8+2 i Anton z Ameryki

Kiedy jest nam bardzo źle, na dworze pada deszcz i wszystko wydaje się beznadziejne, lubimy wracać do przygód ośmiorga dzieci z książek Anne-Cath. Vestly. Czytamy o Tacie, Mamie, Babci, dzieciach, Rurku i ciężarówce i robi nam się jakoś lepiej i lżej. Jeśli więc nie znacie tej historii, to czym prędzej poszukajcie tych książek — okazja jest dobra, bo całkiem niedawno Dwie Siostry wydały kolejną część: „8+2 i Anton z Ameryki”.

8+2 i Anton z Ameryki

Dla tych, którzy jeszcze nie wiedzą, co to jest, krótkie streszczenie. Seria opowiada o pewnej rodzinie — nietypowej, bo bardzo licznej. Do rodziny zalicza się ośmioro dzieci, Tato, Mama, ciężarówka, którą Tato zarabia na życie, Babcia… To bardzo otwarta, ciepła rodzina, która otula swoim ciepłem wszystkich samotnych i nieszczęśliwych. W pierwszej części cała ferajna żyje w malutkim mieszkanku w Oslo (ciężarówka nocuje pod domem), a potem dziwnym zrządzeniem losu trafia do domku w lesie. Na blogu o ich przygodach możecie przeczytać tutaj i tutaj.

8+2 i Anton z Ameryki

W tomie „8+2 i Anton z Ameryki” dzieci już na dobre rozgościły się w domku w lesie. Kochają swój dom, swoje podwórko, drogę przez las… Pewnego dnia do ich domu — i to akurat wtedy, gdy rodzice wybrali się na bardzo ważną uroczystość, 25-lecie orkiestry kierowców ciężarówek — zawitał gość, dla którego chatka w lesie była jeszcze cenniejsza. Pamiętacie staruszków, od których Tato kupił domek? W tym tomie po raz kolejny wracamy do nich, bo gość z Ameryki to ich syn, który niechcący przewrócił całe święta rodziny do góry nogami.

8+2 i Anton z Ameryki

Skończyło się jak zwykle dobrze, ale Piotruś z wypiekami na twarzy słuchał o przygodach rodzeństwa, o Morciszku (tradycyjnie wybraliśmy tę formę imienia najmłodszego dziecka), który pokochał prosiaki i chciał nauczyć dom latać, o niespodziance, jaką zostawił rodzinie Anton. Z całej serii bije niesamowite ciepło i życzliwość do świata. Trudno wyobrazić sobie taką Norwegię, ale na pewno chciałby mieć za sąsiadów tę cudowną rodzinę, mimo iż dzieci — jak to dzieci — czasami sprawiają kłopoty. Lubimy także bardzo ilustracje Marianny Oklejak, która jak nikt potrafi oddać zwariowane życie ośmiorga dzieci, a jej obrazek z kierowcami ciężarówek bardzo kojarzy mi się z atletami z Tuwimowskiej „Lokomotywy”. Zajrzyjcie do tych książek konieczne — u nas cała seria świetnie się sprawdza jako wieczorna lektura przed snem, i to przez cały rok, a nie tylko w okolicach świąt. 

Ilustracje pochodzą ze strony wydawnictwa Dwie Siostry.

Anne-Cath Vestly, 8+2 i Anton z Ameryki, il. Marianna Oklejak, Dwie Siostry 2017

Reklamy

Absolutnie subiektywna świąteczna polecajka Tymka

Na blogach, portalach i stronach wydawnictw mnóstwo jest prezentowych propozycji. Przepięknych, cudownych i mądrych książek dla maluchów, przedszkolaków i dzieci z młodszych klas podstawówki. A dla starszych jakby mniej. Poprosiłam więc Tymka, żeby zastanowił się i wskazał książki, które zrobiły na nim największe wrażenie, które warto kupić pod choinkę i podarować starszemu dziecku — nawet takiemu, które nie przepada za czytaniem.

No i zaczęła się dyskusja. Oglądaliśmy książki z półek i przeglądaliśmy listy książek wypożyczonych — jak to dobrze, że biblioteka ma katalog elektroniczny. Pominęliśmy „Harrego Pottera”, „Percy’ego Jacksona” i „Baśniobór” jako absolutne pewniaki (mamo, to wszyscy znają!). No więc voilà! Zapraszamy do lektury absolutnie subiektywnego spis książek dla młodszej młodzieży wartych przeczytania i podarowania — kolejność wymieniania tytułów przypadkowa! Niestety niektóre z tych książek ciągle czekają na recenzję na blogu, większość można bez problemu kupić. Aaa, i prosiłam, by moje dziecko wybrało dziesięć tytułów — nie było prosto!

Zaczynamy od tych, którzy czytać za bardzo nie lubią i długa książka sprawi, że uciekną pod stół.

1. „Hej, Jędrek! Przepraszam, czy tu borują?” Rafała Skarżyckiego, Tomasza Lwa Leśniaka (Nasza Księgarnia) lub dowolna inna część przygód Jędrka. Zabawna, pełna rysunków i komiksów lektura o perypetiach zwariowanego dziesięciolatka. Dla fanów komiksów i kryminałów od 7 roku życia, ale dla jedenastolatka też się nada.

Hej Jędrek! Przepraszam, czy tu borują

2. Kolejna propozycja na naszej liście dla niechętnie czytających to właściwie dwie pozycje, także wydane przez Naszą Księgarnię: „Mieszko, ty wikingu!” i „Kazimierzu, skąd ta forsa” Grażyny Bąkiewicz. To bogato ilustrowane i pełne zabawnych komiksów opowieści o podróżach w czasie i zwiedzaniu Polski za czasów Piastów. Tymek bawił się świetnie i uznał, że to doskonała lektura dla wszystkich, którzy nie przepadają za czytaniem, ale lubią rycerzy i dawne czasy. 

Mieszko, ty wikingu!

3. Mamo, koniecznie „Kroniki Spiderwick„! Tony’ego DiTerlizzi i Holly Black (Znak) — tylko chyba trudno ją kupić. To brawurowe wprowadzenie do świata fantasy. Czego tutaj nie ma: rozbita rodzina, rozpadający się dom, masa dziwnych stworów, zagrożenie dla świata, świetny, wciągający tekst i inspirujące ilustracje. Bywa strasznie, więc powiedzmy, że od ósmego-dziewiątego roku życia. I uwaga: koniecznie trzeba zacząć lekturę od pierwszego tomu!

Kroniki Spiderwick

A teraz propozycje dla tych dużo czytających, którzy pochłaniają jedną książkę za drugą i ciągle im mało.

4. Yves Grevet „Meto” (Dwie Siostry) — dystopia dla młodzieży, momentami mroczna i bardzo wciągająca. Sześćdziesięciu czterech chłopców w wielkim Domu na wyspie. Nie wiedzą, kim są, nie wiedzą, co ich czeka. To nie jest przyjazny, barwny świat. Tutaj trzeba szybko dorosnąć. Dla dwunastolatków — docelowo trzy tomy.

Meto

5. Brandona Mulla na tej liście nie mogło zabraknąć. O „Baśnioborze” nie będę pisać, ale mój syn poleca także „Wojnę cukierkową” (tylko dwa tomy!) (wydawnictwo Wilga). To opowieść o małym miasteczku, paczce przyjaciół i magicznych słodyczach (ech, każdy chciałby polatać po zjedzeniu supersmacznej pralinki). Akcja pędzi i natychmiast po zakończeniu pierwszego tomu chce się zacząć następny.

Wojna cukierkowa

6. Co powiecie na spiskowe teorie dziejów, tajemne stowarzyszenia i świat, w którym nieustannie ściera się dobro i zło? A w samym środku wydarzeń tkwi oryginalne rodzeństwo August i Cezaryna. To książka o wadze wiedzy i książek właśnie, o samotności i walce o akceptację — sporo w niej przemocy: fizycznej i psychicznej. Mnie nieodparcie kojarzy się z Aleksandrem Dumas i powieściami spod znaku płaszcza i szpady, a Tymek pochłonął ją z wypiekami na twarzy. Jeśli lubicie wartką akcję i tajemnice, sięgnijcie po „Podpalaczy książek” Marine Carteron (Wytwórnia, od 12 lat, 3 tomy).

Podpalacze książek

7. Zwiadowcy„, mamo, zwiadowcy! Ech, to lektura nie najwyższych lotów, ale bardzo uzależniająca. Dobra dla nawet początkującego czytacza, bo wciąga jak odkurzacz. Wartka akcja niesie czytelnika z miejsca na miejsce po rozległych, rycerskich krainach. Oblężenia, pojedynki, porwania, podróże. Zanim kupicie, sprawdźcie, czy pobliska biblioteka oferuje wszystkie tomy, a jest ich chyba ze dwanaście (wydawnictwo Jaguar) — nadaje się dla rozczytanego dziesięciolatka, a starsze dziecko też nie będzie się raczej nudzić. Dorosłym też zdarza się uwielbiać tę serię.

Zwiadowcy

8. Kolejny Brandon Mull na naszej liście. Seria „Pięć królestw” to jedna z ulubionych lektur Tymka, który nie może się doczekać następnej części. Mój syn uważa, że te książki są lepsze od „Baśnioboru”. Grupa przyjaciół trafia na tajemnicze Obrzeża. Muszą przejść przez kolejne krainy, przeżywają mnóstwo przygód, zdobywają niezwykłe przedmioty i moce — po każdym tomie mój syn szczegółowo opowiadał, co tym razem było najfajniejsze (Wydawnictwo Egmont, od 11 roku życia, choć mój ośmioletni bratanek też czytał z zachwytem). Na razie wyszły trzy tomy.

Pięć królestw

9. Mamo, to smutna książka, ale ciekawa. I inna niż wszystkie. Moje dziecko bardzo przeżyło lekturę „Mówcie mi Bezprym” Grażyny Bąkiewicz. Ta książka zmusza do myślenia, pokazuje, że przeszłość to nie tylko bitwy i daty, to ludzie ukryci za zasłoną czasu, którzy kochali, nienawidzili i pragnęli. Akcja jest wartka i wciąga, ale to lektura dla dojrzalszych i bardziej wyrobionych czytelników (wydawnictwo Literatura, od 11 lat). Uwaga: tylko jeden tom (co za dziwactwo w dzisiejszych czasach!)

Mówcie mi Bezprym

10. No i na końcu, choć kolejność jest przypadkowa, po prostu tak wyszło, Marcin Szczygielski i książki o przygodach Mai. Jeszcze nie czytaliśmy „Klątwy dziewiątych urodzin”, ale przecież warto zacząć od początku, od „Czarownicy piętro niżej” i „Tuczarni motyli”. To świetna polska seria, trzymająca w napięciu i czarująca słowem. Znam rodziny, gdzie wszyscy zasiadali na wspólne czytanie, dorośli i dzieci, by razem dowiadywać się, co było dalej (wydawnictwo Bajka, od 7 lat).

Czarownica piętro niżej

Co sądzicie o liście Tymka? Co byście na nią dorzucili? Czekam łakomie na wszystkie tytuły, bo dostarczanie mojemu dziecku strawy książkowej to momentami nie lada wyzwanie 🙂

Ktoś ma ochotę na burgera?

Po ostatniej lekturze głęboko się zastanawiam, czy kiedykolwiek odważę się zjeść hamburgera z budki. Całkiem serio! To bardzo dobra książka dla wszystkich, którzy chcą się odzwyczaić od śmieciowego jedzenia. Zadziała na pewno!

Wszytko zaczęło się od tego, że do pokoju wpadł zadowolony, choć mocno zakatarzony Tymek z informacją, że właśnie skończył czytać książkę (coś przecież trzeba robić, gdy siedzi się w domu i choruje), i że koniecznie (ale to koniecznie!) powinnam ją natychmiast przeczytać Piotrkowi. Bo, po pierwsze, jest fajna, po drugie, krótka (czytałem ją ze dwie godziny, wiesz, duże ma litery), po trzecie, śmieszna, a po czwarte, na pewno będzie się mu podobać. Potem wręczył mi „Szczuroburgera” Davida Walliamsa (wydawnictwo Mała Kurka) i pobiegł buszować po półkach w poszukiwaniu następnej książki dobrej na chorobę. 

Szczuroburger

Trzeba przyznać, że „Szczuroburger” napisany jest brawurowo i trudno się mojemu Starszemu dziwić, że przeczytał tę książkę jednym tchem. Historia jest śmieszna, straszna, absurdalna, groteskowa, okrutna, przejaskrawiona — dla sześciolatka może być jednak za mocna i za smutna, więc ciągle się zastanawiam, czy czytać ją Piotrkowi, trochę tak samo jak w przypadku „Matyldy” Roalda Dahla. Zresztą skojarzenia z książką Dahla nasuwają się od razu: podobnie przejaskrawione są postacie dorosłych, podobnie okrutny, ponury i smutny jest świat bohaterki. Dla mnie Walliams to spadkobierca Dahla. Obaj autorzy w podobny sposób patrzą na świat i widzą, że rzeczywistość dziecka nie jest różowa i lukrowana. O ile jednak książki Dahla to ciemne baśnie, książki Walliamsa stanowią odbicie naszego świata: są bardziej brutalne, bardziej ekshibicjonistyczne, bardziej dosłowne. Ich dosadny, bardzo rubaszny humor nie każdemu musi się podobać, ale w pewnym sensie stanowi świadectwo naszych czasów — a dzieciakom podoba się bardzo, bo trafia w potrzebę nazywania rzeczy po imieniu i potrzebę przełamywania tabu (przynajmniej takim dzieciom, które choć raz bawiły się poduszką pierdziuszką).

Zoe, bohaterka książki, mieszka w pochyłym, podupadłym wieżowcu w smętnym mieście. Jej mama zmarła, gdy dziewczynka była mała, a tato, poczciwy i dobry, kompletnie się pogubił po stracie żony, a potem także pracy. Poddał się i spędza całe dnie w barze, uciekając przed sobą, a przede wszystkim przed nową żoną, Sheilą, okrutną, grubą i paskudną pożeraczką krewetkowych prażynek. Dziewczynka ma ciężko nie tylko w domu, ale także w szkole, a w bloku jest szykanowana przez Tinę Trotts, przywódczynię miejscowego gangu dzieciaków.

„Szczuroburger” to nie jest jednak reportaż interwencyjny, to wartko napisana historia o przyjaźni z pewnym milutkim szczurkiem, o bezwzględnym Burcie (oj, to naprawdę przerażająca postać), o miłości i o potrzebie walki o swoje marzenia. Historia trochę zabawna, trochę smutna, trochę przerażająca, ale wciągająca od pierwszej strony i poruszająca wiele poważnych tematów. Można potem porozmawiać o biedzie, o wykluczeniu, o bezrobociu, o uzależnieniu i o depresji — uwierzcie, że dzieci będą miały coś do powiedzenia, a na pewno nie uciekną przed tą książką. Fajna propozycja dla wszystkich, którzy uważają, że książki są nudne i łagodne (hi, hi, to cytat z jednego z kolegów mojego dziecka). Można rozmawiać o poważnych tematach, a podstawą do rozmowy może być całkiem niepoważna książka.

Kochani rodzice, niektórym z Was na pewno ta książka nie będzie się podobać, ale się nie przejmujcie 🙂 Dzieci mogą czytać książki, które Wam się nie podobają — potem z niektórych lektur wyrosną, z innych nie, ale miłość do książek im zostanie. I przekonanie, że książki potrafią przemawiać do nich ich językiem.

 

David Walliams, Szczuroburger, Mała Kurka 2016

Roald Dahl, „Matylda” – i co z tego wynikło

„Matyldę” wyciągnęłam z półki w przypływie rozpaczy. Tymek było chory i straszliwie marudził. Nie mógł sam czytać, nie miał ochoty niczego słuchać, generalnie życie było paskudne. Chciałam poczytać mu coś, czego nie zna on — i nie znam ja, to było moje pierwsze spotkanie z akurat tą książką Roalda Dahla. Tak, tak, ciągle czytamy książki naszemu dziesięcioletniemu synowi — nie tylko wtedy, gdy jest chory — i niczego nie zmienił fakt, że Tymek wciąga książki jak mały odkurzacz. Wspólne czytanie to wspólnie spędzony czas — on to lubi, my to lubimy i nie widzimy powodu, by z tego zwyczaju rezygnować.

Matylda

Historia Matyldy zaintrygowała nas oboje, choć na początku usłyszałam kilka protestów, że to pewnie będzie nudne, bo o dziewczynie. Świat Roalda Dahla nie jest jednak pastelowy ani ładny, to przerażający i brutalny obraz życia i szkoły. Nie skończyliśmy książki wspólnie. Moje starsze dziecko doczytało ją samo dzień czy dwa później, bo nie mogło się doczekać, aż będę miała czas. Opowieść o Matyldzie naprawdę go wciągnęła i długo później o niej opowiadał.

Kim jest Matylda? Matylda to genialna córka państwa Piołunów — znacie gorszych rodziców?

Zanim Matylda skończyła trzy lata, nauczyła się czytać z gazet poniewierających się po domu. W wieku czterech lat czytała szybko i płynnie, no i oczywiście zaczęła wzdychać do książek. Ale jedyną książką w tym oświeconym domu była „Łatwa kuchnia”, należąca do jej matki. Kiedy przeczytała to dzieło od deski do deski i nauczyła się wszystkich przepisów na pamięć, stwierdziła, że musi rozejrzeć się za czymś bardziej interesującym.

— Tato, kupiłbyś mi książkę? — zapytała.

— Książkę? — zdziwił się. — A po co ci jakaś zakichana książka?

— Do czytania, tato.

— A co, telewizja już ci się nie podoba? Mamy piękny, dwunastocalowy telewizor, a ty chcesz książkę! Rozpuściłaś się, mała!

Tymek bardzo chciał wiedzieć, czy naprawdę istnieją tacy rodzice: ledwo zauważający własne dzieci, niezainteresowani niczym oprócz oglądania telewizji, leniwi, niedoceniający zdolności własnej córki, marzący tylko o tym, kiedy się jej w końcu będą mogli pozbyć… Uff, chciałabym móc powiedzieć, że takich rodziców nie ma, że Roald Dahl po prostu wyolbrzymił zwykłe wady, a w efekcie Piołunowie zamienili się w potwory.

Mam jednak naprawdę nadzieję, że nie istnieją tacy nauczyciele, jak pani Pałka, dyrektorka szkoły, do której trafiła Matylda. Głównym hobby Pałki jest rzucanie dziećmi za włosy i nękanie ich na tysiąc różnych sposobów. Szkoła w tej książce to miejsce tortur — szybko trzeba poznać panujące tutaj zasady, by przetrwać. Mnie włosy jeżyły się na głowie, a Tymek zaśmiewał się do łez. Wizja nauczyciela, który rzuca dzieckiem, była dla niego tak absurdalna, że w żaden sposób nie mógł jej odnieść do własnej rzeczywistości, na szczęście!

No tak, właściwie z tego wpisu wynika, że książka Roalda Dahla to wzbudzający grozę horror 🙂 Historia Matyldy to piękna, iskrząca się humorem baśń, w której wygrywa dobro, choć zło jest okrutne, bardzo silne i ma wielu zwolenników. Mało jest w tej opowieści pozytywnych bohaterów (właściwie tylko Matylda i jej wychowawczyni, pani Miodek), ale wszystkie postacie są bardzo wyraziste i zróżnicowane. No i wszystkie mają znaczące nazwiska. Akcja toczy się wartko, co chwila coś się dzieje, Matylda odkrywa w sobie właściwości telekinezy, a jej tato okazuje się znanym oszustem — nie można się nudzić.

Zdecydowanie jednak nie przeczytałabym tej książki dziecku, które jeszcze nie ma za sobą doświadczeń szkolnych. Mam wrażenie, że plastyczna wizja szkoły jako miejsca, gdzie gnębi się dzieci fizycznie i psychicznie, mogłaby na długo zapaść w pamięć. Szkolniak, najlepiej z poczuciem humoru i umiejętnością dostrzegania groteski — jak najbardziej. Przedszkolak — raczej nie, żeby przypadkiem nie zrazić do szkoły.

A wiecie, jaki był dodatkowy efekt lektury? Tymek bardzo serio potraktował listę lektur przeczytanych przez Matyldę w wieku pięciu lat i uznał, że koniecznie musi je poznać. No bo jak to — przecież też szybko czyta i lubi długie książki. Lista jest ambitna — będzie mógł zacząć od Dickensa i Oliviera Twista. Zobaczymy, czy da radę.

Roald Dahl, Matylda, kolekcja Cała Polska czyta dzieciom, 2008

Tęsknota za Olimpem i boską mocą

Zbierałam się do tego wpisu dość długo. Tymek łyknął pierwszą serię książek o Percym Jacksonie już jakiś czas temu, ale zachwyt nad nimi ciągle trwa. Pierwsza seria wydaje się być przeznaczona dla trochę młodszych czytelników niż druga i mój syn nie mógł się od tych książek oderwać.

Percy Jackson - cała seria

Teraz pochłania kolejne tomy „Olimpijskich herosów” (kontynuacji serii), co oznacza, że czasami w wolne dni muszę go siłą wyciągać z łóżka (jeszcze tylko kilka stron, mamo!), chyba że natrafi na jakiś mniej wciągający fragment. To jednak nie wszystko: moje dziecko z zapałem zgłębia tajniki greckiej (a teraz i rzymskiej) mitologii. Przy okazji lektury książek Ricka Riordana Tymek przeczytał mitologię w opracowaniu Wandy Markowskiej, „Przygody Odyseusza” Jana Parandowskiego i wrócił do „Mojej pierwszej mitologii” i „Opowieści z zaczarowanego lasu” Niedawno tworzył wykresy porównujące bogów greckich i rzymskich i zastanawiał się, ile musiało być boginek drzew, lasów i strumyków. Na dodatek zażądał ode mnie „Iliady”, ale pod ręką było tylko tłumaczenie Dmochowskiego. Zajrzał i stwierdził, że może innym razem. Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się, że lektura Percy’ego przyniesie takie efekty.

Pierwszą książką z serii, w której poznajemy Percy’ego i dowiadujemy się, dlaczego jest niezwykły, jest „Złodziej pioruna”.

Rick Riordan, Złodziej pioruna

Percy ma dwanaście lat. To trudny wiek. Czas, gdy zaczynają pojawiać się pryszcze, a świat przestaje być przyjazny. Harry Potter dowiedział się, że jest niezwykły w swoje jedenaste urodziny, dzieci ze „Spirit Animals” w wieku jedenastu lat są poddawane próbie, jedenaście lat ma Seth z „Baśnioboru”. Pewnie można by znaleźć więcej przykładów, że we współczesnej literaturze dla dzieci czas między dziesiątym a trzynastym rokiem życia wydaje się być szczególny. To czas przełomu i budzenia się świadomości, odkrywania, kim się naprawdę jest.

Na początku książki Percy mówi:

Wiecie co, wcale nie chciałem być herosem półkrwi. Nie prosiłem się o to, żeby być synem greckiego boga. Byłem zwyczajnym dzieckiem: chodzącym do szkoły, grającym w koszykówkę i jeżdżącym na rowerze. Nic szczególnego. Dopóki przez przypadek nie wyparowałem nauczycielki matmy. Wtedy się zaczęło. Teraz zajmuję sie walką na miecze, pokonywaniem potworów, w czym pomagają mi przyjaciele, a poza tym staram się po prostu przeżyć. 

Rick Riordan ożywił świat znany z mitologii (jest to chyba jego sposób na pisanie i bestseller). Greccy bogowie ciągle żyją, a Olimp znajduje się tam, gdzie bije serce cywilizacji, czyli – oczywiście – w Nowym Jorku. Bogowie nie tylko nie zniknęli, ale tak samo jak kiedyś zakochują się w śmiertelnikach lub śmiertelniczkach i mają z nimi dzieci. Właśnie one są herosami półkrwi i są narażone na niebezpieczeństwo, które wzrasta, gdy wkraczają w okres dojrzewania. Wtedy jednym ratunkiem jest ucieczka do obozu herosów, bezpiecznego azylu, w którym mogą nauczyć się, jak walczyć i jak przetrwać. Percy, syn Posejdona, ma jeszcze trudniej – Zeus uważa, że ukradł jego piorun i musi szybko udowodnić swoją niewinność. Do głosu dochodzą także wrogowie Olimpu, a młodzi herosi znajdują się w samym środku wydarzeń.

Książkę czyta się bardzo szybko. To wciągająca lektura – zrozumiałam fascynację Tymka, gdy sama do niej zajrzałam. Akcja jest wartka, postacie wyraźnie zarysowane i ciągle coś się dzieje. Odniesień do mitologii jest tutaj mnóstwo: w kolejnych książkach pojawiają się prawie wszyscy greccy bogowie, centaury, satyry, cyklopi i tytani, Dedal i Minotaur. Historia Percy’ego i kilku jego przyjaciół spaja wszystkie części, pokazując, jak ważna jest przyjaźń i że nawet bogowie mogą się czegoś od ludzi nauczyć i do czegoś ludzi potrzebować (niby wiemy to już od czasów starożytnych). Pierwszą serię bez oporów poleciłabym już dziewięciolatkom – jeśli lubią grube książki. Druga seria jest jeszcze grubsza i przeznaczona dla trochę starszych – Tymek czyta ją z zapałem, choć przyznaje, że wszystkie rozterki miłosne bohaterów nie za bardzo go interesują. Mam wrażenie, że obozem herosów by nie pogardził i chętnie przygarnąłby jakiegoś dziadka lub rodzica z olimpijskim rodowodem. Dla mnie to lektura na miarę Harrego Pottera, równie wciągająca. Film można obejrzeć, ale książki są zdecydowanie lepsze – Tymek stwierdził, że to całkiem inna historia.

Rick Riordan, Percy Jackson i bogowie olimpijscy, Galeria Książki 2009

Igerna – dziewczynka, która chciała zostać rycerką

Wiem, że tej książki nie ma w księgarniach, a szkoda. To jedna z lepszych opowieści dla dzieci, jakie czytałam z synkami. Można ją jednak znaleźć na półce w bibliotece – i wtedy warto po nią sięgnąć i dać się wciągnąć w głąb historii Igerny – córki czarodzieja i czarodziejki, która najbardziej pragnęła zostać rycerką.

Anyżowa warownia - okładka

Anyżowa Warownia to nazwa zamku, bardzo magicznego, choć dość starego i zmurszałego. Zamieszkuje go czarodziej Lamorak, zwany również Sprytnym albo Wesołym, jego żona, piękna Melisanda, i dwoje dzieci: Albert i Igerna.

Anyż należał do rodziny Igerny od trzystu lat. Wybudował go praprapraprapradziadek jej matki. (Może i tych „pra” było trochę więcej, ale tego dziewczynka dobrze nie wiedziała). Zamek nie był duży, miał tylko jedną krzywą basztę, mury zaś miały dokładnie metr grubości. (…) Anyżowy dzieciniec zdobiły polne kwiatki, które wyrastały spomiędzy kostek bruku. Pod dachem baszty gnieździły się jaskółki, a w fosie porośniętej białymi liliami mieszkały węże wodne. Bramy zamku strzegły dwa kamienne lwy, trzymając wartę wysoko, na gzymsie murów. Gdy Igerna zdrapywała im z grzyw mech, mruczały jak małe kotki, ale gdy zbliżał się ktoś obcy, szczerzyły kamienne kły i ryczały tak przeraźliwie, że truchlały nawet wilki w pobliskim lesie”

Od wieków rodzina para się magią i ma w posiadaniu największy na świecie zbiór magicznych ksiąg, które w tej historii odgrywają niebagatelną rolę. Albert uczy się na czarodzieja, jak przystało w tym rodzie, natomiast Igernę czary i zaklęcia nudzą, chciałaby być rycerką (jak jej pradziadek Pelleas – który oczywiście był rycerzem, a nie rycerką). Historia zaczyna się tuż przed dziesiątymi urodzinami Igerny, na które rodzice przygotowują wyjątkowy prezent. Niestety, w trakcie czarowania piękna Melisanda błędnie wypowiada zaklęcie i oboje rodzice zamieniają się w urocze świnki: czarną i różową. W tej postaci nie mają swoich magicznych zdolności, a to dopiero początek kłopotów. Akurat wtedy Anyżową Warownię postanawia najechać paskudny czarodziej Gilgalad, któremu towarzyszy jeszcze paskudniejszy kasztelan zwany Rowanem Bezdusznym. Igerna i Albert muszą znaleźć w sobie siłę, by obronić zamek i odczarować rodziców.

Anyżowa warowniaTo krótkie streszczenie nie oddaje bogactwa postaci i motywów. Są tutaj i smoki, i olbrzymy, i pojedynki, i oblężenie, i ryczące kamienne lwy i wiele, wiele więcej. Przede wszystkim jest to jednak historia o dążeniu do celu, realizacji marzeń i odpowiedzialności. Igerna musi szybko dorosnąć i zastanowić się, co to „bycie rycerką” oznacza. Pięknie przedstawione są tutaj relacje starszego brata z młodszą siostrą – rodzeństwo się lubi, choć nie szczędzi sobie złośliwości. To nie jest bardzo „poważna” książka – to bajkowa opowieść, w której od początku wiadomo, że wszystko się dobrze skończy.

Obaj moi chłopcy bardzo ją lubią. Pięcioletni Piotruś wysłuchał jej już kilka razy. Był taki czas, że natychmiast po zakończeniu lektury domagał się, żeby zacząć od nowa. Igerna była ulubioną postacią z bajek i chętnie bawił się w jej przygody, a przy okazji zastanawiał, czy lepiej być rycerzem, czy czarodziejem. To świetna książka dla dziewczynek, bo pokazuje im, że można inaczej i że dziewczynka może bardzo dużo (gdyby ktoś miał wątpliwości).

Cornelia Funke, „Anyżowa Warownia”, Nasza Księgarnia 2008

Boggarty, elfy, kwikołki i inne stwory – witamy w Spiderwick!

Tymek dostał „Kroniki Spiderwick” (wydawnictwo Znak) od Mikołaja. I dobrze, że Święty postarał się od razu o obie książki, bo dziecko chyba oberwałoby mi głowę z podniecenia, gdyby nie mogło przeczytać wszystkiego od razu. Księga pierwsza, obejmująca tomy: „Przewodnik terenowy” i „Kamienne oko”, kończy się bowiem w takiej chwili, że natychmiast ma się ochotę sprawdzić, co było dalej. Tymek skończył Księgę pierwszą, wziął z półki Księgę drugą chyba nawet bez chwili odpoczynku (tomy „Sekret Lucindy”, „Żelazne drzewo” i „Gniew Mulgarata”), a potem żałował, że nie ma kontynuacji.

Kroniki Spiderwick 1

Kroniki Spiderwick 2

Historia zaczyna się klasycznie: rodzeństwo Grace’ów trafia do starego, wiktoriańskiego domu. Od teraz będą tu mieszkać razem ze swoją mamą – musieli się wyprowadzić z Nowego Jorku, gdy tato zostawił rodzinę. Mallory, zapalona florecistka, Simon, miłośnik zwierząt, i jego bliźniak Jared – od odejścia ojca traktowany jako ten, który sprawia kłopoty – nie spodziewali się, że wraz z przeprowadzą zaczyna się najbardziej przedziwna i zaskakująca przygoda w ich życiu.

Przeszukując dom, dzieci znajdują tajemniczą księgę, spisaną przez ich ciotecznego pradziadka, Artura Spiderwicka, a w niej opis większości dziwnych i cudownych stworzeń, które żyją tuż obok ludzi, ale na ogół wolą się nam nie pokazywać. Jared ze zdumieniem czytał o boggartach, skrzatach, trollach, gryfach i innych bajkowych stworzeniach, które według Artura zamieszkiwały okolice Spiderwick. Odkrycie księgi oznaczało także wielkie niebezpieczeństwo – dzieci musiały przekonać do siebie wiele stworów niechętnie nastawionych do ludzi oraz walczyć z groźnym Mulgaratem. Ich kapryśnym przewodnikiem w tym świecie staje się domowy skrzat Naparstek, który nie przypomina krasnoludka, a potrafi zamienić się w złośliwego boggarta.

„Kroniki Spiderwick” to fantasy przeznaczone dla dzieci. Bohaterowie są dziećmi i nie tylko walczą z groźnymi stworami, ale także borykają się z problemami typowymi dla dzieci: z niezrozumieniem dorosłych i własnymi emocjami, nad którymi tak trudno czasami zapanować. Historia, ładnie i ciekawie przetłumaczona na język polski przez Zuzannę Naczyńską, niesamowicie wciąga. Razem z rodzeństwem Grace’ów wędrujemy po okolicach Spiderwick i ich oczyma oglądamy cuda, które objawiają się im przed oczami. Opowieść kryje w sobie sporo niespodzianek i zaskakujących zwrotów akcji. Nie wiem, czy chłopcy koniecznie chcieliby zobaczyć goblina (Piotruś obejrzał obrazki w książce), ale sądzę, że kwikołkiem i pukiem by nie pogardzili 🙂 „Kroniki Spiderwick” to odpowiedź na naszą potrzebę poszukiwania tajemnicy i dziecinnej wiary, którą czasami zachowujemy także jako dorośli, że tuż obok nas kryje się coś jeszcze, a baśnie zawierają w sobie ziarenko prawdy. Dla mnie pewnym „dalszym ciągiem” tej historii jest „Baśniobór” Brandona Mulla, oparty na podobnym pomyśle („Kroniki” były pierwsze). Oba tomy to fajne wprowadzenie w świat fantasy, tym bardziej, że kolejne części są dość krótkie, a druk dostosowany do potrzeb młodszego czytelnika. Bardzo ważne są także ilustracje – można nie tylko poczytać o naszych magicznych sąsiadach, ale także je obejrzeć.

Tymek oglądał także film, który również bardzo mu się podobał. Według mnie, książka jest mniej „straszna”.

Opinia Tymka:  Ta książka jest wciągająca. Wydaje się gruba, ale ma dużo obrazków. Z książki najbardziej podobał mi się  postać Jareda.  Ja osobiście nie chciałbym mieszkać w takim domu, ale chciałbym przelecieć się na gryfie 😎 . Nie można dużo pisać o tej historii, żeby nie zdradzać sekretów.

Zwierzoduchy, czyli o pierwszym tomie Spirit Animals

Tymek zażądał, żebym w końcu zaczęła pisać o książkach, które on czyta, a nie tylko o Piotrusiowych. Na początek padło więc na „Zwierzoduchy” – przyniosły mu je do szkoły Zuzia i Basia, superkoleżanki, a potem w domu Tymek odmawiał współpracy, siedział i czytał. I przeczytał. Przez jedno popołudnie, co samo w sobie o czymś świadczy.

Spirit Animals, Zwierzoduchy

„Zwierzoduchy” to pierwszy tom serii „Spirit Animals” wydanej przez Wilgę. Książkę napisał Brandon Mull, którego „Baśniobór” oboje przeczytaliśmy z przyjemnością. Seria została rozpisana na siedem tomów, każdy z nich ma napisać inny autor.

Akcja powieści dzieje się w Erdas. W tym świecie każde dziecko, które kończy jedenaście lat, przechodzi ceremonię nektaru Ninanii i jeśli ma szczęście, może przywołać swoje zwierzę-ducha, czyli zwierzoducha. Dla rodziny to wielki zaszczyt, bo podobno nie ma wielu ludzi ze zwierzętami opiekuńczymi, choć w książce spotykamy głównie takie. W pierwszym tomie poznajemy czworo dzieci: Abeke, Meilin, Conora i Rollana (dwie dziewczynki, dwóch chłopców). Pochodzą z czterech różnych kontynentów, które nieodparcie kojarzą się z Europą, Afryką, Azją i Ameryką Północną. Każde z nich przywołało nie zwykłe zwierzę, ale jedną z potężnych, wymarłych Wielkich Bestii. Pojawienie się Bestii (wilka, lamparta, pandy i sokolicy – to są dobre bestie) potwierdza, że powraca starożytne zagrożenie i bliskie jest przebudzenie się Pożeracza, czymkolwiek by ten stwór był. Budzą się także pozornie pokonane złe bestie.

Książkę czyta się szybko, ale zdecydowanie skierowana jest do młodszych nastolatków, i to takich, które nie mają za sobą zbyt wielu lektur. Ja miałam wrażenie, jakby ktoś powielał w niej znaną powszechnie receptę na sukces: musi być tajne stowarzyszenie, kilku młodych bohaterów, jakieś zagrożenie nieznane i przerażające. Momentami akcja była przewidywalna, ale jednocześnie bardzo wciągająca. Miło się towarzyszy bohaterom, którzy mimo młodego wieku muszą pokonać mnóstwo przeciwności, by uratować świat, chociaż przez całą lekturę miałam wrażenie, że ten tom to tylko wstęp, a prawdziwa historia dopiero się zacznie. Może to wina koncepcji pisania każdego tomu przez innego autora – być może Brandon Mull lepiej się sprawdza, gdy sam kontroluje całość.

Opinia Tymka: Ta książka jest ciekawa, ale czytałem ciekawsze. Najbardziej podobała mi się postać Conora. Jego  zwierzoduch to wilk o imieniu Briggan. Zwierzoduch Abeke to lamparcica Uraza, Meilin ma pandę Jhi, a Rollan sokolicę Essix. Chętnie przeczytam następne tomy, choć wydaje mi się, że już wiem, co w nich będzie.

Dżentelmeni, krynoliny, statki kosmiczne i pająki

Z krynolinami chyba przesadziłam, bo w epoce wiktoriańskiej już się ich raczej nie nosiło, ale cała reszta się zgadza…

Czy wyobrażacie sobie świat, w którym ludzie zaczęli eksplorować kosmos tuż po dokonaniu odkryć przez Izaaka Newtona? Zasiedlali planety, budowali kolonie, podróżowali dalej przez „bezgraniczny eter” i wiedzieli o kosmosie więcej iż my, ale mężczyźni ciągle nosili meloniki, a kobiety długie, niewygodne suknie na halkach? Były to czasy, gdy młode damy musiały posiąść pewne umiejętności (takie jak gra na instrumencie), by móc przebywać w „odpowiednim” towarzystwie, a młodzi mężczyźni powinni w każdej sytuacji pokazać, że są dżentelmenami. Przyznaję, że mnie ta wizja podoba się ogromnie. A można ją znaleźć w przeuroczej książce „Kosmiczny dom Larklight, czyli zemsta białych pająków, czyli do pierścieni Saturna i z powrotem! Porywająca opowieść o śmiałej wyprawie w najdalsze zakątki Kosmosu”. Napisał ją Philip Reeve (choć na karcie tytułowej widnieje informacja, że tylko spisał opowieść głównego bohatera Arta Mumby’ego), a zilustrował David Wyatt. Książkę wydała Nasza Księgarnia w 2007 r.

Philip Reeve, Kosmiczny dom Larklight

Opowieść sprawiła chyba więcej przyjemności mi i mojemu mężowi niż Tymkowi, który jednak przeczytał ją z zainteresowaniem i chętnie poznałby dalsze przygody bohaterów. Dla mnie to była świetna zabawa w odkrywanie alternatywnej wersji historii i alternatywnej wiedzy o tym, jak zbudowany jest kosmos. Na dodatek wiedzy całkiem spójnej i dostosowanej do czasów, w których dzieje się akcja.

Wszystko zaczyna się w połowie XIX wieku na domu-statku Larklight dryfującym gdzieś na pustkowiu w otchłani za Księżycem. Dom wygląda tak:

Philip Reeve, Kosmiczny dom Larklight

W domu mieszka rodzina Mumbych: ojciec zajmujący się badaniem kosmicznych ryb, syn Art i córka Myrtle. Art jest narratorem powieści, choć czasami posiłkuje się pamiętnikiem Myrtle (oczywiście bez jej wiedzy). Oprócz opowieści w książce możemy znaleźć takiem smaczne przypisy:

„Ojciec mówi, że kosmiczne ryby wcale nie są rybami, tylko eterowymi ichtiomorfami. Ale wyglądają zupełnie jak ryby, tyle że niektóre ich płetwy zamieniły się w skrzydła. Ojciec spędził całe lata na ich obserwowaniu, bo uważa, że tylko badając każdy szczegół Stworzenia, możemy naprawdę docenić Nieskończoną Miłość i Mądrość Boga. Ojciec nazywa się Edward Mumby i napisał bardzo przydatną książkę „Niektóre nieopisane ichtiomorfy Eteru Translunarnego”. W skrzydle gościnnym mamy kilkaset egzemplarzy, ułożonych w równy stos, gdyście chcieli ją przeczytać.”

Spokojne, nudnawe i ustabilizowane życie bohaterów nabiera tempa, gdy odwiedza ich niejaki Pan Webster, który okazuje się gigantycznym pająkiem o mrocznych zamiarach…

Nie będę pisać, co było dalej, ale akcja gwałtownie przyspiesza i razem z bohaterami przenosimy się w coraz to inne zakątki kosmosu. Ta lektura pobudza wyobraźnię, tym bardziej, że towarzyszą jej świetne ryciny, jakby żywcem wzięte z XIX-wiecznych powieści.

Philip Reeve, Kosmiczny dom Larklight

Philip Reeve, Kosmiczny dom Larklight

Mnie przypominały stare wydania książek Juliusza Verne’a, a trochę ryciny z przedwojennych, umoralniających książeczek dla dzieci. Więcej ilustracji Davida Wyatta można obejrzeć na jego stronie. A teraz będziemy szukać innych książek Philipa Reeve’a.

Jaśki

Narodziny Piotrka wiele pozmieniały w naszym domu. Wcześniej zwykle przed snem czytała mama, a teraz częściej czyta tata, bo mama biega z wrzeszczącym Piotrkiem po domu albo zasnęła tak mocno razem z nim, że nawet wystrzał z armaty nie byłby w stanie jej obudzić (choć ciche stękanie Piotrka i owszem). Najczęściej tata czyta Mikołajka, bo uwielbia go i on, i Tymek, ale całkiem niedawno furorę zrobiły Jaśki Jeana-Philippe’a Arrou-Vignoda, wydane przez Znak.

 

Nie wiem, czy trzeba porównywać tę książkę do Mikołajka, bo broni się sama – Tymek domagał się lektury Jaśków co wieczór i stanowczo protestował przeciwko zastosowaniu w tym przypadku zasady: mama czyta jedną książkę, a tata inną. Jaśki miały być czytane co wieczór i już. Trudno zresztą mu się dziwić, bo przygody braci wciągają i bawią także dorosłych.
Jaśki to sześciu braci: trochę przemądrzały Jan-A (trudno mu się dziwić, jest najstarszy i próbuje określić swoje miejsce w rodzinie i w życiu), narrator opowieści Jan-B, Jan-C, który nigdy nic nie rozumie, Jan-D zwany Janem Demolką (ukochany bohater mojego synka, bo on też by chciał wszystko rozwalać), Jan-E (sepleni, bo ma włos na języku) i malutki Jan-F. Mają tak samo na imię, bo ich tata uznał, że tak będzie prościej. Czasami pomysły dorosłych nie są najlepsze, bo Janom aż tak łatwo nie jest, szczególnie gdy mama upiera się, by zakładali takie same ubrania. Tymkowi jednak pomysł nazwania dzieci tak samo przypadł do gustu i nawet proponował, żebyśmy zmienili imię Piotrka.
Przygody Jaśków, bitwy z innymi chłopakami, wyjazdy na obozy – wszystko wywołało entuzjazm Tymka, który do tej pory opowiada o ich niektórych pomysłach (a wiesz, jak Jaśki byli na obozie, to strzelali do kaczki z łuków, a cięciwy zrobili z linek od namiotów, wyobrażasz sobie?). To świetna książka, która powinna zainteresować pięciolatka i wciągnąć starszego czytelnika (dziesięciolatek nie mógł się od niej oderwać). A rodzice na pewno nie będą się przy niej nudzić. Przy okazji dziecko uświadomi sobie, że były takie czasy, gdy nie było telewizorów i chyba nawet dzieci mniej się wtedy nudziły. Porównywać tej książki z Mikołajkiem nie warto, ale przeczytać na pewno tak.