Kefir w Kairze

Miało być całkiem o czymś innym, ale od dwóch dni Piotrek czyta „Kefir w Kairze”. Czyta sobie, Matce, Ojcu, Bratu, Babci i wszystkim dookoła. Czyta i chichocze. Czyta i się dziwi, i zadaje pytania. Nie się przeoczyć takiej fascynacji i przejść obok bez reakcji… Aaaa, wygląda na to, że rymowanie jest zaraźliwe.

20180617_134410-1

„Kefir w Kairze” Michała Rusinka (Wydawnictwo Znak) trochę oszukuje. Wszyscy ci, którzy w pełni i bez rezerwy uwierzyli w podtytuł „Rymowany przewodnik po miastach świata”, i spodziewali się zabytków, obyczajów i masy informacji geograficznych będą coraz szerzej otwierać oczy i z coraz większym zdumieniem (i mam nadzieję, coraz szerszym uśmiechem) zastanawiać się, o co chodzi. Jest to bowiem przewodnik napisany nie przez turystę, a przez limerystę — nie, nie jestem taka mądra i nie wymyśliłam tego słowa. Jak powiedział Michał Rusinek w wywiadzie turysta zwraca uwagę na miejsca, a limerysta na nazwy. I to właśnie one są tutaj najważniejsze.

Jak już pisałam, u nas zaczęło się od Buki i Bukaresztu:

20180617_134345

Piotrek nie był w stanie przestać się śmiać. A potem zalał nas pytaniami, czy Buka NAPRAWDĘ  przeprowadziła się do Bukaresztu. I było to tylko pierwsze z serii trudnych pytań.

Michał Rusinek bawi się nazwami. Bierze nazwę jakiegoś miasta na świecie i zaczyna zabawę słowami. Skojarzenia ma niezwykłe i czasami niesamowicie absurdalne. Nazwa jest tylko pretekstem — w wierszu mogą pojawić się odwołania do kultury danego kraju albo nie. Nie ma reguły, bo przecież nie o wiedzę geograficzną, a o zabawę językiem, wyobraźnię i grę w skojarzenia tutaj chodzi. I za nic ma autor późniejsze męki rodzica, do którego przychodzi dziecię i pyta: Mamo! A czy w Skopje NAPRAWDĘ  na słupach są napisy „Chłopje! Stój! Nie dotykaj, bo prąd kopje!” Są?! No sprawdź w Internecie!

20180617_134108

W „Kefirze w Kairze” jest 53 utwory o miastach z różnych krańców świata i z każdego kontynentu (a także dwa spisy treści, zwykły i a tergo). Każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Są takie wiersze, przy których chichoczę. Są takie, które powalają mnie na kolana i wyrywają z gardła jęk zazdrości, że ktoś odkrył takie wspaniałe podobieństwa, ale i takie, które nie wywołują u mnie większych emocji. Nic nie szkodzi — doceniam kunszt słowa i zabawę językiem. To naprawdę świetna książka do czytania i śmiania się. I do nauki geografii właściwie też, bo przecież można zaznaczać na mapie te miejsca, o których Michał Rusinek napisał. A potem pozastanawiać się razem, jak tam jest. A jeśli nie uda nam się zwiedzić Limy, to może chociaż powinniśmy wpaść do Limanowej?

Gdy w Limie gęstość zaludnienia

Stała się wprost nie do zniesienia,

To wtedy część ludności Limy

Wywędrowała pewnej zimy

Do kraju całkiem nieznanego,

Polską (lub jakoś tak) zwanego.

Powstała tam osada nowa,

Nazwana przez nich — Lima-Nowa.

20180617_134012

„Kefir w Kairze” zilustrowała siostra autora, Joanna Rusinek. Bardzo zgrany do duet. Każda rozkładówka to jeden wiersz świetnie komponujący się z rysunkiem. Na kartach książki możecie nawet znaleźć jej autora (nie, to nie jest ta mumia z ilustracji poniżej).

20180617_134228

Lubię utwory Michała Rusinka. Wpadają w ucho, zapraszają do zabawy słowami, pobudzają wyobraźnię. I choć nie zawsze trafiają do mnie skojarzenia i humor autora, to rozumiem swojego syna, któremu trudno się od tej książki oderwać. To lektura, która prowokuje do rozmów o języku i skojarzeniach, do tłumaczenia znaczeń słów — nie ma takich dużo.

Michał Rusinek w wywiadzie, który podlinkowałam wyżej, powiedział, że wyjdzie zbiór jego poezji patriotycznej. Bardzo jestem ciekawa, jak poradził sobie z tak trudnym tematem.

Michał Rusinek, Kefir w Kairze, il. Joanna Rusinek, Znak 2018

Reklamy

O wierszykach

Dzisiaj mamy Światowy Dzień Poezji. Co prawda mam wrażenie, że codziennie mamy ostatnio dzień czegoś, ale akurat Dzień Poezji świętować warto i trzeba. Dzieci są niesamowicie czułym i wrażliwym odbiorcą poezji — w sposób naturalny bawią się słowami i szukają nowych znaczeń, dostrzegają humor w zwyczajnych połączeniach, wymyślają rymowanki i piosenki.

Z okazji Dnia Poezji najlepiej czytać wiersze. Poczytacie z nami? Nie silę się na żadne obiektywne zestawienie ani przegląd pozycji dostępnych w księgarniach. Znajdziecie tutaj utwory i książki, które były ważne dla nas, bo dzięki nim odkryliśmy kogoś nowego. A czasami dlatego, że bawiliśmy się przy nich tak dobrze, że wierszyki weszły do naszego języka i ciągle się do nich odwołujemy. Na pewno nie uda mi się napisać o wszystkim — chociażby dlatego, że nie będę pisać o Tuwimie i Brzechwie (proszę powstrzymać słowa oburzenia ;-)). Oczywiście, że kochamy „Lokomotywę”, a „Baśń o korsarzu Palemonie” należy do naszych ulubionych. Nie warto jednak ograniczać się tylko do tych dwóch Mistrzów. Macie swoje ulubione wiersze dla dzieci? Też macie utwory, które są z wami stale? I takie, które wprowadzają w świat „dorosłej” poezji?

Na początku, gdy Tymek, a potem Piotruś byli jeszcze całkiem maleńcy, bawiliśmy się w ludowe przyśpiewki i śpiewanki. „Miała baba koguta”, „Gdzieżeś ty bywał czarny baranie” i „Jadą, jadą misie”. Zostało nam to do dzisiaj. Pewnie kierowcy innych samochodów pukają się w głowę, gdy widzą wydzierającą się i zaśmiewającą do łez rodzinę w samochodzie stojącym w korku.

Miała baba dziobaka, dziobaka

Wsadziła go do chlebaka…

Spróbujcie stworzyć zwrotkę z flamingiem — ktoś podejmie wyzwanie? Bo krokodyl czy chomik to pikuś. Chłopaki do tej pory nie chcą nikomu oddać śpiewanek z Muchomora.

Jadą, jadą misie

Jadą, jadą misie

 

 

 

 

 

 

 

Jakiś czas później przyszła pora na bardziej „poważne” lektury. Wtedy przybyły do naszego domu „Tygryski” Joanny Papuzińskiej. I już zostały.

Moja piżama — cała w tygrysy.

Moje tygrysy — straszne urwisy.

Moje tygrysy nie chcą spać nocą,

fikają kozły, skaczą i psocą.

Joanna Papuzińska, Tygryski

Joanna Papuzińska, Tygryski

Gdzieś po drodze mignęła nam Janina Porazińska. Jej wierszyki, moje ukochane w dzieciństwie, odrobinę się zestarzały i troszkę trącą myszką, ale i tak bawiliśmy się świetnie, bo przecież wchodzi kotek po drabinie, po drabinie, po drabinie. Już ostatni miał szczebelek, a wtem – frr – uciekł wróbelek. A potem, przy okazji jesiennych wycieczek, znowu zaczarowała nas Papuzińska:

Na pierwsze danie — szyszek zbieranie,

suchych gałązek trzask.

Na drugie danie — dymu wąchanie,

niech w nos i w oczy wyszczypie nas.

Trzecie danie — długie czekanie,

na to, co w ogniu upiec się ma.

A na deser każdy dostanie

czarne, parzące ziemniaki dwa.

Joanna Papuzińska, Stare i nowe wierszyki domowe

Czy ktoś u Was reaguje śmiechem na pytanie „gdzie się podziały moje daktyle?”. U nas to fraza-klucz — od razu wszystko wiadomo. Ale ulubionych wierszy Danuty Wawiłow mamy co najmniej kilka. „Daktyle” oczywiście do nich należą, ale tak samo mocno lubimy „Kałużystów”, „Damę i prosie”, „Jak tu ciemno”, „Wilki” — mogłabym wymieniać i wymieniać. Piotr ostatnio najbardziej lubi „Babcię i pudla”.

Była sobie babcia,

miała serce złote,

miała także pudla, 

wielkiego niecnotę.

Poszła do ogródka

narwać trochę marchwi,

wraca i co widzi?
Pudel leży martwy!

Danuta Wawiłow dzieciom

Mamy jeszcze dwie ulubione książki z wierszami. Jedna z nich to „Wiersze, że aż strach!” Małgorzaty Strzałkowskiej.

Na ulicy Batorego

szło trawnikiem COŚ STRASZNEGO,

szło i wyło, i trąbiło.

Co to było? Co to było?

Małgorzata Strzałkowska, Wiersze, że aż strach!

Małgorzata Strzałkowska, Wiersze, że aż strach!

A druga to „Biały niedźwiedź” Marcina Brykczyńskiego.

Biały niedźwiedź na krze siedział

I rozmyślał tydzień cały,

Czemu taki los niedźwiedzia,

Że jest do znudzenia biały.

Marcin Brykczyński, Biały niedźwiedź

Im dłużej piszę, tym więcej wierszy mi się przypomina. Bo przecież poezja dla dzieci, to nie tylko Julian Tuwim, Jan Brzechwa i Maria Konopnicka. To także Marcin Brykczyński, Michał Rusinek, Dorota Gellner, Natalia Usenko, Wanda Chotomska, Agnieszka Frączek i mnóstwo innych nazwisk. Chyba muszę postawić tutaj kropkę, bo inaczej pisałabym do jutra. Bardzo lubię szukać nowych wierszy dla dzieci. Bo poezja dla dzieci wcale nie musi być dziecinna ani łatwa, a na pewno uczy wrażliwości i otwiera głowę.

Czytajcie z dziećmi wiersze. Może spotkacie także Poetę 🙂

Był sobie raz poeta.

Nie wiem, czy wiecie o nim?

Chodził z głową w obłokach…

i z kapeluszem w dłoni.

Można go było spotkać 

wędrującego szosą

albo na przełaj przez łąki,

tam dokąd oczy poniosą…

A czasem go widywano 

na leśnych ustronnych ścieżkach,

jak szukał podobno… bajki —

że niby w paprociach mieszka!

To wiersz z książki „Kapelusz pełen bajek” Haliny Szayerowej.

Halina Szayerowa, Kapelusz pełen bajek

Gruba ryba cienko śpiewa

„Gruba ryba cienko śpiewa” to dzieło rodzinne. Wierszyki napisała mama: Elżbieta Karpowicz, a rysunki przygotowała córka: Diana Karpowicz. W efekcie powstała ciekawie wyglądająca książka o frazeologizmach dla dzieci. 

Gruba ryba cienko śpiewa Schemat przyjęty przez autorki widać już na okładce: 

To jasne jak słońce¹, że dzieci zadają pytania i wiercą nam dziurę w brzuchu², a my łamiemy sobie głowę³, jak im wytłumaczyć, by nie myślały dosłownie o rzucaniu grochem o ścianę4 lub nie szukały słonia w składzie porcelany5.

Znaczenie każdego frazeologizmu oznaczonego numerkiem jest wyjaśnione poniżej. Tak samo jest w środku: każdy wierszyk Elżbiety Karpowicz skupiony jest wokół przynajmniej jednego frazeologizmu, oznaczonego w tekście gwiazdką. Na dole strony znajduje się wyjaśnienie danego zwrotu. Ilustracje Diany Karpowicz wchodzą w dialog z wierszem i frazeologizmami, czasami dopowiadają znaczenia, czasami się nimi bawią.

Gruba ryba cienko śpiewa

 Gruba ryba cienko śpiewa

W książce znajdziemy 28 wierszyków, wyjaśniających kilkadziesiąt związków frazeologicznych (w niektórych rymowankach zmieściło się kilka frazeologizmów). Każda rozkładówka (dwie karty) to jeden utwór i odpowiadająca mu ilustracja, fragmenty wierszyków są czasami zakomponowane w różnych częściach strony, co stanowiło wyzwanie, gdy Piotr próbował czytać tę książkę samodzielnie. Nie zawsze czcionka była dla niego oczywista, czasami gubił się także w tekście i nie wiedział, co powinno następować po czym.

Czterowiersze są bardzo proste i — jak dla mnie — trochę za monotonne. Większość z nich oparta jest na podobnym rymie i rytmie, ale Piotruś słuchał ich z zainteresowaniem i bardzo mu się podobały.

Gruba ryba cienko śpiewa

Cały czas biję się z myślami, na ile mogę wybrzydzać. Lubię książki poświęcone językowi, które starają się pokazać jego bogactwo. Rozumiem konieczność kompromisu i trudność związaną z napisaniem fajnego wierszyka wykorzystującego frazeologizm, ale jednak czasami rymowanki zgrzytają za bardzo. Pytanie, powiedziałabym, fundamentalne: na ile artysta ma prawo integrować w poprawność językową i w jakim stopniu oraz w jakim celu może ją naginać? To pytanie szczególnie istotne w przypadku książek dla dzieci, szczególnie tych, które mają rozszerzać ich słownictwo. W przypadku kilku rymowanek zbyt swobodnie, według mnie, potraktowano język polski. To może przykład, bo wyjdę na gołosłowną zrzędę:

Mruczek wesoło machał ogonem

Przed nim leżały ryby wędzone

Więc porwał jedną, usiadł na dębie

i wtedy poczuł smak nieba w gębie

Dobra, wiem, to pewnie specjalnie… Ale jeśli już uczymy o frazeologizmach, to uczmy od razu, że można poczuć niebo w gębie, a nie jego smak. Czepiam się? To drugi przykład:

Wpadł jak śliwka w kompot

I teraz ma kłopot

Został przyłapany

Gdy bazgrolił ściany

Nie da się bazgrolić ścian. Taka konstrukcja nie istnieje w języku polskim. Słowo „bazgrolić” łączy się z innymi tak samo, jak wyraz „pisać” czy „bazgrać”. Można więc bazgrolić coś na czymś albo w czymś. Wiem, dużo wymagam. I od razu przyznaję, że bardzo lubię eksperymenty językowe, neologizmy i zabawy ze słowami, Barańczaka, Białoszewskiego i Strzałkowską. Błędy też mi się zdarzają, jak każdemu. Ale w książce, szczególnie takiej, być ich nie powinno. Bardzo żałuję, że nie znalazła ich redakcja, bo książki, które pokazują dzieciom, jak wspaniałe mogą być frazeologizmy i jak trzeba z nich korzystać, są bardzo potrzebne. Szkoda.

Elżbieta Karpowicz, Gruba ryba cienko śpiewa, il. Diana Karpowicz, Zuzu Toys 2017

Strach ma, być może, wielkie oczy – czytamy Księgę potworów

Kto? Jak to, kto? Bazyliszek,

potwór groźny i opryszek,

co wzrokiem w kamień zamienia,

w dodatku z zaskoczenia.

Bardzo, bardzo lubię inteligentne wiersze dla dzieci. Takie, od których nie bolą mnie zęby i nie mam ochoty wyć do księżyca. Mogą być różne: poważne, smutne, wesołe — wszystko jedno, ważne, żeby były dobre. Otwarcie więc przyznaję, że uwielbiam poezję Michała Rusinka dla dzieci. Lubię Wierszyki domowe, Jak przekręcać i przeklinać, a teraz dołączyła do nich Księga potworów

Księga potworów

Czytałam ją z Piotrusiem i miałam coraz lepszy humor, a moje dziecko uśmiechało się coraz szerzej. Choć może należałoby powiedzieć, że uśmiechało się od początku, gdy tylko usłyszało o czułkach, przyssawkach, parzydełkach, nibyodnóżkach, nibybutkach i innych odwłoczkach i skrzydełkach strachów. Widziałam, jak z każdym słowem oczy Piotrusia zaczynają mocniej błyszczeć, a na buzi pojawia się coraz szerszy uśmiech. Mamo, czytaj dalej…. — fajnie to słyszeć podczas lektury. Synek kazał potem słuchać Tacie i Starszemu, a to najlepiej świadczy, że się podobało.

Księga potworów

Michał Rusinek stworzył bestiariusz dla dzieci. Stworów jest trochę, przedstawianych według alfabetu, żeby był porządek. Zaczynamy od bazyliszka, kończymy na yeti, a pomiędzy nimi spotykamy smoka i Minotaura, rusałki i utopca, syrenę i chimerę, nibelunga i walkirię (tak, tak), a na końcu rusinki i delatury na dokładkę — potwory raczej kulturalne. Potem możemy zajrzeć do objaśnień, o których za chwilę. Autor bawi się konwencjami i językiem. Na przykład tak:

Gnom

ma naturę złom.

(a poprawnie złą).

Przez istotę tą

(a poprawnie tę)

z przerażenia drżę,

bo choć mała jest,

umie kopnąć fest!

Wiersze nie są długie, ale widać w nich radosną zabawę słowem, rymem, skrótem czy metaforą. Są takie, które opierają się na jednym rytmie, inne płyną szerzej i dają oddech, by za chwileczkę się skończyć (mamo, czemu ten wiersz o krakenie jest taki krótki?). Michał Rusinek nawiązuje do współczesnego świata, bawi się skojarzeniami — miałam wrażenie, że dzieli się z czytelnikiem radością tworzenia i dobrze się przy tym bawi.

Księga potworów

Ilustracje Daniela de Latoura to dodatkowy atut tej książki. Są zabawne, inteligentne, ciekawie współgrają z wierszami. Książka jest pięknie zakomponowana — tekst płynie i przenika się z obrazami, czasami jeden wiersz zakomponowany jest na kilku stronach, co początkującemu czytaczowi Piotrusiowi sprawiło trochę kłopotów, ale jednocześnie bardzo go bawiło — mój Młodszy czytał te wiersze prawie jak komiks, interesowała go zarówno warstwa tekstu, jak i język obrazu.

Uzupełnieniem książki jest alfabetyczny spis potworów wraz z objaśnieniami autorstwa Magdaleny Chorębały i Karoliny Przybysławskiej. 

Księga potworów

Tutaj zawył z radości Starszy, bo objaśnienia są pełne odniesień do współczesności. Mamy tutaj nawiązania m.in. do Tolkiena, Harry’ego Pottera i Warcrafta, a nawet Arielki. Świetny pomysł, który uświadamia dzieciom — po początkowym zachwycie Tymek zauważył to ze zdziwieniem — że starożytne potwory ciągle zaludniają masową wyobraźnię, choć przeskoczyły do gier i filmów.

Książkę przynieśliśmy z biblioteki, ale Piotr po pierwszej lekturze zażądał wycieczki do księgarni. Przecież tak fajną książkę koniecznie trzeba mieć na półce, to oczywiste. Zaczął też zbierać materiał do własnej księgi potworów z ilustracjami, może nie aż tak erudycyjnej, ale niezmiernie oryginalnej. Jako pierwszy powstał dziwak-mucha.

Michał Rusinek, Księga potworów, il. Daniel de Latour, Wyd. Zwierciadło 2016

Jak przeklinać, to przynajmniej oryginalnie

Zdarza Wam się czasami przekląć? Chyba każdemu się zdarza. Takie czasy. Mnie też, choć bardzo, bardzo staram się nie używać słów paskudnych. Moje dzieci brzydkie wyrazy znają, choć wypowiadają rzadko (nie wiem, jak jest, gdy nie słyszę, ale skarg nie było). Nie jestem w stanie ochronić ich przed wulgaryzmami, bo atakują z każdej strony. Pamiętam zaabsorbowanie mojego syna, gdy na ławeczce koło nas przysiadło dwóch młodzieńców. Potem odkryłam, że dziecię moje liczyło — nie wulgaryzmy, tylko zwykłe słowa. Mamo, tylko 15! Śmiać się czy płakać?

Jak przekręcać

Co robić? Jak chronić dzieci? Jak dbać o język? Jak pokazać, że emocje można oddać w różny sposób? Od dzisiaj mam jedną radę — trzeba koniecznie, ale to koniecznie przeczytać Jak przekręcać i przeklinać Michała Rusinka, a potem zaopatrzyć się w notes i długopis i zacząć słuchać i tworzyć. Zgodnie z radą na okładce:

Gdy gra na nerwach ktoś lub coś ci,

gniew budzi, drażni, wścieka, złości,

raczej nie ciskaj się w amoku,

nie gryź i nie niszcz sprzętów wokół,

lecz zawrzyj złość swą w takich słowach,

co się nie mieszczą w zwykłych głowach,

i ciśnij nimi o podłoże…

To ci pomoże!

To świetna książka dla dzieci i dorosłych. Barwna i radosna, przykuwająca uwagę od pierwszej strony. Kolorowe buzie na okładce pokazujące różne emocje to strzał w dziesiątkę, a w środku jest jeszcze lepiej — Joanna Rusinek bawi się kolorem, tak samo jak Michał Rusinek bawi się słowem. Z przyjemnością oglądałam ilustracje, czytałam wierszyki i śmiałam się w głos, a belwebraidź do sęka chyba na stałe zagoszczą w moim repertuarze.

 Jak przekręcać

Warto poczytać tę książkę, gdy ma się kiepski nastrój. Będzie doskonałym lekarstwem na nudę i chandrę. No bo jak się nie śmiać lub przynajmniej nie uśmiechnąć?

Skoro są TE NISÓWKI,

Powinny być i TAMTE przecież.

Wiedzą to nawet półgłówki,

więc z czego się śmiejecie?

Wierszyki Michała Rusinka są lekkie, dowcipne, zabawne, kunsztowne. Aż zazdrość bierze, że człowiek tak nie potrafi. Ale, ale… Może warto spróbować i stworzyć własny język, do prywatnego użytku? Może nie będzie aż tak wyszukany, za to własny i pełen prywatnych znaczeń. Ten tomik zachęta do zabawy słowami, do słuchania języka dzieci, do przetwarzania i przekręcania, do szukania w słowach drugiego i trzeciego dna, do zabawy najbardziej absurdalnymi skojarzeniami, do wymyślania własnego repertuaru słów mocnych i pełnych emocji, które niczyich uszu nie urażą. Przypomnijmy sobie dzieci uczące się mówić, wyłapujmy lapsusy językowe i zabawne przestawki, wyjdźmy poza „niech to dunder świśnie” i „kurczę blade”. Ta lektura bardzo zachęca do kreatywności językowej. Mocne słowa są nam w życiu potrzebne, więc wymyślmy własne. Oporni i przyzwyczajeni do konwencji mogą zacząć zabawę, korzystając z listy przekręceń i przekleństw zamieszczonych w książce.

Jak przekręcać

Wyobraziłam sobie właśnie piękną przyszłość. Idę z chłopakami na spacer, a tu z orlika dobiega przepiękna polszczyzna: komba bruca, gdzie strzelasz, chłopie! No rusz się, ofel! A ten co, raptem totem! Ech, jakby było pięknie! Czytajmy naszym dzieciom Rusinka, niech przekręcają i wydziwiają językowo. Niech zobaczą, jak pięknie można się językiem bawić i jak wiele można stracić, ograniczając się do piętnastu słów.

Zdjęcia pochodzą ze strony wydawnictwa Znak.

Recenzja ukazała się także w portalu Miasto Dzieci.

 

Michał Rusinek, Jak przekręcać i przeklinać, Znak 2016

12 miesięcy, czyli podróż po roku (i nie tylko) z Marcinem Brykczyńskim

Właściwie to nie będzie post tylko o „12 miesiącach” — ta książka stała się jedynie pretekstem, by powyciągać z półek inne zbiory wierszy Pana Marcina Brykczyńskiego i przeczytać je po raz kolejny. Naprawdę warto je poznać.

Zaczęło się od „12 miesięcy” (Wydawnictwo Literatura), pięknej książki o miesiącach i porach roku z ciepłymi, zaczarowanymi ilustracjami Ewy Poklewskiej-Koziełlo. 

12 miesięcy

Takiego Marcina Brykczyńskiego nie znaliśmy: nostalgicznego, lirycznego, delikatnego, uważnie patrzącego na otaczający świat. Jego wiersze prowadzą czytelnika przez rok, od zimowego, śnieżnego stycznia po ciemny grudzień. 

Zszarzała trawa na łące,

pod stopami szeleszczą liście, 

idzie listopad w szarej jesionce

i uśmiecha się mgliście.

Czytaliśmy te wiersze w listopadzie i zaczęliśmy właśnie od listopada. Najpierw oglądaliśmy je w towarzystwie ilustracji Ewy Poklewskiej-Koziełło, urokliwych, lirycznych, pełnych dzieci i ich zachwytu światem.

12 miesięcy

Potem Piotrek wyciągnął z półki „Jaki to miesiąc” (wydawnictwo Muchomor) — wiersze też pasowały. Obaj moi synowie marzą o śnieżnej zimie, o ślizgawkach i sankach. Chcieliby, żeby luty był właśnie taki:

Robi dzieciom ślizgawkę w parku,

sam ma wielkie łyżwy i buty,

tylko jasnych godzin w zegarze

wciąż mało ma pan luty.

Marcin Brykczyński odwołuje się do otaczającego nas świata, przywołuje zjawiska dobrze znane, które dzieci same mogą bez problemu dostrzec. Jego miesiące są bliskie i przyjazne, w pewien sposób oswojone — tak właśnie jest w styczniu, maju czy październiku, więc co za problem, by te nazwy zapamiętać? Tę „swojskość” podkreślają jeszcze ilustracje. Ewie Poklewskiej-Koziełło udało się w jakiś magiczny sposób uchwycić kwintesencję danego miesiąca, trudno mi już teraz wyobrazić sobie inny październik.

12 miesięcy

Po „12 miesiącach” przyszła pora na coś znacznie bardziej zabawnego, bo wiadomo, że nostalgia i dzieci niekoniecznie idą w parze. Czytaliśmy więc z Piotrusiem dwa zabawne wierszyki: „Trzy psy przyszły” i „Liczydełko” z ilustracjami Iwony Całej. 

Liczydełko

„Liczydełko” to pełen humoru przewodnik po liczbach: od 1 do 10. Krótkie wierszyki nie tylko w zabawny sposób przybliżają małemu czytelnikowi kolejne cyfry, ale także są wspaniałą propozycją do wspólnej zabawy. Można liczyć kury, palce, poduszki, dziury w serze. Wszystko da się policzyć. W każdym wierszyku dany liczebnik jest pogrubiony — my wykorzystywaliśmy tę książeczkę do nauki czytania.

Siedem miłych krasnoludków

mały domek ma w ogródku.

Każdy ma w tym domu łóżko

z ciepłą kołdrą i poduszką.

Siedem kołder, siedem łóżek

i kłopoty równie duże,

bo policzyć jeszcze muszę,

ile w domu jest poduszek?

Trzy psy przyszły

„Trzy psy przyszły” to historia wędrówki trzech piesków, które postanowiły odwiedzić swojego kolegę:

Raz do psa, co siedział w budzie,

trzy psy przyszły na odludzie,

bo powzięły w jednej chwili

myśl, by życie mu umilić.

Refren tego wierszyka-opowieści: „Pierwszy, stary i kulawy, drugi jeszcze dosyć żwawy, a ten trzeci był najmłodszy i jak szczekał, to trzy po trzy” bardzo łatwo wpada w ucho. Wędrówka piesków przedstawiona jest głównie na obrazkach. Daleko mieli do swojego przyjaciela, który w tym samym czasie martwił się, jak może przyjąć swoich gości. To wiersz – pochwała przyjaźni i wierności.

A na końcu czytaliśmy chyba nasz ulubiony zbiór „Czarno na białym i biało na czarnym” (Znak, 2007) z ilustracjami Janusza Stannego. Ech, lubimy opowieść o białym niedźwiedziu, któremu znudziła się biel, o krowie uzależnionej od proszków, o kotkach, które nie mogły się spotkać.

Czarno na białym

Trudno dzisiaj dostać tę książkę, ale zbiorów wierszy Marcina Brykczyńskiego jest na rynku kilka. To ciepła, mądra, zabawna i żartobliwa poezja dla dzieci. Warto pamiętać, że wiersze dla dzieci to nie tylko Tuwim i Brzechwa.

Marcin Brykczyński, 12 miesięcy, Literatura 2016

Marcin Brykczyński, Liczydełko, Literatura 2010 

Marcin Brykczyński, Trzy psy przyszły, Literatura 2010

Wiosna, wiosna, wioooooosnaaaaaa

No wiem, jest już od jakiegoś czasu… I co z tego? Pogoda nie rozpieszcza, praca absorbuje, wszystko w biegu. A wyjazd na majówkę sprawił, że nagle odkryłam, jak bardzo zmienił się cały świat. Jest zielono, zimno, ale zielono, cieplej i zielono. Co roku na wiosnę przeżywam to samo zadziwienie, jak różnorodna może być zieleń, jak mroczna, jak jaskrawa, jak jasna, jak świetlista, jak…. Synowie nie do końca mnie rozumieją: zamiast się gapić, trzeba biegać, wrzeszczeć, skakać, wdrapywać się na drzewa, patrzeć na robale, buszować w krzakach, sprawdzać, co nowego wyrosło, czyli robić to wszystko, czego nie dało się robić (a przynajmniej nie za długo) przez zimowe miesiące.

W tym roku w odkrywaniu wiosny towarzyszyły nam „Dzieci korzeni” Sibylle von Olfers, wydane przez wydawnictwo Przygotowalnia. Na stronach wydawnictwa można podejrzeć, jak książka wygląda w środku. Moje zdjęcia robił Tymek :-). A ponieważ bohaterami wiosny w ogrodzie Dziadków okazały się smardze, to pierwsze zdjęcie będzie ze smardzem. Chłopcy zastanawiali się nawet, które z dzieci korzeni zafundowało im tak wspaniałą niespodziankę.

Dzieci korzeni

Na początku warto powiedzieć, że ta książka jest po prostu piękna. Cieszy oczy i cieszy dłonie. Śliczna, aksamitna w dotyku okładka, płócienny grzbiet, kremowy papier pięknie współgrający z brązową czcionką. To przepięknie wydana książka, choć gdzieś w głębi duszy zamarzyło mi się wydanie na grubych kartkach, które nie przestraszyłoby się nawet bardzo małych rączek. Opowieść o dzieciach korzeni świetnie nadaje się nawet dla bardzo małych dzieci.

Dzieci korzeni

Głęboko pod ziemią, gdzieś wśród korzeni, późną zimą budzą się dzieci — niezwykłe dzieci Matki Ziemi. Po długim zimowym odpoczynku mają pełne ręce roboty. Muszą uszyć nowe wiosenne szaty, wypucować żuki i chrząszcze, przygotować się na przyjście wiosny. A potem wychodzą na powierzchnię i wtedy świat rozkwita. Wszystko się budzi. Wiosnę i lato dzieci korzeni spędzają na łąkach, w lasach i na polach. Bawią się, pomagają, psocą. Jesień przepłasza je pod ziemię, gdzie układają się do snu, by spać do kolejnej wiosny.

Prosta opowieść Sibylle von Olfers pokazuje kolejność pór roku, ale jednocześnie sięga do naszych marzeń i do bajkowego świata skrzatów, elfów i innych magicznych stworzeń, dzięki którym wszystko w przyrodzie wzrasta i rozkwita. Czyż wiosna nie jest magiczna? Jak łatwo wyobrazić sobie rzesze maleńkich ludzików krzątających się wśród traw i drzew, pucujących liście, prostujących kwiaty, pomagających pąkom rozkwitnąć. Kto by nie chciał zobaczyć wśród liści maleńkich istotek, posłuchać ich śpiewu i śmiechu? 

Sibylle von Olfers stworzyła także magiczne ilustracje. Mają już 110 lat,  ale się nie zestarzały. Wydają się witrażowe, secesyjne, są po prostu śliczne i bardzo lubię je oglądać. Pięknie pokazują zmiany pół roku i podkreślają naturalny podział tej książki. Gdy wiersz opowiada o przygotowaniach dzieci do wyjścia, ilustracje zajmują całą stronę. Potem przypominają okna, przez które można podejrzeć wiosnę, lato i jesień. Piękne okna, ujęte w roślinne ornamenty. Zafascynowała mnie w tej książce symbolika korzeni, tego, czego nie widać, a na czym wszystko się opiera, korzeni, z których wszystko powstaje. Dbajmy o korzenie.

Dzieci korzeni

Sibylle von Olfers, Dzieci korzeni, Przygotowalnia 2016

Historia wierszem pisana

To może zacznijmy tak:

Tam, gdzie dzisiaj są pola, 

wioski ludne i miasta,

przed wiekami dawnymi

bór ogromny wyrastał.

Stare dęby szumiały

dziki zwierz mieszkał w lasach.

Posłuchajcie powieści 

O pradawnych tych czasach.

To początek opowieści o Lechu, Czechu i Rusie pióra Czesława Janczarskiego. Czytałam z Piotrusiem wiersze o początkach państwa, o najdawniejszej historii i była to bardzo ciekawa przygoda. Nie macie wrażenia, że kilkadziesiąt lat temu pisano więcej książek wierszem?

Janczarski, Lech, Czech i Rus

Tę i dwie inne książki Wydawnictwa Łódzkiego znalazłam na półce Dziadków i Piotruś od razu się w nich zakochał. Chyba będziemy musieli je od Dziadków na trochę pożyczyć, bo mój synek codziennie chce słuchać o początkach polskiego państwa. Wszystkie trzy zostały zilustrowane przez Jana Zielińskiego. Styl jego ilustracji, wyrazisty i mocny, bardzo dobrze podkreśla opowiadaną historię. Sprawił także, że wszystkie trzy książki wydają się pochodzić z jednej serii, choć – przynajmniej według katalogu Bibliotieki Narodowej – stanowiły odrębne pozycje.

Historii Lecha, Czecha i Rusa opowiadać nie muszę, bo wszyscy ją znają. Może więc zamiast niej kilka ilustracji Jana Zielińskiego.

Janczarski, Lech, Czech i Rus

Janczarski, Lech, Czech i Rus

Janczarski, Lech, Czech i Rus

Janczarski, Lech, Czech i Rus

To najkrótsza z trzech bajek – pisana regularnym siedmiozgłoskowcem. Ma w sobie rytm, który łatwo wyczuć przy głośnym czytaniu, wpada w ucho i sprawia, że ma się ochotę na więcej.

Od Lecha, Czecha i Rusa przeszliśmy do „Starej Kuźni” Igora Sikiryckiego. Wydaje się, że mało kto o nim pamięta, a szkoda, bo jego wiersze bardzo przemawiają do wyobraźni i skrzą się humorem („Orzeszek” wywołał napad głupawki u Piotrusia i jego braci).

Sikirycki, Stara kuźnia

We wsi Stare Karczmiska, 

Niedaleko od Puław, 

Stoi kuźnia, a w kuźni

Mieszka kowal Mikuła.

Ponad dachem dwa dęby

Rozpostarły konary.

Dęby jeszcze zielone,

Chociaż każdy z nich stary.

Kiedy słońce ich korę

Złoci blaskiem porannym,

Drzewa szumią na wietrze

Jak ogromne fontanny.

I wydaje się wtedy, 

Że szumiące listowie

O historii tej ziemi 

Rozpoczyna opowieść.

Historia jednej kuźni to pretekst do opowieści o czasach najdawniejszych, gdy ludzie nie znali jeszcze żelaza. Pierwsze mieczy i noże wykonane z tego kruszcu przybywały wraz z kupcami z dalekich stron i kosztowały majątek. Z czasem jednak pojawił się także nowy rzemieślnik, kuźnik, który potrafił i wytapiać rudę, i wykuwać z niej tak potrzebne narzędzia.

Sikirycki, Stara Kuźnia

W „Starej Kuźni” Igor Sikirycki opowiedział historię człowieka, który po latach wraca w rodzinne strony i musi zapracować na nowe imię. Stracił stare miano, uciekając potajemnie z kupcami przed wielu, wielu laty. Długo dyskutowaliśmy z Piotrusiem o znaczeniu imion i nazwisk. Ciekawa była ta rozmowa, bo szukaliśmy rodowodów naszych imion, a nie było to proste, a potem wymyślaliśmy historie, jak nasi przodkowie zdobyli właśnie takie, a nie inne nazwisko.

Na koniec zostawiłam sobie opowieść najsmaczniejszą, legendę o królu Popielu Anny Świrszczyńskiej.

Świrszczyńska, Jak myszy Popiela zjadły

Hen, przed wiekami, przed dawnymi,

szumiały puszcze w polskiej ziemi.

W tych puszczach wielkich, pięknych, dzikich

żyły niedźwiedzie, łosie, żbiki.

Wśród lasów białe świecą wioski,

gdzie kmiecie orzą łan ojcowski.

Stoi tam sławny gród Kruszwica,

jezioro Gopło wzrok zachwyca.

W Kruszwicy włada przez lat wiele

książę, co zowią go Popielem.

Ma Popiel bogactw w bród,

pije co dzień złoty miód,

ma zbrojnych sług orszaki,

myśliwskie psy i rumaki,

bursztynu pełne komory,

skór drogich i srebra wory.

Skrzy się ten wiersz i mieni, zmienia się metrum wraz ze zmianą bohatera, widać kunszt Anny Świrszczyńskiej. Po lekturze mam wrażenie, że cały utwór rozpisano na trzy głosy: inaczej brzmią opisy, w innym rytmie opowiada się o Popielu, jeszcze trochę inaczej o biednych mieszkańcach okolicznych wiosek. A Piotrusiowi wierszowana legenda spodobała się ogromnie. Musiałam mu wyjaśnić znaczenie kilku wyrazów (komora, gęśle, warzyć), ale słuchał z przejęciem. Długo także zastanawiał się, czy to możliwe, aby myszy kogoś zagryzły.

Świrszczyńska, Jak myszy Popiela zjadły

Warto było grzebać na półce u Dziadków. Szkoda, że Czesław Janczarski został sprowadzony tylko do bycia autorem Misia Uszatka i Wojtka strażaka. Szkoda, że gdzieś przepadły wiersze Sikiryckiego. I na pewno będę szukać innych legend w wersji Anny Świrszczyńskiej, bo napisała ich przynajmniej kilka. Ciągle mi się zdaje, że czytam z chłopcami za mało wierszy, że poezja została gdzieś zepchnięta na drugi plan przez akcję i atrakcję. Te bajki pokazują, że wiersz może wciągać i kusić, migotać i mienić się, a pięcioletnie dziecko nie jest za małe, by za nim podążyć.

Czesław Janczarski, „O Lechu, Czechu i Rusie”, Wydawnictwo Łódzkie, 1983

Igor Sikirycki, „Stara kuźnia”, Wydawnictwo Łódzkie, 1982

Anna Świrszczyńska, „Jak myszy Popiela zjadły”, Wydawnictwo Łódzkie, 1983

 

Babcia jedzie do sanatorium!

Tak się złożyło, że kilka dni temu przynieśliśmy z biblioteki „Sanatorium” Doroty Gellner z ilustracjami Adama Pękalskiego. A dzisiaj Babcia oznajmiła, że wybiera się do sanatorium.

Dorota Gellner, Sanatorium

Piotruś spoważniał i wytłumaczył jej, że ma uważać na żaby i rekiny – lepiej niech nie kąpie się w borowinie. Oraz na Pana Jana, który na pewno będzie ją podrywać. A potem stwierdził, że natychmiast musi z nim przeczytać książkę i wszystkiego się dowie.

„Sanatorium” Doroty Gellner to rewelacyjny, zabawny i uroczy zapis powszechnych wyobrażeń o sanatorium. To świetna lektura dla dzieci i dorosłych. Sanatorium w jej wydaniu jest lekko staroświeckie, trochę niedzisiejsze, a jednocześnie najzupełniej współczesne. Tymkowi skojarzyło się z Ciechocinkiem z piosenki „Maxi Kaz” (puściliśmy kiedyś dzieciom T-Raperów znad Wisły i obaj pokochali ich piosenki). Miałam też okazję wytłumaczyć chłopcom, dlaczego kiedyś wyjeżdżało się do wód  i dlaczego na rysunkach są takie śmieszne kubeczki. Przede wszystkim jednak dobrze się bawiliśmy. Krótkie historyjki wprowadziły nas w klimat pełnego sanatoryjnego turnusu: od wieczorka zapoznawczego po wieczorek pożegnalny.

Sanatorium, Chwila dla rekina

Sam tekst jest świetny. Przyznaję, że nie wszystkie utwory Doroty Gellner lubię, ale „Sanatorium” podoba mi się ogromnie. Historyjki są rymowane, mają wyraźny rytm, który łatwo wyczuć podczas głośnego czytania. Świetnym pomysłem są rymowane tytuły: „Uśmiech słodki i nagniotki”, „Rowerek i ćwiczeń szereg”. Rewelacyjne są także postacie: gromadka starszych kuracjuszy i kuracjuszek. Każda postać jest barwnie zarysowana: Pan Jan, który próbuje flirtować z każdą panią, Pan Staś, popisujący się swoją sprawnością, flejtuchowata Pani Tosia, która myje tylko nogi, tłuściutki Pan Adam, który odchudza się już od dwóch minut. Wszystkie postacie są przedstawione także na wyklejkach – moi synowie uważnie je studiowali i sprawdzali, czy ilustrator nikogo nie pominął.

Sanatorium - Pan Adam

Chłopcy z zaciekawieniem szukali także bohaterów drugoplanowych: żab, rekinów, szczurów. Ich obecność dodaje książce humoru i sprawia, że tekst wydaje się lekko absurdalny. Mam wrażenie, że przy tej lekturze dziecko od razu dobrze się bawi, a dorosły na początku lekko głupieje, a potem bawi się równie dobrze.

Wspaniałe są ilustracje Adama Pękalskiego. Postacie kuracjuszy narysowane są z dużym humorem, lekko karykaturalne, ale bez złośliwości. Otoczenie jest szczegółowe, a smaku dodają mu drobiazgi, takie jak portret Clarka Gable czy Kirka Douglasa na ścianie albo „Mdłości” Sartre’a na stole, przy którym smuci się Pani Kasi. Ta książka to prawdziwy majstersztyk, tak dobrze tekst współgra z ilustracjami. Wydawnictwo Bajka wydało świetną, doskonale dopracowaną książkę, która bawi młodszych i starszych.

Dorota Gellner, Sanatorium, Wydawnictwo Bajka 2015 r. (wszystkie zdjęcia książki pochodzą ze strony wydawnictwa)

 

Daktyle, kałużyści i czekolada

Znacie twórczość Danuty Wawiłow? Tutaj generalnie oczekuję gwałtownego potakiwania, twierdzących pomruków i innych odgłosów zrozumienia. A wszyscy, których dzieci jeszcze wierszy Danuty Wawiłow nie znają, powinni natychmiast zacząć szukać jej książek, a jest ich ostatnio w księgarniach całkiem sporo. W pokoju chłopców na samym wierzchu leży tom wydany przez Naszą Księgarnię „Danuta Wawiłow dzieciom”. I mamy niesamowicie dużo radości z lektury — nie tylko wierszy, ale także opublikowanych tam opowiadań, które wcale, ale wcale się nie zestarzały, wciąż zachwycają, bawią i wzruszają.

Danuta Wawiłow dzieciom

Wiersze Danuty Wawiłow to cudowna zabawa słowem, trochę absurdu i trochę liryki. A do tego dowcip i cudowny, mądry humor. Moje dzieci ją uwielbiają, tylko nie mogą się zdecydować, który wiersz lubią najbardziej. Wyliczanka „Dziwny pies” to nasza ulubiona piosenka do wchodzenia po schodach – bardzo szybko się wtedy wchodzi 🙂 „Gdzie się podziały moje daktyle” znamy chyba wszyscy na pamięć, „Kałużyści” przypominają nam się zawsze, gdy przestaje padać i idziemy na spacer wśród kałuż. Uczyłam dzieci figur geometrycznych, czytając im „Bajkę nową, prostokątną i kwadratową”, bajkę o „Trójkątnej Karolinie” i „Trójkątną bajkę”. W naszym domu Danuta Wawiłow ma status równy Brzechwie i Tuwimowi, a początek „Bajki o stu królach Lulach” stał się standardowym początkiem prawie wszystkich opowiadanych bajek. No bo jak go nie pokochać:

Daleko, daleczko,

za polem, za rzeczką,

za łąką, gdzie hasa

baranek z owieczką,

za płotem bielonym,

za lasem zielonym,

za morzem głębokim,

i gorzkim i słonym…”

Przecież tak może zaczynać się każda wspaniała, tajemnicza i cudowna historia. Dla mnie wiersze Danuty Wawiłow to także powrót do dzieciństwa. Pamiętam „Daktyle” z zabawnymi ilustracjami Lutczyna

Danuta Wawiłow, Daktyle

i „Strasznie ważną rzecz”

Danuta Wawiłow, Strasznie ważna rzecz

Danuta Wawiłow ma cudowną umiejętność patrzenia na świat oczami dziecka i ubierania dziecięcych wyobrażeń w doskonale dobrane słowa, mądre, proste, ale nie naiwne. A od jakiegoś czasu lekturze wierszy towarzyszą piosenki Danuty Wawiłow w wykonaniu zespołu Nie Wiem Kto – kto nie słyszał, niech żałuje, poszuka singli Nie Wiem Kto na YouTubie i posłucha 🙂

Te wiersze to także doskonałe ćwiczenie pamięci – łatwo wpadają w ucho i doskonale się je zapamiętuje. A jakie scenki można potem odgrywać – warto wypróbować.