Wiosna, wiosna, wioooooosnaaaaaa

No wiem, jest już od jakiegoś czasu… I co z tego? Pogoda nie rozpieszcza, praca absorbuje, wszystko w biegu. A wyjazd na majówkę sprawił, że nagle odkryłam, jak bardzo zmienił się cały świat. Jest zielono, zimno, ale zielono, cieplej i zielono. Co roku na wiosnę przeżywam to samo zadziwienie, jak różnorodna może być zieleń, jak mroczna, jak jaskrawa, jak jasna, jak świetlista, jak…. Synowie nie do końca mnie rozumieją: zamiast się gapić, trzeba biegać, wrzeszczeć, skakać, wdrapywać się na drzewa, patrzeć na robale, buszować w krzakach, sprawdzać, co nowego wyrosło, czyli robić to wszystko, czego nie dało się robić (a przynajmniej nie za długo) przez zimowe miesiące.

W tym roku w odkrywaniu wiosny towarzyszyły nam „Dzieci korzeni” Sibylle von Olfers, wydane przez wydawnictwo Przygotowalnia. Na stronach wydawnictwa można podejrzeć, jak książka wygląda w środku. Moje zdjęcia robił Tymek :-). A ponieważ bohaterami wiosny w ogrodzie Dziadków okazały się smardze, to pierwsze zdjęcie będzie ze smardzem. Chłopcy zastanawiali się nawet, które z dzieci korzeni zafundowało im tak wspaniałą niespodziankę.

Dzieci korzeni

Na początku warto powiedzieć, że ta książka jest po prostu piękna. Cieszy oczy i cieszy dłonie. Śliczna, aksamitna w dotyku okładka, płócienny grzbiet, kremowy papier pięknie współgrający z brązową czcionką. To przepięknie wydana książka, choć gdzieś w głębi duszy zamarzyło mi się wydanie na grubych kartkach, które nie przestraszyłoby się nawet bardzo małych rączek. Opowieść o dzieciach korzeni świetnie nadaje się nawet dla bardzo małych dzieci.

Dzieci korzeni

Głęboko pod ziemią, gdzieś wśród korzeni, późną zimą budzą się dzieci — niezwykłe dzieci Matki Ziemi. Po długim zimowym odpoczynku mają pełne ręce roboty. Muszą uszyć nowe wiosenne szaty, wypucować żuki i chrząszcze, przygotować się na przyjście wiosny. A potem wychodzą na powierzchnię i wtedy świat rozkwita. Wszystko się budzi. Wiosnę i lato dzieci korzeni spędzają na łąkach, w lasach i na polach. Bawią się, pomagają, psocą. Jesień przepłasza je pod ziemię, gdzie układają się do snu, by spać do kolejnej wiosny.

Prosta opowieść Sibylle von Olfers pokazuje kolejność pór roku, ale jednocześnie sięga do naszych marzeń i do bajkowego świata skrzatów, elfów i innych magicznych stworzeń, dzięki którym wszystko w przyrodzie wzrasta i rozkwita. Czyż wiosna nie jest magiczna? Jak łatwo wyobrazić sobie rzesze maleńkich ludzików krzątających się wśród traw i drzew, pucujących liście, prostujących kwiaty, pomagających pąkom rozkwitnąć. Kto by nie chciał zobaczyć wśród liści maleńkich istotek, posłuchać ich śpiewu i śmiechu? 

Sibylle von Olfers stworzyła także magiczne ilustracje. Mają już 110 lat,  ale się nie zestarzały. Wydają się witrażowe, secesyjne, są po prostu śliczne i bardzo lubię je oglądać. Pięknie pokazują zmiany pół roku i podkreślają naturalny podział tej książki. Gdy wiersz opowiada o przygotowaniach dzieci do wyjścia, ilustracje zajmują całą stronę. Potem przypominają okna, przez które można podejrzeć wiosnę, lato i jesień. Piękne okna, ujęte w roślinne ornamenty. Zafascynowała mnie w tej książce symbolika korzeni, tego, czego nie widać, a na czym wszystko się opiera, korzeni, z których wszystko powstaje. Dbajmy o korzenie.

Dzieci korzeni

Sibylle von Olfers, Dzieci korzeni, Przygotowalnia 2016

Reklamy

Pod ziemią pod wodą, czyli o czytaniu na dywanie

Książki Aleksandry i Daniela Mizielińskich kochamy od dawna, od kiedy tylko pojawiły się na rynku. Chłopcy nieustająco wyciągają je z półek, oglądają i komentują. Niektóre budzą ogromne emocje („Domek”, seria „Mamoko”, „Mapy”, „Kto kogo zjada”), do innych Tymek i Piotruś zaglądają rzadziej, ale i tak zaliczają je do największych skarbów.

Całkiem niedawno do kolekcji dołączyła „Pod ziemią pod wodą”, książka wydana w zeszłym roku przed wydawnictwo Dwie Siostry, formatem w niczym nie ustępująca gigantycznym „Mapom”. Dostał ją Piotruś, ale jako pierwszy dorwał się do niej Tymek i wcale nie miał ochoty bratu oddawać. W końcu jednak doszliśmy do porozumienia i chłopaki obejrzeli ją wspólnie: od przodu, potem od tyłu, czyli od drugiego przodu, potem od środka, a potem znowu od początku.

Mizielińscy, Pod ziemią, pod wodą

Książka jest fantastyczna. Na wielkich rozkładówkach pokazane są różne ciekawostki ze świata podwodnego i podziemnego: zwierzęta i rośliny, ludzie i statki, wulkany i kopalnie, trochę historii i trochę współczesności. Obie części zbiegają się w środku, na stronie poświęconej jądru ziemi. To cudowna podróż przez najgłębsze jaskinie do najgłębszych kopalni i w głąb morskiej otchłani. Ilustracje uzupełnione są mnóstwem informacji. Aż sama się zdziwiłam, jak wiele wiedzy w niej zawarto. Po lekturze „Pod ziemią pod wodą” musiałam szukać dodatkowych informacji o Titanicu, Rowie Mariańskim, właściwościach topinamburu i sposobach jego uprawy. Piotruś zapragnął zwiedzić jakieś kanały i wybrać się do jaskini, Tymek rozważał, jak niebezpieczne było nurkowanie w danych czasach. Co jakiś czas synkowie rozkładają album na dywanie i z namaszczeniem przystępują do oglądania, bo na podłodze najwygodniej. Nic się nie zamyka, nic nie przeszkadza i można swobodnie obchodzić książkę wokoło.

Mizielińscy, Pod ziemią, pod wodą

Mizielińscy, Pod ziemią, pod wodą

 

Wiele ilustracji z tej książki można obejrzeć na stronie Hipopotam Studio.

Ta książka nie jest w stanie się znudzić, zaciekawi każdego i zmusza do zadawania pytań i szukania odpowiedzi. Jedyną trudność sprawia czasami znalezienie punktów odniesienia – ale to trudność tylko dla rodzica. Niełatwo bowiem odpowiedzieć na zadane znienacka pytanie: czy bylibyśmy w najgłębszej głębi, gdyby powierzchnia wody była tam, gdzie dach dziesięciopiętrowego bloku? Dla ułatwienia podpowiem, że dziesięciopiętrowy blok ma ok. 35 metrów, a Titanic znajduje się na głębokości -3800 m. Jeśli nie macie ochoty odpowiadać na pytanie, ile bloków trzeba na sobie postawić, by zobaczyć, jak to głęboko, nie kupujcie dzieciom tej książki. Ale tylko wtedy 🙂

Zauroczenie

Trafiły do nas niedawno dwie książki wydawnictwa Officyna – obie wydane dosłownie przed chwilą – i nie jestem w stanie się od nich oderwać. Położyłam „Księżyc zapomniał” i „Dźwięki kolorów” Jimmiego Liao na nocnym stoliku i zaglądam do nich właściwie codziennie, i co chwila podtykam je pod nos obu chłopakom. Podobną chęć posiadania wzbudziła chyba we mnie tylko „Gdzie jest moja siostra” Svena Nordqvista — w jakiś sposób te książki są dla mnie bardzo podobne, choć tak bardzo różne. We wszystkich jednak słowo i obraz łączą się z sobą w nierozerwalny sposób, a ilustracja wciąga w fantastyczny świat, pełen dygresji i znaczeń. Jak to dobrze, że ciągle wydawane są tak fascynujące książki, które potrafią zaczarować obrazem i słowem, i które są doskonałą lekturą zarówno dla starszych, jak i młodszych.

Może zacznę od „Księżyc zapomniał” — książki, która wydała mi się prostsza, łatwiejsza dla Tymka. Historię przyjaźni chłopca i księżyca mój synek doskonale zrozumiał, choć pewnie będziemy mogli ją czytać jeszcze wiele razy i odkrywać nowe sensy i znaczenia…

 

Historia zaczyna się całkiem prosto: mały chłopiec znajduje na łące malutki księżyc, który spadł z nieba i niczego nie pamięta. Chłopiec zaopiekował się maluchem i w ten sposób znalazł przyjaciela towarzyszącego mu w każdej wyprawie: Chłopiec i księżyc chowali się w szafie mamy. Udawali, że wpadli w tajemniczą, czarną dziurę bez dna. Mama nigdy nie mogła ich znaleźć. Przez trzy dni i trzy noce pływali po morzu. Napotykali tsunami i przerażające rekiny. Mama była zbyt zajęta, by przyjść im z pomocą. Zrobiło mi się bardzo smutno, gdy czytałam z Tymkiem te słowa – tak trudno jest towarzyszyć dziecku w jego świecie i ciągle go rozumieć, i znaleźć czas, by dostrzec małe, wielkie problemy.
Przyjaźń chłopca i księżyca nie jest prosta – chłopiec odsuwa się od otoczenia, choć może to ono ucieka od niego. Z książki bije tęsknota za bliskością, za byciem razem w każdej chwili, za wspólnotą i zrozumieniem – ofiarować może ją chłopcu jedynie księżyc, ważne pytania zdają się ginąć w chaosie, w jakim pogrążył się świat. To także książka o altruizmie, o tym, że czasami trzeba wyrzec się czegoś bardzo cennego i ważnego, by ochronić innych, by zapewnić im spokój i bezpieczeństwo. Ta ważna cecha wydaje się trochę zapomniana w naszym nastawionym na sukces świecie. Zresztą pytań po lekturze pojawia się naprawdę bardzo dużo. Warto czytać tę książkę uważnie, żeby nie przegapić możliwości rozmowy na ważne tematy — prawdziwej rozmowy, w czasie której powstaje mocna więź, a rozmówcy naprawdę się słuchają. To świetna książka do wspólnego czytania i oglądania: pozornie prosta i lekka, a zarazem bardzo pobudzająca, zmuszająca do refleksji. Nie mogę oprzeć się skojarzeniom z „Małym księciem”, szczególnie gdy czytam zakończenie:To, co nie widziane, stało się widoczne.
Letni wietrzyk lekko wieje, falują trawy i liście drzew.
To, co zapomniane, powraca w pamięci.
Chmury powoli się rozproszyły i delikatne światło księżyca zalśniło za oknem…
Wspólna lektura „Księżyc zapomniał” stwarza szansę na porozumienie niezależnie od wieku dziecka – czytelnika. Dorosły powinien być przewodnikiem, ale musi także uważnie słuchać, bo może dowiedzieć się rzeczy naprawdę ważnych i istotnych.

I warto uważnie przyglądać się ilustracjom, choćby po to, by się nimi pozachwycać.

  

Druga książka „Dźwięki kolorów” była dla nas i łatwiejsza, i trudniejsza.

 

„Dźwięki kolorów” to historia niewidomej dziewczynki, która podróżuje metrem po mieście. Na ilustracjach widzimy świat jakby jej oczami: świat utkany z dźwięków i wyobrażeń:

Jestem w bezkresnym tunelu metra — słyszę wyraźnie
jak motyl trzepocze skrzydłami
i w tańcu to się zbliża to oddala.

Tymek obejrzał ilustracje z zachwytem — trafił mu do gustu ich humor, kolory, różnorodność, momentami absurdalne przedstawienie świata. Na pierwszy rzut oka wszystko na nich wydaje się znajome, bardzo realistyczne, ale jednak jakby skrzywione, inne — często jednak tę inność można zauważyć dopiero po chwili. Od ilustracji po prostu nie można się oderwać: są spójne, a jednocześnie każda wydaje się rysowana inną techniką, budzi odmienne skojarzenia. Obrazki wzbudziły także entuzjazm Piotrka. To po prostu książka idealna, prawie na każdej stronie pociąg, więc oglądał ją, wykrzykując co chwila: „mamo, tutu, pociąg, i inny, i drugi, i patrz, słoń jedzie”. Dzięki temu mogliśmy spędzić czas razem we trójkę nad tą samą książką, co wcale nie jest takie proste, bo zwykle dwulatek i sześciolatek domagają się innej lektury.

 
 
Warstwa słowna okazała się trudniejsza. Opór Tymka budziło już to, że dziewczynka nie widzi — nie chodzi o to, że jest inna, tylko że to jest niesprawiedliwe, bo powinna widzieć. I dlaczego podróżuje sama, przecież ktoś się musi nią opiekować, gdzie jest jej mama… Takich pytań już na starcie pojawiało się bardzo wiele. Zaczęliśmy więc od opowiadania historii: może innej niż ta napisana przez Jimmiego Liao. Była to opowieść o tym, co dziewczynka „widzi” i co mogło wpłynąć na taki, a nie inny obraz świata.Tekst „Dźwięków kolorów” nie jest prosty, jest bardzo metaforyczny, wieloznaczny. Zapowiada to już motto zaczerpnięte z wiersza Wisławy Szymborskiej: Wielkie to szczęście nie wiedzieć dokładnie, na jakim świecie się żyje. Mój sześciolatek bardzo chce jednak wiedzieć, na jakim świecie żyje. I najbardziej pragnie odpowiedzi na wszystkie pytania: niepokoją go książki, które tych pytań stawiają tak dużo i nie dają prostych wyjaśnień. To przywilej sześciolatka, więc pewnie „Dźwięki kolorów” będą musiały jeszcze trochę poczekać na półce i na razie będą miały status „książki do oglądania”. Po ich lekturze ma się bowiem wiele pytań i wątpliwości. Ta książka zmusza do myślenia o rzeczach, które najchętniej zostawiamy gdzieś z boku. I stawia pytania, na które bardzo trudno odpowiedzieć. Czasami także trudno przyznać się, jaka jest prawdziwa odpowiedź. Doskonała lektura do wspólnego szukania odpowiedzi — ta książka wymaga zaangażowania, nie pozostawia nikogo obojętnym. Moim zdaniem, obowiązkowa pozycja w każdej biblioteczce.

Cudowne oglądanie

A teraz o książce, którą mogę polecić i dużym, i małym. Marzę o tej książce bezustannie — i ciągle ją pożyczam od znajomych, bo jakoś nie mogę na nią trafić w księgarni. Książka jest wielka i formatem, i zawartością, choć składa się głównie z ilustracji. Tekst jest przeznaczony raczej dla starszych czytelników.

Wydawnictwo EneDueRabe wydało książkę „Gdzie jest moja siostra” Svena Nordqvista w zeszłym roku. Zwróciła moją uwagę w księgarni formatem, kolorem i niesamowicie oryginalnymi ilustracjami. A ponieważ moja koleżanka wyrwała mi ją z ręki, to teraz ma za swoje i ciągle musi mi ją pożyczać.

Mały braciszek szuka swojej siostry, bardzo ciekawej świata, która nagle zniknęła:

Pomóż mi jej szukać!
Moja siostra zniknęła!
Mieliśmy wyjść się pobawić,
a tu nagle jej nie ma,
ciągle trzeba jej szukać,
tu i tam, pod i nad,
wszędzie i w kółko.

 

Stary Dziadek i młodszy Braciszek wyruszają w podróż balonem w poszukiwaniu Siostrzyczki. Braciszek musi zastanowić się, co lubi jego Siostra, gdzie mogła się schować, o czym marzyła, żeby poszukiwania odniosły skutek.
Poszukiwacze podróżują przez krajobrazy jak ze snu, przez niesamowite bajeczne krainy o takiej masie szczegółów, że książkę można oglądać i oglądać bez końca.

 

Jeden krajobraz przechodzi w drugi, równie dziwny i niesamowity. Na każdej stronie można bezustannie odnajdywać nowe szczegóły. A w momencie, gdy już wydaje się, że nic nowego nie może zaskoczyć, objawia się nowy szczegół i nowa perspektywa.

 

To jest książka, w której najpierw powstały niesamowite ilustracje:

Pomysł stworzenia tej książki pojawił się po raz pierwszy 25 lat temu. Miała to być podróż przez bajeczne krajobrazy, stanowiące jedną długą, spójną ilustrację. Z początku nie było żadnego tekstu, ważne były tylko obrazy. (…)

Powodem, dla którego pomysł ten mnie wciąż prześladował i nęcił, były chyba obrazy, które opowiadają i pochłaniają całą uwagę. Wszystko może się wydarzyć i niczego nie trzeba wyjaśniać. Chciałem wykonać duże ilustracje, w które mogłem wejść i pozostać w nich na długo.

To fragment wypowiedzi Svena Nordqvista ze strony wydawnictwa EneDueRabe.

Tymka te ilustracje pochłaniają na bardzo długo. Może je oglądać, kontemplować szczegóły bez końca. Na dodatek ta książka to zagadka. Na każdej stronie trzeba wypatrzyć Siostrzyczkę. Jej jasna czupryna czasami mignie w krzakach, czasami błyska w promieniu — nie jest łatwo ją znaleźć. Na kilku ilustracjach jeszcze jej nie wypatrzyliśmy, więc jeszcze dużo zabawy przed nami. Ta książka rewelacyjnie rozwija wyobraźnię.