Duch z butelki, czyli jeszcze raz o Uno i Mattim

Całkiem niedawno pisałam o spotkaniu Mattiego i Uno z yeti, więc wypadałoby opowiedzieć o innej książce. „Duch z butelki” przywędrował do nas w worku Mikołaja, Piotruś od razu polubił tę opowieść, więc na blogu też pojawi się od razu. Tymek, zaglądając mi przez ramię (nie cierpię tego zwyczaju mojego syna), stwierdził, że „Yeti” to ciekawsza historia i już, ale ta druga też może być.

Duch z butelki

O czym więc jest ta historia? Uno i Matti byli na pchlim targu. Znaleźli tam mnóstwo skarbów, a wśród nich niebieską, zakorkowaną butelkę. Po jej otwarciu przed oczami chłopców pojawił się prawdziwy duch, strażnik starego lasu. Duch jest bardzo szczęśliwy, że w końcu wydostał się z butelki, obiecuje więc spełnić trzy życzenia chłopców (mamo, a jeśli on będzie niebezpieczny, tak jak ten dżin od rybaka? – to była obawa Piotrusia, któremu nie tak dawno czytałam opowieść o „Geniuszu i rybaku”). Ten duch jest jednak bardzo przyjacielski, choć trochę znużony przebywaniem w zakmnięciu. Kto by jednak nie był znużony po czterech tysiącach lat?

Chłopcy wybierają się z nim w podróż do lasu, choć chyba nie są przygotowani na wszystkie niespodzianki.

Piotrusiowi bardzo się ta historia podobała, a najbardziej podobało się to, że jest tutaj mama. Od razu po rozpakowaniu prezentu przejrzał książkę, a potem przybiegł podekscytowany: „zobacz, jest ich mama! To znaczy, że w tamtej książce pewnie była w drugim pokoju. Albo wyszła do pracy!”

Historia o Mattim i Uno jest krótka i zwarta. Życzenia chłopców są cudownie dziecięce, tak samo, jak brak zaskoczenia, że z butelki może wyjść duch (może nie może? u mnie w domu mieszka mnóstwo niewidzialnych stworów:-)). Trzylatek wysłucha tej opowieści bez problemów, tym bardziej że ilustracje są barwne, szczegółowe i zajmujące. Pięciolatek wprawiony w słuchaniu bajek może być trochę rozczarowany, że już się skończyło, ale przecież zawsze można zacząć od początku. Czytaliśmy tę historię już kilka razy, pierwszy raz tuż po Wigilii, bo przecież nie dało się już dłużej czekać.

Reklamy

Yecik, plecik, plums

Do pisania o tej książce przymierzałam się już od dawna, bo to jedna z ulubionych lektur Piotrusia. Czytaliśmy ją także dzieciom w przedszkolu i ogromnie się im podobała. Zresztą trudno nie ulec urokowi tej historyjki. Wracamy do niej szczególnie często zimą, gdy mój synek z utęsknieniem czeka na śnieg.

Eva Susso, Benjamin Chaud, Yeti

Uno i Mati, dwaj chłopcy mieszkający z Tatusiem w małym domku wśród wzgórz doczekali się śniegu i mogli w końcu pojeździć na deskach. Po zjeździe postanowili poszukać innej drogi, żeby nie musieć wspinać się na górę, i zagubili się w lesie. A tam spotkali… prawdziwego człowieka śniegu, białego, kudłatego i wielkostopego. Piotruś ma nadzieję, że kiedyś gdzieś, może w lesie, a może wśród wzgórz, uda się nam/jemu także spotkać yeti. Właśnie takie: przyjazne, uśmiechnięte, sympatyczne, rymujące radośnie: yecik, plecik, plums, yecik, plecik, piruecik. Można potem skakać po domu i wyśpiewywać śmieszne rymowanki: yecik, plecik, bambolecik, yecik, krecik, pistolecik, yecik, śmiecik, kotlecik.

Uno i Mati to kolejni bohaterowie, którzy są blisko związani z tatusiami. Nie ma tutaj postaci mamy. To tato wiąże szaliki, smaży naleśniki, pakuje chłopakom mandarynki do kieszeni, żeby mieli co jeść. To taki zwyczajny tato na co dzień, który ma czas dla swoich dzieci. Moi synowie bardzo lubią, gdy tę książkę czyta im właśnie Tato, bo przecież – jak mówią – to historia o synkach i tatusiu, a takie są bardzo potrzebne.

Może ktoś ma przepis na zupę szyszkowo-jagodową? Bo po każdej lekturze szukam wymówek, dlaczego nie mogę ugotować tej pysznej potrawy yeti 🙂