Pippi

Muszę napisać o Pippi, bo to ona rządzi ostatnio naszymi wieczorami…
Znamy się z Pipii już od dawna. Zaczęło się od wydawnictwa Zakamarki i ich książki „Czy znasz Pippi Pończoszankę”.

   

Ta książka to doskonały wstęp do lektury pełnych przygód Pippi — dziewczynka jest w niej pokazana niezwykle sugestywnie. Duża w tym zasługa ilustracji Ingrid Vang Nyman. Zresztą zobaczcie sami:

  

Miałam nadzieję, że po obejrzeniu obrazków Tymek nabierze ochoty na mycie głowy. Niestety próbował jedynie jeść w sposób ulubiony przez Pippi i spytał, czy może porąbać drzewo do kominka. Hmm… 

 
Muszę przyznać, że wydanej przez Zakamarki książce trochę brakowało mi humoru Pippi i jej znakomitych historii. Dlatego szybko sięgnęliśmy po pełne wydanie jej przygód opublikowane przez Naszą Księgarnię.

   

Tymek z podziwem słuchał o rezolutnej dziewczynce z Willi Śmiesznotki. Rozmawialiśmy o tym, gdzie jest jej tato (Mamo, jej tato na pewno nie utonął, jej tato się na pewno uratował i przyjedzie), czy dzieci powinny mieszkać same i co trzeba jeść, by być tak silnym jak Pippi. Pippi Pończoszanka jest inna — nie chodzi do szkoły (próbowała, ale nie podobało się jej), jest samodzielna, ma wspaniałą wyobraźnię, ma własną małpkę, a na werandzie trzyma konia:

— Dlaczego, na miłość boską, trzymasz konia na werandzie? — zdumiał się Tommy. Wszystkie konie, jakie znał, mieszkały w stajniach.
— Jakby ci tu powiedzieć — odparła Pippi z namysłem. W kuchni tylko by przeszkadzał. A w salonie nie czuje się dobrze.

Pippi, najsilniejsza dziewczynka na świecie, jest niedostosowana do społeczeństwa, ale też w ogóle jej to nie przeszkadza. Samodzielne życie nauczyło ją odwagi, potrafi powiedzieć NIE i nie boi się zadawania pytań. A ponieważ większość życia spędziła na statku, doskonale zauważa wszelkie absurdy dobrze zorganizowanego życia na lądzie (rewelacyjne opowiadanie o Rosenblom z tomu „Pippi na południowym Pacyfiku”). Pippi uważa, że najlepsze, co można zrobić, to patrzeć na świat i być poszukiwaczem rzeczy. Nie warto zastanawiać się, jak coś się pisze i ile jest dwa razy dwa, dopóki nie musisz tego wiedzieć. Potrafi cieszyć się ze wszystkiego i najbardziej banalną rzecz przemienić w poszukiwany skarb. Potrafi się dzielić, ma bardzo silne poczucie sprawiedliwości. Nie jest jednak ideałem: kłamie jak najęta i zmyśla niestworzone historie. Na dodatek Pippi nie może przestać mówić i najchętniej nie dopuszczałaby do głosu nikogo innego, szczególnie na przyjęciach. Przyznaję, że bardzo lubię Pippi, lubię absurd pobrzmiewający w jej historiach. Pippi jest niegroźnym kłamczuchem, bo jej historie są tak absurdalne i nierealne, że od razu wiadomo, iż Pippi zmyśla.

A Pippi rządzi wieczorami, bo Tymek został zapisany do biblioteki. Wrócił dumny jak paw, już z parteru pokrzykiwał, że był w bibliotece, ma kartę i może trzymać książki (tatusiu, no powiedz, ile czasu, bo zapomniałem). A przyniósł między innymi dwa dalsze tomy przygód Pippi. A więc czytamy i razem się śmiejemy albo rozmawiamy. Tymek też zmyśla i opowiada niestworzone historie, więc ostatnio, wracając z przedszkola, rozmawialiśmy sobie o Pippi, o kłamstwie i o różnicy między kłamstwem i zmyśleniem. Jak ja lubię rozmawiać z moim synkiem! A lektura Pippi to masa przeróżnych tematów do dyskusji. 

Reklamy

Szewczyk Dratewka

Czyś ty człowiek? Czyś ty zwierz?
Czemu pukasz? Czego chcesz?

Ten wierszyk z „Szewczyka Dratewki” towarzyszy mi przez większość życia. Wydaje mi się, że znam go od zawsze, tak jak i frazę Janiny Porazińskiej:

Minęło dni mało-wiele. Szedł znów Dratewka puszczą zieloną, puszczy szumiącą i znów zobaczył wielką krzywdę. W dziupli starej sosny była barć i ktoś tę barć zniszczył. Plastry wosku leżały na ziemi, miód ściekał po drzewie.

Musi i tutaj niedźwiedź gospodarował.

Zaczął Dratewka pszczołom pomagać. Pownosił plastry na drzewo i w dziupli je umocował, woskiem otwór oblepił, miód ciekący zatamował.

Byłam bardzo ciekawa, jak na Szewczyka Dratewkę zareaguje Tymek. Obawiałam się, że melodia wiersza, spokojny ton opowiadania nie przemówią do mojego synka. Szewczyka czytaliśmy w wersji wydanej przez Naszą Księgarnię w serii „Moje poczytajki”.

Ilustracje do tej książki namalowała Elżbieta Waga. Bardzo je lubię: szewczyk jest zwyczajny, uśmiechnięty, piegowaty i pyzaty. Ma zadarty nos i czapkę zsuniętą na czubek głowy. Czarownica jest bardzo wiedźmowata — obawiałam się, że Tymek może się bać, bo zaserwowałam mu Szewczyka Dratewkę, gdy był naprawdę nieduży, ale wcale się jej nie przestraszył.

 
Na początku przy lekturze Szewczyka Dratewki Tymek zasypiał. Czasami po przeczytaniu strony, czasami dwóch — okazało się, że to świetna wieczorna lektura — potem po przeczytaniu połowy. Aż pewnego dnia nie zasnął. I następnego też nie — a domagał się Szewczyka co wieczór. Potem przyszły inne lektury, wydawało się, że mój synek o nim zapomniał. Pewnego razu byliśmy u znajomych… Ich córeczka straszliwie rozrabiała i w końcu padło: „bo ci panku urwę głowę, i gotowe!”. A wtedy Tymek podniósł głowę i powiedział: przecież to mówiła czarownica do Dratewki, wujku. Czemu tak mówisz do Tesi?Jak nic zaraziłam synka Dratewką. Mam nadzieję, że tak jak ja będzie lubił wierszyki Pani Janiny Porazińskiej. Proste, ciepłe, przytulne kołysanki — nie każdy wie, że napisała ona takie wiersze dla dzieci, jak „Dorotka” (Ta Dorotka, ta malusia…) i „Bajka iskierki” (Z popielnika na Wojtusia iskiereczka mruga…). Jako dziecko bardzo lubiłam „Psotki i śmieszki” ze zbioru o tym samym tytule:

Świtkiem, świtkiem hyc! – na płotki
i już siedzą wszystkie Psotki.
Wszystkie Psotki Jaguleńki:
mały, mniejszy i maleńki.

I z tęsknoty za Jagulą
Psotki się na żerdce kulą.
I z tęsknoty, pełne smutku,
gwarzą sobie po cichutku.

Z zadziwienia skrzypi płotek.
Opowiada pierwszy Psotek:
„A jak padał deszcz, deszcz duży,
tom wychlapał się w kałuży”.

Wiem, te wiersze są trochę archaiczne, pełno w nich słów, których się już nie używa, opisów świata, którego już nie ma… No i co z tego! Wiersze wpadają w ucho, bajki zapadają w pamięć. Nie przeszkadza mi, że Tymek będzie wiedział, co to dzieżka, kalenica i chodaki. Szkoda tylko, że dostępne w księgarniach wydania wierszy Janiny Porazińskiej są brzydkie. Mają nieładne ilustracje, brzydkie okładki. Trzeba szukać starszych wydań na Allegro. Albo mieć nadzieję, że któryś wydawca je wznowi w nowej, pięknej oprawie. Moim zdaniem — naprawdę warto. A na koniec wyliczanka, którą Tymek wręcz uwielbiał:

„Panie Bartłomieju, kto w gospodzie był?”
„Piesek cały rudy, kotek bardzo chudy.”
„Panie Bartłomieju, co tu jedli, co?”
„Kotek z psem pospołu gąskę i pół wołu.”
„Panie Bartłomieju, co wypili, co?”
„Piesek beczkę wina, dzban miodu kocina.”
„Panie Bartłomieju, co robili, co?”
„Kot się drapał w czółko, a pies kręcił w kółko.”
„Panie Bartłomieju, gdzie tu spali, gdzie?”
„Kotek na kołeczku, a pies w rondeleczku.”
„Panie Bartłomieju, jak płacili, jak?”
„Za całą zabawę dwa złotki dziurawe.”

 

Śpiewanki z Muchomora

Trwa wielki remanent na półkach: przeglądanie, oglądanie, wyrzucanie… Najgorzej jest z tym ostatnim, bo książek wyrzucać nie potrafię. I Tymek odziedziczył po mnie tę cechę: nie pozwala wyrzucić żadnej zadrukowanej kartki — czasami cierpię z tego powodu okrutnie, gdy próbuję pozbyć się z domu gazetek typu Power Rangers edycja 125 czy nowe przygody Spidermana i innych superbohaterów, a mój syn broni ich z zaciekłością tygrysa. Najczęściej przegrywam, bo są to niestety bohaterowie współczesnych trzylatków. Całe szczęście, że nie ma (chyba) gazet o gormitach.

Śpiewanki wydane przez Muchomor pewnie powędrują do innych dzieci, ale jeszcze przez chwilę chcemy (hmm, ja czy Tymek?) się nimi nacieszyć. Nazwałam je śpiewankami, bo są to książeczki z tekstami dziecięcych piosenek, znanych już naszym dziadkom zapewne (wyjątkiem jest „Ptaszek z Łobzowa”). Pamiętam je z dzieciństwa, tę o czarnym baranie śpiewał mój dziadek, choć jego wersja nie była tak pogodna. Kartonowe książeczki wydane przez Muchomora można oglądać, czytać i wyśpiewywać.

    
    

Książeczki są ładne, dziecięco naiwne. „Miała baba koguta” zilustrowała Joanna Jung, „Gdzieżeś ty bywał, czarny baranie” i „Jadą, jadą misie!” Agnieszka Żelewska, a „Jedzie pociąg z daleka” Ewa Kozyra-Pawlak. Choć w tym wypadku należało by raczej powiedzieć: wyszyła i uszyła.

Bardzo lubię ilustracje Pani Agnieszki Żelewskiej. Są jakby dziecięce, nie przerażają i nie onieśmielają swoją doskonałością. Tymek miał wrażenie, że on też może tak narysować. I próbował — jego misie miały po kilka głów albo składały się tylko z głowy, a baran tylko z nóg… Efekt nie był ważny — ilustracje są bardzo inspirujące, zachęcają dziecko (i mamę też) do twórczości. A na dodatek podpowiadają fajne pomysły: że trójkąty można wykorzystać do narysowania drzew, a misie to wyglądają właśnie tak…

    

 
 

To niesamowite, że tak prostymi — wydawało by się — środkami, można wyczarować tak wspaniały świat.

„Miała baba koguta” jest również wspaniale ilustrowana.

 

I bardzo inspirująca. Dla nas była ratunkiem w czasie podróży, szczególnie w korkach, gdy Tymek zaczynał odmawiać siedzenia w foteliku. Najpierw oglądaliśmy książeczkę i sprawdzaliśmy, gdzie baba umieściła zwierzęta. Potem szukaliśmy, kto na te zwierzęta czyha (na przykład na kurę łypie rudy lis). A potem zaczynał się koncert. Śpiewaliśmy tekst z książeczki na trzy głosy, później rozpoczynała się improwizacja: miała baba krokodyla, wsadziła go do badyla, miała baba konika, wsadziła go do chlewika, miała baba chomika, wsadziła go do słoika. W trakcie samochodowych występów czasami okazywało się, że trudno dopasować dalszą część zwrotki do początku, że rymu brakuje, bo polski to jednak trudny język. Najlepiej bawiliśmy się jednak, gdy Tymek zaczął już mówić i włączał się do zabawy. Śpiewać nie śpiewał, ale podrzucał pomysły: „a teraz ma być o antylopie gnu” albo „a teraz słonia”. Zwykle następował taki moment, gdy mocno schrypnięci, przeklinaliśmy w myślach babę, co to nie miała dosyć i ciągle gdzieś wsadzała biedne zwierzęta, a Tymek, śmiejąc się w głos, żądał dalszej zabawy. Na szczęście zwykle właśnie zajeżdżaliśmy pod dom…

Czy ktoś nie zna Pana Wrony?

Czy jest jakaś osoba w Polsce, która nie słyszała jeszcze o Mamie Mu i Panu Wronie? Ten wspaniały duet to bohaterowie cyklu książek Jujji i Tomasa Wieslanderów,  wydanych przez Zakamarki. Do tej pory w Polsce ukazały się cztery książki: „Mama Mu na huśtawce”, „Mama Mu na sankach”, „Mama Mu sprząta” i „Mama Mu buduje”. Szczerze mówiąc, nie mogę się już doczekać następnej części. Te książki sprawiają mi równie dużo przyjemności, co Tymkowi, a kto wie, czy nawet nie więcej.

Mama Mu to krowa — dziwna krowa, która mówi i której nie wystarcza bycie krową rozumiane jako bezmyślne przeżuwanie trawy. Mama Mu jest ciekawa świata, podgląda ludzi i chce spróbować różnych ludzkich przyjemności, np. bujania się na huśtawce czy jeżdżenia na sankach. A jej najlepszym, najserdeczniejszym przyjacielem jest Pan Wrona zamieszkujący we Wronim Lesie. Mama Mu jest pełna optymizmu i radości, Pan Wrona jest malkontentem, który lubi (i potrafi) narzekać. I mówić też lubi. Mieszanka piorunująca…

Jako pierwsza ukazała się „Mama Mu na huśtawce”.

 

Mama Mu ucieka z pastwiska do lasu, bo ma ochotę się pohuśtać. Potrzebna jest jednak pomoc Pana Wrony. Jego reakcja jest dość niechętna:

Jesteś krową, Mamo Mu. Owszem, dziwną, ale krową. Krowy. Się. Nie. Huśtają.
— Właśnie — odrzekła Mama Mu. — Więc chyba powinno się współczuć krowom, że nie mają nawet okazji się pohuśtać.
— Współczuć! — zawołał Pan Wrona. — Kra! Krowy chodzą tylko i się pasą! Jeszcze leżą, żują i gapią się przed siebie. I jeszcze są dojone. I to im wystarcza.
— A tobie by to wystarczyło? — zapytała Mama Mu.
— Mnie nie! — zawołał Pan Wrona. — Przecież jestem wroną.
— Mnie też to nie wystarcza — stwierdziła Mama Mu.

Trzeba uczciwie przyznać, że Mama Mu doskonale radzi sobie z marudzącym Panem Wroną. I wie, jakich argumentów użyć, żeby go przekonać do rzeczy, których na początku robić nie chce. Chciałabym tak umieć przekonywać Tymka do rzeczy, na które on nie ma ochoty.

Książkę uzupełniają ilustracje Svena Nordqvista (tak, autora Findusa). Jest na nich masa szczegółów, Pan Wrona mnoży się i zwielokrotnia, wydaje się, że za chwilę wyskoczy z kartki i zacznie fruwać po pokoju. Mama Mu spogląda zalotnie, radośnie lub smutno — bardzo jest przekonująca.

  

Moją ulubioną ilustracją jest ta, na której Pan Wrona śledzi gospodarza. Po prostu majstersztyk.

Trudno zdecydować, którą część lubimy najbardziej. Ja chyba „Mama Mu sprząta”. Tymkowi  podoba się chyba każda część. Lubi oglądać ilustracje i wyszukiwać na nich szczegóły (czy te dwa ptaki to są bardziej złe, czy bardziej zdumione?). Często wybucha śmiechem i komentuje. Możemy długo dyskutować, czy Pan Wrona ma rację, czy krowa może się huśtać, czy może trzymać młotek.

Jak zresztą się nie śmiać?

— Wędrowne ptaki, Mamo Mu — powiedział. — Czy wiesz, co to takiego?
— Wędrowne ptaki? — zdziwiła się Mama Mu.
— Takie jak ziąby, słowniki, jaszkółki, skobronki…
— Skobronki…?

Nie tylko Mama Mu ma wspaniałe i dzikie pomysły. W książce „Mama Mu sprząta” Pan Wrona zabiera się za sprzątanie obory. To znaczy najpierw trochę posprzątała Mama Mu, ale nie zadowoliło to jej przyjaciela (cudowny argument Mamy Mu: Patrzysz tylko na to, czego nie zrobiłam — powiedziała Mama Mu. — Popatrz na to, co zrobiłam — przy każdej lekturze postanawiam sobie wprowadzić taką filozofię w życie, ale na razie mi nie wychodzi). Pan Wrona podjął decyzję. Na początek wysprzątał własne gniazdo:

Pan Wrona latał po swoim gnieździe z zawrotną szybkością.
Zbierał wszystko i układał na stosie na środku podłogi. Najpierw wszystkie te rzeczy, które były nie na swoim miejscu. Następnie wszystkie rzeczy, które były na swoim miejscu. Wyszedł z tego przeogromny stos.

  

A potem zabrał się za oborę… Efekt wyglądał m.in. tak:

  
Uwielbiam Mamę Mu, uwielbiam humor tej książki i sposób, w jaki została przełożona. Mogłabym ją cytować w nieskończoność. Z ogromną sympatią spoglądam na wrony w parku i ciągle mam nadzieję, że któraś z nich zacznie gadać. A Tymek? Co jakiś czas dostaje pióropleksji (Mamo, zaraz dostanę pióropleksji!!), czytamy Mamę Mu średnio raz w tygodniu, a kiedy zobaczył zapowiedź nowej części na stronie Zakamarków nie dał się odegnać od komputera. Musieliśmy obejrzeć stronę tytułową, opublikowane strony i solennie przyrzec, że kupimy, jak tylko będzie dostępna.

Wyglada na to, że jesteśmy uzależnieni od Zakamarków…

PS. A na zakończenie jeszcze ilustracja z „Mama Mu buduje”, o której jakoś najmniej napisałam. Żeby przypadkiem ktoś nie pomyślał, że nie warto jej czytać…

  

Tygryski

„Tygryski” Joanny Papuzińskiej to kolejna odgrzebana książka, a raczej książeczka. To prześliczny wierszyk o rozbrykanych tygryskach z piżamy, które strasznie psocą i w ogóle nie chcą spać. Mama zbiera je więc z piżamy, zamyka w szafie, a rano swawolny wiatr wywiewa tygryski przez okno i trzeba wszystkie pozbierać. Jeden tygrysek zaginął? Co się mogło stać?

Książka wydana przez wydawnictwo Pierwsze jest bardzo ładna. Ilustracje namalowała Małgorzata Fürst. Strony są sztywne, ale cieńsze niż karton. W naszym przypadku książeczka okazała się odporna na działanie dziecięcych łapek.

  

Wiersz zapada w pamięć. Tymek dopowiadał zakończenia wersów i zwrotek. Zresztą, jak nie zapamiętać tak melodyjnej frazy:

Moja piżama — cała w tygrysy.
Moje tygrysy — straszne urwisy.
Moje tygrysy nie chcą spać nocą,
fikają kozły, skaczą i psocą.

„Tygryski” to debiut Joanny Papuzińskiej — każdy autor mógłby pozazdrościć takiego debiutu. Wyczytałam, że ten wiersz ma już 40 lat, a w ogóle się nie zestarzał. A ile przy nim zabawy: można słuchać historii zagubionego tygryska, szukać tygrysków rozrzuconych przez wiatr po ogrodzie i liczyć je, wymyślać nowe miejsca, gdzie może być zgubiony tygrysek.
A potem… zacząć czytać inne wiersze Pani Joanny Papuzińskiej, np. ten o „Pimsie, którego nie ma”. Albo „Ucztę”:

Na pierwsze danie — szyszek zbieranie,
suchych gałązek trzask.
Na drugie danie — dymu wąchanie,
niech w nos i w oczy wyszczypie nas.
Trzecie danie — długie czekanie,
na to, co w ogniu upiec się ma.
A na deser każdy dostanie
czarne, parzące ziemniaki dwa.

Za każdym razem, gdy czytam z Tymkiem ten wierszyk, mam ochotę pobiec do lasu albo na łąkę, rozpalić ognisko i potem wybierać z niego gorące ziemniaki.

PS. Wiersz „Uczta” pochodzi z książki „Stare i nowe wierszyki domowe” wydanej przez Literaturę.

   

Koko

Robimy porządki na półkach z książkami. Na szczęście, bo okazało się, że zapomnieliśmy o całej masie książek, które jakiś czas temu często czytaliśmy. I to wcale nie dlatego, że Tymek z nich wyrósł — po prostu zasłoniły je inne książki.

Taką książką jest „Mamusia dla Koko” Keiko Kaszy, która narysowała także ilustracje, wydana przez wydawnictwo Amber.

   

Jakiś czas temu Tymek słuchał tej historii w kółko. I chciał, żebym zaczęła czytać od początku, gdy tylko przekręciłam ostatnią kartkę.

Mały ptaszek Koko mieszkał zupełnie sam. Bardzo chciał mieć mamę, ale nie wiedział, kto jest jego mamą. Pewnego dnia wyruszył, żeby ją znaleźć.

Koko wędruje po świecie, spotyka różne zwierzęta i każde z nich pyta, czy to właśnie ono jest jego mamą. Pyta o to panią Żyrafę, Pingwinicę i Morsicę – panie reagują różnie, niektóre zaprzeczają ze smutkiem, inne są opryskliwe. Koko jest coraz smutniejszy: zrozumiał, że jego mamą może być tylko pani wyglądająca dokładnie tak jak on i stracił nadzieję, że ją spotka. Gdy widzi panią Niedźwiedzicę wybucha płaczem, bo wie, że to na pewno nie jest jego mama. Pani Niedźwiedzica jednak jest całkiem inna niż napotkane wcześniej zwierzęta:

— Koko, może ja będę twoją mamą.
— Ty? — krzyknął Koko.
— Przecież ty nie jesteś żółta. I nie masz skrzydeł ani dużych okrągłych policzków, ani pasiastych nóg jak ja!

A potem pani Niedźwiedzica zaprasza Koko do domu, żeby poznał jej pozostałe dzieci: Świnkę, Hipcia i Alka, małego krokodyla.

To naprawdę świetna bajka: bardzo prosto napisana, ładnie zilustrowana (Tymek lubił też oglądać obrazki) i mądra. Oswaja dziecko z sytuacją, która nie jest łatwa do wyjaśnienia: że jedne dzieci mają mamę, a inne nie i co się może stać, gdy mamy zabraknie. Pokazuje, że dziecko nie musi być takie samo jak mama, że niektóre dzieci rodzą się swoim mamom, a inne sobie mamy wybierają — a może to mamy wybierają te dzieci.
Tymek bardzo przeżywał wędrówkę Koko, martwił się, czy znajdzie mamę, cieszył się, gdy historia skończyła się dobrze. A jego ulubionym obrazkiem jest końcowa ilustracja, na której wszystkie dzieci pani Niedźwiedzicy, tak bardzo różne, wspólnie się bawią kolejką.

Wydawnictwa

Pojawiło się nowe wydawnictwo dla dzieci Bajka. Warto zajrzeć na jego strony, bo publikowane przez niego książki zapowiadają się bardzo ciekawie.

W serii „Bajki dla maluszka” opublikowało wiersze Małgorzaty Strzałkowskiej, którą bardzo lubię i cenię. Bardzo zainteresował mnie także „Potwór Dyzio i Kraina Zabawy”.

 

Tymek lubi się przecież bać. Ciekawe, czy środek będzie równie interesujący, jak okładka.

Lotta

Długo się zastanawiałam, jak zacząć pisać o Lotcie. A raczej, od której części przygód Lotty zacząć, bo trochę szkoda opisywać je wszystkie razem. W pewnym momencie wybór stał się oczywisty, bo zaczęliśmy z Tymkiem na nowo czytać „Dzieci z ulicy Awanturników” (Nasza Księgarnia), pierwszą część przygód Lotty.

  

W tej książce ma ona trochę ponad cztery lata. A bohaterem powieści pozornie jest cała trójka rodzeństwa — narratorką jest siostra Lotty Mia Maria, która opowiada głównie o tym, co zrobiła Lotta. Świat przedstawiony w tej historii jest prosty i zwyczajny: są dzieci, rodzice, dziadkowie, sąsiedzi (wspaniała ciocia Berg, która cieszy się z wizyt dzieci Nymanów dwa razy: raz, gdy przychodzą, a drugi raz: gdy wychodzą). Dzieci psocą, zadają pytania i mają niesamowite pomysły — jak w życiu.

Pamiętam moment, gdy pierwszy raz czytałam tę książkę razem z Tymkiem. Słuchał z ogromnym zaciekawieniem, i trochę z poczuciem wyższości, że nie jest tak głupiutki jak Lotta, że więcej wie (Mamo, czy dzieci naprawdę rosną, gdy stoją w deszczu na gnoju?). Na początku książki Mia Maria opowiada o zabawach rodzeństwa, m.in. znajduje się tam wspaniały i prześmieszny opis zabawy w piratów:

— A wiesz, co się robi, kiedy się zostaje piratem, Lotta?

— Stoi się na stole i podskakuje, i jest się piratem — odpowiedziała Lotta.
— Tak, ale jest też inny sposób, o wiele lepszy — powiedział Jonas. — Leży się pod łóżkiem zupełnie cicho…
— Dlaczego? — spytała Lotta.
— Bo leży się tam i jest się piratem, i cały czas mówi się zupełnie cicho: „Więcej jedzenia, więcej jedzenia, więcej jedzenia”. Tak właśnie robią piraci — wyjaśnił Jonas.

       

Tymek zaśmiewał się do łez: że Lotta uwierzyła, że Jonas coś takiego wymyślił. Jakiś czas później usłyszałam śmiech z sypialni. Mój synek siedział pod łóżkiem, powtarzał „Więcej jedzenia” i śmiał się przy tym do rozpuku. Musiałem sprawdzić, wyjaśnił, wyłażąc spod łóżka.

Każdy rozdział w „Dzieciach z ulicy Awanturników” opowiada inną historię — można je czytać osobno, przed snem. W naszym przypadku nie był to dobry pomysł, bo czasami Tymek śmiał się zbyt mocno i nabierał chęci do zabawy i psocenia. Doskonale rozumiał rozterki i pomysły Lotty, zazdrościł domku na drzewie.

Pierwszy raz czytaliśmy tę książkę dość dawno, okazało się, że Tymek wiele pamięta, ale bawi go ona tak samo, jak za pierwszym razem. I słucha z równym zainteresowaniem. Astrid Lindgren była doskonałym obserwatorem i doskonale znała dzieci: Lotta ma wiele cech mojego synka — ciekawość świata, upór i chęć poprzestawania na swoim, buntowniczą naturę. Kiedy czytam tę książeczkę, często myślę: dzieci takie są, właśnie takie.

„Dzieci z ulicy Awanturników” to doskonała książka dla dzieci, dla których krótkie książeczki stają się zbyt krótkie. Dopełnieniem tekstu są ilustracje Ilon Wikland — nie jestem w stanie wyobrazić sobie innej Lotty niż dziewczynka przedstawiona na jej ilustracjach.

Szukawki

Szukawki to książeczki do wyszukiwania. Nazwę utworzył Tymek — są to książki z niewielką ilością tekstu i masą mniej lub bardziej szczegółowych (i udanych) ilustracji. Na marginesach pokazane są osoby lub rzeczy, które trzeba wyszukać na największej ilustracji.

Jako pierwsza trafiła do nas książka o burmistrzu Maurycym wydana przez FK Oleksiejuk.

 

Burmistrz Maurycy jeździ po całym mieście, odwiedza sklepy, plac budowy, muzeum… Książka ma ciekawe i ładne ilustracje z masą szczegółów. Tymka bawi wyszukiwanie rzeczy pokazanych na marginesach, a jeszcze bardziej oglądanie ilustracji i znajdowanie ciekawych detali (Mamo, zobacz, w ziemi jest szkielet dinozaura, i skarb! Mamo, skarb!). Podobnie reagował na Wielkie poszukiwania historyczne i Wielkie poszukiwania: Zamek. Obie pozycje są ciekawe i przede wszystkim czytelne.

Pozostałe książki z tej serii są dość koszmarne. Ilustracje robił ktoś, kto ma podstawową wiedzę o programach graficznych. Na obrazkach jest masa zwierząt (ptaków, roślin, ryb — treść dowolna) powstawianych w chaotyczny sposób. Grafik korzystał chyba z „pieczątek ze zwierzętami” i panicznie bał się wolnego miejsca.

Do kategorii szukawek (choć całkiem innej klasy) należy także książka wydana przez Muchomora „Jaki to miesiąc” Marcina Strzembosza.

  

Jest to kartonowa książka składająca się z rysunków przedstawiających dwanaście miesięcy. Na każdym rysunku można znaleźć te same postacie: łobuziaków Stefka i Tymka (mój Tymek był zachwycony, że w książce jest ktoś o tym samym imieniu), Szkota — Pana McBride’a, Hanię, Zuzię i inne dzieci.

  

Dla mnie najwspanialsze było to, że książka przedstawia polskie zwyczaje, nie jest kopią zachodniej publikacji. Dzieci topią marzannę i oblewają się wodą w lany poniedziałek (moje dziecko stwierdziło: mamo, przecież nie można nikogo oblewać wiadrem z balkonu). Na każdym obrazku jest także ukryta nazwa miesiąca. Ilustracje są ładne i dowcipne, zawierają masę szczegółów.
Marcin Strzembosz namalował także drugą książkę z tej serii wydaną przez Muchomora „Jaka to epoka”. Mam nadzieję, że jest równie ciekawa.

Opowiem Ci bajkę

I znowu będzie o baśniach i bajkach…
Nie kojarzyłam wydawnictwa Arkady z książkami dla dzieci. Sądziłam, że wydają głównie przepiękne albumy i przewodniki. Pewnego dnia kupiłam jednak dwie książki i od tamtej pory regularnie zaglądam na strony wydawnictwa z nadzieją, że może będą następne.
Wydawnictwo Arkady zebrało w dwóch tomach najbardziej klasyczne bajki, znane wszystkim.

      

Spotkamy się tutaj z Czerwonym Kapturkiem (ilustracje: Elżbieta Wasiuczyńska), Kopciuszkiem zilustrowanym przez Annę Wielbut, Śnieżką, do której ilustracje stworzyła Maria Ekier, Oślą Skórką (Marianna Jagoda Mioduszewska), Smokiem Wawelskim (Jolanta Marcolla), Kotem w Butach (Małgorzata Bieńkowska), Borutą (Agnieszka Bourcka-Foks), Jasiem i Małgosią (Agnieszka Żelewska), Piękną i Bestią (Iwona Chmielewska), Panem Twardowskim (Elżbieta Waga), Waligórą i Wyrwidębem (Piotr Rychel), Śpiącą Królewną (Ewa Poklewska-Koziełło). Możemy także przeczytać o żywej wodzie (Agnieszka Cieślikowska), Szklanej Górze (Anna Sędziwy), kwiecie paproci (Dariusz Miroński) i złotej kaczce (Krystyna Lipka-Sztarbałło). Nie mogłam się powstrzymać przed wymienieniem wszystkich bajek i ilustratorów. A baśnie i bajki napisała na nowo Zofia Beszczyńska.

Powstał cudowny zbiór bajek. Napisany przepięknym językiem, bez zbytnich uproszczeń, ale także bez epatowania maluchów grozą. Zofia Beszczyńska wiele rzeczy pozostawia niedopowiedzianych, w inne wątpi, dając dziecku możliwość rozstrzygnięcia: było tak czy nie było. Tak kończy się na przykład bajka o Czerwonym Kapturku:

Dzielny myśliwy, który akurat przechodził w pobliżu, usłyszał wycie groźnego zwierza, domyślił się, co się stało i pospieszył na ratunek. Wyciągnął zza pasa wielki nóż, rozpruł brzuch wilka, a z brzucha całe i zdrowe wyskoczyły babcia i wnuczka. A może było inaczej? Ja nie wiem: to się zdarzyło tak dawno temu.

Zakochaliśmy się w tych wersjach: i ja, i Tymek. Z radością odkryłam, że bajka o Królewnie Śnieżce to wersja braci Grimm, a nie Disneya. Zła Królowa najpierw podarowuje Śnieżce pasek, potem grzebień, a dopiero na końcu jabłko. Cudownie dopełniają tę baśń ilustracje Marii Ekier: czarno-białe, trochę groźne, magiczne.
Po raz pierwszy przeczytałam Tymkowi baśń o kwiecie paproci. W tej wersji może jej posłuchać trzylatek — a potem można długo dyskutować o tym, gdzie był kwiat paproci i czy naprawdę przynosi szczęście. Szczerze mówiąc, najgorsze są pytania o diabła, często pojawiającego się w baśniach słowiańskich.
To są książki do czytania i do oglądania. Do smakowania słów i obrazów. Każdy oczywiście zna treść tych baśni. Rzadko jednak są one napisane tak wspaniałym językiem: przecież w księgarniach królują skróty i baśnie w wersji minutowej. Ponieważ każda baśń została zilustrowana przez inną osobę, obrazy w tej książce to przegląd różnych technik i różnych sposobów przedstawiania świata. Moje ulubione to chyba ilustracje do baśni o żywej wodzie i Pięknej i Bestii. Tymek bardzo lubi oglądać obrazki przedstawiające Babę Jagę i Pana Twardowskiego. Poniżej dwie ilustracje z tych książek, które udało mi się znaleźć:

Żaba, w którą zmieniła się Zła Królowa, na wieść, że nie udało jej się zgładzić Śnieżki, namalowana przez Marię Ekier.

   
 

Zła królowa i królewna Śnieżka:

  

I Pan Twardowski Elżbiety Wagi (oboje z Tymkiem bardzo ją lubimy za ilustracje do Szewczyka Dratewki, o którym na pewno napiszę):