczne mieć dachówki z piernika? Albo rynny z marcepanu? To już nawet nie chodzi o to, że każdy chce taki domek zjeść, ale przecież to nie przetrzyma pierwszego deszczu — rozpuści się!

Jasne, że się rozpuści — zgodziła się Baba Jaga. — A wtedy upiekę nowy. Moja babka tak robiła, moja matka tak robiła, więc ja też muszę. Rozumiesz — tradycja.

Bardzo nam się podobają także ilustracje, które wykonał autor tekstu. Są takie, jakie powinny być: nieprzesadzone, kolorowe, proste. Na szczęście to nie jest konwencja „ślicznych” obrazków. Piotruś bardzo wnikliwie studiuje ilustracje, sprawdzając, czy stworzonka wyglądają tak samo, jak je sobie wyobraził. 

Teraz czekają mnie zakupy, bo gdy synek dowiedział się, że Paweł Wakuła napisał jeszcze kilka książek o Dolinie Bagiennej Trawy, zaczął wrzeszczeć z radości i turlać się po podłodze. Nie pozostaje mi więc chyba nic innego, jak kupić kolejne, i cieszyć się lekturą razem z synkiem. Wydawnictwo poleca tę książkę dzieciom od siódmego roku życia, ale jak widać sześciolatek też dał radę 🙂

Paweł Wakuła, Co w trawie piszczy, Wydawnictwo Literatura 2009

Reklamy

Roald Dahl, „Matylda” – i co z tego wynikło

„Matyldę” wyciągnęłam z półki w przypływie rozpaczy. Tymek było chory i straszliwie marudził. Nie mógł sam czytać, nie miał ochoty niczego słuchać, generalnie życie było paskudne. Chciałam poczytać mu coś, czego nie zna on — i nie znam ja, to było moje pierwsze spotkanie z akurat tą książką Roalda Dahla. Tak, tak, ciągle czytamy książki naszemu dziesięcioletniemu synowi — nie tylko wtedy, gdy jest chory — i niczego nie zmienił fakt, że Tymek wciąga książki jak mały odkurzacz. Wspólne czytanie to wspólnie spędzony czas — on to lubi, my to lubimy i nie widzimy powodu, by z tego zwyczaju rezygnować.

Matylda

Historia Matyldy zaintrygowała nas oboje, choć na początku usłyszałam kilka protestów, że to pewnie będzie nudne, bo o dziewczynie. Świat Roalda Dahla nie jest jednak pastelowy ani ładny, to przerażający i brutalny obraz życia i szkoły. Nie skończyliśmy książki wspólnie. Moje starsze dziecko doczytało ją samo dzień czy dwa później, bo nie mogło się doczekać, aż będę miała czas. Opowieść o Matyldzie naprawdę go wciągnęła i długo później o niej opowiadał.

Kim jest Matylda? Matylda to genialna córka państwa Piołunów — znacie gorszych rodziców?

Zanim Matylda skończyła trzy lata, nauczyła się czytać z gazet poniewierających się po domu. W wieku czterech lat czytała szybko i płynnie, no i oczywiście zaczęła wzdychać do książek. Ale jedyną książką w tym oświeconym domu była „Łatwa kuchnia”, należąca do jej matki. Kiedy przeczytała to dzieło od deski do deski i nauczyła się wszystkich przepisów na pamięć, stwierdziła, że musi rozejrzeć się za czymś bardziej interesującym.

— Tato, kupiłbyś mi książkę? — zapytała.

— Książkę? — zdziwił się. — A po co ci jakaś zakichana książka?

— Do czytania, tato.

— A co, telewizja już ci się nie podoba? Mamy piękny, dwunastocalowy telewizor, a ty chcesz książkę! Rozpuściłaś się, mała!

Tymek bardzo chciał wiedzieć, czy naprawdę istnieją tacy rodzice: ledwo zauważający własne dzieci, niezainteresowani niczym oprócz oglądania telewizji, leniwi, niedoceniający zdolności własnej córki, marzący tylko o tym, kiedy się jej w końcu będą mogli pozbyć… Uff, chciałabym móc powiedzieć, że takich rodziców nie ma, że Roald Dahl po prostu wyolbrzymił zwykłe wady, a w efekcie Piołunowie zamienili się w potwory.

Mam jednak naprawdę nadzieję, że nie istnieją tacy nauczyciele, jak pani Pałka, dyrektorka szkoły, do której trafiła Matylda. Głównym hobby Pałki jest rzucanie dziećmi za włosy i nękanie ich na tysiąc różnych sposobów. Szkoła w tej książce to miejsce tortur — szybko trzeba poznać panujące tutaj zasady, by przetrwać. Mnie włosy jeżyły się na głowie, a Tymek zaśmiewał się do łez. Wizja nauczyciela, który rzuca dzieckiem, była dla niego tak absurdalna, że w żaden sposób nie mógł jej odnieść do własnej rzeczywistości, na szczęście!

No tak, właściwie z tego wpisu wynika, że książka Roalda Dahla to wzbudzający grozę horror 🙂 Historia Matyldy to piękna, iskrząca się humorem baśń, w której wygrywa dobro, choć zło jest okrutne, bardzo silne i ma wielu zwolenników. Mało jest w tej opowieści pozytywnych bohaterów (właściwie tylko Matylda i jej wychowawczyni, pani Miodek), ale wszystkie postacie są bardzo wyraziste i zróżnicowane. No i wszystkie mają znaczące nazwiska. Akcja toczy się wartko, co chwila coś się dzieje, Matylda odkrywa w sobie właściwości telekinezy, a jej tato okazuje się znanym oszustem — nie można się nudzić.

Zdecydowanie jednak nie przeczytałabym tej książki dziecku, które jeszcze nie ma za sobą doświadczeń szkolnych. Mam wrażenie, że plastyczna wizja szkoły jako miejsca, gdzie gnębi się dzieci fizycznie i psychicznie, mogłaby na długo zapaść w pamięć. Szkolniak, najlepiej z poczuciem humoru i umiejętnością dostrzegania groteski — jak najbardziej. Przedszkolak — raczej nie, żeby przypadkiem nie zrazić do szkoły.

A wiecie, jaki był dodatkowy efekt lektury? Tymek bardzo serio potraktował listę lektur przeczytanych przez Matyldę w wieku pięciu lat i uznał, że koniecznie musi je poznać. No bo jak to — przecież też szybko czyta i lubi długie książki. Lista jest ambitna — będzie mógł zacząć od Dickensa i Oliviera Twista. Zobaczymy, czy da radę.

Roald Dahl, Matylda, kolekcja Cała Polska czyta dzieciom, 2008

Trudne książki – co to takiego?

Przyjaciele zadali mi pytanie, czy czytam z chłopcami trudne książki. Trudne, czyli jakie? I trudne dla kogo, dla dziecka czy dla rodzica? A na jakim poziomie ma być ta trudność? Zamiast zastanawiać się nad odpowiedzią, zaczęłam mnożyć pytania. Czy baśnie braci Grimm są trudne? Pamiętam swój zachwyt z czasów wczesnej podstawówki, czytałam je nałogowo (nosiłam wydanie broszurowe w plecaku, serio) i jakoś nie wyrosłam na seryjnego mordercę, choć krew się w nich lała (to była ta wersja z obcinaniem palców w Kopciuszku). Teraz trudna jest dla mnie lektura książek dla dzieci napisanych tak, że mam je ochotę natychmiast wrzucić do pieca i nie umiem, bo nie potrafię zniszczyć książki. Czasami trudność wynika z języka, który jest bardziej hermetyczny, czasami jest związana z zawartością – i tutaj mam wrażenie, że często to sam rodzic wyolbrzymia tę trudność, bo albo chce dziecko chronić za wszelką cenę, albo boi się jego reakcji, albo przekłada swoje obawy na dziecko. Trudne książki to te bardziej wymagające, które nie wpuszczają za łatwo do swojego świata, bo wymagają uwagi i skupienia, a nie rekompensują tego wartką akcją. Są jeszcze książki, które budzą mnóstwo pytań i zmuszają do udzielania niełatwych odpowiedzi i chyba takie są dla mnie w tej chwili najtrudniejsze.

Na przykład te, w których mowa jest o śmierci dziecka. Dlatego trudna była lektura „Braci Lwie Serce” Astrid Lindgren i „Mostu do Terabithii” Katherine Paterson. I oczywiście moi chłopcy mnie zaskoczyli, chyba już powinnam się do tego przyzwyczaić.

„Braci Lwie Serce” czytali już obaj chłopcy – to znaczy dziesięciolatek przeczytał sam, a Piotrusiowi przeczytałam ja.

Bracia Lwie Serce

Podczas lektury przypomniałam sobie własne emocje z dzieciństwa. Było takie słuchowisko w radiu – razem z bratem płakaliśmy jak bobry. Po latach dopiero uświadomiłam sobie, na czym tak płakałam, bo tytuł kompletnie wyleciał mi z głowy. Tymek połknął „Braci” w jeden wieczór i uznał, że to bardzo ciekawa, choć trochę za krótka historia. Piotruś był nią zafascynowany, choć jednocześnie zadawał miliony pytań. Trudnych: o śmierć, o biedę, o choroby i o to, dlaczego chorują dzieci, o życie po życiu i o to, dokąd odchodzą ludzie po śmierci. Tymka bardziej fascynowała Nangijala i Tengil, dlaczego tak strasznie nękał ludzi z Doliny Dzikich Róż, dlaczego Jossi zdradził i czemu ludzie zdradzają. Bałam się, że przesadzam i że Piotruś jest za mały, ale mój młodszy syn od razu po skończeniu książki zażądał ponownej lektury, bo teraz już wszystko wie i może posłuchać jeszcze raz.

Warto czytać „Braci Lwie Serce”, żeby móc potem rozmawiać o odpowiedzialności i dojrzewaniu, nawet jeśli będą to trudne rozmowy. Śmierć i zło zawsze są i będą w świecie, nawet jeśli będziemy bardzo starali się je odrzucić i ochronić dzieci, a mam wrażenie, że fantastyczny świat Astrid Lindgren pozwala je w piękny sposób oswoić, jednocześnie pokazuje jedyny, choć trudny sposób, by ze złem walczyć: przez zaangażowanie i odpowiedzialność.

„Most do Terabithii” Katherine Paterson podsunęłam starszemu, bo jęczał, że nie ma co czytać. Jęczy tak średnio kilka razy w tygodniu.

Most do Terabithii

Przeczytał przez jedno popołudnie, a potem przyszedł i powiedział: wiesz, mamo, całkiem to było fajne. Trochę jak „Bracia Lwie Serce”, tylko dzieje się w tym świecie. Ale Piotrkowi jeszcze tego nie czytaj, nie zrozumie.

Znacie tę historię? W zapyziałej amerykańskiej mieścinie pojawia się dziewczynka – przybysz z innego świata. Leslie jest mądra, błyskotliwa, obyta w świecie, ma rozległe horyzonty, o które dbają jej rodzice – pisarze. Zderzenie ze światem ubogiej amerykańskiej prowincji jest brutalne, a byłoby jeszcze trudniejsze, gdyby nie Jess, chłopiec o talencie i wrażliwości artysty, którego rozumie jedynie pani od muzyki. Dzieci tworzą sobie magiczną krainę, do której uciekają przez światem: Terabithię. Tymek żałował bardzo, że tak wiele dzieje się tu i teraz, a tak mało jest Terabithii, i że ta książka jest tak bardzo smutna. Daje ona dużo siły: do życia dalej po tragedii i do świadomego kształtowania losu swojego i innych, ale koniecznie trzeba o niej porozmawiać. Moje dziecko miało poczucie, że Jess został skrzywdzony, że ktoś (kto?) zabrał mu najpiękniejszy dzień życia, darowując w zamian wyrzuty sumienia. „Most do Terabithii” to dobry pomost do bardziej dorosłych i poważnych książek.

Macie książki, które trudno Wam się czyta z dziećmi? Dlaczego są trudne? A może nie ma takich książek i trudność kryje się w nas?

Astrid Lindgren, Bracia Lwie Serce, Nasza Księgarnia 2004

Katherine Paterson, Most do Terabithii, kolekcja Cała Polska czyta dzieciom

Václav Čtvrtek

Był las, zielony i piękny na wszystkie strony. Stała w nim gajówka, gdzie żył gajowy Chrobotek. Był to sprawiedliwy myśliwy. Chodził w zielonej kamizeli i w kapelusiku z cietrzewim piórkiem.
W strzelbie miał czyste lufy i równo osadzoną muszkę. Zanim nacisną cyngiel, trzy razy się rozmyślił. (…)
Ale niestety z lasu wychodziła droga, na końcu której stał wielki dom. Mieszkał w nim pan Krępak, przysadzisty i gruby jak dynia.

Mniej więcej tak zaczyna się wspaniała opowieść o dobrym gajowym Chrobotku i złym panu Krępaku, napisana przez Vaclava Ctvrteka. Tymek bardzo, bardzo lubi jej słuchać — czytamy te bajki średnio raz na dwa miesiące, rozdział po rozdziale. Bajka „O gajowym Chrobotku i jeleniu Wietrzniku” została wydana przez Politykę w serii Cała Polska czyta dzieciom.

 

Chrobotek to dobry gajowy, dbający o zwierzęta. Jego największym przyjacielem jest jeleń Wietrznik trzydziestak szóstak, druh i pomocnik. Największym ich wrogiem jest pan Krępak — gruby, bogaty, złośliwy — któremu towarzyszy wierny pies Herszcik. Opowieść zaczyna się w momencie, gdy pan Krępak wypędza Chrobotka ze swojego lasu. Na szczęście okazuje się, że Józefka z chałupy może posadzić las, a Wietrznik może sprawić, by szybko wyrósł piękny i zdrowy. Ale tego nie może znieść pan Krępak: a to niedźwiedzia napuści na las Chrobotka, a to krety do złego namówi.

 

Opowieść czyta się prześwietnie. Myślę, że polubią ją wszyscy, którzy lubili Rumcajsa i z przyjemnością czytają o przygodach Krecika. Opowieść toczy się gładko, powoli. Jest czas na oddech — i tak wiadomo, że wszystko dobrze się skończy. Przez bajkę przewija się parada przezabawnych czasami stworzeń: dzik Karabuchta, zając Szastaj, lisica Miotełka, wodnik Barbara, rusałki. Świat rzeczywisty i mityczny przenikają się wzajemnie, choć jak na Ctvrteka to magii to niewiele, raptem jeden wodnik i rusałki. Tymek bardzo lubi tę bajkę. I lubi oglądać bardzo ładne ilustracje (kadry z filmów).

Ja chyba wolę pierwszą z bajek opublikowanych w tej książce „Podróże furmana Szejtroczka”. Dla Tymka jest jeszcze trochę za długa, a raczej za dużo w niej opisów, a za mało akcji. Dla mnie to przypomnienie dzieciństwa: Szejtroczek mieszka niedaleko Jiczyna, nie lubi się z jiczyńskim starostą Humpalem. Podczas czytania mam wrażenie, że za chwilę pojawi się Książę Pan i Rumcajs wychyli głowę zza krzaków. W opowieści o Szejtroczku aż roi się od wodników, rusałek, ogników i innego bractwa zamieszkującego w sąsiedztwie ludzi. Warto wiedzieć, które są przyjazne, których trzeba unikać i jakie są konsekwencje pomocy udzielonej rusałce.

Bajki Ctvrteka (napisał także bajki o Rumcajsie, Makowej panience, Żwirku i Muchomorku, żabce Marynce i rusałce Amelce) to parada wspaniałych, wyrazistych postaci. Liczą się zarówno główni bohaterowi, jak i postacie z drugiego planu. Zwykle doskonale nakreślona jest i postać pozytywna, i negatywna. A postacie pozytywne miewają wady. Książka skrzy się humorem, czasami dość absurdalnym, wiele w niej także zdroworozsądkowych spostrzeżeń (chociażby takich, że czasami warto posłuchać czyjejś rady, a przesuwanie domu nie musi przynieść oczekiwanego efektu), nie ma w niej jednak nachalnej dydaktyki. A przede wszystkim doskonale się ją czyta.

Mam wrażenie, że wszystkie czeskie znane bajki (z wyjątkiem Krecika) napisał Václav Ctvrtek.

Oswoić inność

Pewnego dnia do małej wioski, w której mieszka Świnka, Żabka, Kaczka i Zając, przybywa obcy. Na skraju lasu zamieszkuje Szczurek. Przybywa nie wiadomo skąd, nie wiadomo, co będzie robił ani z czego żył. Mieszkańcy wioski zaczynają protestować i złościć się, jedynie Żabka nie wierzy we wszystko, co opowiadają inne zwierzęta.

 

„Żabka i obcy” Maxa Velthuijsa, wydana przez wydawnictwo Wilga, to książka, która mówi o tolerancji i poszanowaniu dla inności. Pokazuje także, że każdą opinię warto sprawdzić:

Ze szczurami trzeba się mieć na baczności — stwierdziła Kaczka. — To złodzieje.
— Skąd wiesz? — zapytała Żabka.
— To przecież wszyscy wiedzą — odpowiedziała Kaczka oburzona.

Wszyscy, czyli właściwie nikt. Tymek po wysłuchaniu tego fragmentu stwierdził: „No właśnie, to złodzieje”, więc zaczęliśmy się zastanawiać, oglądać obrazki i czytać dalej. Po chwili mój synek powiedział: przecież on nie jest złodziejem, i brudny też nie jest, mamo. Czemu ona tak powiedziała? I zaczęliśmy rozmawiać o tym, co się wydaje i o tym, jak poznać, jakie coś jest naprawdę. I dlaczego nie warto oceniać po pozorach. „Żabka i obcy” to prosta historia, która jednak uczy ważnych rzeczy, i to nie tylko dzieci.

Jest to także książka o przyjaźni i otwartości. Żabka ma cechy dziecka, tak jak ono podchodzi z otwartością do wszystkiego, co przynosi życie. Nie ma w niej uprzedzeń, wrogości – jest ciekawość i chęć poznania nowego. Szkoda, że inne historie o Żabce nie zostały przetłumaczone na polski.

Emil

W Lönnenberdze mieszkał chłopiec, który miał na imię Emil. (…) Miał okrągłe, niebieskie oczy, okrągłą rumianą twarz i jasne, kędzierzawe włosy. Wszystko to razem sprawiało, że Emil wyglądał jak prawdziwy aniołek.

Mamo, to całkiem jak ja, wykrzyknął Tymek po wysłuchaniu tego fragmentu. Psoci też tak jak ja – dodał, gdy usłyszał dalszą część historii i zaczął się rozglądać za wazą. Na szczęście żadna waza nie stała w widocznym miejscu, bo natychmiast znalazłaby się na głowie mojego synka. Wylądował tam durszlak, który stwarza zdecydowanie mniej problemów. W tym momencie skończyliśmy czytanie Emila na jakiś czas, ponieważ nie mam stolarni, w której mogłabym za karę zamykać synka.

Nasze spotkania z Emilem rozpoczęliśmy od książki „Ach, ten Emil!” wydanej przez wydawnictwo Zakamarki (jedno z moich najbardziej lubianych wydawnictw publikujących książki dla dzieci – sądzę, że w ciemno można polecić wszystko, co wydają). Staram się unikać skrótów i przeróbek, ale tę książkę stworzyła sama Astrid Lindgren, która wybrała z pełnej wersji przygód Emila jego najzabawniejsze psoty i dostosowała formę opowiadania do wymagań młodszych czytelników.

    

 

Zaczęłam czytać Tymkowi Emila trochę za wcześnie i książka raczej go nudziła. Lubił za to oglądać ilustracje Björna Berga. Potem nastąpiło drugie spotkanie, kiedy to ja zrezygnowałam z lektury z powodów edukacyjnych. Po kilku miesiącach znowu zaczęliśmy czytać o rezolutnym chłopczyku ze Smalandii. Tym razem sięgnęłam do pełnej wersji jego przygód, która została opublikowana przez Politykę w ramach akcji „Cała Polska czyta dzieciom”.  

 

„Emil ze Smalandii” to opowieść o dzieciństwie i o świecie, którego już nie ma. Musiałam Tymkowi tłumaczyć, co to jest bryczka i parobek i dlaczego do Emila nie wezwano karetki pogotowia. Psoty Emila są jednak ponadczasowe, tak samo, jak jego ciekawość i chęć badania świata. W domu Emila panuje fantastyczna atmosfera, dzieci są szanowane, nie stosuje się kar cielesnych, a Emil jest zamykany w stolarni tylko po to, by przemyślał swój postępek i więcej go nie powtórzył. Tu trzeba zacytować Astrid Lindgren:
Pod tym względem Emil był wzorowy i nigdy nie powtarzał tego samego wybryku po raz drugi, stale wymyślał coś nowego.
Książka tryska humorem, trudno nie śmiać się z przygód sprytnego chłopczyka. I trudno nie popatrzeć z uznaniem na własne dziecko, które zwykle sprawia jednak mniej problemów.

Przygody Emila opublikowały Zakamarki w książkach: „Ach, ten Emil”, „Emil i ciasto na kluski”, „Skąpy nie jestem, powiedział Emil” i „Mała Ida też chce psocić”. Większość przygód Emila można znaleźć także w wydanych przez Naszą Księgarnię w serii luksusowej „Przygodach Emila ze Smalandii”.

  
 

Przed nami dalsza część przygód aniołka ze Smalandii. Stolarnia by się przydała, bo moje nadzieje, że Tymek wyrośnie z chęci naśladowania Emila już prysnęły.