Z wizytą w leśniczówce Klechdy

Jak pamiętacie, Piotrek stał się wielbicielem skrzata Maurycego i szczurka Ogryzka. Kiedy więc dostał następne części, nie mógł się doczekać lektury. Pierwsze podejście nie należało jednak do najbardziej udanych: Mamo, to wcale nie jest o Maurycym, tylko o jakimś leśniczym! To oszustwo! 

O czym szumi las
Dębowa kołyska

No właśnie! W Dolinie Bagiennej Trawy pojawia się nowa postać: leśniczy Piątek i to na nim skupia się uwaga autora. Trzeba przyznać, że Piątek to bardzo sympatyczny bohater, którego spotkanie z mieszkańcami lasu nie było łatwe, ale za to śmieszne. Piotruś dał się przekonać, że warto przeczytać chociaż rozdział, a potem nabrał apetytu na całą książkę. A po skończeniu „O czym szumi las” natychmiast zabraliśmy się za „Dębową kołyskę” — i wcale nam nie przeszkadzało, że pominęliśmy jedną część (teraz muszę ją szybko znaleźć, bo Piotruś koniecznie chce się dowiedzieć, jak Piątek tropił sześcioptaka).

O czym szumi las

Dolina Bagiennej Trawy jest niezwykła. I nie chodzi jedynie o cudowny, stary lat, dziką rzekę i ostoje rzadkich roślin i zwierząt. Las wokół leśniczówki Klechdy to miejsce niezwykłe, bo żyją tutaj stwory z dawnych legend i mówiące zwierzęta, a dzieje się wiele. Fajnie by było choć raz spotkać skrzata, żabona czy wodnika, a nawet (w kontrolowanych okolicznościach) niedźwiedzia brutalnego Leona — szczególnie że w książce Pawła Wakuły większość stworzeń magicznych jest sympatyczna i uczynna. 

O czym szumi las

Piątek mógłby służyć za wzór leśniczego: oddany przyrodzie, mądry, z zapałem i poświęceniem wykonujący swoją pracę, kochający las całym sercem. Na dodatek bardzo kulturalny i szanujący każde stworzenie. To człowiek, który uważa, że najpierw trzeba porozmawiać, wytłumaczyć, spróbować przekonać, a dopiero potem używać siły (jeśli w ogóle). No po prostu ideał. Wcale się nie dziwię, że Lasy Państwowe objęły te książki patronatem — tak pozytywny bohater to skarb.

O czym szumi las

Z obu książek można się sporo dowiedzieć: że nie wolno wrzucać śmieci do lasu, na czym polega zrównoważona gospodarka leśna, że leśniczy musi ciągle być czujny i wypatrywać leśnych szkodników. Piątek walczy z kłusownikiem i niezbyt mądrymi myśliwymi, zwalcza bimbrowników, ale dba także o to, by ludzie przyjeżdżający do lasu mieli gdzie usiąść i mogli rozpalić ognisko. Jednego pomocnika mu strasznie, całym sercem zazdroszczę: do leśniczówki Klechdy wprowadził się domownik, skrzat domowy, którego celem w życiu jest pomoc ludziom: sprząta, gotuje, pucuje, dzieci pilnuje, pierze — a wszystko za miskę owsianki. Próbowaliśmy z Piotrusiem zwabić domownika do nas, ale niestety się nie udało. Może owsianka nie była dość smaczna.

Książki Pawła Wakuły to ciekawa lektura, która może bez moralizatorstwa nauczyć dziecko zachowywać się w lesie i szanować przyrodę. Opowiadania są zabawne, choć czasami ciut przydługie. Autor ma dość specyficzne poczucie humoru, które nie każdemu może odpowiadać. Mnie samej najbardziej przeszkadzała historia walki Piątka w bandą ekologów złożonych z podstarzałych hippisów i doktorów filozofii, którzy chcą bronić las, a robią więcej szkód. No dobra, wiem, że tacy ekolodzy bywają, ale wyśmiewanie się z ekologów jakoś mnie zmroziło, szczególnie dzisiaj, gdy mam sporo wątpliwości, że leśniczy naprawdę dbają tylko o dobro lasu. Bo niestety nie wszyscy są tacy, jak Piątek.

Zajrzyjcie do „O czym szumi las” i „Dębowej kołyski” chociażby po to, by pobudzić wyobraźnię dzieci. Od Piątka można nauczyć się kochać przyrodę (i paru nazw leśnych szkodników), a mieszkańcy Doliny Bagiennej Trawy to postacie z polskich legend i podań. Warto, żeby zamieszkały w dziecięcych głowach, bo słowiański bestiariusz bywa naprawdę imponujący.

Paweł Wakuła, O czym szumi las, Wydawnictwo Literatura 2012

Paweł Wakuła, Dębowa kołyska, Wydawnictwo Literatura 2015

Strach ma, być może, wielkie oczy – czytamy Księgę potworów

Kto? Jak to, kto? Bazyliszek,

potwór groźny i opryszek,

co wzrokiem w kamień zamienia,

w dodatku z zaskoczenia.

Bardzo, bardzo lubię inteligentne wiersze dla dzieci. Takie, od których nie bolą mnie zęby i nie mam ochoty wyć do księżyca. Mogą być różne: poważne, smutne, wesołe — wszystko jedno, ważne, żeby były dobre. Otwarcie więc przyznaję, że uwielbiam poezję Michała Rusinka dla dzieci. Lubię Wierszyki domowe, Jak przekręcać i przeklinać, a teraz dołączyła do nich Księga potworów

Księga potworów

Czytałam ją z Piotrusiem i miałam coraz lepszy humor, a moje dziecko uśmiechało się coraz szerzej. Choć może należałoby powiedzieć, że uśmiechało się od początku, gdy tylko usłyszało o czułkach, przyssawkach, parzydełkach, nibyodnóżkach, nibybutkach i innych odwłoczkach i skrzydełkach strachów. Widziałam, jak z każdym słowem oczy Piotrusia zaczynają mocniej błyszczeć, a na buzi pojawia się coraz szerszy uśmiech. Mamo, czytaj dalej…. — fajnie to słyszeć podczas lektury. Synek kazał potem słuchać Tacie i Starszemu, a to najlepiej świadczy, że się podobało.

Księga potworów

Michał Rusinek stworzył bestiariusz dla dzieci. Stworów jest trochę, przedstawianych według alfabetu, żeby był porządek. Zaczynamy od bazyliszka, kończymy na yeti, a pomiędzy nimi spotykamy smoka i Minotaura, rusałki i utopca, syrenę i chimerę, nibelunga i walkirię (tak, tak), a na końcu rusinki i delatury na dokładkę — potwory raczej kulturalne. Potem możemy zajrzeć do objaśnień, o których za chwilę. Autor bawi się konwencjami i językiem. Na przykład tak:

Gnom

ma naturę złom.

(a poprawnie złą).

Przez istotę tą

(a poprawnie tę)

z przerażenia drżę,

bo choć mała jest,

umie kopnąć fest!

Wiersze nie są długie, ale widać w nich radosną zabawę słowem, rymem, skrótem czy metaforą. Są takie, które opierają się na jednym rytmie, inne płyną szerzej i dają oddech, by za chwileczkę się skończyć (mamo, czemu ten wiersz o krakenie jest taki krótki?). Michał Rusinek nawiązuje do współczesnego świata, bawi się skojarzeniami — miałam wrażenie, że dzieli się z czytelnikiem radością tworzenia i dobrze się przy tym bawi.

Księga potworów

Ilustracje Daniela de Latoura to dodatkowy atut tej książki. Są zabawne, inteligentne, ciekawie współgrają z wierszami. Książka jest pięknie zakomponowana — tekst płynie i przenika się z obrazami, czasami jeden wiersz zakomponowany jest na kilku stronach, co początkującemu czytaczowi Piotrusiowi sprawiło trochę kłopotów, ale jednocześnie bardzo go bawiło — mój Młodszy czytał te wiersze prawie jak komiks, interesowała go zarówno warstwa tekstu, jak i język obrazu.

Uzupełnieniem książki jest alfabetyczny spis potworów wraz z objaśnieniami autorstwa Magdaleny Chorębały i Karoliny Przybysławskiej. 

Księga potworów

Tutaj zawył z radości Starszy, bo objaśnienia są pełne odniesień do współczesności. Mamy tutaj nawiązania m.in. do Tolkiena, Harry’ego Pottera i Warcrafta, a nawet Arielki. Świetny pomysł, który uświadamia dzieciom — po początkowym zachwycie Tymek zauważył to ze zdziwieniem — że starożytne potwory ciągle zaludniają masową wyobraźnię, choć przeskoczyły do gier i filmów.

Książkę przynieśliśmy z biblioteki, ale Piotr po pierwszej lekturze zażądał wycieczki do księgarni. Przecież tak fajną książkę koniecznie trzeba mieć na półce, to oczywiste. Zaczął też zbierać materiał do własnej księgi potworów z ilustracjami, może nie aż tak erudycyjnej, ale niezmiernie oryginalnej. Jako pierwszy powstał dziwak-mucha.

Michał Rusinek, Księga potworów, il. Daniel de Latour, Wyd. Zwierciadło 2016

Harcerzem być na Saskiej Kępie…

Dawno temu byłam harcerką. Uwielbiałam zbiórki, obozy, zloty i biwaki, z wypiekami na twarzy czytałam książki Aleksandra Kamińskiego i Seweryny Szmaglewskiej i bardzo serio podchodziłam do harcerskich zasad. Ucieszyłam się, gdy chłopcy oznajmili, że idą na zbiórkę — jeden na zuchową, drugi na harcerską. Mam nadzieję, że będą mieli przynajmniej tyle frajdy, co ja, a może przy okazji nauczą się odpowiedzialności i troski o innych. To właśnie dlatego Mikołaj przyniósł Tymkowi „Tropicieli” Małgorzaty Karoliny Piekarskiej — przyznam się po cichu, że sama byłam bardzo ciekawa, jak harcerstwo wpisuje się w klimat współczesnej literatury.

Tropiciele

Tymkowi książka podobała się bardzo, a ja przeczytałam ją z przyjemnością. To dobrze napisana historia trzynastoletniego Kuby, któremu życie zafundowało zmiany, na które — jak to w życiu — nie ma ochoty. Przeprowadzka z Żoliborza na Pragę Południe (a konkretnie na Saską Kępę) to według chłopca deklasacja: musi rozstać się z kolegami, iść do nowej szkoły w nowym miejscu na paskudnej, niebezpiecznej Pradze. Wiecie, jak zachowuje się nastolatek w takiej sytuacji? Właśnie tak zachowuje się Kuba 🙂 Jest nieznośny, pyskaty, złośliwy — bohaterowie Małgorzaty Karoliny Piekarskiej są dla mnie prawdziwi, to zwyczajne nastolatki, które mają problemy z kolegami, kłócą się z rodzicami, bywają zdenerwowane, mają dość młodszego rodzeństwa i potrafią zrobić koledze świństwo. Kuba powoli aklimatyzuje się w nowym miejscu i znajduje znajomych, m.in. dlatego że przypadkiem i ku swojemu zdumieniu trafia na zbiórkę (pewną rolę odegrała tutaj śliczna dziewczyna).

Tropiciele

„Tropiciele” to ciekawa historia z wątkiem kryminalnym. Harcerstwa nie ma tutaj specjalnie dużo — nie jest to laurka wystawiona „świętym” dzieciom, nie znajdziemy w niej za dużo harcerskich obrzędów. Dzieciaki bywają niegrzeczne, nie mają ochoty na niektóre zadania, niektóre traktują harcerstwo po prostu jako okazję do wspólnych wyjazdów. Używają komórek i grają we współczesne gry. Bycie harcerzem bywa dla nich niełatwe, bo trzeba żyć zgodnie z niemodnymi zasadami, a czasami wysłuchiwać drwin. 

Przy okazji wykonywania harcerskich zadań dzieci poznają historię najbliższej okolicy, dowiadują się, kto mieszkał i tworzył na Saskiej Kępie i jak potoczyły się losy niektórych jej mieszkańców w czasie Powstania Warszawskiego. Książka zachęca do rozejrzenia się wokół, pogrzebania po strychach, porozmawiania ze starszymi, którzy pamiętają, jak to było przed wojną. Nie warto z takimi rozmowami czekać zbyt długo — bohater książki bardzo żałuje, że nie poznał lepiej swojego dziadka i nie słuchał jego opowieści. 

Tropiciele

Jak świadczy historia Kuby, drobne rzeczy mogą być prawdziwymi skarbami, a w niejednej rodzinnej historii może ukrywać się tajemnica. A starsi ludzie, nawet ci dziwni, o zachowaniach niezrozumiałych dla młodych, mogą niejednego zadziwić swoją wiedzą i pamięcią. 

To naprawdę zabawna i dobrze napisana powieść o akceptacji, poszukiwaniu własnego miejsca i własnej historii, śledzeniu złodziei i pierwszych miłościach. Może tylko harcerze powinni chodzić w mundurach, a nie w mundurkach, bo brzmi to dość zabawnie. Małgorzata Karolina Piekarska umie pisać dla młodzieży i ma ucho do języka, który brzmi współcześnie. To dobra lektura dla starszej podstawówki, mimo że bohaterowie książki chodzą do gimnazjum.

Małgorzata Karolina Piekarska, Tropiciele, il. Agnieszka Świętek, Nasza Księgarnia 2016

Kim jest Malala?

Mamo, ona żyła naprawdę? To nie jest wymyślone? Tak było? Mamo!!!  Takimi pytaniami zarzucił mnie Tymek pewnego dnia, gdy wróciłam z pracy. Książkę „Która to Malala?” Renaty Piątkowskiej znalazł na biurku — przekładałam książki na półkach i przypadkiem ją tam zostawiłam. Starszy znalazł, zajrzał i przeczytał, a potem długo nie mógł zrozumieć, że to prawdziwa opowieść. Ale mamo, to naprawdę tak jest? Chcieli ją ukarać za coś takiego? Ale to było dawno, prawda?

Która to Malala?

„Która to Malala?” Renaty Piątkowskiej (Wydawnictwo Literatura) została wydana w ramach serii „Wojny dorosłych — historie dzieci”. Początkowo seria opowiadała o losach dzieci podczas II wojny światowej. Najnowsze tytuły pokazują, że wydawnictwo ma ambicję poruszania tematów współczesnych i ważnych, zmuszających do dyskusji i zastanowienia. To bardzo dobra seria, która w pięknej i przystępnej formie przybliża dzieciom problemy naszego świata: wojnę na Ukrainie („Teraz tu jest nasz dom”), los uchodźców („Chłopiec z Lampedusy”, „Hebanowe serce”) czy terroryzm. Warto, żeby dzieci dowiadywały się o problemach własnie z tych książek, zamiast z prasy czy telewizji, gdzie panuje kult newsa i walka o widza.

Która to Malala

„Która to Malala?” to fabularyzowana biografia Malali Yousafzai, pakistańskiej dziewczynki z doliny Swat, która miała odwagę sprzeciwić się talibom. Nie chciała zakrywać twarzy, walczyła o to, by móc się uczyć i swobodnie wypowiadać. Miała w sobie odwagę, by publicznie krytykować talibów i pisać w sieci o tym, co robią w Pakistanie. Tylko tyle i aż tyle — talibowie postanowili się jej pozbyć i dziewczynka została postrzelona w głowę. 

Która to Malala?

Renata Piątkowska w piękny sposób opowiada tę historię. Pokazuje dzieciństwo Malali w Pakistanie, jej rodzinę, wsparcie, jakie dostawała od bliskich (w mojej głowie pojawiały się pytania, czy umiałabym i chciałabym zachęcać dziecko do działań, które mogłyby sprawić, że znajdzie się w niebezpieczeństwie), a także późniejsze losy dziewczynki. Malala Yousafzai wyemigrowała do Wielkiej Brytanii, wyzdrowiała i otrzymała wiele nagród, w tym pokojową Nagrodę Nobla. Opowieść o losach dziewczynki przetykana jest jej rozmowami na czacie z innymi dziećmi, opowieściami starej Babci, wspomnieniami z pakistańskiej szkoły, fragmentami bloga. To niby zwykle życie, które pozwala zrozumieć, że to, co dla nas zwykle i „normalne”, choćby ta uprzykrzona szkoła i konieczność nauki, dla innych ciągle jest marzeniem i wartością, o którą muszą walczyć.

Która to Malala?

Tymek stwierdził, że historia Malali jest naprawdę ciekawa, choć przerażająca, gdy się głębiej o tym pomyśli. I mimo występującej w tej opowieści komputerów, blogów i czatów, długo nie mógł zrozumieć, że to prawdziwa opowieść, która wydarzyła się współcześnie, całkiem niedawno. Mamo, przecież trzeba to zmienić…. Trzeba synku. 

Czytajmy z dziećmi książki o trudnych i ważnych sprawach. Muszą wiedzieć, żeby potrafiły z odwagą wejść w dorosłość, a wtedy może kiedyś znajdą w sobie pomysły i siłę, by zmienić świat. Problemy są w tej książce pokazane delikatnie, nikt nie epatuje nieszczęściem, książka porusza, zaciekawia i skłania do myślenia. Warto ją przeczytać z siedmio-, ośmiolatkiem, młodsze dzieci mogą być  trochę za małe. Zajrzyjcie do książki Renaty Piątkowskiej, bo naprawdę warto. I dla opowieści o Malali, i dla ilustracji Macieja Szymanowicza. 

 

Renata Piątkowska, Która to Malala?, il. Maciej Szymanowicz, Literatura 2016 (wyd. 2)

Na balu u królowej ptaków

Bywa, że książka wypożyczona dla moich synów pochłania mnie tak, że zapominam o całym świecie. Tak było właśnie z „Królową ptaków” Zofii Beszczyńskiej — nie mogłam się od niej oderwać, a potem prawie siłą wcisnęłam Tymkowi, tak byłam ciekawa jego wrażeń.

Królowa ptaków

„Królowa ptaków”, mimo wyróżnienia w konkursie na najlepszą książkę 2015 r. IBBY, zniknęła wśród innych książek. Nie ma w sieci zbyt wielu jej recenzji — i nawet się nie dziwię, bo to książka niezwykła, o której bardzo trudno pisać. To baśń-kalejdoskop, którą każdy czytelnik może odebrać inaczej. Słowa malują obrazy z pogranicza snu i jawy, rzeczywistość przenika się z wyobraźnią — nie ma jasnej fabuły i kolejności zdarzeń, a po zamknięciu książki nic się nie wyjaśnia, tajemnica pozostaje tajemnicą i od nas zależy, jak ją sobie wytłumaczymy.

Królowa ptaków

Książka podzielona jest na trzy głosy. Najpierw poznajemy Marka, zagubionego czternastolatka zafascynowanego ptakami, odizolowanego od rówieśników. Jego ojciec zniknął gdzieś za życiowym zakrętem, mama jest smutna, a on — jak się wydaje — nie potrafi już z nikim rozmawiać. Pewnego dnia jego uporządkowane życie zaczyna się zmieniać, a świat wykrzywiać, pokazując nierealne oblicze. Zbiega się to z pojawianiem w szkole Marty, nowej uczennicy. To ona jest kolejnym bohaterem. Marta to buntowniczka, potrafi pokazać emocje i złość. Jej rodzina również się rozpadła — teraz mieszka u cioci, a jej mama próbuje na nowo ułożyć sobie życie. Drogi Marka i Marty zbiegają się, ale w tej książce nic nie jest oczywiste. Na końcu słyszymy jeszcze głos Mai.

Królowa ptaków

No i jest las. Rośnie blisko miasteczka Marka i Marty i pełni w tej książce niebagatelną rolę. To miejsce, gdzie można zgubić drogę i samego siebie. To miejsce, gdzie splatają się losy, gdzie można odnaleźć szczęście albo dać się pochłonąć na zawsze. Tutaj mieszka Królowa Ptaków, tajemnicza i zimna jak lód, o białej twarzy. Las to miejsce gwaru, trelu i muzyki, jest pełen głosów — odmiennie niż ludzkie domy.

Królowa ptaków

Zofia Beszczyńska mistrzowsko operuje słowem, nastrojem. Bawi się odniesieniami do baśni i innych powieści (wspaniałe cytaty na początku rozdziałów, aż miałam ochotę od razu szukać tych książek). Niektóre tropy są proste, innych pewnie nie dostrzegłam. To bardzo nastrojowa opowieść, która długo się mieni i błyska w pamięci. Mnie się spodobała bardzo, ale mam świadomość, że może rozczarować, jeśli ktoś szuka prostej opowieści o nastolatkach.

Tymek zaczął od przeczytania notatki na okładce. To nie jest notatka dla dzieci, może dla starszej młodzieży. Mój syn przeczytał  na głos — To liryczne, pastelowe haiku prozą – oszczędne w każdym słowie, powściągliwe w ujawnianiu emocji, choć emocji pełne. – prof. UW Grzegorz Leszczyński — i stwierdził, że nie ma ochoty zaglądać do tej książki, bo to na pewno nuda. Może starsze dziecko zareagowałoby inaczej, ale mojego syna taki opis zniechęcił. 

Zaproponowałam, że mu fragment przeczytam… Słuchał z uwagą i ciekawością, a potem skończył całą książkę. Podobała mu się atmosfera napięcia, podszyta lękiem, choć nie wszystko rozumiał i nie wszystko potrafił sobie wytłumaczyć. Czy jednak wszystkie książki trzeba koniecznie rozumieć? Zajrzyjcie do „Królowej ptaków”, obejrzyjcie surrealistyczne ilustracje Aleksandry Kucharskiej-Cybuch i dajcie się uwieść. Polecam starszej młodzieży — szczególnie tej, która zaczyna doceniać zabawę formą i lubi poezję — i wszystkim dorosłym.

 

Zofia Beszczyńska, Królowa ptaków, il. Aleksandra Kucharska-Cybuch, Akapit Press 2014

Dom, rodzina i matematyka

Wiecie co? Fajnie, że ciągle są biblioteki, w których można znaleźć ciekawe książki. Często chodzimy do miejskiej biblioteki i zwykle udaje nam się wygrzebać na półkach coś interesującego, przynajmniej dla Piotrusia. Czasami są to książki, o których istnieniu nie miałam pojęcia, więc wszyscy mamy frajdę. U nas na dodatek można polecić bibliotece książki do kupienia i one rzeczywiście po jakimś czasie lądują na półkach. Nieźle mamy 🙂

Z biblioteki przywędrowała do nas książka wydana już kilka lat temu przez Wytwórnię.  Od razu skojarzyła mi się z „Klapu klap” i nic dziwnego — za jej szatę graficzną odpowiada ta sama osoba, Magdalena Matoso. 

W naszym domu jest

Bardzo mi się ta książeczka podoba… I nie tylko mnie. Piotruś przy jej lekturze świetnie się bawił, nawet Tymek do niej zajrzał, bo skusiły go nasze chichoty. „W naszym domu jest” Isabel Minhós Martins to zabawa matematyką i liczeniem, która zachęca do rozmyślania o własnej rodzinie i zastanawiania się, kim i jacy jesteśmy.

W naszym domu jest

W naszym domu jest nas czworo, jest u nas osiem nóg i kilkanaście płetw (ostatnio trudno mi się doliczyć, ile mamy właściwie rybek, bo akwarium przypomina zieloną dżunglę). Apetyty też nam dopisują — szczególnie, gdy mróz trzaska za oknem i nie chce się nosa wyściubiać z domu. Chętkę na rzeczy tłuste i słodkie można więc bezkarnie zwalić na aurę — mamo, upieczemy babeczki na kolację? takie czekoladowe…

W naszym domu jest

„W naszym domu jest” to krótka książeczka, która nadaje się już dla bardzo młodego czytelnika, ale na pewno spodoba się przedszkolakom. Wszystko w niej jest dopracowane: grafika, czcionka, kolory.  To bardzo nowoczesna książka, w której litery i znaki graficzne nawzajem się uzupełniają i przenikają — to jak zabawa w szukanie tropów i śladów. 

W naszym domu jest

Można tę książkę czytać po prostu, strona po stronie. Nie ma ich zbyt wiele, więc pójdzie szybko. Można także zacząć się bawić i uczyć już od pierwszej strony. No więc, ile mamy razem piegów? Czy ryby mają nosy i czy można je doliczyć do puli? Ile włosów ma pies dziadków? Przeliczamy nasze własne palce, paluchy i paznokcie. Bardzo lubię tego typu książki, które nienachalnie i jakby od niechcenia aktywizują całą rodzinę i sprawiają, że zaczynamy się bawić i myśleć. Świat zaczyna się wykrzywiać i pokazuje drugie oblicze.

W naszym domu jest

W „W naszym domu jest” matematyka przeplata się z anatomią, kształty wabią, a kolory grają. Warto do niej zajrzeć. I warto chodzić do biblioteki i szukać tam skarbów sprzed kilku i wielu lat.

 

Zdjęcia pochodzą ze strony wydawnictwa Wytwórnia.

Isabel Minhós Martins, W naszym domu jest, il. Magdalena Matoso, Wytwórnia 2013

Znowu będzie o Morciszku….

Wiem, wiem, o tej książce wspomniano już chyba na każdym blogu. Zrozumcie… Piotrek kocha Morciszka i Babcię, uwielbia słuchać o przygodach ośmiorga rodzeństwa, a pytanie: czy ciężarówka się cieszyła, zwykle pada podczas czytania przynajmniej kilka razy. Nie mogę nie pisać, to po prostu imperatyw kategoryczny, bo „8+2 i pierwsze święta” to wymarzona, wytęskniona książka, o którą mój synek pytał wiele razy po lekturze pierwszych dwóch części serii. 

8+2 i pierwsze święta

Żeby Was nie zanudzić, poniżej znajdziecie dziesięć powodów, dla których warto zajrzeć do najnowszej części książki 🙂

1. Możecie się dowiedzieć, jak rodzicom i dzieciom mieszka się zimą w domku w lesie.

2. Poznacie noworoczne życzenie Marty.

3. Dowiecie się, co wymarzyła sobie Babcia i jak to się skończyło.

4. Zrozumiecie, że taca do kawy może mieć wiele różnych zastosowań.

5. Dostaniecie praktyczny poradnik, jak załatwiać pewne rzeczy w urzędach.

6. Nauczycie się korzystać z telefonu (jeśli do tej pory nie umieliście).

7. Zobaczycie inne oblicze zwykłego ziemniaka.

8. Poznacie ducha ze strychu.

9. Odkryjecie, co to znaczy tani wyjazd w góry.

10. Będziecie się po prostu świetnie bawić.

8+2 i pierwsze święta

Przyznaję, że my podczas lektury świetnie się bawiliśmy: i Piotruś, i ja. Ta książka nieustannie przypomina mi, co jest naprawdę ważne w życiu. Chciałabym tak pięknie umieć cieszyć się z rzeczy małych i tak mocno wierzyć, że dla chcącego nie ma nic trudnego. A teraz czekamy na kolejną część — mam nadzieję, że wydawnictwo Dwie Siostry zdecyduje się je wydać.

Anne-Cath Vestly, 8+2 i pierwsze święta, il. Marianna Oklejak, Dwie Siostry 2016

Trochę nostalgii — pamiętacie Skrzeczka?

Cieszę się, gdy moje dzieci grzebią po półkach w bibliotece Dziadków. Na starszych wnuczków trzeba wtedy uważnie zerkać, bo potrafią wyciągnąć coś, co nie nadaje się (jeszcze) dla jedenastolatków. Młodsi skupiają się na książeczkach dla dzieci. Jakimś cudem zwykle wybierają te najbardziej zaczytane, wielokrotnie przeglądane przeze mnie i moje rodzeństwo. Piotruś na tyle upodobał sobie „Skrzeczka. Przygody dziwoptaka” Stephena Pottera (Nasza Księgarnia, 1982), że bardzo pięknie poprosił Babcię, aby mu go pożyczyła „na trochę”. 

Skrzeczek

Skrzeczek to Dziwoptak z wyspy Borneo, który rodzi się raz na sto lat. Potrafi czytać, pisać, mówi w każdym języku i bywa bardzo, ale to bardzo nieznośny. Poznajemy go, gdy mieszka w londyńskim ZOO i straszliwie rozrabia. Zmienia napisy przy klatkach innych zwierząt, straszy zwiedzających (Piotrusia bardzo rozbawiła wygłoszona przez megafon informacja: „Strzeżcie się tych zwierząt, one gryzą” przy klatce z wylęgającymi się kurczakami) i wprowadza w ogrodzie zoologicznym potworny chaos. Aż w końcu postanawia go opuścić…

Skrzeczek

No powiedzmy, że w podjęciu decyzji trochę pomaga mu dyrekcja ZOO, która w końcu odkrywa, kto ograbia wszystkie automaty z batonikami. W ten sposób Skrzeczek staje się wolnym ptakiem, ale szybko go ta wolność nudzi i postanawia zostać zwierzątkiem domowym, co mu się nawet na trochę udaje, choć wymaga sprytu i podstępu. Kiedy wszystko się wydaje, Skrzeczek musi poszukać dla siebie innego miejsca.

Skrzeczek

Jak mówi Piotruś, to fajowa bajka o ptaszku, który jest trochę zły, a trochę dobry i bardzo psoci. Lubi się popisać, potwornie zmyśla, ale dba o swoich przyjaciół. Mój młodszy synek lubi słuchać o ucieczce z ZOO, wyprawie nad morze i walce z dużymi czarno-białymi mewami.

Skrzeczek

Historia Skrzeczka to pięćdziesiąt stron zadrukowanych dość małą czcionką. Tekst podzielony jest na rozdziały, można więc go czytać partiami. To zabawna historia o wybrykach, które czasami przypominają wyskoki dzieci, a jednocześnie pokazuje bez moralizowania, że ważna jest troska o innych, a kłamstwo nie zawsze się opłaca. Piotruś miał nadzieję, że są dalsze przygody Skrzeczka, ale Stephen Potter napisał tylko jedną historię dziwoptaka. Dalsze losy rozrabiaki wymyślamy więc sami.

Podsuwacie czasami dzieciom książki ze swojego dzieciństwa? Może są takie, które zachwyciły je tak samo, jak kiedyś Was?

Stephen Potter, Skrzeczek. Przygody dziwoptaka, il. George Him, Nasza Księgarnia 1982

Co czytaliśmy ostatniego dnia starego roku? — zamiast podsumowań

Nie będzie u nas podsumowań 🙂 Rok był bogaty i obfity, książki przelewały się po naszych półkach i po półkach w miejskiej bibliotece. Były takie, które wzbudzały zachwyt, takie, które rozczarowały, i takie, które do tej pory leżą na półce i czekają na dobry moment, żeby — mam nadzieję — zachwycić. Są też takie, o których marzymy.

Tymek uznał, że przeczytał mnóstwo fajnych książek, i cieszy się już na następne (no, dostałem tyle książek, że do urodzin powinno wystarczyć). Stary rok pożegnał lekturą „Zwiadowców”. Przepraszam, recenzji na blogu nie będzie, chyba że syn zechce napisać. Najnowszy tom serii („Zwiadowcy. Wczesne lata. Bitwa na wrzosowiskach”) mnie znużył i zaczęłam ziewać przy pięćdziesiątej stronie. Tymek i Oleś, mój bratanek, uważają, że to genialna seria, a ja się nie znam i mam się nie wypowiadać, bo pewnie jestem za stara i nie rozumiem. Pewnie jestem 🙂 Przetestujcie „Zwiadowców” na swoich dzieciach, na pewno im nie zaszkodzi, a może zaczną czytać i zechcą sprawdzić, co jeszcze fascynującego można znaleźć w książkach.

Piotruś pożegnał stary rok razem z królem Gromorykiem i serią Czytam i główkuję Egmontu. Zagadki z tomu „Król Gromoryk i niezwykła zbroja”, książeczki autorstwa Wojciecha Widłaka, są dla Piotra dużo za proste, ale za bardzo polubiliśmy zabawnego króla i przemądrzałego kota Gadułę, żeby do nich nie zajrzeć.

Król Gromoryk

Tym razem rozpadła się na kawałki jedna z królewskich zbroi. Król Gromoryk pucuje je samodzielnie, ale przy składaniu bardzo pomagał uczynny Gaduła. Wyszło jak zwykle, czyli inaczej, ale też dobrze.

Król Gromoryk

Naszą przygodę z królem Gromorykiem zaczęliśmy od serii „Liczę sobie”. Piotruś z zachwytem słuchał i oglądał, jak król gotował jajko na miękko. Do tej pory jest to jedna z jego ukochanych historii i co jakiś czas próbuje czytać ją sam. Mamy nadzieję, że może kiedyś wyjdzie zbiorczy tom opowieści o zabawnym królu i jego gadającym kocie. 

Wydawca uznał, że zagadki w książce „Król Gromoryk i niezwykła zbroja” są przeznaczone dla dzieci czteroletnich i starszych, ale moim zdaniem trzylatek spokojnie sobie z nimi poradzi. Sam tekst jest trudniejszy i Piotrusiowi przydała się pomoc mamy, bo synek zdecydowanie preferuje książki z mniejszą ilością liter na stronie.

Na Gromoryku nie skończyliśmy zabawy i zabraliśmy się za „Fredka i koło fortuny” Zofii Staneckiej.

Fredek

To zabawna opowieść o Fryderyku Epsilonie Dwudziestym, następcy tronu planety Pedanteria (na Ziemi nazywanym po prostu Fredkiem), który przypadkowo spadł na wysypisko i trafił do domu Jagody, Marka i Wacka. Wspólnie mieli przeżyć masę przygód.

Fredek

Historia bardzo nam się spodobała i Piotruś już ma zamiar szukać następnych części. Zagadki były trochę trudniejsze, ale bez przesady, pięciolatek i sześciolatek poradzą sobie z nimi bez problemu.

Seria jest ciekawa i dopracowana, tak jak inne serie Egmontu dla dzieci (Czytam sobie, Liczę sobie). Cieszę się, że wydawnictwo namówiło do współpracy tak wielu pisarzy i ilustratorów. Dzięki temu książki są różnorodne i każdy może znaleźć coś dla siebie. Piotruś zachwycił się komiksem o Jonku, Jonce i Kleksie. Bez problemu można dobrać tematykę i warstwę graficzną do wrażliwości i gustu dziecka.

W „Czytam i główkuję” bardzo spodobał mi się pomysł wychodzenia poza książkę. Niektóre zadania sprawiają, że dziecko musi rozejrzeć się po domu i zastanowić (mamo, ile ja mam butów? a ile to par?). A  na końcu na dzielnego czytelnika czeka krótka biografia jakiejś słynnej osoby (tak samo jak w „Liczę sobie”) i oczywiście dyplom. 

Król Gromoryk

Dla mnie to jedna z ciekawszych propozycji dla dzieci. Seria „Czytam i główkuję” obejmuje książki Wojciecha Widłaka, Zofii Staneckiej i Rafała Witka. 

A co będziemy czytać w Nowym Roku? Stosik książek do przeczytania „już” jest dość wysoki i mam nadzieję, że chociaż o kilku uda mi się na blogu napisać. Mam też nadzieję, że będziecie do nas zaglądać. 

Życzę sobie i Wam szczęśliwego, zaczytanego Nowego Roku i samych wspaniałych lektur! 

Wojciech Widłak, Król Gromoryk i niezwykła zbroja, il. Ewa Poklewska-Koziełło, Egmont 2016

Zofia Stanecka, Fredek i koło fortuny, il. Marta Szudyga, Egmont 2016